sobota, 5 sierpnia 2017

Rozdział XLI — W domu pani Taxos

Nigdy dotąd zimno i gorąc nie zderzyły się w Elsie tak gwałtownie. Myśli prawie całkowicie wyparowały z głowy. Cała twarz piekła, ale nie od chłodu. Kolana nagle zmiękły. Może nawet zachwiałaby się, gdyby Jack, który doprowadził ją do takiego stanu, nie obejmował jej.
Dopiero gdy pocałunek się skończył, naprawdę zdała sobie sprawę, jak blisko byli. Jego ręce oplatały jej talię, podczas gdy ona nie wiedziała, co zrobić z własnymi. Czuła srebrną parę jego oddechu na twarzy, a jeszcze przed chwilą jego zimne usta na swoich. Mogła bez trudu dostrzec żywe iskierki w jego brązowych oczach. Tylko że błyski zaczynały gasnąć. Przyglądał się jej z coraz bardziej niepewną miną.
Odsunęli się od siebie. Teraz Elsa zupełnie nie miała pojęcia, co zrobić. To, co przed chwilą się stało, okropnie ją speszyło, mimo że w jakiś sposób podobało się.
Jack patrzył na nią z lekkim zakłopotaniem. Schował dłonie do kieszeni płaszcza. Niby próbował się uśmiechnąć — często to robił, chcąc rozrzedzić atmosferę — ale teraz zupełnie mu nie wychodziło.
— Elsa... — zaczął.
Wziął głęboki oddech, jakby zamierzał wyrzucić z siebie potok słów. W końcu, widocznie zmieszany, nie powiedział nic. Chyba nie znalazł sposobu, jak ubrać myśli w słowa. To samo czuła Elsa. Nie mogła sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek przedtem widziała u niego podobne zachowanie. Może myślał, że w jakiś sposób ją uraził. Może, że nie powinien jej całować. Mogła tylko domyślać się.
— Wszystko w porządku — powiedziała cicho i spokojnie, chociaż wewnątrz niej emocje wręcz się gotowały.
Nie chciała sprawić, aby Jack miał wrażenie, że zrobił coś źle. W żadnym wypadku nie pragnęła, aby tak myślał. Musiała tylko ochłonąć i poukładać sobie w głowie to, co przed chwilą się stało. Potrzebowała spokojnie przemyśleć, co właściwie czuła.
Dostrzegła trzy postacie wchodzące na boisko. Widząc innych ludzi, poczuła się wręcz nierealnie, bo przez dłuższą chwilę istnieli tylko ona i Jack. Już zaraz przygniotło ją poczucie zakłopotania, bo przez śnieg brnęli ku nim Czkawka, Roszpunka i Merida.
Elsa miała nadzieję, że nie widzieli jej pocałunku z Jackiem. Nie chciała i pewnie nie umiałaby wytłumaczyć się.
— Myślałam, że w końcu nie pójdziecie na boisko — powiedziała Merida.
Nosiła wyposażenie ochronne do gry w quidditcha i ściskała mocno miotłę — Pioruna 101, jak zapamiętała Elsa z dawnej rozmowy z Jackiem — a pod pachą miała kafla. Roszpunka i Czkawka również ściskali sprzęt do latania, opatuleni ciepłymi ubraniami i ochraniaczami.
— Wierzyłaś, że Elsa przepuściłaby okazję do latania pod moim okiem? — zaśmiał się Jack. Żartobliwy ton wyjątkowo nie przypasował się do jego głosu. Wydawał się trochę wymuszony. Może takie było tylko wrażenie Elsy.
— Ja nie wiem, czy cieszyłbym się, mając ciebie za instruktora — wyznał Czkawka.
— Gracie z nami? — zapytała Roszpunka.
Spojrzenie jej zielonych oczu zatrzymało się na Elsie. Sprawiało wrażenie, jakby domyśliła się, że między tym dwojgiem coś się wydarzyło. I to nie jakiś mecz.
— Ja chyba odmówię. Siedzimy tu długo. Trochę zmarzłam — powiedziała Elsa, rzucając Roszpunce, Czkawce i Meridzie uśmiech poszukujący zrozumienia.
Tak naprawdę zimno nieszczególnie jej przeszkadzało. Na dobrą sprawę, to bardziej odczuwała nieznośny pożar na policzkach.
Mimo to ruszyła w stronę zamku. Tuż obok szedł Jack, który stwierdził, że ją odprowadzi. Nie protestowała. Kroczyli we dwoje przez białe od zimy, opustoszałe błonia, oddalając się od stadionu. Dopiero przy murach zamku widać było kilka małych postaci, które rzucały się śnieżkami.
Nie przerywali panującej ciszy. Elsa czasem ostrożnie zerkała na Jacka. Wtulał się jak najbardziej w gruby szalik, zmarznięte od śniegu dłonie trzymał w kieszeniach, a jego oddech parował srebrem.
Gdy odciągała od niego wzrok, wiedziała, że chłopak również na nią spogląda. Nie miała pojęcia, jak się zachować. Podejrzewała, że powinna zakłócić milczenie. Niestety, nie potrafiła znaleźć słów. Nawet gdyby się odnalazły, pewnie nie przeszłyby jej przez gardło.
Na szczęście, Jack ją wyręczył, gdy weszli na dziedziniec.
— Czy to nie jest Claudis? — parsknął śmiechem, wskazując palcem przed siebie.
Czworo drugo- i trzecioklasistów pracowało przy pomocy magii nad budową nietypowego bałwana — dość oryginalnej wizji profesor Claudis. Ciało nauczycielki rozlewało się na śniegu z syrenim ogonem zamiast nóg, ogromnymi muszlami na piersiach i wyrazem twarzy, którym obdarzała spóźnialskich i nieuków. Dziewczyna przypomniała sobie, że kobieta aż zbyt często patrzyła w ten sposób na Jacka, kiedy jeszcze go uczyła.
Autorzy arcydzieła zerknęli na siebie z uśmiechami, gdy zauważyli, że Jack i Elsa mu się przyglądali. Chłopak, który przed chwilą rzeźbił łuski na ogonie, wstał i otrzepał się z białego puchu.
— Jak wam się podoba?! — zawołał.
Elsa zaśmiała się pod nosem, lekko kręcąc głową.
— Hej, koledzy, nie znam się na sztuce, ale zapomnieliście o jej wąsiku — stwierdził Jack. — Poza tym cudo. Nie zapomnijcie pokazać tego arcydzieła naszej cudownej pani profesor!
Rzeźbiarze zaśmiali się, od razu biorąc wskazówkę kolegi do serca. Bo jak tu nie słuchać starszego i bardziej doświadczonego ucznia? Jeden chłopak już zaczął zaznaczać bujny wąs nauczycielki.
Elsa nie dowiedziała się, czy chłopakom udało się wiernie odzwierciedlić wąsatą twarz pani profesor, bo już pokonała schody i wkroczyła do zamku razem z Jackiem. Woźna machała różdżką, czyszcząc zbroje po obu stronach drzwi. Nagle wlepiła ostre, przenikające spojrzenie w dziewczynę i chłopaka, jakby co najmniej zabili jednorożca.
— Bu-ty! — warknęła. — Nanieśliście śniegu. Ile razy trzeba powtarzać tej wspaniałej młodzieży, żeby nie nanosiła śniegu?
— Nawet jeszcze dobrze nie weszliśmy do środka, proszę pani — powiedział Jack miłym głosem. Do woźnej każdy zwracał się grzecznie, używając zwrotu proszę pani.
Musieli wrócić się i wytrzeć dokładnie buty na wycieraczce, aby nie zostawić na posadzce choćby kropelki. Gdy to zrobili i ruszyli w głąb zamku, zdążyli dostrzec, jak woźna upominała o to samo jakąś grupkę znajomych.
Kierowali się ku dormitorium Ravenclawu, rozmawiając wyłącznie o bałwaniej podobiźnie profesor Claudis. Ich rozmowa była nienaturalnie ostrożna i widocznie wymuszona. Kurczowo trzymali się tematu nauczycielki jako śnieżnej syreny, bo zejście z niego oznaczało krępujące milczenie — a ono wydawało się gorsze.
Mimo że Elsa mówiła o tym, że pani profesor może nie spodobać się rzeźba uczniów, myślami ciągle wracała do pocałunku na boisku. To wspomnienie było aż zbyt żywe — znów poczuła ogień płonący na policzkach tak samo jak na ośnieżonej murawie.
Te oraz podobne myśli skumulowały się, gdy wspięli się na szczyt wieży Krukonów, a przed nimi znajdowały się drzwi, z których spoglądała orla kołatka. Elsa znów stała tuż naprzeciwko Jacka. Mięła w dłoni granatowo-brązowy szalik Ravenclawu, w tym samym czasie ukrywając wystające kosmyki za ucho. Z włosów chłopaka stopniały wszystkie płatki śniegu, a jego palce zaczynały odzyskiwać zwyczajną barwę — w przeciwieństwie do twarzy.
— Elsa, widzimy się jutro, co nie? — zapytał. Usłyszała w jego głosie lekką niepewność i nadzieję.
— Oczywiście — powiedziała. — Przecież mamy razem lekcje, prawda?
Miała pewność, że Jackowi nie chodziło o przebywanie razem w jednej klasie, gdy profesorowie będą próbowali nauczyć cokolwiek uczniów, w których głowach już od listopada panowało Boże Narodzenie.
— Muszę tylko nieco się zastanowić... nad tym wszystkim — wyznała, rozkładając delikatnie ręce.
Pokiwał głową.
— To... do jutra. — Uśmiechnął się lekko. Widocznie oczekiwał, że odwzajemni ten gest.
— Do jutra — odpowiedziała, również przywołując uśmiech.
Nie przytuliła go na pożegnanie, tak jak zazwyczaj robiła. Zaczął schodzić po schodach. Gdy w końcu zniknął jej z oczu, głęboko westchnęła. Dopiero po chwili odwróciła się w stronę kołatki. Wydawało się jej, że coś przeżuło jej umysł, bo zupełnie nie potrafiła odpowiedzieć na zagadkę strażnika wieży. Brązowy orzeł był cierpliwy, ale nie mógł zrobić dla niej wyjątku.
Musiała czekać na innych Krukonów.
Może kiedyś znalazłaby rozwiązanie, ale wcześniej pojawili się bracia Tenebrisowie, jej wybawcy.
— Co tym razem ten głupi orzeł wymyślił, że nie można wejść? — zapytał starszy z nich, patrząc na Elsę.
— Może ty zgadniesz. — Dziewczyna w odpowiedzi wzruszyła obojętnie ramionami, pozwalając orłowi samodzielnie ogłosić treść zagadki.
Młodszy Tenebris w mgnieniu oka znalazł rozwiązanie. Bracia, jak prawdziwi dżentelmeni, przepuścili Elsę w drzwiach. Przestali być dżentelmenami, gdy okazało się, że jest wolny tylko jeden fotel. Gdy dziewczyna szła do schodów prowadzących do sypialni dziewczyn, widziała, jak spychali się z siedzenia i rzucali jednocześnie obfite wiązanki przekleństw. Oprócz niej, chyba niewiele osób zwracało na nich uwagę. Jak zwykle odrabiano lekcje przy stolikach i na dywanach, obok kominka grupka znajomych grała w karty, kilka osób czytało, a inne, które wolały ciepło dormitorium niż mróz na zewnątrz, po prostu spędzały czas w towarzystwie przyjaciół.
Elsa dostrzegła część współlokatorek, więc przypuszczała, że w sypialni nikogo nie ma. Gdy weszła na górę i zajrzała do swojego pokoju, okazało się, że jej przeczucia się sprawdziły. Pomieszczenie było ciche i całkowicie puściusieńkie, nie licząc znudzonego Pascala i kota Olivii śpiącego na łóżku właścicielki.
Zamykając za sobą drzwi, poczuła się, jakby znalazła się pod wodą. Zewsząd otaczała ją spokojna cisza, w której nie potrafiła się odnaleźć. Podeszła do pokrytego szronem okna. Przyłożyła dłoń do szyby i patrzyła bez cienia niepokoju, jak kryształki lodu odchodzą od jej palców i rozkwitają jak kwiaty. Nie wiedziała, jak długo tak tkwiła, tworząc lśniące zawijasy. Nie przejmowała się nimi ani niczym innym. Dokładnie to samo poczuła, może przez ułamek sekundy, podczas pocałunku z Jackiem.
Przestała tworzyć szron, gdy dopełzł do ramy okna. Nie zabierając dłoni, podniosła lekko wzrok. Dostrzegła postać idącą przez ośnieżone błonia ku stadionowi. Mogła tylko przypuszczać, kto to był. Od razu pomyślała o Jacku.
Im dłużej myślała o ich pocałunku, tym trudniej było jej dojść do jakiegokolwiek wniosku.
Gdyby tylko lubiła Jacka, może szybko uporałaby się z myślami. Jednak od dłuższego czasu nie okłamywała przynajmniej siebie — nie tylko go lubiła. Odważyła się nazwać rzecz po imieniu.
Zakochała się w nim.
Nie wiedziała, kiedy to się stało. Mogłaby godzinami zastanawiać się nad tym — a to nawet się zdarzało — a pewnie nie wybrałaby jednej sytuacji. Może wtedy, gdy zeszłej zimy spacerowali po błoniach i przypadkiem odkryli, jak dostać się na statek Durmstrangu. Wspominała również moment, kiedy się pogodzili po tym, jak wyznała chłopakowi całą prawdę o swojej mocy. Rozważała też spotkanie Jacka rannego, ale żywego po okropnym finale turnieju. Może wizyta Zefira w wakacje i list od chłopaka. A może po trochu podczas niezliczonych spacerów i rozmów, których treści już nie pamiętała. Nie potrafiła wskazać jednego wydarzenia.
Dużo osób — Anna, Roszpunka, koledzy Jacka z drużyny — już dawno sugerowało, że czuła coś do niego. Te sugestie zawsze wprawiały ją w lekkie zakłopotanie; niejednokrotnie miała wrażenie, że jej twarz staje się bordowa i zdradza przy tym calusieńką prawdę. Elsa najczęściej odpowiadała milczeniem albo że tylko lubi chłopaka. Nie miała odwagi, aby przyznać im rację. Tym bardziej nie umiała wyznać mu, jakie uczucia naprawdę żywi względem niego. Nie powiedziała, jak irytowało ją to, że Jane się w nim podkochuje i jak ucieszyło, że odtrącił adoratorkę z Hufflepuffu. Nie mówiła, że lubi włóczyć się z nim po zamku, rozmawiać, słuchać jego mniej lub bardziej zabawnych historii i wywodów o miotłach, widzieć go uśmiechniętego. Podobało jej się to, gdy chciał ją rozweselić; kiedy czasem, pomiędzy lekkimi docinkami, odnajdywała ukryty komplement. Naprawdę doceniała jego wsparcie i próby w rozwiązaniu jej problemów. Nieśmiało przypuszczała, że Jack czuje wobec niej to samo. Mimo to bała się robić sobie nadzieję.
Dźwięk otwieranych drzwi i pojawienie się Roszpunki gwałtownie wyrwało Elsę z rozmyśleń.
— I właśnie dlatego nie latam na miotle — powiedziała usprawiedliwiającym tonem Roszpunka.
Dopiero po tych słowach Elsa zwróciła większą uwagę na stan Roszpunki. Wcześniej dostrzegła tylko, że całą oblepiał ją śnieg, jakby nurkowała w zaspie. Teraz zauważyła, że ściskała w dłoniach zimowe buty, a na stopach miała tylko przemoczone, grubaśne, własnoręcznie wydziergane skarpety w uśmiechnięte słoneczka.
— Co się stało? — zapytała Elsa.
— Z moimi włosami nie powinnam latać na miotle... — jęknęła Roszpunka, wdreptując do pokoju. — Zaplątałam się w nie, kiedy zderzyłam się z Jackiem.
Odzież wierzchnią, szalik i czapkę rzuciła na krzesło, a buty wypuściła z rąk, pozwalając im głośno walnąć na środku podłogi. Sama rzuciła się na łóżko obok Elsy, której niezbyt to przeszkadzało.
— Dałam się namówić tym... tym... — szukała słowa, ściągając mokre skarpety ze stóp. Pascal, słysząc jej głos, podniósł głowę zainteresowany. — Tym... Ech. Wpadłam na Jacka i jeszcze wleciałam w zaspę, i cała przemokłam, i później woźna na mnie krzyczała, i prawie walnęła mnie miotłą, i kazała iść tutaj w skarpetach, bo mam mokre buty!
Brzmiała jak małe dziecko, któremu przytrafił się wyjątkowo perfidny dzień. Z głośnym westchnięciem położyła się w poprzek łóżka Elsy.
— Współczuję ci. Wiadomo, gdy idzie się z nimi latać, to nigdy nie kończy się bez żadnych rewelacji — stwierdziła Elsa.
— Masz rację — przyznała Roszpunka. Podniosła się i spojrzała nieco zawstydzona na śnieg topniejący z jej butów na podłogę. — Merlinie, ale bałaganu narobiłam.
Roszpunka, która nie posprzątałaby po sobie, to nie Roszpunka. Wstała z łóżka Elsy, zabrała różdżkę pilnowaną przez Pascala i kilkoma machnięciami dłoni zrobiła porządek. Buty osuszyła zaklęciem, a potem same powędrowały w kąt pokoju. Płaszcz zawiesiła w szafie, a skarpetki lewitowała w powietrzu i kierowała na nie strumień ciepłego, wyczarowanego powietrza.
— Jack i reszta dalej są na boisku? — przerwała milczenie Elsa.
— Merida i Czkawka zostali — odpowiedziała Roszpunka, przyglądając się uśmiechniętemu słoneczku ze skarpetki. — Jack poszedł razem ze mną i woźna znowu go okrzyczała — zaśmiała się, a Elsa cicho parsknęła śmiechem. — Zdzieliła go jego miotłą po głowie.
— Mówił coś? — Ciekawiło ją to, jak zachowywał się Jack po odprowadzeniu jej.
Roszpunka zmarszczyła brwi, przyglądając się Elsie, która dopiero teraz zrozumiała, że to pytanie mogło zabrzmieć podejrzanie. Znów poczuła żar na policzkach.
— Nie mówił za wiele, głównie graliśmy. Później, gdy wracaliśmy, też nie za bardzo się odzywał. — Dodała tonem zdradzającym, że zaczęła coś przypuszczać: — A miał coś mówić?
Elsa zaplotła ręce na piersiach.
— Elso... wy na pewno tylko graliście? — Roszpunka nagle się ożywiła, gubiąc złość na to, że wylądowała w zaspie i podpadła woźnej. — Wiesz, ja widziałam, jak staliście obok siebie... i wiesz, miałam o tym pogadać z Jackiem, ale zajęłam się grą, a potem wylądowałam w zaspie i jakoś mi to z głowy wyleciało... Czy wy wtedy, gdy staliście tak blisko siebie... czy między wami było coś więcej?
Elsa po chwili ledwo co kiwnęła głową. Długowłosej ten nieśmiały, prawie niezauważalny gest wystarczył. Zaskoczona zakryła usta dłońmi. Oczy miała błyszczące jak dwa złote galeony.
— Naprawdę?! — Nachyliła się bliżej.
— Pocałował mnie — wyznała Elsa nie za głośno.
Roszpunka miała minę, jakby ktoś jej powiedział, że od tej pory będzie codziennie obchodziła urodziny — połączenie zaskoczenia z ogromną radością.
— Jack zupełnie nic nie mówił — poskarżyła się. — Czekaj, może właśnie dlatego nic nie mówił... Ale chwila... od początku. Opowiadaj!
Roszpunka zaczęła nalegać, a Elsa nie czuła oporów przed zaufaniem jej. Opowiedziała o pocałunku z Jackiem, musząc przerywać czasami, bo przyjaciółkę niespodziewanie napadały ataki entuzjazmu.
— Tyle na to czekaliśmy! — zaśmiała się Roszpunka, przeskakując z krzesła na łóżko współlokatorki. Widząc jej zdumioną twarz, speszyła się. — Znaczy... ja czekałam... znaczy... — bełkotała pod nosem jakieś słowa usprawiedliwienia.
— Czekaliście? — powtórzyła Elsa.
— Wszyscy wam kibicowaliśmy — wyznała z niepewnym chichotem. — Kumpluję się z Jackiem już kilka dobrych lat i widzę, kiedy się w kimś podkochuje... Wiem, że sama swatałam go z wieloma dziewczynami, ale to zanim się do siebie przekonaliście. Naprawdę, nigdy nie widziałam, aby aż tak zakochał się w kimś.
Słowa Roszpunki sprawiały, że Elsa czuła przyjemne ciepło na sercu.
— Co prawda on się do tego nie przyznawał, ale to widać przecież gołym okiem — kontynuowała. — Ja tylko zastanawiałam się, kiedy weźmie się w garść i coś z tym faktem zrobi... albo kiedy ty weźmiesz sprawy w swoje ręce — dodała.
— Nie byłam przekonana, czy to byłby dobry pomysł — powiedziała Elsa.
Roszpunka spojrzała na nią z delikatną niepewnością.
— Dlaczego? Nie powiesz mi chyba, że nic do niego nie czujesz?
— Nie. To nie jest tak, że nic nie czuję do Jacka — zaprotestowała Elsa szybko. Uzmysłowiła sobie, że jej słowa były całkowicie szczere. — Boję się… bałam się, że jeśli powiem mu, że jestem w nim zakochana, to okaże się, że on we mnie nie. Myślałam, że go stracę — westchnęła.
— Jak mogłaś w ogóle tak myśleć? — oburzyła się. — Jack nie odtrąciłby cię. Ja już bym na to nie pozwoliła!
Elsa w odpowiedzi wzruszyła ramionami. Teraz sama uznała swoje wcześniejsze niepewności za zupełnie niepotrzebne.
— Poza tym ja nigdy w nikim nie byłam zakochana. Nigdy z nikim nie byłam — dodała Elsa.
— Gdyby to było trudne, to nie byłoby tylu par całujących się w zamkniętych salach — zauważyła Roszpunka, śmiejąc się. Najwidoczniej uznała, że ten argument potrzebuje wsparcia. — Słuchaj, ja sama chodziłam tylko z takim jednym w pierwszej klasie i to tylko dlatego, że dałam mu opakowanie Fasolek Wszystkich Smaków. Zerwaliśmy po tygodniu, więc jak widzisz — ekspertką nie jestem. Ale... wydaje mi się, że wszystko pójdzie samo. Musisz po prostu... nie wiem, być sobą?
Chyba obie miały wrażenie, że zabrzmiało to kiczowato. Elsa uznała mimo to, że spostrzeżenie Roszpunki może być trafne. Jak do tej pory najlepiej układało jej się z Jackiem, gdy przestawała przed nim ukrywać, jaka jest naprawdę.


~*~*~*~


Jack nie miał ochoty opuszczać pubu Pod Miotłą. Lekkie światło, przyjemne ciepło, wypite piwo kremowe i to, że tuż obok była Elsa, sprawiały, że mógłby zostać tam na zawsze i nie tęskniłby za niczym. Do wyjścia na zewnątrz stanowczo nie zachęcały go huk wiatru uderzającego w ściany i mróz.
Nawet nie spostrzegł się, jak szybko minął mu ten dzień. Kiedy był z Elsą, miał wrażenie, że czas pędził szybciej niż Saliet po ciasto marchewkowe do Wielkiej Sali. Wydawało mu się, że dopiero co wyszli do Hogsmeade, a już się ściemniło i musieli wracać.
Gdy wydostali się na zaatakowaną przez zimę ulicę, Jack spojrzał tęsknie w pomarańczowe okna lokalu.
— Naprawdę tak bardzo zależy ci na niespóźnieniu się? — Znalazł argument, który mógłby ją przekonać: — Możemy jeszcze wstąpić do tej księgarni na rogu...
— Już dwa razy w tym tygodniu się spóźniłam — odpowiedziała Elsa. Wielbicielka książek, niestety, przegrała ze Strażniczką Regulaminu. — Nie wolno wracać z Hogsmeade po godzinie...
— Czekaj, ile razy mi o tym mówiłaś? Cztery razy? — zaśmiał się.
Chyba zastanawiała się, czy opłaca się stworzyć śnieżkę, aby walnąć go nią prosto w twarz. Zrezygnowała z tego pomysłu. On również odpuścił:
— To chodźmy, inaczej gorzko pożałujemy tego niegodnego czynu, jakim jest spóźnianie się.
Teraz wiedział, że miała ogromną ochotę rzucić w niego śnieżką. Ostatecznie tylko pokręciła głową z lekkim, zrezygnowanym uśmiechem. Spletli ze sobą dłonie i ruszyli przez Hogsmeade spowite śniegiem. Zaglądali w oszronione witryny sklepów, śmiali ze świeczników w kształcie trolli górskich — co gorsza, ubranych w różowe sukienki — i ślizgali po bruku otoczonym wysokimi zaspami brązowo-białego śniegu.
Po jakimś czasie zostawili za sobą ciepłą poświatę wioski, wkraczając w ciemność Zakazanego Lasu. Wokół ścieżki prowadzącej do Hogwartu lewitowały w odstępach kule światła. Ich blask jednak nie rozpraszał do końca otaczającego ich mroku. Jack czuł, że uścisk Elsy stał się mocniejszy, jakby bała się wypuścić jego dłoń. Starał się odciągać jej uwagę rozmową od mrożącej krew w żyłach okolicy. Rozmawiali, dopóki nie odprowadził dziewczyny pod same drzwi dormitorium.
Przeciągał pożegnanie — jak zwykle — mimo że wiedział, że powinien już iść w stronę wieży Gryffindoru, aby nie spóźnić się na ciszę nocną. Oczywiście nie myślał o tym, gdy składał na ustach Elsy długi pocałunek. Nie wyobrażał sobie, że kiedyś, całkiem niedawno zresztą, on i dziewczyna nie byli razem. Nie wiedział, w jaki sposób udawało mu się, na przykład, niecałowanie jej.
Patrzył później, jak odgaduje strasznie pokręconą zagadkę kołatki, a drzwi się przed nią otwierają.
— Dobranoc — powiedziała, obdarzając uśmiechem, który tak bardzo mu się podobał.
— Dobranoc — odparł również uśmiechnięty.
Powoli zamknęła za sobą drzwi, a on już zaczął schodzić po schodach. Żałował, że nie byli w tym samym domu. Miał, niestety, wrażenie, że Elsa niekoniecznie odnalazłaby się w Gryffindorze. Poza tym, jak kiedyś stwierdziła Merida — z czym absolutnie się nie zgadzał — był za głupi na Ravenclaw. Jednak gdy o tym myślał, doszedł do wniosku, że niekoniecznie chciałby, aby jego dormitorium pilnowała sypiąca zagadkami kołatka. Musiałby chyba załatwić sobie łóżko na korytarzu, skoro cena za wejście do środka to odgadnięcie zagadki.
Zeskoczył z ostatniego stopnia i skręcił w korytarz, którym mógł najszybciej dojść do celu. Szkolne szlaki już prawie opustoszały, pewnie dlatego, że większość osób już siedziała w swoich domach. Z wyjątkiem Jacka i Jamiego Bennetta, który szedł od strony starej sali mugoloznawstwa. Frost spodziewał się, że będzie miał kompana w drodze do portretu Grubej Damy. Nie pomylił się, bo jedenastolatek już go zagadywał, zrównawszy z nim chód:
— Cześć, Jack. Jak myślisz, jest już po ciszy nocnej?
— Chyba nie. — Starszy Gryfon wzruszył ramionami. — Poza tym, nic nam nie zrobią, jak się nieco spóźnimy.
— Jesteś pewien? Słyszałem, że wysyłają sowy rodzicom, jak nie ma cię w dormitorium w trakcie ciszy nocnej.
Jack parsknął śmiechem w odpowiedzi. Od razu pomyślał, że pewnie tak samo uważała Elsa.
Szli we dwóch w milczeniu przez chwilę.
— Słuchaj... Jack, mam pytanie — odezwał się niepewnie Jamie, a jednocześnie nieco niecierpliwym głosem.
— Co takiego?
— Czy... no... — Przeczesał włosy palcami. — Emma mówiła coś o mnie?
Jack lekko zmarszczył brwi.
— Nie przypominam sobie. A co?
Jamie zmieszał się.
— Nic... nie, nie nic... Ona... Jak myślisz, ona mnie lubi?
Widział w oczach Jamiego wielką nadzieję na jakąś satysfakcjonującą — na pewno twierdzącą — odpowiedź.
— Właściwie, to czemu sam jej nie zapytasz? — zaciekawił się Jack.
— Jakoś tak... — kaszlnął.
Gdyby akurat nie stanęli przed portretem Grubej Damy, Jamie pewnie zapadłby się pod ziemię.
— Spóźnialscy! — Kobieta pokiwała na nich grubym paluchem.
— Daj spokój, Damo — rzucił Jack z uśmiechem. — Podpalona choinka.
Słysząc hasło, od razu odpuściła. Otworzyła przed nimi dziurę, którą można było dostać się do salonu. Najpierw przeszedł przez nią Jack, a później Jamie.
— Słuchaj, Jack, mam prośbę. Może mógłbyś ją jednak zapytać... no, o mnie? — poprosił cicho Jamie.
Ta prośba brzmiała naprawdę poważnie i tak, jakby od niej zależało życie chłopca. Jack nie mógł odmówić.
— Nie ma sprawy.
Jamie rozpogodził się nieco. Przemknął w stronę sypialni, zerkając na jeden z foteli. Właśnie na nim siedziała Emma, która jakby bardziej wtuliła się w obicie. Jack nie zamierzał jej odpuścić.
— No, no, no — zbliżył się do siostry nonszalanckim krokiem.
— O co ci chodzi? — zirytowała się lekko, czerwieniąc się na twarzy.
Doskonale wiedziała, co miał na myśli. Wsparł się o oparcie fotela.
— Nie wiedziałem, że mam siostrę uwodzicielkę — kontynuował zaczepnie.
— O co ci chodzi, Jack? — powtórzyła zdenerwowana.
— Ten... jak mu tam... — udawał, że się zastanawia — Jamie! Tak, Jamie wspominał o tobie — mówił jakby mimochodem.
Spojrzała na niego zawstydzona, oczekując choć odrobiny litości. Jack nie miał zamiaru jej okazywać.
— Wiesz... wydaje mi się, że coś ciągnie go do ciebie. — Rzucił się na siedzenie obok niej, wgniatając ją w bok fotela. — Emma i Jamie, zakochana para!
— Jack, przestań, proszę — wymamrotała Emma.
— … EMMA I JAMIE SIEDZĄ NA DRZEWIE... — kontynuował głośniej.
— JACK! — rzuciła się na niego z rękami.
Najwidoczniej wolała, żeby jej koleżanki widziały, jak bezlitośnie okłada go poduszką, niż słyszały jego przyśpiewki. Po zaledwie dwóch ciosach udało mu się wyrwać miękką broń z dłoni siostry.
— Przestań się śmiać — warknęła. — To nie jest zabawne.
Nic nie mógł poradzić, że zawsze gdy mówiła To nie jest zabawne, to śmiał się jeszcze bardziej.
— Jack, naprawdę! — jęknęła.
— Co ty... taka poważna — powiedział przez śmiech — przyszła żono Jamiego?
— Nie nazywaj mnie tak! Wiesz co? Jesteś okropny! — Trzepnęła go w ramię. — On mi się wcale nie podoba!
— Jasne, jasne...
Ręce jej opadły.
— Jack, naprawdę. Jest miły i w ogóle, ale jest młodszy i nie podoba mi się.
— To macie problem, bo jemu ewidentnie się podobasz... — opanował śmiech, chociaż na jego ustach pozostawał lekki uśmiech.
— Myślisz, że nie wiem? — przyznała zrezygnowana. — Już wszyscy się ze mnie śmieją, że on się we mnie kocha... ale głupio mi powiedzieć mu, że mi się nie podoba...
Słysząc jej głos, zrozumiał, że Emma naprawdę nie wiedziała, jak postąpić z Jamiem i że powinien jej doradzić.
— Serio ci się nie podoba? — dopytał.
— Lubię go... ale no, nie podoba mi się — odpowiedziała po chwili Emma.
— To mu to powiedz.
Emma pokręciła głową.
— Nie, nie mogę...
Opadły mu ręce.
— To jak zamierzasz to zrobić? Chcesz czekać, aż mu przejdzie?
— Nie, ale... sama nie wiem... co jeśli on będzie zły, jak mu powiem?
— Może się źle czuć, ale powinien zrozumieć. Wyjdzie mu to na zdrowie, jeśli dasz mu kosza teraz.

~*~*~*~

Elsa zauważyła, że Emma nie postąpiła według rady brata. Po kilku dniach razem z Jackiem zorientowali się, jaką taktykę obrała. Chowała się przed Jamiem, wymawiała zajęciami, a czasami nawet pomagała sobie czarami. Jak wtedy, gdy sprawiła, że wylało się na nią wiadro z brudną wodą należące do woźnej. Jej brat uważał, że albo była zbyt uparta, aby go posłuchać, albo naprawdę nie chciała sprawić przykrości Jamiemu.
Podczas gdy Emma uciekała przed adoratorem, Elsa spędzała jak najwięcej czasu ze swoim chłopakiem. Po lekcjach i dodatkowych zajęciach wychodzili na spacery, ale pogoda częściej zmuszała ich do pozostania w zamku. Tam prawie zawsze towarzyszył im ktoś znajomy. Przy przyjaciołach raczej nie afiszowali się z tym, że są parą. Elsa nie chciała robić na siłę tajemnicy, ale uważała, że jak na razie za krótko ze sobą są, aby mówić innym o ich związku. Wiedziała tylko Roszpunka — która, jak obiecała, zatrzymała wszystko dla siebie.
Dni powoli przybliżały ich do ferii zimowych, a Elsa z każdym czuła się coraz wspanialej. Ilekroć była z Jackiem, uśmiech cisnął jej się na usta częściej niż kiedykolwiek wcześniej. Dlatego nieco niechętnie myślała o tym, że na Święta będą musieli się rozstać.
Kiedy jednak siedziała naprzeciw niego i Czkawki w dzień wyjazdu, raczej nie przywoływała do siebie tej myśli.
— Czyli zostajesz w Hogwarcie? — dopytywał Jack.
Czkawka upił łyk soku.
— Zostaję — potwierdził. Ojciec dostał zlecenie od jakiegoś czarodzieja z północnej Azji. Chce pozbyć się smoczych piskląt z dworu. Odsmoczanie.
Elsę zdziwiło to, że pan Haddock wziął zlecenie w Święta. Odstawiła na bok pokryty szronem kubek z gorącą czekoladą.
— Pracuje w Boże Narodzenie?
— To nie byle jaki czarodziej. Ponoć nieźle mu zapłaci — wyjaśnił Czkawka.
Dziewczynie ciągle wydawało się to oderwane od rzeczywistości. Jej rodzice unikali pracy w Święta. Zazwyczaj im się to udawało, nie licząc jednego Bożego Narodzenia sprzed pięciu lat, gdy pewien worek kosztowności w jednym ze skarbców sprawiał ogromne problemy i tata musiał teleportować się do banku. Chociaż, gdy Elsa pomyślała o dotychczasowych Świętach, uznała, że jej rodzina nie jest lepsza od Czkawki i pana Haddocka. Była razem w jednym domu, ale nie spędzali razem czasu. Dziewczyna otwierała prezenty sama w swoim pokoju, później uczestniczyła w krótkim, uroczystym posiłku z rodzicami i Anną, po którym znów zamykała się samotnie tylko ze swoją mocą.
Pamiętała, jak zawsze w Wigilię wypatrywała pierwszej gwiazdki. Gdy już ją ujrzała, życzyła sobie, aby kolejne Boże Narodzenie wyglądało inaczej. Ono jednak się nie zmieniało, więc w pewnym momencie przestawała czekać na gwiazdkę. Jeśli już spoglądała przez okno, to tylko patrzyła na srebrny księżyc.
Tym razem będzie inaczej — przyrzekła sobie Elsa. Jej zdolności wyszły na jaw, wszystko się wyjaśniło, dlatego nie miała zamiaru zmarnować kolejnych Świąt w samotności.
Zastanawiała się, czy Czkawce jest przykro, że nie spędzi Bożego Narodzenia z najbliższymi, tak jak jej było przykro przez wiele lat.
— Naprawdę tak bardzo mu zależy na tym zleceniu? — zapytała Elsa.
— Właśnie — dodał Jack.
Miała wrażenie, że jego również to dziwiło. Mimo że nie było tego widać na pierwszy rzut oka, to Elsa przypuszczała, że brakuje mu ojca — zwłaszcza w takie dni Święta. Wywnioskowała to, podczas sporadycznych rozmów, w których jednak wyraźniej przewijała się postać Anthony'ego Frosta.
Czkawka wyglądał na niezbyt wzruszonego.
— Najwidoczniej tak. Poza tym to nawet lepiej. Pokłóciliśmy się ostatnio. Przecież od ponad miesiąca do siebie nawet nie piszemy — powiedział tak, jakby naprawdę uważał pozostanie w Hogwarcie za lepszą opcję.
Elsie ciągle nie była przekonana. Ciekawiło ją to, dlaczego Haddockowie się pokłócili, ale nie wypytywała o to. Później, gdy szła razem z Jackiem, Meridą i Roszpunką w stronę powozów, temat powrócił i okazało się, że żadne z nich nie wiedziało, o co poszło Czkawce i jego ojcu.
Dopiero wyruszyli do Hogsmeade, a już byli na miejscu. Przynajmniej tak wydawało się Elsie. Wyszła z pojazdu jako pierwsza i czekała na Jacka, który na zewnątrz pojawił się jako ostatni — za Potterem i Arcadym.
Żegnała się ze znajomymi, tak samo jak on. Jakoś samo wyszło, że ze sobą nawzajem postanowili rozstać się najpóźniej.
— Jeśli będziecie na Pokątnej, to możecie do mnie wpaść — zaoferowała Roszpunka. — Jakby sklep był zamknięty, to musicie zapukać w boczne drzwi.
— Dziękuję za zaproszenie, ale ja raczej nie będę na Pokątnej — powiedziała Elsa.
— Ja raczej też — uznał Jack.
— Ale jak jednak jakimś cudem będziecie, to koniecznie wpadnijcie — zażądała długowłosa.
Nie mogli się nie zgodzić. Uścisnęła ich oboje, złożyli sobie życzenia Wesołych Świąt i pomknęła przez ulicę. Jej złote włosy ciągnęły się za nią slalomem między innymi uczniami Hogwartu i ich rodzinami.
Elsa przytuliła się do Jacka. Para jego oddechu wplątywała się w jej włosy. Gdy uniosła głowę, pocałował ją delikatnie.
— Do zobaczenia — powiedziała. — Będę tęskniła.
— To tylko kilka dni. — Uśmiechnął się. — Nawet nie zauważysz, jak szybko zlecą.
Lekko uniosła kąciki ust. I znów miała to samo poczucie, jak wtedy, gdy wyjeżdżała na wakacje — na pewno będzie tęskniła.
— Masz czekać na prezent ode mnie — dodał Jack.
— Już nie mogę się doczekać — powiedziała Elsa.
— Co sądzisz o świeczniku w kształcie trolla górskiego? — zaśmiał się.
Także parsknęła śmiechem.
Z uścisku wyrwał ich huk. Zobaczyli słup dymu.
— Emma... — jęknął Jack, przeciskając się między tłumem.


~*~*~*~


Mimo tego, co powiedział wcześniej Roszpunce, Jack wybrał się na ulicę Pokątną. To dlatego, że jakiś mały dureń chciał uciec z objęć niechcianego adoratora i przypadkiem podpalił torbę z książkami.
— To nie moja wina — tłumaczyła się po raz kolejny Emma, gdy szli ciemną ulicą. — Gdyby nie zadali nam pracy domowej na Święta, nie miałabym tych książek w torbie i by się nie podpaliły!
Jack musiał przyznać, że to była wymówka na jego miarę. Jaki starszy brat, taka młodsza siostra.
Się podpaliły? — powtórzył nieco zgryźliwie. Dosłyszał, że jego słowa za bardzo przypominały rodzicielskie gadanie; czuł się z nimi nieswojo. Jednak nie miał zamiaru odpuścić Emmie. — Serio, Emma, wydaje mi się, że są inne sposoby na przekazanie chłopakowi, że ci się nie podoba. Pomyślmy... Wiem! Może warto mu to po prostu po-wie-dzieć? Tylko geniusz mógłby na to wpaść!
— Chciałam tylko, aby, nie wiem, coś się tam przewróciło, a nie podpaliło — odburknęła dziewczyna. — Poza tym nie pouczaj mnie, Jack, bo sam robiłeś gorsze rzeczy!
— Ja? Nie przypominam sobie — parsknął śmiechem, widząc, że siostra ma ochotę go trzasnąć.
Przerzucił torbę wypełnioną nowymi podręcznikami dla dziewczyny na drugie ramię. Wiedza zawarta w książkach sporo ważyła, a przy okazji była naprawdę cenna — w obu znaczeniach tego słowa. Jack dogadał się z Emmą, że nie będą wspominali mamie o nowym, sporym wydatku. Bardzo by się zmartwiła i na pewno nie pozwoliła zapłacić mu swoimi pieniędzmi — nagrodą z Turnieju Trójmagicznego. Nie czuł się więc źle, gdy skłamał, że na Pokątną wybrali się po nowe części do jego miotły — która ciągle jeszcze nieco odchorowywała upadek podczas meczu ze Ślizgonami.
Emma wypominała mu wszystkie tarapaty i dziwne sytuacje, w które się kiedykolwiek wpakował, gdy szli przed siebie.
Większość sklepów była już pozamykana. Latarnie rzucały lekki, pomarańczowy blask na lśniącą szronem ulicę, po której mało kto się włóczył. Jack dostrzegł jakąś starą czarownicę zamykającą kwiaciarnię. Odeszła od budynku, dźwigając skrzynkę z zimowymi kwiatami, które rozchylały płatki, łapiąc mroźne powietrze. Później po drugiej stronie ulicy przeszedł pośpiesznie jakiś mężczyzna, ciągnąc za sobą ogromny kufer. Być może wracał od rodziny po Świętach.
Jack nie śpieszył się tak jak on. Do zamknięcia lokalu, z którego można było skorzystać z sieci Fiuu, zostało jeszcze sporo czasu. Gdy o tym pomyślał, od razu przypomniały mu się słowa Roszpunki. Sklep z magicznymi kosmetykami pani Taxos znajdował się niedaleko stąd. Chłopak obiecał przyjaciółce, że jeśli pojawi się na Pokątnej, to na pewno wpadnie. Pomyślał, że może podziękować jej za prezent — wyjątkowo ładny — który mu przesłała na Święta. Nawet teraz miał go na sobie. Wydziergany przez Roszpunkę granatowy sweter w białe śnieżynki przyjemnie grzał go pod brązowym płaszczem.
— Wpadniemy na chwilę do Roszpunki, dobra? — zwrócił się do Emmy.
W odpowiedzi wzruszyła obojętnie ramionami.
Powoli szli przed siebie; zacząć padać śnieg. W deszczu białych płatków dotarli przed sklep pani Taxos. Obserwowali go z drugiej strony ulicy. Budynek był wyższy i węższy niż inne, przypominał wieżę. Miał trzy piętra — na parterze i pierwszych dwóch okiennice były pozamykane, tak samo jak drzwi do lokalu. Jack pomyślałby, że jego przyjaciółki nie ma w domu, gdyby nie to, że w jednym oknie na najwyższym piętrze świeciło się światło.
Przypomniał sobie, jak Roszpunka mówiła, żeby zapukał do bocznych drzwi. Ruszył przez ulicę, a za nim Emma ślizgała się.
W zaułku między sklepem pani Taxos a sąsiednią cukiernią coś pyknęło. Jack znieruchomiał, gdy trzy postacie aportowały się w ciemnej uliczce. Chyba go nie dostrzegły. Może dłużej by im się przyglądał, gdyby nie to, że skierowały się ku bocznym drzwiom domu, w którym mieszkała Roszpunka. Nie zapukały do nich. W cichej okolicy chłopakowi udało się dokładnie usłyszeć dźwięk otwieranego zamka — musieli użyć czarów. Jak cienie wślizgnęli się do budynku, a za jaśniejącym oknem zapanowało poruszenie. Jakaś postać w nim nerwowo zerwała się i zniknęła za ramą.
— Co to za ludzie? — zapytała Emma.
— Nie wiem — odparł Jack.
Przeszedł do końca ulicy żwawym krokiem, a siostra potruchtała za nim. Wtopili się oboje w ciemny, wąski zaułek, gdzie znajdowało się drugie wejście do domu Roszpunki. Musieli uważać, aby nie wpaść na porozrzucane wokół śmieci — jakieś stare, duże opakowania po magicznych specyfikach dla poprawienia urody czy dziurawy, zardzewiały kocioł.
Światło latarń osłabło między dwoma budynkami. Gdyby nie to, że do siedemnastych urodzin brakowało mu kilka dni, Jack od razu rozjaśniłby mrok czarami. Ograniczył się tylko do sprawdzenia, czy ma różdżkę w kieszeni, aby móc ją w razie czego szybko wyciągnąć.
Nie wiedział, co myśleć o tych ciemnych postaciach. Nie chciał panikować. Może to jakaś rodzina Roszpunki, która nieco spóźniona przyjechała na Święta? Chyba nie pukali, aby nie niepokoić domowników.
Wolał jednak sprawdzić.
Poza tym obiecał Roszpunce, że ją odwiedzi.
Ściągnął rękawiczki i zastukał w zimne, drewniane drzwi. Stukot wydawał się hukiem we wszechobecnej ciszy.
— Roszpunko? — zawołał.
Wtedy usłyszał niepokojące, przytłumione głosy dochodzące z domu.
— Emma, trzymaj to. — Podał jej torbę z podręcznikami. Ciężar zgiął dziewczynę wpół.
— Jack? — westchnęła cicho, wpatrując się w niego dużymi oczami.
Lekko nacisnął klamkę. Pchnął drzwi do przodu. Zrobił krok na próg ciemnego przedpokoju. O mało co nie wpadł na wieszak. W ciemności rozpoznał kontury schodów i części mebli. Emma za nim delikatnie zajrzała do środka.
— Dobry wieczór? — rzucił Jack. — Roszpunko, jesteś?
Coś łupnęło na podłogę na piętrze. Ruszył ku schodom, zostawiając Emmę tuż przed drzwiami. Sięgnął po różdżkę. Dokładnie wyczuwał jej chłodne drewno w dłoni.
— Nie! — Przytłumiony wrzask dobiegł z góry.
Trzask zaklęć zatrząsł drewnianą balustradą schodów. Jakieś rzeczy z wyższych pięter musiały posypać się na podłogę.
— Roszpunka! — zawołał głośno Jack, wbiegając po schodach.
Ledwo słyszał, jak Emma woła go po imieniu.
Wbiegał po kilka stopni naraz, słysząc kolejne trzaski zaklęć. Wskoczył na trzecie piętro, oślepił go blask czaru i ogłuszył trzask pękającego szkła. Jego umysł nie zdążył nawet ogarnąć tego, co ujrzał.
— Jack! — krzyknęła zaskoczona Roszpunka. Wypadła z pokoju na korytarz.
Zaklęcie pierwszej ciemniej postaci runęło na nich. Pani Taxos machnęła różdżką. Siła czaru pchnęła ją boleśnie na ścianę, a Roszpunkę i Jacka powaliła na podłogę. Kobieta jęczała z bólu.
Druga i trzecia ciemna postać wychodziły z pokoju. Zamachnęły się na nich. Jack w ostatniej chwili machnął różdżką. Tarcza ledwo odbiła zaklęcia. Blask roztrzaskał się jak szkło. Chłopaka boleśnie wymiotło na schody. Ból rozlał się po jego żebrach. Obrazy pospadały ze ścian. Roszpunka rzuciła jakiś czar, chowając się za ścianą przestraszona. Oczywiście za słaby jak dla trojga napastników.
— Nie weźmiecie mojego skarbu! — ryknęła pani Taxos wściekle, podnosząc się z ziemi.
Unosiła dłoń do czarowania. Atakujący od razu zainterweniowali. Czarne, błyszczące kształty runęły na nią. Koszmary, grad wściekłych owadów, otoczyły czarownicę.
Ból kipiał w klatce piersiowej Jacka, a nerwy w umyśle. Roszpunka wychylała się zza ściany, miotając zaklęcia, niesamowicie przerażona. Przeczołgała się na schody. Odpowiedziała na zaklęcie pierwszego napastnika. Zaraz za Pierwszym, do czarowania rzucili się pozostali. Stoczyła się na niższe stopnie w ostatniej chwili. Czary Drugiego i Trzeciego nie dosięgnęły jej.
— Jack, jesteś cały?!
W ścianę łupnęło kolejne zaklęcie. Grad gruzów zrzucił ją i Jacka na niższe piętro. Nie było czasu na rozmowy.
Chłopak wstał z bólem. On i Roszpunka nie mieli nawet czasu na ucieczkę. Czarne koszmary spłynęły po schodach. Za nimi wypadli napastnicy. Ich zaklęcia i złe sny runęły na Jacka i Roszpunkę.
Drętwota! — ryknął Gryfon na Pierwszego.
Pierwszy odbił zaklęcie. Ognista wstęga runęła ku Jackowi. Odskoczył, a część pokoju za nim zajęła się ogniem. Roszpunka ledwo co uciekła od płomieni.
— Uważajcie na dziewczynę — powiedział Drugi do pozostałych.
Świadomość, że zna ten głos, przeszyła Jacka na wskroś.
Napastnicy nie pozwolili mu nadziwić się nią. Runęły na niego ciemne, widmowe stworzenia z koszmarów. Mroczne wilki, szczerzyły ostre zęby   rzucały się na niego z pazurami.
Miotał zaklęcia wszędzie, bo koszmary otaczały go ze wszystkich stron. Roszpunka broniła ich przed atakującymi, coraz mniej skutecznie.
Musieli uciekać.
— Roszpunko, uciekaj! — Zaklęcie rozbiło czarny piach, który wsypał mu się do oczu. Czując pieczenie w nich, uciekł od zaklęcia Trzeciego
Widmowy wilk przyszpilił go do ziemi. Złoty blask jego oczu i szczęki znajdowały się stanowczo za blisko twarzy Jacka. Roszpunka eksplodowała stworzenie.
— Nie, Jack! Ma-mama, ona jest na górze! — Usłyszał jej rozpaczliwe słowa przez trzaski zaklęć.
Przeturlał się, a zielony promień zaklęcia minął go o włos. Pchnął Roszpunkę na schody prowadzące na dół.
— IM CHODZI O CIEBIE, UCIEKAJ!
Napastnicy atakowali go gradem zaklęć. Blokował je ostatkiem sił. Słali czary, aby dorwać Roszpunkę.
Musiał je zablokować.
Dziewczyną nagle szarpnęło. W tym samym momencie koszmary powaliły Jacka. Ból w żebrach przytwierdził go do ziemi. Czuł, jak łzy same skapują mu z oczu.
Pierwszy stał na złocistych włosach dziewczyny, które nie zdążyły zsypać się ze schodów. Od razu z Trzecim rzucił zaklęcie, które ją unieruchomiło.
— Mamy ją! — wydyszał.
Jack nie mógł już ich powstrzymać. Dorwali dziewczynę i deportowali się z nią. Jednak zdążył rzucić czar na Drugiego.
— Ty żałosny... — odpowiedział zaklęciem Drugi.
Jack uciekał przed Drugim. Zaklęcia obracały dom w ruinę. Napastnik kierował wszystkie na chłopaka. Walka przeniosła się na parter.
Szkło sypało się z regałów, które obracały się w drzazgi.
— Jack, zaraz ktoś przyjdzie z pomocą! — krzyknęła Emma, stojąc na progu.
Dlaczego ona tu jeszcze jest?!
Drugi zauważył ją. Od razu cisnął w jej stronę zaklęcie.
Expulso! — krzyknął Jack.
Emmę odepchnęło na środek pomieszczenia. Zielony blask rozlał się po ramie drzwi, czerniejąc. Jack zgarnął siostrę z ziemi. Wypchnął ją na zewnątrz, na ciemny zaułek. Różdżka wypadła z jej dłoni. Drugi rzucił się na nich.
Jack nie miał czasu na przemyślenia. Złapał mocno Emmę.
Był tylko nieprzyjemny skurcz teleportacji i ramię Emmy, które kurczowo ściskał dłonią. Nagle coś zderzyło się z nim. Ognisty ból rozlał się po ręce.
Drugi był z nimi.
Jacka wcisnęło w zimne podłoże. Pod gołymi dłońmi wyczuwał chłód lodu. Dyszał ciężko. Przed oczami miał mgłę. Ból rozrywał mu głowę, żebra i ramię. Nie przemyślał dobrze tej teleportacji. Nie skupił się wystarczająco. Nie wrócił dokładnie do paskudnego miejsca ze wspomnienia.
Cienki lód na środku jeziora trzeszczał.
Jack w blasku księżyca widział niewyraźnie Emmę obok siebie. Wstała na nogi, rozglądając się przerażona. Kilka metrów dalej ciemna postać podnosiła się z zimnej tafli.
Widział, jak Drugi celuje w Emmę. Jack podniósł się, drżąc. Odbił zaklęcie, a po jego ciele rozlała się fala wyjątkowo nieprzyjemnego bólu. Poczuł, jak energia wylatuje z niego z każdym parującym obłoczkiem wypuszczonym z ust, z każdym uderzeniem serca.
— Uciekaj! — rozkazał Emmie.
Patrzyła na niego zszokowana. Blask księżyca wydobywał strach z jej twarzy.
Drugi nie czekał, aż dziewczyna się zdecyduje.
— NIE ROZUMIESZ, UCIEKAJ! — powtórzył Jack.
Zupełnie ją zamurowało. Odbił czar resztkami sił.
Kolejny okazał się już za mocny.
Gdy niebieski blask leciał ku Emmie, Jack nawet się nie zastanawiał. Rzucił się na nią i natychmiast odepchnął. Gruchnęła na lód z piskiem. Prześlizgnęła się aż do brzegu. W tafli pojawiło się pęknięcie przypominające piorun.
— Jack!
Niebieski dym zasnuł niebo.
Coś w Jacku opustoszało. Wyparło mu dech z płuc. W głowie słyszał trzaski niczym pękający lód. Zimno spłynęło do środka klatki piersiowej. Serce biło szybko, porażone nagłym mrozem. Chłopaka zgięło w pół. Dopiero teraz zauważył czerwień cieknącą z ramienia, pomiędzy jaskrawymi plamami przed oczami.
— U-uciekaj — wycharczał do siostry. Tracił kontrolę nad swoim ciałem.
Posłuchała. Rzuciła się biegiem. Już zeskakiwała na brzeg, ku ciemnemu lasowi. Drugi nie zdążył posłać za nią kolejnego czaru. Wydawało się, że ostatnie zaklęcie go wyczerpało.
— Trzeba było nie przeszkadzać Księciowi Koszmarów — powiedział Nixon, opanowując dyszenie.
Jack zamachnął się dłonią. Różdżka posłała słabe zaklęcie.
Nixon odbił je jakby od niechcenia. Różdżka chłopaka odleciała daleko, pozostawiając go bezbronnego. Mężczyzna wycelował w lód.
Tafla trzasnęła, a Jack runął w czerń.
To zimno... on go nie zniesie, niech ono odejdzie, niech ono odejdzie...
Nie mógł zmusić się do żadnego ruchu. Księżyc gasł. Pochłaniała go czerń i nieludzkie zimno.
Ostatnim, co Jack słyszał, był odgłos, jak Nixon deportuje się z jeziora, w którym zginął Anthony Frost. Pomyślał, że zaraz on również w nim zginie.

~*~*~*~

Pod tym rozdziałem miałam nie dodawać „słów od siebie”, ale jest sprawa, o której warto wspomnieć. Pewna azjatycka strona, na którą pod żadnym pozorem nie wchodźcie, bo jest zawirusowana, kopiuje teksty z Wattpada. Mowa tu o truyenfun. Pojawiło się na niej sporo polskich opowieści, w tym również mój „Hogwart skuty lodem”. Chcę poinformować, że tę historię udostępniam tylko na Wattpadzie pod nickiem oLiczi oraz na Bloggerze pod tym adresem: https://hogwart-skuty-lodem-jelsa-fanfiction.blogspot.com/. To tak dla jasności — nie wchodźcie na truyenfuna ani inne portale, jeśli chcecie ją poczytać.

czwartek, 22 czerwca 2017

Rozdział XL — Na boisku

 Wydawało się, że przynajmniej połowa stadionu przeniosła się do skrzydła szpitalnego. Jack nie mógł nawet do końca otworzyć drzwi, bo od razu przepchnięto go do przodu. Koledzy zrobili z niego żywą tarczę chroniącą ich przed gniewem zabieganej pielęgniarki.
— O, nie! — wydusiła zdenerwowana. W dłoniach miała ogromną tacę pełną magicznych mikstur. — Co wy tu, do diaska, robicie?!
— Chcemy odwiedzić naszą koleżankę — odparł Jack niewinnie.
— Dokładnie — potwierdziła Merida, odważnie chowając się za jego plecami.
— Nie ma mowy — parsknęła pani Kelly. — Jest za dużo odwiedzających, idźcie stąd te...
— Kobieto, przez ciebie musiałem opuścić moją drużynę na boisku! — Usłyszeli głośne uskarżanie się Kristoffa.
Już nikt nie słuchał pielęgniarki. Drużyna Gryfonów rzuciła się w stronę poszkodowanych, którym już towarzyszyło kilka osób. Przy Annie była Elsa — tkwiła obok niej, odkąd Gryfonka wylądowała zamroczona na murawie — Roszpunka, a także kilka osób, które Jack znał z widzenia. Przy łóżku Kristoffa stali jego znajomi: Julian Fitzherbert, Astrid Hofferson, kilkoro Puchonów pomalowanych w barwy swojego domu — wśród nich dziewczyna przebrana za borsuka — oraz niepełna puchońska drużyna.
Jack, patrząc na siostry Vintersen, zdał sobie sprawę, że starsza wygląda gorzej niż młodsza. Pierwsza była blada ze strachu. Natomiast druga czuła się na tyle dobrze, aby wymachując wściekle dłońmi, odpowiadać na narzekania Kristoffa:
— Ja przez ciebie też opuściłam moją drużynę! Tak, przez ciebie!
Jack przestał martwić się o koleżankę. Sprzeczała się z takim zawzięciem, że na pewno nie dolegało jej nic poważnego. Merida odetchnęła z ulgą, doszedłszy do podobnych wniosków.
— Wiesz, jak to jest stracić ścigającego na początku meczu? — dodała Anna, nieco zbyt gwałtownie podskakując na łóżku.
Ścigającego? A wiesz, jak to jest stracić obrońcę? — odburknął Kristoff. Na rozciętą brew założono mu opatrunek. — Tylko że ja dodatkowo jestem kapitanem. Przez ciebie przegraliśmy, bo nie umiesz latać.
— Hej, kolego — wtrącił ostrzegawczo Jack — przegraliście dlatego, że to ja pierwszy złapałem znicz. — Pomachał złotym zniczem ciągle trzymanym w dłoni.
— Poza tym mogłeś równie dobrze się odsunąć. Gdyby tłuczek tak na ciebie leciał, to też stałbyś w miejscu jak cielę? — powiedziała Merida do Kristoffa.
Nie spodobało mu się nazwanie go cielęciem.
— Równie dobrze to ona mogła patrzeć, gdzie leci — bąknął ktoś z Hufflepuffu.
Jack spojrzał w kierunku osoby, która to powiedziała. Po drugiej stronie łóżka Kristoffa stała wsparta o szafkę nocną Jane Cleese. Twarz została pomalowana na jaskrawożółty kolor, a przez środek biegł czarny pas.
Puchonka szybko speszyła się, gdy spojrzenia jej i Jacka spotkały się. Przeczesując palcami włosy, wbiła nieprzyjemny wzrok w siostry Vintersen.
— Patrzyłam, gdzie lecę, Jane — warknęła Anna.
— Naprawdę? — wątpiła Jane. — Jakoś nie widziałam...
— To naucz się patrzeć! — rzucił Edward Potter ze śmiechem, tracąc boiskową powagę.
— Umiem patrzeć, Potter — parsknęła. Spojrzała na Annę. — Ale może ty zrobiłaś to specjalnie? Zresztą, czego się spodziewać, skoro ty i ona...
— Jaka ona? — powiedziała mroźnie Elsa.
Jack miał wrażenie, że w skrzydle szpitalnym zapanowała zima. Czuł się nie na miejscu. Co niektóre osoby również wydawały się zagubione — wahały się, czy przysłuchiwać się dalszej wymianie zdań, czy wyjść.
— Obie lubicie mieszać — stwierdziła Jane. — Może Anna zrobiła to specjalnie, aby...
— Może to był po prostu przypadek? Zdarza się na meczach — wtrącił Asterion Chalkeje. Uznał, że pora rozrzedzić atmosferę.
Przypadek — wypluła Jane w stronę Elsy. — Obie macie takie zdolności do przypadków. Przypadkiem na kogoś wpadniecie, przypadkiem kogoś zranicie, przypadkiem zrujnujecie czyjeś szanse u kogoś.
Teraz atmosfera była tak gęsta, że wbijała Jacka w podłogę.
Z odsieczą pojawiła się pani Kelly. Nigdy przedtem nie cieszył się tak bardzo na jej widok.
— Koniec dobrego! — zarządziła, zaalarmowana podniesionymi głosami uczniów. Rzuciła tacę z lekarstwami na szafkę między łóżkami Kristoffa i Anny. — Tyle osób naraz, dodatkowo wszyscy krzyczycie! Sio! No, już!
Nie poczuł się urażony, że zostali wygonieni. Jane wyszła pierwsza, parskając pod nosem. Zaraz za nią zerwała się reszta odwiedzających. Zostali tylko Elsa, Julian i Asterion. Jack, wychodząc, dosłyszał, że siostry rozmawiały o czymś pełnym emocji półszeptem.
Wydostali się na korytarz, pogadali krótko i rozdzielili się. Merida i Potter wyruszyli na poszukiwania profesor Claudis. Roszpunka natomiast zdecydowała się towarzyszyć Jackowi w drodze na stadion po Zawieruchę zostawioną w szatni. Podczas lotu doszedł do wniosku, że miotła ociężale skręca. To popołudnie akurat miał wolne, więc mógł wykorzystać je na naprawę.
Kiedy szedł z Roszpunką w stronę wyjścia z zamku, nie zastanawiał się nad naprawą. Myślami ciągle był w skrzydle szpitalnym.
Roszpunka najwidoczniej również zakotwiczyła tam swój umysł:
— Myślałam, że rzucą się sobie do gardeł — powiedziała.
— Co ty? Przecież Kristoff i Anka tylko się sprzeczali — nie zgodził się Jack.
Roszpunce opadły ręce.
— Miałam na myśli Jane i Elsę. Jane chyba dalej się gniewa.
— A co ja na to poradzę? — Wzruszył obojętnie ramionami.
Nie odpowiedziała na jego pytanie.
— Jak myślisz, z Anką i Kristoffem wszystko w porządku? — zmieniła temat.
— Nic im nie jest. Mało razy ja na kogoś wpadłem na meczu? — parsknął śmiechem. — Ty przecież jesteś mistrzynią w powstrzymywaniu krwotoków z nosa.
— Nie przypominaj mi. Jeśli znowu będę musiała cię ratować, to obiecuję, że cię jeszcze dobiję.
— Dobrze, pomocna pani magomedyk. Pomoc poszkodowanym na pierwszym miejscu!
— Jak już zostanę magomedykiem, to tacy idioci jak ty będą przyjmowani jako pierwsi — obiecała.
— I dobijani?
Pokręciła głową, chichocząc. Skręcili w korytarz odchodzący na lewo, dalej rozmawiając o karierze Roszpunki jako magomedyka. W ich stronę zmierzał Hans trzymający za rękę jakąś ładną dziewczynę z Ravenclawu.
— Byliście u Anny? — zapytał.
Jack zdziwił się, kiedy Ślizgon odezwał się do nich bez żadnego wyzwiska lub kpiny. Spojrzał na niego spod zmarszczonych brwi, zastanawiając się, czy odpowiadać.
— Dlaczego chcesz to wiedzieć? — odparł pytaniem na pytanie.
— Zastanawiałem się tylko, czy powiedzieć jej, że Adrian wybrał się teraz z kolegami do Hogsmeade — wyjaśnił z udawaną obojętnością w głosie. Gdyby naprawdę go to nie obchodziło, nie zaczepiałby Jacka na korytarzu.
Zniknął ze swoją towarzyszką, zanim Gryfon zdążył przemyśleć, czy w słowach Ślizgona nie kryło się nic złego. Zastanowiło go, czy usłyszał prawdę. Wyobraził sobie, jak Hans przekazuje Annie wiadomość o wypadzie Adriana do Hogsmeade. Pewnie przyjdzie do skrzydła szpitalnego ze swoją nową dziewczyną i podzieli się tą sensacją z kpiąco słodkim uśmiechem na ustach i udawanym współczuciem w głosie.
— On chyba sobie żartuje — zwrócił się Jack do Roszpunki, licząc na potwierdzenie.
— Nie wydaje mi się.
Jak zawsze można na nią liczyć — pomyślał ironicznie.
— Gdy szłam z Julianem na trybuny, mijałam się z Adrianem i jego kolegami. Coś planowali. Może Adrian gdzieś z nimi poszedł, ale ręki sobie uciąć nie dam. — Zamyśliła się. — Tak samo jak Czkawka.
— Co? Poszedł z Adrianem?
— Nie o to mi chodziło. On w ogóle sobie gdzieś poszedł, no, zniknął. Nie widziałam go nawet na stadionie. A ty?
Jack, lecąc na miotle i wypatrując złotego znicza, nie powinien rozglądać się za często po publiczności. Mimo to kilka razy zerknął na trybuny. Zdążył wyszukać w tłumie jedynie Roszpunkę, tylko dlatego, że nie da się przegapić jej długaśnych, złotych włosów.
— Nieszczególnie się rozglądałem — przyznał.
Jakaś czarno-niebieska smuga śmignęła przez prostopadły korytarz.
— O wilku mowa. — Jack przyśpieszył i skręcił za przebiegającą osobą. — Czkawka! Hej, zaczekaj!
Krukon gwałtownie się odwrócił. Jack zwolnił, pozwalając dogonić się Roszpunce. Stan jego przyjaciela zaniepokoił go. Wyglądał, jakby pobił się z ożywionym bagnem.
— Hej. Jak było na meczu? — Czkawka włożył dłonie do kieszeni. Jack zdążył zauważyć na jednej z nich paskudne otarcie, którego pewnie nie zbagatelizowałaby pani Kelly.
— Nie byłeś na meczu? — zapytał Jack.
— I w ogóle to wyglądasz, jakbyś bił się ze smoczym łajnem — dodała szczerze Roszpunka, oglądając go od stóp do głów.
Czkawka mocno zacisnął usta.
— Nie byłem na meczu — powiedział po chwili.
— Stary, jak mogłeś nie pójść? — Nieobecność przyjaciela nie mieściła się Jackowi w głowie. — Przecież to pierwszy mecz w sezonie. Pierwszy od ponad roku — podkreślił. — Poza tym graliśmy ja i Merida!
— Dlaczego nie przyszedłeś? — zapytała Roszpunka. Była spokojniejsza niż Gryfon, ale w jej pytaniu wyraźnie brzmiała ciekawość.
Przyparty do muru Czkawka spojrzał na nich dwoje spode łba. Nerwowo zaciskał dłonie w kieszeniach.
— Nie powiem, bo będziecie się śmiać — powiedział nareszcie.
Po tych słowach Jacka jeszcze mocniej zastanawiało, czemu Krukon nie pojawił się na stadionie.
— Obiecuję, że nie będziemy — przyrzekła Roszpunka.
— Mów za siebie. Ja niczego nie obiecuję — dodał Jack lojalnie.
Czkawka nie miał już wyboru:
— Wywaliłem się.
Wywa... co? — powtórzyła Roszpunka.
— Wywaliłem się. — Podkreślił to, rozkładając ręce, aby mogli dokładniej przyjrzeć się jego ubłoconej szacie. — Prosto w błoto.
Jack spojrzał niezbyt przekonany na Roszpunkę — odpowiedziała podobnym spojrzeniem — a później na Czkawkę.
— I zmieniałeś ciuchy przez cały mecz? — dopytał.
— Jack, właściwie to Czkawka dalej ich nie zmienił — zauważyła Roszpunka.
Miała rację.
Czkawka go nie przekonał. Dało uwierzyć się w to, że mógł przewrócić się w kałużę i chciał przebrać się w coś czystego. Tylko że nawet gdyby poszedł po inne ubrania, zdążyłby wrócić na stadion i obejrzeć większość meczu.
— No... Po prostu nie wróciłem, dobra? Nie miałem ochoty na mecz — powiedział Czkawka lekko zirytowany.
Gdyby pierwsi grali Krukoni, Jack zrobiłby wszystko, aby obejrzeć mecz, w którym gra jego przyjaciel. Mógłby obrazić się, gdyby nie to, że zachowanie Czkawki dziwiło.
— Wiecie co, ja już idę — powiedział Krukon, już ruszając. — Muszę się przecież przebrać.
Jack i Roszpunka nie ścigali go. Patrzyli, jak skraj jego upapranej błotem szaty znika za zakrętem.
— Też nie podoba ci się jego zachowanie? — zapytała Roszpunka.
Jack parsknął śmiechem.
— Czytasz mi w myślach.


~*~*~*~


Euforia po zwycięstwie Gryfonów opadła szybko, bo wraz z rozpoczęciem nowego tygodnia. Merida, mimo że od kolejnego meczu Gryffindor dzieliło sporo czasu, już rozplanowała treningi. Truła o nich Jackowi na każdej lekcji, na której siedzieli razem.
Paplała na ten temat również wtedy, gdy na obronie przed czarną magią profesor rozdawał sprawdzone kartkówki. Okupowała ławkę za Jackiem i Czkawką, spychając bezlitośnie Pottera na kraniec blatu.
— Myślałam o ostatnim meczu i doszłam do wniosku, że musimy ciężko popracować — nawijała. — Będziemy trenować, dopóki nikt nie padnie...
— Przyjemny sposób na wykończenie kogoś — westchnął Jack.
— Wy przypadkiem nie gracie dopiero po nas? — zapytał Czkawka. — Czyli za jakiś miesiąc?
Merida spojrzała na niego jak na idiotę. Jak można nie wykuć na blachę rozpiski meczów?!
— Tak — odparła lekko oburzona. — Chcesz coś dodać?
— Nic. — Przybrał obronny ton. Tutaj powinien umilknąć, ale, na nieszczęście wszystkich wokół, dodał: — Trzeba trenować ciężko, ale też mądrze.
Merida odebrała to, niestety, jako atak. Czkawka bronił się, wyraźnie żałując, że w ogóle się odzywał. Jack może wtrąciłby swoje dwa sykle do tej sprzeczki, gdyby nie to, że rozdano kartkówki. Zmarszczył brwi, przeglądając komentarze profesora pod zadaniami.
Czemu nie zaliczył mu definicji?
Źle opisane zaklęcie...
Niepoprawnie opisane działanie czaru.
Capnął pracę Czkawki, chcąc zobaczyć, gdzie dokładnie zrobił błąd. Zaskoczyła go ocena kolegi.
— Hej, Czkawka — rzucił do sąsiada. — Dreamchild chyba źle ci sprawdził.
Krukon spojrzał na niego przez ramię. Odwrócił się i złapał swoją kartkówkę. Przeglądał ją ze zmarszczonymi brwiami.
— Nie, nie pomylił się — westchnął.
— Czekaj, czekaj, co właściwie dostałeś? — Merida wścibsko spojrzała w jego kartkę. — Ha! Zawaliłeś tak samo jak ja!
— Masz się czym chwalić — mruknął Potter. — Jaka odpowiedź była poprawna w czwartym?
Merida wystawiła w jego stronę język jak małe, naburmuszone dziecko, czego Potter nie zauważył, bo wszczął poszukiwania szczęściarza, który dobrze rozwiązał czwarte zadanie.
Gdy obrona przed czarną magią się skończyła, wszyscy rzucili się do pakowania swoich rzeczy. Jack, wychodząc, widział, jak Czkawka rozmawia z profesorem Dreamchildem na temat poprawy kartkówki.
Czekając na niego, przysiedli razem z Meridą na jednej z ławek niedaleko sali.
— Wiesz co? — zagadnęła dziewczyna. — Nareszcie będę mogła napisać mamie, że dostałam taką samą ocenę jak nasz mały kujonek!
— Na pewno się ucieszy — stwierdził Jack.
— Hej, Jack. — Trąciła go po chwili w ramię. — To nie jest ten mały Bennett z twoją siostrą?
Nakierowała go kiwnięciem głową.
Emma szła energicznym krokiem, ściskając w dłoni książkę. Za nią truchtał obładowany dwiema torbami — swoją i dziewczyny — czerwony z wysiłku, ale uśmiechnięty od ucha do ucha Jamie Bennett.
— Cześć, Jack! — rzucił radośnie w stronę Jacka i Meridy.
Chyba próbował pomachać dłonią, ale torba Emmy zsunęła mu się na zgięcie łokcia. Jack odmachał, a spojrzenia jego i siostry na chwilę się skrzyżowały. Speszyła się i czmychnęła w prostopadły korytarz. Jamie popędził za nią.


~*~*~*~


Ciężkie krople runęły na nich od razu, kiedy wyszli na zewnątrz. Szybko założyli kaptury i przynajmniej częściowo odcięli się od zimnego, jesiennego deszczu. Ruszyli w tym samym kierunku, co większość osób. Wdeptywali w kałuże; chlupot mieszał się z szumem.
— Na stadionie dołączy do nas Anna — poinformowała Elsa. Upychała lekko zmoknięte włosy pod kaptur. — Nie masz nic przeciwko?
— Oczywiście, że mam coś przeciwko. Zabraniam jej! — odpowiedział ironicznie Jack, pociągając nosem.
Przez kaptur ledwo dostrzegł, jak Elsa spogląda na niego z lekką pobłażliwością i uśmiechem na ustach.
— Już jej lepiej? — zainteresował się chłopak.
— Jeszcze nie wyzdrowiała po zerwaniu — odpowiedziała Elsa z małym smutkiem w głosie. — Już i tak im się nie układało, to trzeba przyznać. Jednak wtedy, gdy poszedł z kolegami do Hogsmeade, a nie odwiedził jej w skrzydle szpitalnym, Annie zrobiło się naprawdę przykro.
— Zawsze mogła rozerwać go na strzępy, gdy wrócił — zauważył. — To na pewno poprawiłoby jej humor.
— A wiesz, że nawet miała taki plan po wizycie Hansa?
Parsknęła śmiechem.
— Czyli Hans jednak miał rację — powiedział.
— Raz na jakiś czas, niestety, nawet jemu się zdarza.
Walczyli ze śliskim brukiem. Po przejściu części drogi, czekało ich inne wyzwanie — ścieżka w stronę stadionu, którą deszcz zamienił w niebezpieczną, błotnistą ślizgawkę.
— Jakby nie mogło świecić słońce — burknął Jack, kiedy znalazł się stanowczo zbyt blisko przywitania z ziemią. Ledwo panował nad odruchem szczękania zębami, gdy lodowaty deszcz zacinał wprost na niego. — Niezłą pogodę Czkawka załatwił sobie na mecz.
— Wróciłabym chętnie do zamku — powiedziała Elsa.
On również chętnie zawróciłby. Zająłby fotel w salonie jak najbliżej roztaczającego blask i ciepło kominka. Nie ruszyłby się stamtąd do wieczora. Tylko że miał odbyć się mecz Slytherinu z Ravenclawem, a w jednej z drużyn grał jego przyjaciel. Chęć obejrzenia, jak Czkawka gra, była o wiele silniejsza niż wizja przyjemnego wylegiwania w dormitorium.
Elsa chyba myślała podobnie, bo mimo wszystko nie zaproponowała powrotu. Powiedziała jeszcze:
— Skończymy jak Roszpunka, jeśli tak dalej będzie padać.
Roszpunka nie poszła na mecz, bo zachorowała. Dołączyła do pielgrzymki przeziębionych i zakatarzonych do skrzydła szpitalnego. Po sporej dawce Eliksiru Pieprzowego poczuła się lepiej, ale po ostrzeżeniach pielęgniarki została w zamku. Idąc przez ulewę, Jack nie wyobrażał sobie, w jaki sposób przyjaciółka miałaby dostać się na stadion. Musiałaby zabrać ze sobą nie pelerynę z kapturem, a ogromny worek na swoją fryzurę. Na pewno nie wzięłaby tego drugiego. A wiecie, ile czasu potrzeba na wysuszenie kilkumetrowych włosów? Chłopak nie wiedział, ile dokładnie, bo wahał się między sporo bardzo sporo.
Dotarli na stadion, moknąc, przytrzymując siebie nawzajem, rozmawiając i parskając śmiechem, ilekroć któreś z nich było niebezpiecznie blisko upadku. Od częściowo zadaszonych schodów prowadzących na trybuny dzieliło ich tylko kilkanaście kroków. Tylko że ci, którzy po nich wchodzili, wlekli się mozolnie. Jack pierwszy wszedł na stopnie, a Elsa za nim.
— Tylko nie zgub się w tym tłumie — zażartował przez ramię. — Nie chcę tłumaczyć się Ance.
— To moja siostra raczej powinna trzymać cię za rączkę, abyś się nie zgubił! — Zaśmiał się ktoś z przodu.
Elsa uśmiechnęła się szeroko. Jack zrobił to samo, odwracając się w stronę Anny.
Pokonali we troje schody. Gdy weszli na trybuny, chłopak nabrał jeszcze większej ochoty na powrót do zamku. Powoli przestawało padać. Zaczynało lać. Deszcz chciał ich potopić albo przynajmniej sprawić, że wylądują przeziębieni w skrzydle szpitalnym. Jack już czuł dreszcze i zatykający się nos.
Trudno było zorientować się, kiedy dokładnie gracze weszli na boisko. W szarudze prawie wcale nie dało się dostrzec zielonych i niebieskich szat zawodników.
— Widzicie gdzieś Czkawkę?! — zapytał Jack. Szum deszczu zagłuszał jego głos.
Anna wytężała wzrok, przytrzymując kaptur dłońmi. Elsa nagle pokazała palcem.
— To chyba on!
Ta niebieska plama wśród szarości mogła być Czkawką, ale nie musiała. Jack postanowił uwierzyć w przeczucia Elsy.
— I RUSZYLI! — Lekko zachrypnięty głos Harry'ego Browna był ledwo słyszalny.
Niebieskie i szmaragdowe smugi śmigały wśród szarości. Jedna z nich, wisząca przy pętlach, musiała co chwilę bronić bramek. Rzucała się na piłki, nie zawsze z pozytywnym skutkiem.
Tłuczek pruł w jej stronę z zawrotną prędkością.
— HADDOCK UNIKNĄŁ SPOTKANIA Z TŁUCZKIEM.... — ryczał Harry swoją chrypą. — ALEEE PRZEPUŚCIŁ KAFEL! SIEDEMDZIESIĄT DO PIĘĆDZIESIĘCIU DLA SLYTHERINU!
Jack darł się równie głośno jak Harry.
Gra pędziła.
— ŚLIZGONI MAJĄ JUŻ OSIEMDZIESIĄT PUNKTÓW... — mówił komentator.
Gryfon buczał tak, jak większość Krukonów na tę wiadomość.
— DZIEWIĘDZIE... A JEDNAK NIE! HADDOCK OBRONIŁ! PERFEKCYJNE SALTO! — krzyczał Harry. — KAFEL W RĘKACH LOU ZHANG, PODANIE DO BROOMLESS...
Jack nie czuł już przemarzniętych dłoni, gdy klaskał, ile tylko miał sił.
— POŚCIG ZA ZŁOTYM ZNICZEM, MARY ZHANG MA PROBLEM Z MIOTŁĄ, URANOS TO WYKORZYSTUJE, PĘDZI ZA NIĄ...
Frost rzucił się do barierki. Anna wymachiwała obok ręcznie zrobioną chorągiewką w barwach Ravenclawu. Elsa mocno zaciskała dłonie. Jej oczy pędziły za szukającymi.
To już koniec. Znicz zaraz im się wymknie — Jack to czuł. Któryś szukający musi go złapać. Tylko który?
Niebieska i zielona smuga śmignęły tuż przed nim. Gryfon dostrzegł złoty blask, który zaraz zniknął, rozpływając się w dłoni Ślizgona.
— URANOS ZŁAPAŁ ZNICZA! ŚLIZGONI WYGRYWAJĄ! DWIEŚCIE TRZYDZIEŚCI...
Jack oparł się ciężko o barierkę. Ryk Ślizgonów i innych osób kibicujących Slytherinowi zagłuszył głos Harry'ego. Zawodnicy nie tryumfowali na boisku — szybko udali się do szatni. Kibice również nie dostrzegli sensu w dłuższym staniu na deszczu, więc ruszyli ku wyjściom.
— Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak wymarzłam — narzekała Anna, ślizgając się po stopniach.
— Idziecie ze mną po Czkawkę? — zapytał Jack. — Idę ochrzanić Krukonów za to, że przegrali ze Slytherinem.
— Powinni wygrać dla ciebie. Przecież im kibicowałeś — rzuciła ironicznie Anna.
— Oczywiście. Zaszczyciłem ich swoim poparciem, więc powinni się bardziej postarać.
— Całkowicie wypadło mi z głowy... Nie wiem, czy będziesz mógł powiedzieć Czkawce o tym, jak bardzo cię zawiódł — zauważyła Elsa.
Jack zszedł z ostatniego schodka. Chwila ulgi od deszczu skończyła się. Nieprzyjemne krople zaatakowały. Chłopak powinien w tym momencie skręcić w stronę szatni, ale słowa Elsy go powstrzymały.
— Dlaczego? — zapytał.
— Czkawka kazał przekazać ci, że po treningu mają spotkanie — wyjaśniła Elsa. — Mówił, że przeanalizują mecz.
Jacka zdziwiły słowa Elsy. Odkąd był w drużynie ani poprzedni kapitan, ani Merida nie analizowali meczu tuż po grze. Jeśli przegrali, darli się na siebie nawzajem i narzekali na drużynę przeciwną, sędziego, pogodę — na wszystko. Gdy zwyciężali, rozmawiali w ogromnych emocjach. W obu przypadkach nie oceniali obiektywnie starcia. To było niewykonalne. Uznał, że najwidoczniej Olivia głupio łudzi się, że dokona niemożliwego.
— Serio? Olivia myśli, że rozpiszą sobie teraz całą strategię na kolejny mecz? Wszyscy wyglądali na ledwo żywych.
— Właśnie — podkreśliła Anna.
— Najwidoczniej ma jakiś powód, aby kazać im czekać. — Wzruszyła ramionami Elsa. — Ale też wydaje mi się to niezbyt dobrym pomysłem.
Gdy przyznała im rację, uznał, że nie ma co dłużej stać w deszczu.
— Chodźmy lepiej. Zamarzam — poskarżył się.
Pobiegli w stronę zamku; błoto chlupotało pod ich stopami, a woda nieprzyjemnie przelewała się przez buty. Gdy dotarli tam, Jack myślał krótko o odprowadzeniu Elsy do dormitorium. Uznał, że tego nie zrobi, bo chciał jak najszybciej wysuszyć się i ogrzać. Sądząc po minie dziewczyny, ona pewnie pragnęła zrobić to samo. Pożegnali się na jednym z korytarzy. Elsa poszła w stronę wieży Ravenclawu, a Jack i Anna do dormitorium Gryfonów.
Poczuł, jak jego zmarznięte ciało rozluźnia się, gdy Gruba Dama wpuściła go do środka. W kominku płonął pomarańczowy ogień i napełniał całe pomieszczenie przyjemnych ciepłem. Pomimo że nie było późno, świece w świecznikach pozapalano, aby rozpraszały burość wpadającą przez okna.
— Jak było? — zapytał Potter.
Dość szybko się przebrał — pomyślał Jack.
Edward siedział przy jednym ze stolików ubrany w zwyczajne, suche ubrania. Na blacie porozwalane były książki i notatki — co wydawało się dość nie na miejscu ze względu na to, że Potter dopiero wrócił ze stadionu.
— A jak miało być? — odpowiedział pytaniem Jack.
Podszedł bliżej. Odgarniając mokre włosy z czoła, oparł się o wolne krzesło.
— O to ci chodzi... No, nie byliśmy u Czkawki. Jackson zarządziła jakieś spotkanie czy coś — powiedział.
Spotkanie? Teraz? Po meczu? Nie wywiało tych mądrali za bardzo? Chce im się jeszcze spotykać po meczu? — zdumiał się Potter.
— Mnie nie pytaj, o co dokładnie chodzi. I tak nie mam informacji z pierwszej ręki. — Zerknął na notatki przyjaciela. — Tak w ogóle, to kiedy wyszedłeś ze stadionu, że już męczysz lekcje?
Potter westchnął.
— Nie byłem nawet stadionie — przyznał smętnie.
Jack miał ochotę parsknąć śmiechem. Potter? Chłopiec, który nie odpuszcza żadnego meczu, miałby odpuścić sobie mecz? Uwierzyłby w to tylko pod warunkiem, że zobaczyłby Edwarda śmiertelnie chorego. Poza tym Merida mówiła, że miała pójść z nim na stadion. Zrezygnowali ze wspólnego wyjścia?
— Muszę poprawić sprawdzian u Claudis — wyjaśnił Potter, patrząc z rozpaczą i nienawiścią na podręcznik od opieki nad magicznymi stworzeniami.
Chyba coś mu się poprzestawiało w głowie. To nie był Potter, którego Jack znał. Potter rezygnujący z meczu dla jakiejś poprawy?
— Nie gadaj, że dlatego nie poszedłeś.
— Ta stara franca powiedziała, że jeśli tego nie poprawię, to wywali mnie z zajęć. Poszedłbym na ten mecz, tylko że napisała do moich rodziców. Jeśli tego nie zaliczę, to zagrozili, że napiszą do Dreamchilda, aby zakazał mi gry w drużynie. — Potter bezradnie uderzył dłońmi w stół.
— Nie zrobią tego — pocieszył go Jack.
— Oj, nie znasz ich. Są gorsi niż dementorzy. Wysysają radość i szczęście ze wszystkich.
— Jak tak dalej pójdzie, to będziesz musiał nauczyć się Patronusa — zaśmiał się Jack.
Zrozumiał, dlaczego Edward nie poszedł na mecz. Nie dziwiło go, że siedział w dormitorium nad podręcznikami.
— Ale zawalili. — Usłyszeli za sobą głos Meridy. — Czkawka powinien skopać im tyłki, ale zamiast tego kręcił się jak niedobita mucha przy tych pętlach...
— Oho, nadciąga nowy Harry Brown — mruknął Jack pod nosem.
Merida rzuciła się na niego, chcąc go przestraszyć. Oczywiście, nie zadziałało. Nie była mistrzynią cichych wejść.
— Nie wystraszyłeś się — spojrzała na niego oskarżycielsko.
— Aaa, jak się boję — wydusił, z nutą śmiechu w głosie.
Spojrzała na niego z politowaniem.
— Żałuj, Potter, że cię nie było. — Złapała mokre włosy i wyżymała je. Woda kapała po nich ciurkiem na dywan. — Darmowa kąpiel!
— Byłaś sama na stadionie? — zapytał Jack.
— Nieee, w końcu dołączyłam się do Wooda i McMillana. W ogóle, gdzie wy się podzialiście? Szukałam was, ale nigdzie nie mogłam was znaleźć... Zresztą, nieważne, nauka stygnie. — Spojrzała na notatki Pottera. — Tylko się przebiorę w coś suchego i już możemy wyruszać w podróż po cudownej krainie nauki!
Rzuciła to z ironicznym entuzjazmem. Skierowała się w stronę schodów prowadzących do pokoi uczniów. Jack poszedł za nią.
— Będziesz się uczyła z Potterem? — zapytał ostrożnie.
— No tak — odpowiedziała, jakby dobrowolna nauka była dla niej czymś normalnym, a nie była. — Ja też zawaliłam ten sprawdzian u Claudis. Tylko że mi powiedziała, że jeśli go zawalę, to dopiero wtedy napisze do rodziców. A Potterowi, że...
— Mówił mi już — wtrącił Jack.
Merida naciskała już na klamkę od sypialni dziewcząt z szóstej klasy.
— To idź. Ratuj naszą drużynę przed utratą ścigającego — rzucił Jack, wchodząc do swojej sypialni.
Usłyszał jeszcze przez zamknięte drzwi, jak nazywa go idiotą.


~*~*~*~

Świat spowijał gęsty mrok. Jack biegł. Czuł, jak zimno wdziera mu się do płuc z każdym oddechem. Wpadał na ściany.
Musiał uciekać. Oni byli blisko.
Ściskał Elsę mocno za rękę. Nie nadążała za nim. Strach kazał mu biec szybciej. Niepokój o nią nakazywał mu zwolniać. Nie wiedział co robić. Myśli ulatywały z jego głowy w mgnieniu oka.
Skręcił.
Zła droga... — szeptał ze śmiechem bezcielesny głos.
Teraz byli już tylko dementorzy, pochłaniające go lodowate jezioro, dłonie-wodorosty przytwierdzające do dna oraz zimno.




Jack zerwał się. Gwałtownie zaczerpnął oddech. Nie było ani dementorów, ani jeziora, ani dłoni-wodorostów, ani nawet zimna. Zrozumiał to dopiero po chwili siedzenia na łóżku i wpatrywania się w niewidzialny punkt przed sobą.
Ucieczka przez ciemne tunele było tylko kolejnym złym snem. Niepierwszym, który wywołał u chłopaka ciarki na plecach, i pewnie nieostatnim.
Ta świadomość wcale nie poprawiła mu samopoczucia. Zerknął za okno, licząc, że nieco się uspokoi. Księżyc rozświetlał przestrzeń nad błoniami i Zakazanym Lasem. Wszystko wydawało się uśpione. Jack po chwili poczuł, jak powieki mu ciążą. Już miał zamiar przyłożyć głowę do poduszki, starając się zapomnieć o koszmarze. Niebo nagle przecięła czarna smuga. Gryfon zmrużył oczy. Ona znowu się pojawiła. Zwlókł się z łóżka i podszedł do okna. Oparł się o parapet i czekał. Może to tylko przywidzenie...
Niespodziewanie czarny kształt znów się pojawił. Śmignął przez niebo jak strzała, wykonując zjawiskową pętlę wokół księżyca.
— Na gacie Merlina — mruknął Jack sam do siebie, przyciskając nos do zimnej szyby.
Ciemny, tajemniczy obiekt ciągle przecinał niebo. Wykonywał różnorakie kombinacje ruchów. Jack rozpoznawał część z nich. Kształt nurkował, robił beczki i korkociągi.
Co to właściwie było? Czy ktoś tym kieruje? Skąd to się wzięło? Czy powinien się tego bać i powiedzieć o tym komuś? Może powinien zacząć klaskać, widząc, jak tajemnicza istota wykonuje różnorakie manewry? Jack musiał poznać odpowiedzi przynajmniej na część z tych pytań. Gapił się na czarny obiekt szeroko otwartymi oczami, a jego oddech pokrywał szybę mgiełką.
Dopiero skrzypnięcie drzwi sprawiło, że odkleił się od okna. Widząc Pottera, poczuł ogromną chęć podzielenia się z kimś tym, co działo się na zewnątrz.
— Jeszcze nie śpisz? — Potter ziewnął szeroko. Jack nie widział go dokładnie w ciemności, ale domyślał się, że kolega był okropnie zmęczony. — Jak w tym żarcie o cierpiącym na bezsenność czarowniku i...
— Chodź, zobacz to — rzucił Frost, machając ponaglająco ręką.
Potter zdziwił się, że przerwano mu żart. Ruszył powoli po chwili. Jack zrobił mu miejsce przy oknie.
— Serio, nie wiem, co to właściwie jest, ale... — Jackowi na chwilę zabrakło słów — ale tego nie ma?
Niebo było idealnie czyste. Po czarnym kształcie nie pozostał żaden ślad.
— Nic tam nie ma — mruknął śpiący Potter.
— Serio, przed chwilą tu było — przysiągł Jack.
Przybliżył się do szyby i wpatrywał na zewnątrz tak uparcie, jakby od jego wzroku ciemny kształt miał się pojawić. Jednak siła jego spojrzenia nie sprawiła, że tajemnicza istota pojawiła się.
— Co to właściwie było? — zapytał Potter, błądząc wzrokiem po błoniach.
Jack przygryzł policzek od środka.
— Właściwie, to już nieważne — westchnął. — Przywidziało mi się. Jestem padnięty — roześmiał się.
Nie wiedział, jak wytłumaczyć Potterowi, co zobaczył. Sam nie miał pojęcia, co to dokładnie było.
— Zakuwałem przez kilka godzin z rzędu, będę miał gorsze przywidzenia — powiedział Potter. Rzucił książki na szafkę, a sam rozłożył się na swoim łóżku. — Mam nowy żart... Pewnie zaraz go zapomnę, więc... Od czego chorują wodniki?
— Nie wiem, od czego chorują wodniki — odpowiedział Jack, odchodząc od okna.
Od Akwawirusów.
Jack uśmiechnął się niezauważalnie w ciemności, a Potter parsknął śmiechem w odpowiedzi na własny żart i już po chwili chrapał w poduszkę.
Frost również położył się spać. Tym razem nie śniły mu się koszmary, tylko ciemne kształty wykonujące różnorakie figury na niebie.


~*~*~*~

Jack, kiedy obudził się rano, myślał, że ciemny kształt lecący po niebie był przywidzeniem. Zapomniał o nim bardzo szybko, gdy rozpoczął się nowy tydzień. Później minął kolejny tydzień, potem miesiąc i jeszcze jeden miesiąc...
Skoro kontynuujecie mój przedmiot, będę od was wymagał, abyście byli najlepsi, a nie tylko „dobrzy” — tak powiedział Cleves podczas jednych z zajęć. Jack miał wrażenie, że rozgadał to reszcie nauczycieli, a oni zbyt poważnie potraktowali jego słowa. Materiał był obszerny i wymagający, a chłopak ani żaden inny uczeń nie znali zaklęcia, które sprawi, że wiedza sama napłynie im do głowy. Ślęcząc nad książkami, aby utrzymać jako-taki poziom, zaczął zazdrościć Meridzie, która miała tylko cztery przedmioty i dzięki temu więcej czasu wolnego.
On nawet po lekcjach miał problemy ze znalezieniem go.
Kilka razy w tygodniu odbywały się zarządzone przez Ministerstwo Magii dodatkowe godziny z obrony przed czarną magią. Chyba były jedynymi, o których mógł bez zawahania powiedzieć, że je lubi. Profesor Dreamchild nie wymagał od nich kucia na blachę definicji ani formułek. Zamiast tego ćwiczyli zaklęcia na sobie nawzajem lub manekinach, a na koniec zawsze znalazł się czas na kilka pojedynków.
Jack chodził również na kurs teleportacji. Podczas kolejnych ćwiczeń udawało mu się nie gubić palców ani innych części ciała. Głowa, ramiona, nawet śledziona — wszystko pozostawało na swoim miejscu. Kilka razy udało mu się przenieść, gubiąc zaledwie kilka włosów lub tylko sznurówki.
Oczywiście stawiał się też na treningach. Merida po każdym meczu dawała im coraz większy wycisk. Wygrali z Krukonami? Oczywiście nie dostali ani trochę wytchnienia. Praktycznie żyli przygotowaniami do rozgrywek; szczególnie do jednego starcia — ze Ślizgonami. Wydawało się ono najważniejsze nie tylko dlatego, że odbywało się jako ostatnie w semestrze. Slytherin był na równi z Gryffindorem. Od tego starcia zależało wybicie się na prowadzenie, a także zachowanie honoru.
Inne drużyny również starały się osiągać jak najlepsze wyniki. Slytherin ani razu nie przegrał. Hufflepuff wygrał jeden mecz. Tylko Ravenclaw ponosił same porażki. Jack był na kilku treningach Krukonów. Olivia Jackson starała się robić dobrą minę do złej gry, ale nie potrafiła zapanować nad zniechęconymi kolegami, którzy nawet nie udawali, że się starają. Dlatego dziwne było to, że Czkawka podszkolił się w lataniu. Jego postępy dało się dostrzec gołym okiem: chwyt stał się pewniejszy, ruchy luźniejsze; nie bał się nagle rzucić po piłkę. Podczas meczu jego drużyny i Gryfonów zauważyli to również pozostali — Merida, Roszpunka, Elsa. Wszystkich zastanawiały jednak nie tylko coraz lepsze umiejętności lotnicze Czkawki.
Wyglądał, jakby zupełnie zrezygnował ze snu. Zapominał o takich prozaicznych rzeczach jak czesanie się czy mycie zębów. Z dnia na dzień miał na sobie nowe sińce i zadrapania. Był dziwnie mrukliwy i zamyślony. Spotkać go poza lekcjami graniczyło wręcz z cudem. Co więcej, czasami nie pojawiał się na kursie teleportacji i dodatkowej obronie przed czarną magią. Ilekroć Jack i jego przyjaciele planowali jakieś wspólne wyjście — do Hogsmeade lub na boisko — zawsze znajdował jakąś wymówkę.
To nie był pierwszy raz, gdy dziwnie się zachowywał. Jack pamiętał, jak Czkawka przez ponad miesiąc ciągle mówił o chimerach. Minęło trochę czasu, zanim wyszło na jaw, dlaczego to robił. Jednak chimerowa mania nie sprawiała, że wyglądał jak umarlak. Stan Krukona martwił przyjaciół. Pytali go często, czy wszystko w porządku. Odpowiadał, że tak. Widząc jego coraz ciemniejsze cienie pod oczami oraz przybywające obrażenia, zupełnie w to nie wierzyli. Mniej więcej w połowie listopada napadli go po treningu Krukonów całą zgrają — Jack, Merida i Roszpunka. Nie przyjęli wymówki, że musi szybko iść. Martwili się i to powiedzieli. Chcieli wiedzieć, dlaczego ciągle znika. W ich głowach znajdowało się mnóstwo nieprzyjemnych scenariuszy. Usłyszeli od Czkawki, że samotnie trenuje latanie. Przysięgał, że mówi prawdę. To wyjaśnienie wydawało się idiotyczne, ale w jego słowach brzmiała szczerość. Wymogli na nim przysięgę, że nie będzie rozpływał się bez słowa i postara się uważać na siebie.
Czkawka zastosował się do ich słów. Nie znikał tak często. Znowu zaczął o siebie dbać. Nie wyglądał, jakby coś go przeżuło i wypluło. Przyjaciele postanowili jednak mieć go na oku. Najlepszym wyjściem było spędzanie z nim dużo czasu. Merida i Jack chodzili z nim na boisko, aby pograć w qudditcha, skoro tak bardzo zależało mu na grze. Roszpunka uczyła się z nim do sprawdzianów. Z Elsą wykonywał obowiązki prefekta.
Obiecał, że pojawi się na starciu Gryffindoru ze Slytherinem. W grudniowy poranek, gdy wszyscy żyli tym meczem, spełnił obietnicę. Siedział przy Jacku wymalowany w barwy Gryfonów. Pozwolił Roszpunce pomalować sobie twarz, więc teraz musiał zaprezentować to arcydzieło na stadionie.
Przy stole Gryffindoru tłoczyła się cała drużyna, jej najwierniejsi kibice oraz przyjaciele zawodników. Kilka popaćkanych na czerwono-złoto gęb gadało ze sobą podekscytowanymi głosami. Co chwilę ktoś przechodził obok i życzył powodzenia. Podobne sceny miały miejsce po drugiej stronie sali, którą okupowali gracze Slytherinu. Głośno przechwalali się, że po ostrych treningach na pewno zwyciężą.
— Zobacymy, kto wygla — powiedziała Merida z buzią pełną jajecznicy. Przełknęła i zwróciła się do drużyny: — Pamiętajcie o manewrach, które ćwiczyliśmy na treningach. A ty, Jack, pamiętaj, aby nie złapać...
— …znicza za wcześnie — dokończył Jack, celując w nią widelcem. — Zapisane.
Meridę już pochłonęła rozmowa z Zackiem Wattsonem, pałkarzem.
Jack parsknął śmiechem i powoli kończył śniadanie. Tego dnia czuł, że wszystko mu sprzyja. Pogoda nie była najgorsza do gry. Zresztą, gdyby panowała śnieżyca i tak nie zniechęciłoby go to, bo wypoczął i miał dobry humor.
Uśmiechnął się na widok Elsy wchodzącej do Wielkiej Sali. Od razu zauważył to, że mimo początkowej niechęci, zgodziła się na pomalowanie twarzy przez Roszpunkę. Czuł, jakby zrobiła to specjalnie dla niego, mimo że wiedział, że pewnie chciała sprawić tym przyjemność również siostrze.
Elsa stanęła za krzesłem Anny.
— No, no, no... — Gryfonka przyglądała się twarzy Krukonki. — Nie spodziewałam się, że pozwolisz się pomalować.
— Tak bardzo miała się nie malować — zaśmiał się Jack.
Elsa rozłożyła lekko ręce.
— Powiedziałeś, że jeśli tego nie zrobię, to na pewno przegracie... więc nie waż mi się tylko nie złapać tego znicza — zagroziła.
— Przypilnujemy go — obiecał Edward — bo jeśli nie złapie znicza, to sami zrobimy z nim porządek...
Parsknęli śmiechem, ale poważny błysk w oczach kolegi wywołał u Jacka lekki niepokój. Jeszcze mocniej dotarło do niego to, że jeśli nie wypełni swojego zadania, to na pewno skończy przytwierdzony do desek szatni Zaklęciem Trwałego Przylepca.
— Dobra, zbieramy się — zarządziła Merida.
Do meczu pozostała jeszcze godzina, jeśli nie więcej. Zazwyczaj wystarczyło im tylko kilka minut na przebranie się i ostateczne omówienie strategii. Tym razem tak wczesne wyjście nie zdziwiło żadnego z zawodników. Jack spodziewał się, że tym razem narada może potrwać dłużej ze względu na to, z kim grają. Starcie ze Slytherinem było dla nich najważniejsze. Jeśli wygrają, zostaną liderem w klasyfikacji, a oprócz tego wyjdą zwycięsko z kolejnej bitwy podczas odwiecznej ślizgońsko-gryfońskiej wojny.
Ślizgoni przyglądali się, jak ich rywale odchodzą od stołu. Jack widział na twarzach niektórych uśmieszki. Miał nadzieję, że po meczu one znikną — postara się o to.
Ta myśl pozostała u niego z tyłu głowy, gdy inni życzyli mu powodzenia. Nie zliczył nawet, z iloma osobami rozmawiał lub ile piątek przybił. Emma kazała mu wygrać. To jedyny rozkaz, który on, jako kochany starszy brat, zamierzał spełnić z przyjemnością.
Merida niecierpliwie czekała przy wyjściu z Wielkiej Sali. Wszyscy z drużyny, nie licząc Jacka i Anny, byli już przy niej, więc przygniatała dwoje ociągających się bezlitosnym wzrokiem wygłodniałej chimery. Chłopak, czując, że powinien już iść, odpowiedział jeszcze na powodzenia od Gryfonów z drugiej klasy i ruszył ku drzwiom. Elsa wypuściła Annę ze swojego uścisku, pozwalając jej dogonić kolegę.
— Powodzenia, Jack! — rzuciła jeszcze Krukonka przez pół sali.
Już myślał, że nie doczeka się od niej tego jednego słowa. Poczuł przyjemne, ale jednocześnie nieco krępujące ciepło na policzkach. Odwrócił się i odparł z uśmiechem:
— Dzięki!
Jak najdłużej zatrzymywał się spojrzeniem na Elsie. Ona już na niego nie patrzyła, tylko rozmawiała z Czkawką, poprawiając pożyczony, gryfoński szalik. Może dalej o nim myślała.
W każdym razie on myślał o niej podczas drogi na stadion. Wyobrażał sobie, jak łapie złoty znicz i tym samym sprawia, że Gryffindor wygrywa mecz. Zobaczy później piękny uśmiech Elsy stojącej wśród kibiców. Uściska ją po grze, a może później nawet poca...
O czym on właściwie myślał? Myśli takie jak ta nie pojawiły się w jego głowie po raz pierwszy. Zawsze sprawiały, że czuł się z jednej strony bardzo przyjemnie, a z drugiej bardzo zażenowany.
Może później uda mu się namówić ją, aby poszli gdzieś wspólnie. Oczywiście nie tego dnia — nie mógł przegapić świętowania zwycięstwa. Pomyślał, że jutro byłoby idealne. W niedzielę naturalnie, że nie odbywają się lekcje ani dodatkowe zajęcia, Gryfoni nie planowali wtedy treningu, a Elsa nie miała żadnych obowiązków prefekta. Zazwyczaj właśnie przez te rzeczy rzadko się spotykali. Mimo nich, kiedy tylko mógł, chodził z nią na patrole po korytarzach lub odprowadzał do dormitorium po lekcjach. Ona czasami pojawiała się pod koniec treningów quidditcha na trybunach. Później wracali do zamku w towarzystwie całej drużyny.
Lubił spędzać z Elsą czas. Lubił sprawiać, że się uśmiechała, bo pamiętał, jak kiedyś prawie wcale tego nie robiła.
Myśląc o tym, gdzie mogliby pójść, wpadł na pomysł, aby nareszcie podszkolić Elsę z latania. Planował wspólne wyjście na boisko już od piątej klasy. Uznał, że teraz jest najwyższy czas, aby je zrealizować.
— Jack, co sądzisz o tym pomyśle? — zapytała Merida.
Wylądował gwałtownie w małej szatni pod trybunami. Na niskich ławeczkach siedzieli Gryfoni z drużyny, którzy zakładali szaty do gry i ochraniacze. To nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie patrzyli na niego jak na eliksiry z lekcji z Bulstrode'em. Pani kapitan przeszywała go spojrzeniem.
Ona coś mówiła — zaświtało w głowie Jacka. Był pewien, że jeszcze sekundę temu słyszał jakieś brzęczenie za uszami. To musiał być głos Meridy. — Tylko co ona mówiła?
W umyśle zapanowała pustka. Postanowił wykorzystać metodę, która dawała małe, ale przynajmniej jakiekolwiek szanse na wybrnięcie z tej sytuacji.
— Tak, wspaniały — przytaknął.
Zacisnął rzemienie nałokietnika.
— Lepiej przestań się tak zamyślać, Frost — powiedziała Clover. Po jej twarzy błąkał się lekki uśmiech.
— Ja wcale się nie zamyślam — zaprotestował Jack.
— Ciekawe, co ci tak chodzi po głowie — zastanowił się na głos Edward, parskając śmiechem.
— Eddy, chciałeś chyba powiedzieć kto — poprawiła go Anna.
Chichrali się złowieszczo, patrząc na Jacka. Nawet Merida, która wolała, aby skupili się na omawianiu strategii, uśmiechnęła się pod nosem. Wiedział, kogo mieli na myśli. Najbardziej krępujące w tej sytuacji było to, że nie mylili się. Postanowił nie pogrążyć się zupełnie, dlatego nie przyznał im racji.
— Dobra, nie słuchałem — wyznał Meridzie. — Możesz powtórzyć?
Teraz już w skupieniu wysłuchał jej narzekań na jego zachowanie, aż dotrwał do zmiany tematu na grę. Już nikt nie śmiał się ani nawet nie myślał o innych rzeczach niż mecz rozpoczynający się za kilka minut. Widzów przybywało, sądząc po narastającym hałasie. Gdy zawodnicy już ustawiali się przed wyjściem na murawę zwarci i gotowi, docierały do nich rozmyte słowa komentatora.
Jack ściskał mocno Zawieruchę. Miotła lśniła, jakby pokryto ją szronem. Ciemne drewno pewnie było lodowate, ale nie czuł tego przez rękawiczki ze smoczej skóry. Szata od quidditcha przepuszczała częściowo mróz zimowego dnia. Oddech zamieniał się w parę. Chłopak wyparł z głowy wszelkie myśli. Wbijał spojrzenie w wyjście na murawę pokrytą grubą warstwą śniegu.
DRUŻYNA GRYFFINDORU! — zapowiedział ich Harry.
Stojąc za Meridą, widział, jak cała się spięła. Wzięła głęboki oddech i zrobiła pierwszy krok na zewnątrz. Za nią poszła reszta drużyny.
Powitały ich trąbki, piszczałki i krzyki z widowni. Jack rozglądał się wokół, jakby już wyszukiwał złotego znicza. Na niebie kłębiły się gęste, szare chmury. Połowa stadionu płonęła czerwienią i złotem, druga tonęła w zieleni i srebrze. Ludzie na trybunach wydawali się tylko małymi postaciami z kart z Czekoladowych Żab, tylko że naszpikowanymi eliksirem na pobudzenie. Skakali, wymachiwali banerami i szalikami. Wśród nich znalazła się odosobniona loża dla pracowników szkoły, a poniżej miejsce dla komentatora, Harry'ego.
— PONOĆ ZWYCIĘSKIEGO SKŁADU SIĘ NIE ZMIENIA. JAK WIDAĆ, GRYFONI ZASTOSOWALI SIĘ DO TEJ ZASADY paplał. — KAPITANEM I ŚCIGAJĄCĄ JEST JAK DO TEJ PORY NIEUCZESANA... PRZEPRASZAM, NIEPOKONANA, MERIDA BRAVE. POZOSTAŁYMI ŚCIGAJĄCYMI SĄ EDWARD POTTER I ANNA VINTERSEN, KTÓRA W PIERWSZYM MECZU POLECIAŁA NA KRISTOFFA ANDERSONA. JAKO PAŁKARZE...
Trzeba było przyznać, Harry tego dnia postawił na żarty. Część z nich, co mogło naprawdę dziwić, bawiła widownię parskającą w odpowiedzi na nie śmiechem. Żaden z zawodników nie zwracał uwagi na kawały. Merida nie obraziła się za nazwanie ją nieuczesaną. Drużyna dobrnęła przez grubą warstwę śniegu do profesor Ambler. Fioletowe oczy kobiety błyszczały entuzjazmem. Trzymała luźno miotłę — jak dla Jacka temu sprzętowi przydałaby się lekka renowacja, ale postanowił zachować tę uwagę dla siebie. Obok nauczycielki stało dwoje uczniów, chłopak i dziewczyna. On trzymał lekko drżącą skrzynię z tłuczkiem, ona ściskała kafla.
— JAKO SZUKAJĄCY ZWYCIĘZCA TURNIEJU TRÓJMAGICZNEGO, KRÓL MAZGAJÓW, JACK FROST! — Komentator dokończył przedstawianie członków drużyny. — WIDAĆ, ŻE GRYFONI DZISIAJ W DOBREJ FORMIE, ALE ŚLIZGONI WYDAJĄ SIĘ RÓWNIE DOBRZE PRZYGOTOWANI, BO...
Dla Gryfonów posypały się wręcz ogłuszające oklaski. Sprawiły, że Harry musiał na chwilę przerwać swój monolog o przygotowaniach drużyn do meczu.
Dało się dostrzec, usłyszeć i poczuć, że ten mecz był najważniejszy.
— DRUŻYNA SLYTHERINU! — ryknął Harry nareszcie.
Po jednej stronie stadionu zawrzało jak w kotle z jakimś szmaragdowym eliksirem. Na śnieg wkroczyło siedmioro postaci w zielonych szatach.
— ŚLIZGONOM KAPITANUJE JUŻ DRUGĄ KADENCJĘ JULIAN FITZHERBERT, JEDNOCZEŚNIE BĘDĄC OBROŃCĄ. PAMIĘTAJCIE, DZIEWCZYNY, PO AUTOGRAFY USTAWIAJCIE SIĘ DO NIEGO DOPIERO PO MECZU. — Kolejny żart Harry'ego, który część osób zażenował, a pozostałe naprawdę rozbawił.
Julian puścił szarmancko oczko i pomachał w stronę widowni do jakiejś swojej wybranki. Chociaż znając jego, to pewnie połowa dziewczyn na stadionie była jego wybrankami.
— JAKO ŚCIGAJĄCA ASTRID HOFFERSON ZNANA Z ODWAŻNEJ GRY — dodał ciszej: — … i gadki. — Harry Znów mówił pełnym podekscytowania prawie wrzaskiem: — TOWARZYSZYĆ JEJ NA TEJ SAMEJ POZYCJI BĘDĄ WALTER ELEV I PIĘKNA, UTALENTOWANA, BEATRICE SHAW. JAKO PAŁKARZ BERNARD LITYERSES, KTÓRY CIĄGLE ZASTĘPUJE SZLABANOWICZA — ARTURA MYERSA...
Ślizgoni zdążyli dojść do profesor Ambler, a Harry kończył przedstawianie ich.
Drużyna Slytherinu prezentowała się groźnie, to trzeba było im przyznać. Jack pomyślał, że to dobrze, bo smak zwycięstwa okaże się przyjemniejszy.
Zawodnicy szybko przeszli do uścisków dłoni, które miały być obietnicą czystej i przyjacielskiej rywalizacji. Czystą grę Gryfoni planowali. Przyjacielską niekoniecznie.
Większość uścisków okazała się chłodna i pełna dystansu. Jack miał pewność, że gdyby ich przeciwnicy mieli zimowe zdolności jak Elsa, to na pewno by ich pozamrażali. Po Bernardzie Lityersesie musiał rozmasowywać dłoń. Może pałkarz Ślizgonów myślał, że uda mu się połamać konkurentowi palce.
— Powodzenia — powiedział Julian, ściskając drobną rękę Meridy. — Ale wiesz... jak coś, to tobie też mogę dać autograf Od zwycięzcy.
— Powodzenia. Uważaj, bo wiatr zepsuje ci fryzurę. — Merida zgrzytnęła zębami.
Ślizgon uśmiechnął się, ale patrzył na nią wzrokiem bez krztyny miłych uczuć.
Kapitanowie jeszcze uścisnęli dłoń sędzi. Wszyscy wsiedli na miotły i wzlecieli powietrze.
Jack wystartował powoli. Zimny wiatr przenikał jego ubrania i przypiekał twarz. Chłopak widział, jak rywal kołował nad boiskiem — najwidoczniej jeszcze nie wybrał konkretnego punktu obserwacyjnego. Szukający Gryffindoru zawisł prawie na równi z pałkarzami jego drużyny, Zackiem Wattsonem i Erwinem Everettem.
Rozglądał się naokoło. Wydawało się, że robi to jakby od niechcenia, chociaż tak naprawdę już wyobrażał sobie, gdzie może umknąć złoty znicz.
Zatrzymał wzrok na dłużej przy trybunach. W jednym z niższych rzędów wypatrzył Emmę i jej przyjaciół. Wyżej stała Roszpunka, której włosy przypominające kolorem złoty znicz zsypywały się po barierce aż na murawę. Obok dostrzegł Czkawkę i Elsę.
Pomyślał o zimowych mocach przyjaciółki, gdy wdychał zimowe powietrze. Założył gogle i zacisnął dłonie na ciemnym drewnie Zawieruchy.
— GRA ROZPOCZĘTA! — zaryczał Harry.
Wszystko działo się jednocześnie. Ścigający runęli na siebie. Kafel zniknął między nimi. Jack zerwał się do lotu. Złoty znicz błysnął. Chłopak już go nie widział.
— KAFEL U ASTRID, PODANIE DO ELEVA — nawijał Harry — CLOVER KOŁUJE, BRAVE I POTTER PRÓBUJĄ PRZEJĄĆ...
Astrid wypuściła piłkę. Anna ją złapała. Nie! Beatrice rzuciła...
Zielona część widowni ryknęła. Dziesięć punktów dla Slytherinu. Jack zacisnął mocno zęby.
To dopiero początek gry — pomyślał optymistycznie.
Drużyny zdobywał punkty. Piłka lądowała z rąk do rąk. Sędzia ogłaszała faule. Robiła to zaskakująco często. Ślizgoni grali agresywnie, a Gryfonom to się udzielało.
— SIEDEMDZIESIĄT DO SZEŚĆDZIESIĘCIU DLA SLYTHERINU — ogłosił Harry.
Jack przyglądał się grze z góry. Usta mu drżały. Dłonie lekko zesztywniały.
Pojawił się złoty błysk. Serce Jacka przyśpieszyło. Pochylił się. Miotła szarpnęła do przodu. Szukający Gryfonów pomknął ku zniczowi.
— FROST CHYBA WYPATRZYŁ ZNICZA — zauważył Harry. — TAK, WYPATRZYŁ GO! URANOS JUŻ ROZPOCZYNA POŚCIG...
Widownia krzyczała. Gra wokół bramek zeszła na dalszy plan. Złoty błysk uciekał. Zniknął między ścigającymi Slytherinu. Jack pruł przed siebie. Astrid i Elev próbowali go zablokować. Skoczył w górę. Ominął ich. Znicz już trzepotał przy widowni. Uranos doganiał Jacka.
Zimno uderzało gryfońskiego szukającego w twarz. Cel był blisko. Głosy widowni i wiatr ryczały w uszach. Puścił jedną dłonią miotłę. Chwiał się, lecąc tak szybko. Pochylił się i wystawił dłoń przed siebie.
Bernard odbił tłuczek. Piłka leciała na Jacka. Zrobił unik. Pędząca Zawierucha oszalała, gdy gwałtownie skierował ją w dół. Kurczowo złapał drugą dłonią drążek.
— Cholera! — wychrypiał.
Nikt tego nie usłyszał. Natychmiast zauważył rywala. Ślizgon zwolnił. Nie złapał znicza. Odbicie pałkarza Slytherinu musiało rozproszyć również i Uranosa.
— POŚCIG ZAKOŃCZONY... A BRAVE WBIJA BRAMKĘ! — ryknął Harry — NIEZŁA NIESPODZIANKA DLA ŚLIZGONÓW.
Jedynym dobrym skutkiem tego pościgu było to, że Ślizgoni się rozproszyli, a Gryfoni wyrównali.
Kolejne faule. Kolejne bramki. Jack ciągle wypatrywał znicza. Obserwował rywala.
Uranos spokojnie leciał w dół boiska. Dłonie jednak mocno zaciskał na drążku, widocznie przygotowując się do przyśpieszenia. Wpatrywał się w ogromną zaspę. Nad nią fruwał znicz.
Jack był dalej od celu niż rywal. Musiał działać natychmiast. W ułamku sekundy runął w stronę znicza.
— WSPANIAŁY DUBEL U GRYFONÓW... TRZEBA PRZYZNAĆ, ŻE WATTSON I EVERETT NIESAMOWICIE SIĘ ZGRALI. WSPÓŁPRACA U PAŁKARZY JEST BARDZO WAŻNA, PONIEWAŻ... POŚCIG ZA ZNICZEM! TERAZ IM SIĘ NIE WYMKNIE! — darł się Harry.
Uranos zerwał się. Jego miotła była niesamowita. Jack mógłby wiele dać, aby móc przynajmniej potrzymać ją w dłoniach. Zawierucha Gryfona była teoretycznie gorsza, mimo że reperowana wiele godzin. Wydawała się nie mieć szans.
Musiał jednak w nią uwierzyć. Musiał uwierzyć w siebie. Musiał dać radę. Nie tylko dlatego, że nie chciał zostać na zawsze przyklejony do desek podłogi w szatni.
— URANOS MA ZNICZA... NIE! NIE MA! ZNICZ W GÓRZE!
Krzyk niósł się wśród zimy. Złoty blask uciekł. Wystrzelił w górę zygzakiem.
To była szansa Jacka.
Wszystko trwało kilka sekund.
Prawie puścił miotłę, skręcając gwałtownie ku zniczowi. Zimno atakowało twarz, dźwięki mieszały się, a na szarym niebie iskrzył cel.
Uranos zawrócił, ścigając rywala.
Złapię go — ten szept niósł się w umyśle Jacka.
Chłopak puścił miotłę. Pędził z zawrotną prędkością. Otoczył znicza dłońmi.
Poczuł nerwowy trzepot skrzydeł na palcach.
Miał go.
Zabrzmiał gwizdek. Widownia ryknęła. Harry krzyczał. W oczach Jacka migotał dalej złoty blask.
Nagle czas zwolnił.
Jackowi zahuczało w uszach. Zalał go gorąc, a po chwili ból. Złoto i szarość zamieniły się w kolorowe mazaje, które pochłonęła czerń.


~*~*~*~


Z ciemności wybudziły go głosy.
Otworzył oczy, chociaż tak naprawdę to tylko jedno oko. Minęła chwila, zanim wzrok mu się wyostrzył. Zobaczył przed sobą kilka głów, wszystkie zwrócone w jego stronę.
— Śpiąca królewna się obudziła — powiedziała jedna z nich.
To była Merida. Dalej nosiła na sobie szatę od quidditcha, a rudych włosów jeszcze nie wypuściła z kucyka. Kąciki ust jej zadrżały, gdy się uśmiechnęła.
— Bardziej cyklop — zauważył Potter. Jego włosy wyglądały, jakby trzasnął w nie piorun.
Część osób się zaśmiała, włącznie z Jackiem. Natychmiast się skrzywił. Żebra zareagowały bólem. Nie tylko one były obolałe. Czuł, jakby zderzył się twarzą z ogromnym trollem górskim pędzącym na najszybszej miotle świata. Jedną rękę miał unieruchomioną w temblaku. Oprócz tego owinięto go bandażami w tylu miejscach, że prawie przypominał mumię. Przejechał językiem po zębach. Jakimś cudem wszystkie były na swoim miejscu. Miał pewność, że jedno oko — to, które ledwo mógł otworzyć — otacza ogromny siniec.
— Co się stało? — zapytał lekko zachrypniętym głosem.
Przeczuwał, że za niedługo zacznie boleć go również gardło. Nie wiedział, czy w ogóle było możliwe, aby czuł się jeszcze gorzej.
Zebrani popatrzyli na siebie. Cała banda ciągle nosiła na sobie szaty do gry i wyglądała, jakby dopiero co zeszła z mioteł. Była tu cała drużyna Gryfonów. Koledzy byli uśmiechnięci, chociaż wyglądali też na lekko zmartwionych. Jack uznał to za naprawdę miłe, chociaż nie chciał, aby którekolwiek z nich niepokoiło się o niego. Zdziwiło go to, gdy ujrzał wśród nich Juliana Fitzherberta i Astrid Hofferson.
— Spadłem z miotły... co nie? — domyślił się poszkodowany.
Spadłeś — powtórzyła Anka opierająca się o szafkę.
— Nie spadłem?
— Oberwałeś tłuczkiem od tego ciołka, Bernarda — wyjaśniła Merida.
Nagle odczuł jakby mocniej bolącą głowę. Złapał się za nią i wyczuł pod palcami bandaż.
— Przecież było już po gwizdku. — Jack zmarszczył brwi. — Złapałem znicz i...
— Było po gwizdku — powiedziała Merida. Jej wzrok widocznie uciekał w stronę dwojga Ślizgonów. — Ale ten debil dosłownie sekundę po nim odbił tłuczek w twoją stronę! Walnął cię, a ty rąbnąłeś na ziemię.
— Nawet nie wiesz, jak koszmarnie to wyglądało — wtrąciła Clover.
— Dreamchild i Agamedes zdążyli cię spowolnić, ale i tak rąbnąłeś w zaspę... no, mocno.
Jack wyobraził sobie tę scenę, chociaż jego umysł pracował na zwolnionych obrotach. Harry wykrzykiwał wynik meczu, a Gryfoni cieszyli się zwycięstwem nad Slytherinem. Nagle on, szukający Gryffindoru, przerywa to radosne zamieszanie, spadając nieprzytomny z wysokości kilkudziesięciu metrów.
— Jakbyśmy wiedzieli, że Ślizgoni tak cię załatwią, to walnęlibyśmy tego Bernarda na początku meczu — żałował Zack. Dla potwierdzenia swoich słów wymachiwał pałką. Ten gest wyglądał dość groźnie, zważywszy na jego mocną posturę.
— My nie mamy z tym nic wspólnego — zadeklarowała Astrid.
— Tak, wiemy — powiedziała Anna. — Wiemy, że to Bernard sam wpadł na taki po...
— Ale tak, oczywiście, biedni, pokrzywdzeni Gryfoni muszą się awanturować — dokończyła Ślizgonka.
— Nie umiecie nawet przegrywać — zarzucił Zack Astrid. — Ciągle oszukujecie i...
— Słucham? My nie umiemy przegrywać? Oszukujemy? Posłuchaj, ty nadęty Gryfoniku...
— Hej, ludzie, może mały oddech? — wtrącił Julian.
Przygładził rozczochrane po meczu włosy i rozłożył szeroko ręce. Błyszczał białym uśmiechem, chcąc rozładować nim lekko napiętą atmosferę.
— Przecież już to wyjaśniliśmy, koledzy. My nie oszukujemy.
— Jasne — stwierdził ironicznie Potter.
— Niby po co nam było znokautowanie waszego szukającego po gwizdku?
Pytanie Juliana samo nasuwało odpowiedź. Ślizgoni nie mieli żadnej korzyści w trafieniu Jacka tłuczkiem tuż po zakończeniu meczu.
— Właściwie... to my przyszliśmy tutaj z Astrid, aby w imieniu drużyny przeprosić cię za zachowanie Bernarda — powiedział Julian. — Wkurzył się po przegranej i... no, to są efekty — pokazał na Jacka.
— Czemu w ogóle macie takich ludzi w drużynie? — parsknął Jack.
— Nie mieliśmy za bardzo wyboru, bo Artura zawieszono, a musieliśmy mieć pałkarza — wyjaśniła Astrid, wzruszając ramionami.
— No, to teraz Ślizgoni znowu nie mają pałkarza, bo Ambler kazała im wywalić Bernarda — dodała Merida.
Jack nie wiedział, co o tym myśleć. Nie spodziewał się przeprosin od Ślizgonów. Zastanawiał się chwilę. Był ciekaw, dlaczego Bernard sam nie przyszedł go przeprosić. Z tego co zrozumiał, Lityerses walnął go tłuczkiem, bo zdenerwowała go przegrana. Może to i lepiej, że były, nerwowy pałkarz Slytherinu nie pojawił się w skrzydle szpitalnym.
— No, dobra, przeprosiny przyjęte — powiedział powoli Jack. — Ale nie oczekujcie, że damy wam fory w kolejnym meczu. Znowu was zmiażdżymy.
Gryfoni zaśmiali się.
— To się zobaczy — powiedział Julian, uśmiechając się.
Pani Kelly wygoniła gości Jacka, gdy przyszła sprawdzić, jak pacjent się czuje. Kazała wypić mu paskudne eliksiry o mdlącym smaku. Część ran posmarowała śmierdzącymi maściami. Niektóre zadrapania i siniaki zbladły już kilku sekundach. Połamana ręka, zraniona głowa i poobijane żebra promieniowały nieznośnym, gorącym bólem, gdy powoli się leczyły. Pielęgniarka kazała chłopakowi przytrzymywać przy napuchniętym oku szmatkę nasączoną jakimś eliksirem, w którą owinięto dodatkowo bryłę lodu — ponoć dzięki temu opuchlizna i fioletowy siniec miały niebawem zniknąć.
Skoro drużyna Gryffindoru i dwoje Ślizgonów opuściło Jacka, pani Kelly zgodziła się wpuścić do niego kolejnych gości — Roszpunkę, Czkawkę i Elsę. Czekali na swoją kolej długo i w okropnym niepokoju. Nawet gdy wychodzili od chłopaka, wyglądali na zmartwionych.
Z ich trojga pozostała przy nim tylko Elsa. Siedziała sztywno na niewygodnym stołku. Materiał spódnicy zgniatała dłońmi. Mocno zaciskała usta. Patrzyła na Jacka z niepokojem w niebieskich oczach — jej wzrok zatrzymywał się dłużej tam, gdzie trafiła go piłka, na różnokolorowych, ogromnych siniakach, podbitym oku, zabandażowanej dłoni i pogruchotanej, ale już opatrzonej ręce.
Co prawda oberwał w głowę tłuczkiem, ale dostrzegał, co zdradzało jej zachowanie. Martwiła się. Nie chciał, aby była zmartwiona. Może dalej wyglądał, jakby ktoś go nieźle sprał, ale czuł się już nieco lepiej.
— Jak długo tu zostajesz? — przerwała ciszę trwającą od dłuższej chwili. Głos miała przyciszony. — Ten upadek wyglądał poważnie.
— Z gorszych urazów wychodziło się cało — stwierdził optymistycznie. — Kelly jeszcze nie jest pewna; mówi, że co najmniej za dwa dni. Wiesz, ja mógłbym już wieczorem. Nie czuję się najgorzej.
Elsa widocznie wątpiła w to zapewnienie, patrząc na niego.
Musiał znaleźć jakiś sposób, aby ją rozweselić.
— Wiesz co? — zagadnął. — Właśnie sobie uświadomiłem, że można by mnie teraz podrywać tekstem: Bolało, jak spadłeś z nieba?
Parsknął śmiechem. Reakcja poobijanych żeber była prędka. Szybko zniechęciły go do śmiechu odpowiedzią w postaci kłującego, wykrzywiającego twarz bólu. Oparł się ciężko o ramę łóżka, próbując nie oddychać zbyt głęboko.
Elsa pokręciła głową, wyraźnie zastanawiając się, czy chłopak bredzi pod wpływem magicznych lekarstw, czy to skutek oberwania w głowę tłuczkiem. Najwidoczniej doszła do wniosku, że żadne z tych wytłumaczeń nie jest dobre. Pewnie pomyślała, że Jack mówi takie same głupoty, jak zazwyczaj.
Uśmiechnęła się niepewnie.
— Widać po tobie, że bolało, jak spadłeś z nieba — odparła z nieśmiałym śmiechem w głosie.
— Muszę cię zmartwić. — Odsunął zimny okład, okazując napuchnięte, bordowo-fioletowe oko. — Nie zawsze będę taki piękny, więc korzystaj, póki możesz.
Chyba przekonał ją swoim pozytywnym nastawieniem, żeby się nie martwiła. Osiągnął cel, a był on warty nawet bólu żeber.
Elsa patrzyła na niego pobłażliwie niebieskimi, lśniącymi oczyma. Dalej nosiła pożyczony szalik Gryfonów, tylko że rozwiązała go. Włosy, z których śnieg już całkowicie stopniał — po meczu nieco się rozpadało — miała w całkowitym nieładzie; gdzieś tam były jeszcze ledwo splecione resztki warkocza. Arcydzieło Roszpunki rozmazało się po całej twarzy. Wymalowane lwy przypominały bardziej placki podawane na deser w Wielkiej Sali. Pomiędzy farbą dało się zobaczyć zaczerwienione policzki i delikatne piegi na nosie. Dziewczyna uśmiechała się.
Wyglądała ślicznie.
Zawsze tak wyglądała.
Jack nie zauważył tego po raz pierwszy. W ostatnim czasie ten fakt jeszcze mocniej do niego uderzał.
Natychmiast odwrócił wzrok. Ogień z miejsca, gdzie oberwał tłuczkiem, spłynął na twarz.
Ból częściowo docierał do niego. Nie chciał nawet myśleć, jakby się czuł, gdyby nie specyfiki pani Kelly. Skutkiem ubocznym leczniczych mikstur było to, że ciężej mu się myślało. Z trudem wyłapywał niektóre myśli, a inne natrętnie wrzeszczały w umyśle.
Jedna z głośnych myśli przypomniała pomysł, który już kilka razy zaświtał w głowie. Druga natomiast pchnęła do realizacji, zanim zdążyłby jak zwykle rozmyślić się.
— Elsa?
Chciał nieco wygodniej usiąść. Podparł się dłońmi, ale zabandażowana zareagowała bólem. Dopiero po chwili poprawił się na łóżku.
Elsa patrzyła na niego wyczekująco.
— Co robisz, jak stąd wyjdę? — zapytał.
Lekko zmarszczył brwi.
Merlinie w różowych gaciach, dopiero teraz dotarło do niego, co chciał zrobić, kiedy się za to zabrał i w jaki sposób.
Chciał zaprosić Elsę na coś więcej niż przyjacielskie spotkanie. Robił to, gdy leżał pokiereszowany w skrzydle szpitalnym. Jakby tego było mało, jego słowa zabrzmiały wyjątkowo głupio. Wszystko to sprawiało, że miał ochotę, aby Bernard Lityerses znów walnął go w głowę tłuczkiem. Może wtedy i on, i Elsa zapomnieliby o tej całej sytuacji.
— Co robię, jak stąd wyjdziesz? — powtórzyła.
Oczywiście. Teraz te myśli, które przed chwilą kibicowały mu w zrealizowaniu pomysłu, nagle umilkły, kiedy się potknął.
Zaczął zastanawiać się, czy chce się wycofać.
Zwykłe spotkanie. Takie jak zazwyczaj — pomyślał.
— No... tak — powiedział, wzdychając. — Wiesz, pomyślałem... no, w każdej chwili mogą mnie załatwić podczas meczu. A chciałbym jeszcze podszkolić cię w lataniu!
— Nie mów, że ty ciągle o tym myślisz — zaśmiała się.
Również parsknął śmiechem.
— Obiecałaś mi — przypomniał.
— Nie pamiętam, abym obiecywała ci cokolwiek — zauważyła.
— Nie daj się prosić. Obiecuję, że nie walnę w ciebie tłuczkiem...
Elsa patrzyła na niego przez chwilę, zastanawiając się nad jego propozycją.
— Jeśli tylko wydobrzejesz, to możemy pójść. Tylko nie spodziewaj się cudów. Nie umiem dobrze latać.
Zgodziła się. Uśmiechnął się w odpowiedzi i dodał:
— Nie martw się, podszkolimy cię w lataniu!


~*~*~*~


Tydzień później Jack przekonał się, że Elsa nie rzuca słów na wiatr.
W weekend, gdy całkowicie wyzdrowiał, wybrali się wspólnie na boisko. Jack zabrał ze schowka najlepszą szkolną miotłę, jaką tylko mógł znaleźć, i przekazał ją Elsie. Dziewczyna nie była do końca przekonana, czy nie złamali tym szkolnego regulaminu. Udało mu się przekonać ją, że nie robią nic złego.
Przez jakiś czas latali wspólnie, ale Elsa stwierdziła, że woli stać na ziemi. Chodząc po ośnieżonej murawie, celowała w Jacka śnieżkami, podczas gdy on robił uniki na Zawierusze. Założył się z dziewczyną, że nie trafi go ani razu.
Wygrywał.
— Znowu pudło! — zawołał z góry. — Może lepiej postoję w miejscu i dam ci fory?
— Uważaj, bo zaraz przestanę pudłować — zagroziła Elsa ze śmiechem.
W jej dłoni pojawiła się kolejna idealnie okrągła śnieżka. Jack oparł się nonszalancko o drążek miotły.
— Może jednak dać ci fory, Strażniczko Regu...
Natychmiast umilkł, plując śniegiem. Elsa trafiła twarz.
— Mówiłeś coś, Królu Mazgajów? — zapytała szyderczo. — Wychodzi na to, że wygrałam.
Rzuciła w niego kolejną śnieżką, chociaż sama powiedziała, że już zwyciężyła. Tym razem Jack odbił pocisk wiciami Zawieruchy.
Elsa go trafiła? Prosto w twarz? Nie mógł odpuścić sobie takiej zniewagi.
Wylądował i rzucił Zawieruchę w zaspę. Natychmiast schylił się, zgarnął śnieg i uformował śnieżkę. Rzucił prosto w Elsę. Pocisk rozprysł się na jej płaszczu.
— Nie umiesz przegrywać — zaśmiała się, odpowiadając śnieżką.
Uchylił się, łapiąc kolejną garść śniegu.
— Rzuciłaś we mnie jeszcze raz, więc... wynik się zeruje! — odparł ze śmiechem, atakując ponownie.
Rozgorzała prawdziwa bitwa. Jack stracił czucie w palcach, gdy zrobił chyba setny pocisk. Elsa miała znaczną przewagę, bo idealnie okrągłe śnieżki same pojawiały się w jej dłoniach. Nic dziwnego, że obrywał o wiele częściej. Śnieg rozpryskiwał się na nim, wpadał za kołnierz, co chwilę zsypywał się z włosów.
Rzucił śnieżkę, pewien, że może przełamie przewagę Elsy.
Ten strzał trafił prosto w nos dziewczyny. Wręcz zachwiała się. Zwiesiła głowę i przecierała twarz dłońmi.
Jack niespodziewanie wygrał, ale to nie było zwycięstwo, z którego mógłby się cieszyć.
— Hej, wszystko w porządku? — zapytał.
Zadyszany, przedzierał się przez zaspy ku niej. Gdy znalazł się tuż naprzeciw dziewczyny, usłyszał jej głos. Chyba płakała. Przynajmniej tak to brzmiało. Poczuł wyrzuty sumienia. Nagle cały uśmiech wyparował z jego twarzy, gdy zdał sobie sprawę, że prawdopodobnie zrobił jej krzywdę.
— Elsa? — zapytał niepewnie.
Chciał sprawdzić, czy faktycznie coś jej się stało. Wyciągnął ku niej rękę, chcąc odsłonić jej twarz.
Nie płakała. Śmiała się. Ze tym śmiechem niespodziewanie wtarła w jego twarz ogromną grudę śniegu, która pojawiła się w jej dłoni.
— Oszukałaś mnie — wydusił zaskoczony, strzepując śnieg. Dodał już ze śmiechem: — To nie było fair!
Śmiała się w odpowiedzi. Stała zaledwie krok od niego. Jej oddech zamieniał się w srebrną parę. Policzki miała czerwone. Jej śmiech powoli znikał, zamieniając się w uśmiech.
Jacka piekła twarz. Tylko częściowo z powodu zimna. Czuł okropny gorąc. Nie tylko dlatego, że stoczył bitwę na śnieżki. Miał wrażenie, jakby w jego brzuchu latały setki złotych zniczy.
W ostatnim czasie do jego głowy wpadały same ciekawe pomysły. Postawił wszystko na jedną kartę, nie zastanawiając się nad konsekwencjami.
Zmniejszył dystans między nim i Elsą. Ich oddechy zamieniały się w parę. Śnieg delikatnie prószył.
A on pocałował ją na środku boiska od quidditcha.


~*~*~*~


Cześć! Przywitanie można już uznać za wakacyjne, bo już za niedługo koniec roku. Nie możecie się go doczekać, czy wręcz przeciwnie?
Udało mi się opublikować ten rozdział jednak jeszcze przed wolnym. Co z tego, że zaledwie jeden dzień, nie wspominajmy o tym. To tylko takie nic nieznaczące szczegóły! Zupełnie zacięłam się na meczu Hufflepuffu z Ravenclawem. Sporo czasu zajęła mi walka z tą sceną. Poza tym jestem powolna i leniwa — nie czarujmy się, są wakacje, więc nie wolno używać magii — dlatego rozdział pojawił się dopiero teraz.
Jednak nareszcie pojawiła się scena, którą wiele osób — w tym ja — chyba wyczekiwało. Wiecie, którą mam na myśli. Co o niej sądzicie? Spodziewaliście się, że do głowy Jacka będą wpadały pomysły jak ten?
Pozostaje mi już tylko życzyć Wam miłych wakacji. Pamiętajcie, zero czarów. Chyba nikt nie chce dostać sowy z Ministerstwa Magii.
Pozdrawiam!