sobota, 8 kwietnia 2017

Rozdział XXXVIII — Atramentowe kule

Oboje wiedzieli, że muszą już iść. Mieli jeszcze sporo obowiązków — Jack powinien napisać wypracowanie, a Elsa zrobić zadania z eliksirów i wybrać się jeszcze na wieczorny patrol po korytarzach. Akurat obowiązki nie wywoływały u niej niechęci. Ponury wydawał się sam powrót do zamku i innych uczniów.
Wolałaby zostać tutaj, w miejscu, do którego zaprowadził ją Jack. Mówił, że jej się spodoba. I musiała przyznać mu rację — faktycznie miało w sobie to coś. Znajdowało się nad brzegiem jeziora i tak samo jak molo w nieco ustronniejszym miejscu. Rozłożyste, liściaste drzewa chroniły przed słońcem.
Jednak to nie urok okolicy sprawił, że poczuła się lepiej po pechowym pojedynku, tylko Jack. Początkowo nie była skłonna do zwierzeń, ale kiedy zaczął dopytywać, ciekawić się i namawiać do dalszej rozmowy, to jakoś samo poszło. Powiedziała chyba wszystko, co leżało jej na wątrobie. O tym, że nie chciała skrzywdzić Alison — pragnęła jedynie wygrać. Żałowała, że nie odpuściła i nie dała zwyciężyć przeciwniczce. Powtarzał, że przecież to walka, w której miały wykorzystać wszystkie swoje przydatne umiejętności. Częściowo dała się przekonać. Próbował ją rozbawiać. Szukał pozytywów, ale mówił rzeczowo — widać było, że nie chciał na siłę jej pocieszyć.
— Idziemy? — zaproponował. Siedzieli nad jeziorem długo, stanowczo za długo. — Odprowadzić cię?
— Tak, jeśli mógłbyś — odparła Elsa.
Oczywiście, że mógł.
— Dziękuję. — Postarała się uśmiechnąć.
Od razu odpowiedział podobnie — tylko że jego uśmiech był pewny i nieprzygaszony.
Nie podziękowała tylko za to, że chciał ją odprowadzić aż do dormitorium. Nie wiedziała, czy to jedno słowo wystarczyło, aby wyrazić wdzięczność za wszystko, co dla niej zrobił. Za to, że dopingował ją w czasie pojedynku. Że zatrzymał ją i zaprowadził w to miejsce. Że wysłuchał. Że ją wspierał. Że po prostu jest.
Jest taki jak zazwyczaj.
Z jednej strony czuła się z tym źle. Zabierała mu wolny czas i obarczała własnymi problemami. Z drugiej, chociaż rzadko mówiła to na głos, jego pomoc była czymś, bez czego chyba nie mogłaby sobie poradzić. Dodatkowo wspierał ją z zaangażowaniem. Jego starania napełniały ją dziwnym uczuciem, którego sobie nie przypominała — jakby złote znicze fruwały w jej brzuchu i łaskotały skrzydełkami. To było dość przyjemne.
Kiedy zbliżali się do zamku, to miłe łaskotanie zmieniało się w przykry skurcz.
Weszli do środka. Korytarze były chłodne... Może tylko się jej tak wydawało? Wzięła głębszy wdech. Na szczęście, to tylko lekki ziąb bijący od kamiennych murów.
Przechodzili drogą pilnowaną przez lekko podrdzewiałe zbroje stojące pod ścianami. Z pustych przyłbic wyglądała jedynie ciekawska ciemność.
Ogromne, szalone ślepia mrugnęły z jednej szpary.
TRZASK!
— NASZA KRÓLOWA ŚNIEGU!
Elsa pisnęła. Irytek wyskoczył ze zbroi. Przeleciał przez brzuch dziewczyny. Szarpnęło ją na wymioty. Jakimś cudem zatrzymała nieliczne resztki dawnego posiłku.
Jack wyciągnął różdżkę i szybko nią machnął. Irytek zrobił unik. Zbroja została ozdobiona różkami. Kozimi różkami.
— MASZ CELA, KRÓLU MAZGAJÓW! — zaryczała zjawa. — Vinteresen Elsa zamrozi wszystko z miejsca
Przeniknął przez ścianę, a piosenka rozmyła się w echu korytarza.
Elsa w końcu roześmiała się, będąc całkowicie skołowaną. Jack również zaczął się śmiać.
— Ups. — Spojrzał na zbroję, która dorobiła się różków. Rzucił do dziewczyny żartem: — Błagam, nie donoś na mnie, Strażniczko Regulaminu! Zrobię, cokolwiek zechcesz!
— Nie wiem, Królu Mazgajów — odparła udawanym, zadufanym tonem, starając się zachowywać tak, jakby zupełnie nie zwróciła uwagi na piosenkę ducha. — Zastanowię się. Przekonaj mnie.
— Mam błagać o łaskę na stojąco czy uklęknąć? — Zarechotał.
Wyrecytował wiersz o swoim przeogromnym smutku spowodowanym tym, że udekorował zbroję w tej sposób. Elsa łaskawie postanowiła oszczędzić tego łajdaka i nie donieść wszechmocnej dyrekcji. Nawet go nieco wsparła — zatuszowała ślady zbrodni, pozbawiając ofiarę różków.
Szli w stronę dormitorium Krukonów nieco mniej uczęszczanymi szlakami. Żartowali, a mimo to ilekroć widziała kogoś w pobliżu, miała wrażenie, jak coś w niej spina się i tężeje. Poczuła to również wtedy, gdy ze skrzyżowania korytarzy wyłoniła się mała grupka starszych Ślizgonów. Rozpoznali Elsę i Jacka — spojrzenia idących nagle stały się dziwne.
— Moja matka opowiadała mi kiedyś o klątwach — powiedziała jedna dziewczyna. — Takie osoby nie powinny żyć wśród normalnych...
— Przymknij się, Janet — syknęła druga, spuszczając głowę.
— Tym bardziej nie powinni trzymać jej w Hogwarcie. Widziałaś, jak załatwiła Alison...
Elsa czuła, jakby zanurzyła dłonie w ostrym, kłującym śniegu. Mówiono o niej. Była pewna. Powinna coś odpowiedzieć? Może... Tylko co? Nie mogła zwrócić im uwagi jako prefekt. W regulaminie nie ma przecież podpunktu Nie rozmawiamy o Elsie Vintersen. Poza tym, nawet gdyby był, to na pewno nie pomógłby. Zresztą, po co się nad tym zastanawiać? Tak ścisnęło jej gardło, że nie mogła nic powiedzieć, nawet jeśli bardzo by chciała. Miała ochotę jak najszybciej uciec. Pomimo tej chęci wyprostowała się i próbowała udawać, że konfrontacja z uczniami, którzy widzieli jej pojedynek, zupełnie nie robi na niej wrażenia.
— Uważajcie, bo podłoga jest bardzo, bardzo śliska — parsknął Jack do mijanych.
Chłopak, który towarzyszył Ślizgonkom, speszony ominął Gryfona i Krukonkę szerokim łukiem. Janet nadąsała się, mordując Elsę spojrzeniem. Ta druga dziewczyna była wyraźnie skołowana.
Zniknęli za zakrętem.
Krukonka obserwowała korytarz przez ramię, wsłuchując się w cichnącą, wznowioną rozmowę.
— Mówiłam ci, że z takimi osobami nie ma żartów — rzuciła ostro Janet po chwili. — Ona mogłaby faktycznie zamrozić tę podłogę albo zrobić coś gorszego!
— Nie wiem, Cindy — odezwał się chłopak szeptem. — Może lepiej po prostu schodzić jej z drogi. Niech ona żyje swoim życiem, a my swoim...
Znów byli tylko we dwoje.
Takie osoby nie powinny żyć wśród normalnych… — Te słowa obijały się wewnątrz czaszki Elsy. Obsiadły ją jak kruki.
Poczuła, jak ciepłe palce oplatają jej dłoń. Zimno, które dotychczas czuła, zderzyło się z falą gorąca. Miała wrażenie, że zaraz buchnie parą. Spojrzała na Jacka. Uszy miał dziwnie różowe, ale wyraz twarzy pewny.
Ścisnęła lekko jego dłoń. Nie spodziewała się tego gestu. Był nieco peszący, ale sprawiał, że czuła się nieco lepiej. Miała namacalną pewność, że Jack znajduje się przy niej.
Ruszyli dalej, a ich dłonie ciągle splatały się ze sobą.
— Nie przejmuj się nimi — powiedział. Zastanowił się. — Jak o tym myślę… to w sumie mogłaś zamrozić tę podłogę, aby ich nastraszyć.
— Nie, Jack. To tylko pogorszyłoby sytuację. — Było jej niemiło ciężko po tym, co usłyszała. Dodatkowo przygniatało ją przeczucie, że usłyszy jeszcze gorsze słowa.
— Może wtedy przynajmniej by się odczepili…
— Wtedy to pewnie chcieliby mnie wywalić z Hogwartu.
Miała wrażenie, że zanadto zbliżyła się do niewidzialnej, cienkiej granicy. Jeśli znów użyje swoich mocy, tym bardziej, jeśli zrobi to przypadkiem, to już nie będzie miała na co liczyć w szkole. Ludzie znienawidzą ją i jej klątwę — nie wiadomo tylko, co bardziej.
— Prędzej mnie wywalą niż ciebie — zapowiedział Jack.
Próbowała się nie przejmować innymi, jak mówił. Jednak co mogła poradzić, że jej wnętrzności same skręcały się za każdym razem, gdy widziała pozostałych uczniów? Obok przeszła jakaś grupka pierwszoklasistów. Nie byli zainteresowanymi Jackiem i Elsą — bardziej ciekawiły ich karty z Czekoladowych Żab, o które się wykłócali. Mimo to nie pozwoliła sobie na optymistyczne myśli. Bała się rozczarowania — usłyszenia od kolejnych osób takich słów, jakie padły z ust Ślizgonów.
Omijano ich szerokim łukiem. Rozmowy lekko przycichały, a po chwili wybuchały całą mocą — oczywiście wiadomo, na jaki temat. Wzrok co niektórych nagle błądził po podłodze lub ścianach. Inni jednak do samego końca oglądali się za Elsą i Jackiem. Tylko Jane Cleese miała odwagę patrzyć na nią z żądzą mordu w oczach. Mijając ich, burczała coś pod nosem. Krukonka pomyślała, że pewnie dalej była wściekła za to, co stało się jej przyjaciółce — Alison. Reszta jednak była bardziej zdziwiona niż zaniepokojona, widząc, jak Jack i Elsa kroczyli ze splecionymi dłońmi.
Z Sali Trofeów wyszła Anna. Dostrzegłszy siostrę, lekko uniosła brwi.
— Elsa, gdzie ty się podzie… — zaczęła. Przyjrzała się dokładnie parze. Elsa szybko wyswobodziła dłoń z uścisku Jacka. — Och.
Krukonka czuła, jak robi się bordowa na twarzy. Jack schował dłonie do kieszeni.
— Szukałam cię — powiedziała wreszcie Anna. Wyrzuciła szybko: — Siostra, ty naprawdę pojedynkowałaś się z Alison? I wycelowałaś w nią lodowymi promieniami? To nieprawda, prawda?
— Anno, przecież sama widziałaś, że tylko zamroziłam podłogę — odpowiedziała Elsa nieco zdziwiona pytaniami siostry. Anna przecież musiała zauważyć, co działo się na arenie...
— No, właśnie nie widziałam. Wyszłam podczas przedostatniego pojedynku.
Gryfonka wyglądała na uspokojoną. Krukonka natomiast była nieco zdziwiona, ponieważ w ogóle nie zauważyła jej nieobecności.
— Wyszłaś wcześniej? Coś się stało? — zapytała.
— Och, nic… Nic wielkiego — zbagatelizowała Anna. — Po prostu… ja i Adrian nieco się posprzeczaliśmy. Nieważne, kiedy indziej ci powiem. No, mówcie szybko, jak to było naprawdę z tym pojedynkiem. Słyszałam już tyle wersji...
Jack i Elsa streścili pojedynek z Alison. Dziewczyna niektóre zdarzenia omawiała pobieżnie, ale chłopak skrupulatnie uzupełniał jej zeznania.
— ...stwierdziliśmy po prostu, że się przejdziemy — kończył opowieść — i jesteśmy. — Lekko rozłożył ręce.
— Czyli… walczyłaś z Alison, zamroziłaś podłogę, tym idiotom odbiło, a później zniknęliście we dwoje na… — podsumowała Anna.
— W dziesiątkę — parsknął śmiechem Jack.
Anna również lekko się uśmiechnęła. Nagle drgnęła.
— Spotkanie… rany, prawie o nim zapomniałam! — Dreptała zdenerwowana w miejscu. — Miałam robić z kolegą projekt na eliksiry! Może na mnie poczeka… Elsa, spotkamy się jakoś jutro i wszystko ci opowiem, a ty mnie!
To ostatnie zdanie zabrzmiało dla Krukonki dość dziwacznie. Może Anna chciała dokładniejszy opis pojedynku.
Siostry pożegnały się, przytulając szybko.
— Nie przejmuj się tymi palantami — szepnęła Anna. — Mam ochotę ich zamordować, wiesz, siostra?
— Lepiej tego nie rób — parsknęła śmiechem Elsa. — Ty też się jakoś trzymaj.
Anna chyba wiedziała, co miała na myśli. Uśmiechnęła się lekko zasmucona i pobiegła jednym z korytarzy na spotkanie projektowe.
— Jack, ty widziałeś, jak wyszła z Wielkiej Sali? — zapytała Elsa, kiedy ruszyli w dalszą drogę do dormitorium Krukonów. Tym razem trzymała dłonie splecione za plecami, a Jack swoje schował do kieszeni.
Rozważał odpowiedź przez chwilę.
— Nie zwróciłem na to większej uwagi. Jakoś byłem zbyt zajęty pojedynkami, aby zwrócić na to szczególną uwagę.
Już niedługo byli w wieży Ravenclawu tuż przy brązowej kołatce w kształcie orła — strażniku domu Krukonów.
Elsa uścisnęła Jacka na pożegnanie. Tak naprawdę zazwyczaj nie żegnali się w ten sposób. Tego dnia jednak po prostu chciała to zrobić. On odwzajemnił uścisk z ciepłem. Kiedy się odsunęła, lekko się uśmiechał.
— To cześć — powiedział.
— Cześć — odparła. — Jack, jeszcze raz dziękuję za to, że zostałeś ze mną i za wszystko. — Uśmiechnęła się.
— Nie ma sprawy.
Usłyszała zagadkę kołatki. Kiedy zastanawiała się nad odpowiedzią, patrzyła, jak odchodził. Musiała prosić orła, aby powtórzył. Za bardzo się rozproszyła. Skupiła się na zadaniu i szybko znalazła rozwiązanie.
Drzwi otworzyły się przed nią, ukazując salon wypełniony uczniami. Przy stolikach odrabiano lekcje, jakaś grupka rozłożyła się na dywanie i na leżąco przeglądała stosy pergaminów. Jakaś dziewczyna próbowała zaczarować flet, aby sam grał — zmuszała go tylko do bolesnych, żałosnych pisków. Elsa z przyzwyczajenia zerknęła, czy wszystko w porządku — gdyby działo się coś niedobrego, musiałaby zainterweniować. Jednak zachowanie zebranych i hałas były takie same jak zazwyczaj, więc mogła skupić się tylko na sobie. Ruszyła w stronę klatki schodowej prowadzącej do sypialni dziewcząt, trzymając się z dala od środka pomieszczenia. Przeskoczyła po kilka schodków naraz, przeszła kawałek i już po krótkiej chwili weszła do swojego pokoju.
Była tam tylko Roszpunka. Siedziała na swoim łóżku, a jej włosy wiły się rozwalone po podłodze. Po jednej stronie miała rzucony podręcznik od zielarstwa, z drugiej jakieś pergaminy i kilka ołówków.
— Cześć! — rzuciła raźnie Roszpunka.
Widząc, jak Elsa próbuje nie nadepnąć na jej włosy, zgarnęła je obok siebie, przy okazji zrzucając trochę rzeczy.
— Przepraszam — powiedziała.
— Naprawdę, nie ma sprawy — odparła Elsa.
Odłożyła torbę na krzesło przy swoim łóżku, nareszcie pozbywając się ciężaru z ramion. Uklękła przy kufrze, szukając rzeczy potrzebnych do pracy domowej z eliksirów. Czuła na sobie spojrzenie Roszpunki, ale postanowiła je ignorować.
— Elsa, słyszałam, że masz jakieś ciekawe… znaczy, wiesz — zachichotała nerwowo — niecodzienne zdolności.
Podręcznik wylądował na podłodze. Elsa spojrzała na Roszpunkę chłodno, sprawiając, że koleżanka nieco się zmieszała.
— Tak — odpowiedziała zdawkowo tonem, który nie zachęcał do dalszego zagłębiania się w temat.
— Słuchaj, bo ja nieco o tym słyszałam… — mówiła niepewnie długowłosa. Do czegoś ewidentnie zmierzała. — Wiesz, mam taką małą prośbę… znaczy, nie prośbę, bo gdybyś mogła…
— O co chodzi, Roszpunko?
— Czy mogłabyś mi pokazać tę twoją moc? — wypaliła.
Elsa zamknęła wieko kufra zdziwiona. Nie spodziewała się, że Roszpunka będzie chciała zobaczyć jej zdolności.
— Nic ciekawego — odparła Elsa.
Nie robiła tego, aby udawać fałszywie skromną. Żywiła nadzieję, że jej słowa faktycznie zniechęcą Roszpunkę. Jakoś nie miała nastroju tego dnia na ponowny pokaz swoich zdolności.
Długowłosa patrzyła wzrokiem szczeniaczka.
Elsa westchnęła zawiedziona sama sobą. Wstała, lekko uniosła dłoń. Iskierki zimna przeskoczyły między opuszkami, a wokół palców w bladym, niebieskim blasku zawirowały lśniące śnieżynki, które zaraz ginęły.
— Niesamowite… — Roszpunka obserwowała pokaz zimowej magii szeroko otwartymi oczami. Zupełnie jakby była dzieckiem, które dopiero dowiedziało się o istnieniu czarów. — Ty to tak całkiem bez różdżki?
— Całkowicie bez różdżki — odparła Elsa, opuszczając dłoń. Wszystkie płatki śniegu zniknęły, a delikatne światło rozproszyło się.
Roszpunka zamyśliła się nad czymś, ściskając w dłoniach podręcznik od zielarstwa. Elsa wzięła ze sobą lekcje i rozsiadła się na swoim łóżku. Zaczęła czytać pierwsze zadanie:

Podczas warzenia eliksiru leczącego oparzenia dodano o cztery krople za mało soku ze Złagodniałek i o trzy gramy za dużo sproszkowanych Kleików. Napisz, co należy dodać do mikstury, aby naprawić te błędy i…

Roszpunka usiadła na skraju łóżka Elsy. Długowłosa patrzyła na koleżankę, bawiąc się długim kosmykiem włosów.
— Słuchaj… a długo masz te swoje moce? — zapytała niby od niechcenia. Dało się jednak usłyszeć w jej głosie ciekawość.
— W książce Berthy Moore jest wszystko napisane… — mruknęła Elsa.
— Jakoś nie mam zaufania do jej pisaniny.
Z tym Elsa musiała się zgodzić.
— Tak w ogóle to dopiero dzisiaj dowiedziałam się, że masz ten zimowy dar — wyjaśniła Roszpunka — po dodatkowych zajęciach.
To było nieco dziwne. Elsa dopiero po chwili przypomniała sobie, że Roszpunka miała swoje sprawy na głowie — konsekwencje ucieczki z domu.
Elsa nigdy nie rozmawiała o swoich zdolnościach z nikim poza swoją rodziną i oczywiście Jackiem. Tego dnia klątwa dała jej nieco popalić.
— Mam to od urodzenia — odpowiedziała, mimo wszystko. — Tak naprawdę celem tego uroku miała być moja mama, ale ją, na szczęście, to ominęło. Tylko że przeszło na mnie.
Roszpunka podparła głowę dłońmi. Patrzyła z zainteresowaniem na współlokatorkę.
— Ukrywaliście to, prawda? — zapytała. — Twoi rodzice... oni powiedzieli ci wszystko o twoich zdolnościach?
— Chyba wszystko, co sami wiedzieli... Początkowo nie ukrywaliśmy tego, ale później woleliśmy, aby nikt o tym nie wiedział.
— Nie dziwię się… dary trzeba chronić. Tak mówi moja mama.
Elsa parsknęła cichym śmiechem.
— Owszem, dary trzeba chronić. Jednak gdyby moja moc była darem, to bym się nią dzieliła. Ale przed klątwami to innych trzeba chronić...
— Czy ja wiem, czy to klątwa… Tak w ogóle, to dlaczego się ujawniłaś? Najpierw przed Jackiem? To musiało być chyba trudne… Wiesz, skoro ukrywałaś to nawet przed Anną, to chyba przed nim… Niezbyt się przecież lubiliście.
Niezbyt się lubiliśmy — parsknęła śmiechem.
— Skakaliście sobie do gardeł przy każdej okazji… pamiętam, jak kiedyś na zaklęciach oblał cię wodą! To nie było przypadkiem, jak powiedział nauczycielowi!
— Domyśliłam się. Wkurzył się, bo powiedziałam Dreamchildowi, że to on poczęstował Diggory’ego wybuchającymi cukierkami w zemście za zepsucie jego miotły… W każdym razie, jeśli ci nie powiedziano, on dowiedział się przypadkiem…
— Podczas pierwszego zadania turnieju, tak? Tak mówił Czkawka…
Elsa kiwnęła głową.
— Tak. Musiałam jakoś odpędzić się od chochlików. Nie miałam różdżki, a one mnie otoczyły… tylko Jack widział, w jaki sposób udało mi się ich pozbyć. Pozamrażałam je. Później od razu poszłam do zamku, a przedtem… dałam Jackowi do myślenia. Prawie przebiłam mu nogi lodowymi soplami. — Skrzywiła się. — Myślałam, że się ode mnie odczepi, ale on jest okropnie uparty.
— Zdarza mu się — zaśmiała się Roszpunka.
Elsa lekko się uśmiechnęła.
— W każdym razie — kontynuowała — znalazł mnie nieco później. Myślałam, że zacznie się śmiać albo rozgada wszystkim. On tego nie zrobił. Obiecał, że nikomu nie powie…
Roszpunka przeplatała włosy między palcami.
— Nie bałaś się… że wygada? — zapytała, patrząc z uporem na koleżankę. — Nie wiem… zaufałaś mu tak po prostu?
— Oczywiście, że się bałam — odparła Elsa, zerkając na czekające zadania. — Jednak co mogłam z tym zrobić? Musiałam mu zaufać, nie miałam innego wyjścia, zresztą, sama wiesz. Nie mówiłam mu od razu wszystkiego, nie byłam pewna co do niego, poza tym nie chciałam... Trochę niepotrzebnie się tego obawiałam, bo zrozumiał.
— Ja też rozumiem — odparła koleżanka, wyraźnie zaspokoiwszy ciekawość.
Elsa kończyła zadania z eliksirów. Długowłosa wróciła na swoje łóżko. Zajęła się zielarstwem, a jej zwierzątko — kameleon — plątało się między jej włosami.
— Elsa… — zaczęła po jakimś czasie.
— Tak?
— Żałujesz, że Jack się dowiedział?
Elsa zagryzła wargi. Czy żałowała?
— Nie — przyznała całkowicie szczerze. — Wcale nie żałuję.
Roszpunka już o nic więcej nie zapytała. W ciszy wróciła do robienia zadań z zielarstwa. Zostawiła Elsę samą z myślami.
Nie żałuję. — Tego była pewna jak nigdy.


~*~*~*~


— Adrian, na brudne gacie samego Merlina, to tylko kolega! — syknęła Anna. — Musisz mi robić sceny na środku korytarza?
Adrian potrząsnął głową.
Tylko kolega — parsknął pogardliwie. — Coś za dużo masz tych tylko kolegów.
Anna poczerwieniała na twarzy.
— Robiłam z nim tylko projekt. Poza tym, o co ci chodzi? Jakoś wcześniej ci nie przeszkadzało, że znam się z innymi chłopakami! A może boisz się, że nareszcie będę miała dosyć twoich humorów i znajdę kogoś normalnego?
Normalnego?
— Tak, normalnego. Odkąd wróciłam do szkoły, ciągle na wszystko narzekasz i o wszystko się wściekasz. To masz coś do mojej siostry, to się wkurzasz, bo nie przyjęto cię do drużyny, to masz coś do mnie! Jesteś gorszy niż ciężarna sklątka!
Adrian pociągnął Annę za ramię. Przedstawienie, które odgrywali, przeniosło się w mniej widoczny, boczny korytarz. Jackowi, który obserwował ich kłótnię od samego początku, nie było dane poznać jej finału. Merida, jedząc kanapkę, jeszcze patrzyła na miejsce, gdzie przed chwilą para się sprzeczała.
— Anka albo znowu poryczy się po kłótni, albo kopnie go w tyłek i będzie miała spokój — powiedziała. — Lepiej, żeby zrobiła to drugie. Odchoruje i przynajmniej skupi się na drużynie... Myślałam, że ją zabiję na ostatnim treningu.
Jack spojrzał na nią z ukosa.
— Ponoć to ja mam fioła na punkcie quidditcha. Ale ty już zatracasz człowieczeństwo — zażartował.
— Wcale nie. Po prostu już raz przez to przechodziliśmy. Jak w czwartej klasie Joanne zerwała z Rickiem, potrafiła pobeczeć się w środku meczu pół roku po zerwaniu. To przez was, chłopaków, i ona, i Anka nie mogły skupić się na grze. — Rzuciła oskarżycielsko do Jacka. — Ale przynajmniej następnym razem będzie mądrzejsza i da sobie spokój z wami.
— Mówisz tak, jakbym to ja z nią chodził — odparł urażony. — Wy nie jesteście lepsze. Poza tym gadasz, jakbyś sama nie podkochiwała się w Cazalli z hiszpańskiej drużyny quidditcha i nie miała obklejonego całego pokoju w jego plakatach.
— Wcale się w nim nie podkochiwałam — odparła. — To jest mój idol, a to różnica… a to, że cudnie wygląda na plakatach, to zupełnie inna sprawa…
Jack, spierając się z nią, zaczął wypominać jej wstydliwe rzeczy, które zrobiła jako fanka. Nie dał jej zapomnieć o tym, że znalazł w jej pamiętniku (tylko go pożyczył z ciekawości) rysunek przedstawiający ją i znanego gracza quidditcha otoczonych ogromnym sercem. Gdy tylko o tym wspomniał, Merida chciała go zamordować. Może zrobiłaby to od razu, gdyby nie to, że Clover, nowa członkini drużyny, poprosiła ją na słowo.
— Zobaczysz, jeszcze ci przypomnę, jak założyłeś się z nami i przegrałeś, i zapraszałeś Marię z siódmej klasy na randkę! Dodatkowo musiałeś to zrobić z różowymi kokardkami na włosach i w sukience! — Rzuciwszy tę groźbę, odeszła porozmawiać z o rok młodszą koleżanką.
— Drżę na samą myśl! — krzyknął za nią, śmiejąc się cynicznie.
Nie mając za bardzo co robić, wszedł do klasy, gdzie już siedziało kilkoro uczniów. Dwoje chłopaków — jeden ze Slytherinu, drugi z Hufflepuffu — rozmawiało konspiracyjnym szeptem, podrzucając coś w dłoniach — przypominało to czarną, lśniącą bańkę.
— Popamięta nas, oj, popamięta — zaśmiał się jeden do drugiego.
Jack już przeczuwał, co się święci. Tych dwoje dość niedyskretnie planowało jakąś akcję. Miał nadzieję, że uda mu się być jej świadkiem. Kilka dziewczyn, których część siedziała na krzesłach, a inne na ławkach, czytało nawzajem swoje eseje. Potter na szybko kończył swoją pracą, żaląc się Benedictowi, że zupełnie o niej zapomniał.
Do sali powoli schodzili się kolejni uczniowie. W pomieszczeniu już za niedługo zebrała się prawie cała klasa, a Jack porównywał z Czkawką swoje wypociny na temat animagów. Pojawiła się również i Elsa, oczywiście ze swoją jak zwykle idealną pracę. Rzuciła otworzoną torbę na podłogę i przysiadła się do nich.
— Ile napisaliście? — zapytała zaciekawiona, zerkając na ich kartki.
Jak Jack się spodziewał, miała dwa razy dłuższy esej niż on, mimo że przepisał — z drobnymi zmianami — długaśny wstęp Czkawki, a w rozwinięciu przekopiował co najmniej połowę podręcznikowego materiału.
Zabrzmiał gong, a w sali już byli wszyscy z wyjątkiem Clevesa. Nauczyciel miał w zwyczaju spóźniać się trzy, cztery minuty. Siedzący na ławkach poschodzili z nich, powoli rozchodzono się na swoje miejsca, wyjmowano potrzebne rzeczy w akompaniamencie głośnych rozmów.
Jack położył na ławce swoje przybory. Złote litery nowego podręcznika lekko zalśniły, gdy go wyciągał. Elsa schyliła się po coś do torby.
— Teraz! — syknął ktoś.
CHLUP!
Czerń pryskająca z torby. Elsa ociekająca atramentem. Zdziwienie. Rechot chłopaków siedzących z tyłu. Śmiech części klasy. Przerażenie pozostałych.
— Przesadziliście! — oburzyła się Roszpunka.
— Teraz to Vintersen na serio nas pozamraża!
Wszystko wokół, włącznie z Elsą, było upaprane atramentem. Jej torba tonęła w czarnej kałuży. O niej samej lepiej nie wspominać. Pluła i próbowała zetrzeć czerń z twarzy.
— Mieliście oddać nam wszystkie atramentowe kule! — warknął Czkawka do siedzących z tyłu.
— Podskoczyliśmy Czkawkusiowi, Ben! — rzucił Ślizgon. W jego głosie słychać było kpinę.
Puchon Ben w odpowiedzi zarechotał.
Jack nie rozumiał, o co naprawdę chodziło z atramentowymi kulami. Wiedział jednak, że Elsa ocieka atramentem, a pewnie większość jej rzeczy została zniszczona.
— Ej. Macie natychmiast to naprawić i przeprosić — zaczął Jack surowo. — Inaczej...
— Inaczej co? — Przerwał Ślizgon nonszalancko. — Doniesiesz na nas nauczycielom? Lub może twoja koleżanka postanowi nas pozamrażać?
— Uważaj, Artur, bo faktycznie to zrobi — odezwał się Ben. — A wtedy będą problemy...
Ślizgon posłał Elsie triumfujące spojrzenie.
Jack mocno zacisnął szczękę. Jego dłoń powędrowała do różdżki, a w głowie już zaczęły układać się różnorakie plany zemsty.
— Jack. — Elsa złapała go za rękę, zostawiając na niej atramentowy ślad.
Czarne plamy kontrastowały na jej bladej twarzy. W oczach miała upór. Jack zawahał się.
Właśnie podczas tej chwili słabości do klasy wszedł Cleves, który dostrzegłszy, co się wydarzyło, wyjątkowo się zdziwił.
— Co tutaj właściwie... — zaczął.
— Panie profesorze, ktoś wyciął Elsie kiepski żart. — Do wyjaśnień wyrwał się Czkawka.
— Bardzo kiepski — podkreśliła Roszpunka.
— Dobrze, jak to właściwie było, Elso? — zapytał nauczyciel.
Elsa spojrzała najpierw na klasę, później na Jacka i Czkawkę, potem na sprawców zamieszania, a na samym końcu na nauczyciela.
— Schyliłam się po rzeczy do torby i wybuchnęła w niej kula z atramentem — wyjaśniła głosem bez emocji. — Nie wiem, kto mi ją podrzucił.
— Jak to nie wiesz? Przecież to oni zrobili — zaprotestował Jack, pokazując na Bena i Artura.
— Masz na to jakieś dowody? — zapytał Artur.
— Och, nie wiem. Może to, że macie mózg gumochłona i nawet nie starliście atramentu z dłoni?
— Jack — rzucił ostrzegawczo Cleves.
— Panie psorze, przecież my ubrudziliśmy się na ostatniej lekcji — zaprotestował Ślizgon.
— Równie dobrze ktoś inny mógłby podrzucić to jej — dodał Puchon.
W klasie rozgorzała zacięta dyskusja, a Elsa była w jej centrum. Dziewczyna szybko się ulotniła — poszła do dormitorium, aby zmyć z siebie atrament i przebrać się w czyste rzeczy. Koniec końców większa część klasy potwierdziła wersję Jacka oraz Czkawki. Okazało się, że Ślizgon i Puchon odpowiedzialni za żart na Elsie zrobili to w odwecie za to, że podczas przerwy skonfiskowała im większość atramentowych kul — po tym, jak rzucali nimi o mury szkoły. Sprawcom tego zamieszania odjęto kilkanaście punktów i dano szlaban na weekend. Jack mimo to i tak myślał o własnej zemście za to.
Cleves, po usunięciu plam z atramentu na podłodze, rozpoczął lekcję od zebrania wypracowań, a później omawiał nowy temat.
Jack starał się uważać, ale musiał przyznać, że bardzo mu to nie wychodziło. Słyszał rozmowy tych chłopaków z tyłu. Miał ochotę odwrócić się i co najmniej potraktować któregoś z nich jakimś paskudnym zaklęciem, kiedy słyszał, co mówili o Czkawce i Elsie. Wiedział jednak, że narobiłoby mu problemów, gdyby w środku lekcji zastosował na nich jakiś paskudny urok. Wlepiał wzrok w swoje notatki, zamyślał, gdy patrzył na kałamarz wypełniony atramentem.
Czemu Elsa skłamała? Dodatkowo przed nauczycielem? Przecież wszyscy, a szczególnie ona, doskonale wiedzieli, kto podrzucił jej atramentową kulę! To, co zrobiła, było niesamowicie nienaturalne dla niej. Po pierwsze: okłamała profesora. Po drugie: nie doniosła na Bena i Artura, chociaż im się należało.
Po kilku minutach drzwi skrzypliwie się uchyliły. Energicznym krokiem weszła przez nie Elsa. Nie przebrała się nawet ani nie zmyła atramentu z twarzy. Policzki miała czarno-czerwone.
Cleves uniósł nieco zdziwiony brwi.
— Panie profesorze — zaczęła Elsa wyraźnie zaaferowana czymś. — Sypialnia chłopaków... zdemolowana — wyrzuciła z siebie.
Jak to zdemolowana? Co się stało? Po klasie rozniosły się głośne rozmowy.
— Jak to zdemolowana? — zapytał Cleves, podchodząc bliżej Elsy.
— Właśnie, co się stało? — dodał jakiś chłopak z Ravenclawu.
— Drzwi do sypialni chłopaków z szóstej klasy były uchylone... Wszystko jest powywracane do góry nogami! Coś dymiło — wyjaśniła Elsa.
Cleves wyglądał na zaniepokojonego, ale nie tak jak mieszkańcy zdemolowanego pomieszczenia. Czkawka podniósł się z krzesła tak gwałtownie, że głośno gruchnęło o ziemię.
— James, przypilnuj klasy — powiedział Cleves do prefekta z Hufflepuffu.
Nauczyciel wyszedł szybko z sali, a Elsa zaraz za nim. Czkawka wybiegł zaraz za nimi, wbrew protestom Jamesa, a później pozostali Krukoni z szóstego roku. Wśród reszty rozgorzały głośne rozmowy na temat tego, co stało się w dormitorium Ravenclawu.
Kto zdemolował sypialnię Krukonów?

~*~*~*~

— Nie najlepiej wyglądasz — powiedziała Roszpunka do Czkawki.
Jack uważał jej słowa za zbyt łagodne. Według niego wyglądał on, jakby musiał spędzić noc w jednym pomieszczeniu z chimerą. Oczy miał spuchnięte i podkrążone od zmęczenia. Na policzku widniało kilka zadrapań, podobnie jak na dłoniach. Nosił grube, ciepłe ubrania — w tym wełniany sweter z uśmiechniętym księżycem, który otrzymał na Boże Narodzenie od Roszpunki — i dodatkowo ochraniacze, na które uwagę zwróciła Merida:
— Czkawka, po co ci właściwie ochraniacze do quidditcha? — zapytała.
— Dzisiaj są eliminacje — odparł głosem bez emocji. Chyba był zbyt zmęczony, aby czuć cokolwiek. — Musieliśmy spać w śpiworach w sypialni siódmoklasistów. Nie wiedziałem do tej pory, że ta podłoga jest tak cholernie twarda... Merlinie, dodatkowo jeden z nich tak chrapał... — Ziewnął szeroko.
— Niech zgadnę, pewnie Billy Steward — wtrąciła Roszpunka — słychać go nawet u nas w pokoju. Chrapie jak smok.
— Czkawka, czy ty chcesz iść na eliminacje do drużyny Krukonów? — parsknęła śmiechem Merida.
— Tak. Co w związku z tym? — Podsunął talerz z jedzeniem.
— Wiesz... ty chyba...
— Nie nadaję się, tak?
— Tego nie powiedziałam.
— Ale tak pomyślałaś.
— Wcale nie.
Będąc zbyt niewyspanym na rozwijającą się sprzeczkę, wzruszył ramionami, ucinając ją. Musiał doskonale wiedzieć, że Merida nie traktuje poważnie jego kandydatury do drużyny. Jack widział dość dawno, jak jego przyjaciel lata i to zaledwie kilka razy. Zawsze albo spadał z miotły, albo robił z siebie pośmiewisko — lub to i to.
— Możesz spróbować — powiedział Jack. Tego dnia nie miał weny do nabijania się z Czkawki. — Nawet jeśli zrobisz z siebie głupka, nie będziesz gorszy niż niektórzy na eliminacjach do naszej drużyny... Poza tym, nawet jeśli będziesz najgorszy, to byłoby świetnie, gdyby cię przyjęli. Lepiej dla nas — zaśmiał się.
— Umiesz pocieszać, Jack — westchnęła Roszpunka zrezygnowana.
— A tak w ogóle, to dowiedziano się już, kto rozwalił wam pokój? — zmienił temat Gryfon.
Wieść o zdemolowaniu sypialni Krukonów z szóstej klasy szybko obiegła szkołę. To zdarzenie rozsiało się po Hogwarcie w towarzystwie kolegów — plotek i domysłów. W ciągu kilku godzin już kilka osób było podejrzewanych o rozwalenie pokoju chłopaków: Irytek; dwóch drugoklasistów, którzy tego samego dnia odpalali sztuczne ognie na błoniach oraz jakiś siódmoklasista, ponoć w zemście na jednym z młodszych kolegów za odbicie dziewczyny.
I, niestety, od oskarżeń nie uchroniła się Elsa.
Przecież to ona była sama w dormitorium! Mogła sama zniszczyć sypialnię swoimi mocami, a potem skłamać, że tylko znalazła ją w takim stanie! — Tak mówiła Jane Cleese do Alison, która już opuściła skrzydło szpitalne.
Dla Jacka ta wersja sama w sobie wydawała się głupia. Elsa miała zimowe, a nie ogniste zdolności, a część rzeczy w pokoju była ponoć spalona. Po co właściwie miałaby to robić? Nie miała zatargów z żadnym z chłopaków zamieszkujących pechową sypialnię. Taki występek przeciw regulaminowi szkoły był po prostu nie w jej stylu. Poza tym wolała się nie wychylać, odkąd jej moce wywołały sensację wśród uczniów. Jack wiedział, że w sprawstwo Elsy wierzą tylko ci, którzy albo są naprawdę tępi, albo szczególnie za nią nie przepadają. Trudno było ocenić, czy przejmowała się tym — w ostatnim czasie spotykało ją wiele nieprzyjemnych sytuacji; ta to tylko jedna z wielu.
— Winnych dalej nie złapano. Nie było nikogo wtedy w dormitorium — powiedział Czkawka, ale takim głosem, jakby niezbyt mu na tym zależało. Dodał już z wyraźną ulgą: — Ale naprawiono już nasz pokój. Będziemy mogli przekimać się u siebie...
— Może gdyby tamci wcześniej rąbnięto w ciebie, Elsa, tymi atramentowymi kulami, to udałoby się złapać ich — zaśmiała się Merida.
Elsa spojrzała na nią znad książki. Czytała Baśnie i legendy, które Jack dał jej w prezencie urodzinowym. Kiedy tylko przekartkował je w księgarni (okładka niezbyt zachęcała), poczuł, że spodobałyby się dziewczynie. Później, gdy w drugim sklepie kupował podręczniki, dowiedział się, że to właściwie jedyny, bardzo cenny egzemplarz. Nie ma co, głupi ma szczęście! — pomyślał, kiedy się tego dowiedział.
— Skoro jesteśmy przy tym — powiedział Jack powoli. — Właściwie czemu udawałaś, że nie wiedziałaś, kto podrzucił ci te kule?
Elsa złożyła książkę i zmierzyła go od stóp do głów tym spojrzeniem, którego tak bardzo u niej nie lubił. Merida, która znała tę historię tylko z opowieści przyjaciół, przyglądała się Krukonce.
— Właśnie — dodał Czkawka, przełykając sporą łyżkę owsianki. — Widać gołym okiem, że to była zemsta.
— Czemu nie zdałam tej cholernej transmutacji — westchnęła Merida. — Przynajmniej zobaczyłabym to na własne oczy...
— Nie udawałam — odpowiedziała Elsa chłodno.
Może przekonała Czkawkę, Meridę i Roszpunkę, ale Jacka nie. Wiedziała, kto jej podrzucił atramentowe kule i udawała, że nie ma pojęcia!
— Tak w ogóle, Elsa — zaczęła Merida poważnym tonem. — Mam do ciebie pytanie, które męczy mnie od dawna, a jakoś nie było okazji go zadać.
— Proszę — odpowiedziała Elsa głosem spodziewającym się najgorszego.
— Słuchaj, bo tak sobie gadałam kiedyś z Jackiem i bardzo mnie to zastanawia... Czy kiedykolwiek przymarzł ci język, jak się z kimś całowałaś?
Czkawka prawie się zakrztusił. Roszpunka zrobiła zdziwioną minę, zaraz parskając śmiechem. Zażenowany Jack ukrył twarz w dłoniach, śmiejąc się.
— Pytam całkowicie poważnie — podkreśliła Merida.
Elsa ściągnęła brwi. Najwidoczniej nie wiedziała, co sądzić o tym pytaniu.
— Jeśli będę się z kimś całowała, to obiecuję, że będziesz pierwszą osobą, która dowie się, czy przymarzły nam języki — odpowiedziała równie poważnym głosem.
Sama po chwili zaśmiała się.
— Tak w ogóle to skąd do głowy wam przychodzą takie pytania? — zapytała, patrząc na Jacka oraz Meridę i kręcąc głową.
Kolejne rozmowy odbywały się w podobnej atmosferze — głupie pytania i jeszcze głupsze odpowiedzi w sobotni poranek.
Dwa numery „Proroka” pacnęły na środek stołu między nich, kiedy Jack założył się z Meridą, które z nich zje więcej najpaskudniejszych kanapek serwowanych w Hogwarcie — ze smalcem z tłuszczu sklątek tylnowybuchowych.
— O, poczta. — Meridę szarpnęło na wymioty, gdy przełknęła.
Jack przegrał. Wypluł na serwetkę trzymaną w buzi od kilku minut rozmemłaną kanapkę.
— Wygrałam! — Merida uśmiechnęła się. Znowu szarpnęło ją na wymioty.
— Tylko nie we mnie — ostrzegł Czkawka, zbierając swoją gazetę i odsuwając się od dziewczyny.
Jakoś powstrzymała kanapki ze smalcem ze sklątek przed ponownym ujrzeniem światła dziennego. Lekko zbladła i podparła się o blat stołu.
Jack pomyślał, że trudno. Przegrał. I tak nie założyli się o nic konkretnego... Chociaż trochę żałował, że nie było żadnej nagrody. Przynajmniej miałby o co walczyć. Jedyne, co zyskał, to paskudny posmak w ustach, którego nie pozbędzie się pewnie do końca życia.
Elsa zabrała swoją gazetę. Zerknęła na pierwszą stronę. Uniosła brwi szczerze zaskoczona.
— Aurorzy walczyli z Mrokiem.
Merida powstrzymała kolejny odruch wymiotny. Czkawka natychmiast dorwał się do swojej gazety.
— Pokonali go? Złapali? — zapytała Roszpunka.
— Właśnie... co jest tam napisane? — dodał Jack.
Słysząc tylko, że aurorzy walczyli z Mrokiem, od razu wyobraził sobie dwa skrajne scenariusze. Pierwszy: połowa pracowników z Ministerstwa martwa, a reszta w Mungu. Drugi, znacznie lepszy: Mrok złapany. Już nie będzie się panoszył!
Elsa szybko śledziła wzrokiem tekst, mrucząc pod nosem mijane wyrazy. Jack, oczekując na to, co powie, czuł, jakby siedział na sztucznych ogniach.
— Tej nocy pojawił się w Ogrodach Hesperyjskich — powiedziała, dalej mając wzrok wlepiony w tekst.
— Co to właściwie za miejsce? — Jack wcale nie słyszał o tych ogrodach.
— Ogromne łąki w Szkocji, gdzie od tysięcy lat hoduje się wiele magicznych roślin, przede wszystkim leczniczych kwiatów i krzewów — wyjaśniła Roszpunka. — Nazwę sobie zapożyczyli chyba z jakiegoś mitu...
Nawet krótsze wyjaśnienie wystarczyłoby mu. Bardziej zdziwiło go, czemu Mrok tam się pojawił. Niechcący wyobraził sobie, jak Książę Koszmarów hasa po łące upstrzonej kolorowymi kwiatami. Mogłoby to wyglądać absurdalnie śmiesznie, gdyby nie to, jaką roztaczał aurę.
Elsa zacisnęła usta, wczytując się w artykuł.
— Aurorzy mają tajnych agentów wśród ludzi Mroka... — opowiadała. — Aurorzy zaczaili się na Mroka... — Zerknęła na tekst. — Walczyli z nim...
— I jak, złapali go? — dopytywał Jack.
— Tylko zranili.
Poczuł, jakby coś w nim zgasło. Mrok dalej był na wolności. Dalej mógł nasyłać koszmary, dalej mógł siać popłoch.
— Ponoć to nie byle jaki uraz... — dopowiedziała Elsa. — Auror rąbnął go jakimś mocnym zaklęciem... Mrok zdążył jeszcze odpowiedzieć atakiem, zanim się ulotnił. Nikt nie osłaniał tego aurora... Zaatakowały go koszmary...
— Co z nim? — zapytała Roszpunka. — I z innymi?
— Ten auror wylądował w Mungu, spotkanie z koszmarami nieco poprzestawiało mu w głowie... Dwoje zginęło podczas akcji, oprócz tamtego, którego zaatakowały koszmary, jeszcze pięcioro wylądowało w szpitalu.
— Ale złapano czworo sługusów Mroka — zauważył Czkawka, wyłaniając się zza swojego egzemplarza „Proroka”. — Hoffera, Browna, Robertsa i Mazeta.
Jack miał wrażenie, jakby część tych nazwisk obiła mu się o uszy.
— Hoffer i Brown to ci, co napadli na wytwórnię eliksirów dwa tygodnie temu? — upewnił się.
— Bingo — potwierdził Czkawka.
— Dobra, a ci dwaj pozostali?
Czkawka bezradnie uniósł ramiona.
— Kojarzę ich... Rodzice mi o nich opowiadali. Oni oraz spora grupka innych stoi za porwaniem pani Boutet. Pamiętasz, Jack? To ona jest redaktorką tej gazetki, gdzie było napisane o Eliksirze Słońca — przypomniała sobie Elsa. — Dopadli ją gdzieś pod koniec sierpnia. Do tej pory jej nie odnaleziono.
— Serio? — zdziwił się Jack. — Przecież nawet nie pisali o tym porwaniu... skąd twoi rodzice mają takie informacje?
— Mama pracuje u Gringotta jako łącznik z zagranicznymi oddziałami. Mówi, że coraz częściej złe rzeczy dzieją się za granicą. Dementorzy ponoć zaczęli zapuszczać się nad Skandynawię. Nie mówiąc już o koszmarach, one powoli wdzierają się w głąb kontynentu. A nie piszą o tym, bo nie chcą straszyć ludzi. Wszyscy są już i tak wystarczająco wystraszeni, a gdyby powiedzieli, że Mrok ma siłę atakować resztę magicznego świata, to wcale by nie pomogło.
Merida opanowała reakcje po zjedzeniu paskudnej kanapki.
— Czekaj. Czyli ty myślisz, że Książę poszerza wpływy?
— Na to wychodzi, że naszemu Księciuniu znudziło się tutaj — parsknął Jack. — Sterroryzowanie wszystkich brytyjskich czarodziejów mu nie wystarcza. I jeszcze te ataki na te Ogrody Hesperyjskie, wytwórnię eliksirów, to porwanie... Po co? I tak wszyscy się go boją.
— Może on nie robi tego tylko z powodu straszenia — westchnął Czkawka.
Wszyscy spojrzeli na niego, czekając na wyjaśnienia.
— Chodzi mi po prostu o to... wiecie, ja na jego miejscu, tak jak zauważył Jack, nie produkował się aż tak, aby wszystkich straszyć...
— Ale to daje mu siłę — przypomniała Elsa.
— Tak, wiem, tylko że... ja właściwie dalej myślę o tych jego akcjach. O, na przykład tej z ogrodami. Tam są tylko ogromne łąki z magicznymi roślinami. Zero ludzi do wystraszenia. I co? Pofatygował się tam osobiście, mimo że mógł wysłać swoich sługusów... Dobra, wysłał ich do wytwórni eliksirów. Ale co? Jedyne, co zrobili, to przetrząsnęli ją i wyparowali...
Faktycznie. Teraz, gdy Czkawka tak przedstawił sytuację, wydało mu się to nieco podejrzane. Chociaż, z drugiej strony, czemu Mrok miałby coś kombinować?
— Po co właściwie by mu to było? — powiedział. — Hej, gościu jest niepokonany! I nieśmiertelny dodatkowo. Czego miałby niby tam szukać? Kwiatuszków na wianek? Eliksiru na przeczyszczenie?
Jest niepokonany, ale przecież aurorzy go zranili — zauważył Krukon. — Może on słabnie...
— On? Słabnie?
— Nie jestem pewna — wtrąciła Elsa. — Ale nawet jeśli... to jaki to ma związek z tymi wszystkimi akcjami?
Czkawka zacisnął usta.
— Jack, ty mówiłeś coś o eliksirach na przeczyszczenie... — zauważyła Roszpunka. — Może szuka czegoś...
— Eliksiru na przeczyszczenie? — parsknął Jack.
Roszpunka spojrzała na niego z politowaniem.
— Nie. Może czegoś innego, ale też jakiejś mikstury. Czegoś, co pomoże mu się wzmocnić, jeśli faktycznie słabnie... Tym bardziej będzie potrzebował tego teraz, skoro został zraniony...
— Wiecie co, a jak dla mnie, to już bawimy się w Co by było gdyby? — powiedziała Merida. — Uwaga, bo zaraz rozwiążecie zagadkę Księcia Koszmarów! — zaśmiała się ponuro.
Kilkoro z nich również parsknęło śmiechem, chociaż niezbyt entuzjastycznie. Rozmowa o Mroku sprawiła, że odżył on w myślach Jacka, mimo że starał się unikać powrotu jego tematu. Może faktycznie dali się ponieść fantazji, wymyślając tę teorię na temat Księcia Koszmarów. Jednak... gdyby naprawdę zbliżyli się do jego prawdziwych zamiarów? Gdyby naprawdę słabł?
— Tylko że on sam mówił, że bierze energię ze strachu — przypomniał sobie Jack. — Więc chyba niepotrzebne mu jakieś wspomagacze.
— Według mnie on ma jakiś cel... powinien mieć jakiś cel — powiedziała Roszpunka. — Oczywiście oprócz tego zastraszania! Mówię o tym, że teraz ma jakiś inny, pomniejszy... A może właśnie ważniejszy? Ale może aurorzy go rozgryzą... Skoro już dowiedzieli się, że planuje napad na Ogrody Hesperyjskie...
Rozmowę przerwała Olivia Jackson, która stanęła przy nich. Była ubrania w krukońską szatę do quidditcha, a zazwyczaj splątane włosy miała zaplecione w schludne warkocze. Jack automatycznie wychylił się, doszukując towarzyszącej jej zazwyczaj Jane Cleese. Na szczęście, Krukonka przyszła sama.
— Hej — przywitała się Olivia. — Czkawko, pamiętasz, że dzisiaj są eliminacje?
— Oczywiście — odparł. — Już się zbieram.
— Kto w ogóle został z waszego starego składu? — zaciekawiła się Merida.
— Billy i ja — odpowiedziała. — Zdecydowaliśmy, że ja będę kapitanować.
— Serio?
Merida parsknęła śmiechem, a Olivia spojrzała na nią zmieszana.
— No... ale i tak większość decyzji będziemy podejmować wspólnie — odpowiedziała Krukonka lekko speszona. — Czkawko, zaraz zaczniemy eliminacje. Możesz już zbierać się na stadion. — Spojrzała na pozostałych. — Wy też, jeśli chcecie... no, pokibicować.
— Jasne, że chcemy pokibicować. — Merida wstała. — Zobaczymy, czy mamy się czego obawiać na meczu Gryffindor — Ravenclaw. Idziesz, Frost?
Tak naprawdę to nie miał nic ciekawszego do roboty. Przynajmniej zobaczy, jak łamagi z Ravenclawu spadają z mioteł i czy Czkawka do nich należy.
— Kurczę, chętnie bym poszła — westchnęła ze szczerym smutkiem Roszpunka — ale...
— Tak, wiemy, szlaban — wtrącił Jack.
Rozłożyła bezradnie ręce, wzdychając z zawodem, i podpierając łokcie na blacie.
— A ty, Elso? — zapytała Olivia. — Jeśli chcesz, też możesz spróbować...
Merida parsknęła śmiechem.
— Czekaj, ty myślisz, że Vin... Elsa, umie latać?
— No... nigdy nie widziałam, jak lata — odparła Olivia. — Więc nie wiem...
— Naprawdę, dziękuję za propozycję. — Elsa spojrzała na Meridę przenikliwie. — Jednak spasuję. Latanie to nie moja bajka.
— Potwierdzam — powiedział Jack, dodając ze śmiechem: — ale to zmienimy! Kiedyś.
Elsa pokręciła głową, lekko się uśmiechając.
— Poza tym dzisiaj i tak jestem zajęta. Mam pomóc Ance w eliksirach — dodała.
Ruszyli więc tylko we czworo — Jack, Merida, Olivia i Czkawka — w stronę stadionu.
— Serio wierzysz, że Czkawka cokolwiek umie? — zapytała szeptem Gryfonka, kiedy szli kawałek za dwojgiem Krukonów.
— Sam nie wiem — odparł, wzruszając ramionami. — Fajnie byłoby z nim zagrać mecz. I tak byśmy wygraliśmy. Poza tym, nawet jeśli nie umie grać, to przynajmniej będzie zabawnie.
— Mówiliście coś? — zapytał Czkawka przez ramię.
— Nic. Tylko że ci kibicujemy. — Jack uśmiechnął się szeroko.

~*~*~*~

Cześć!
Co u Was? Czy czuć już atmosferę SUM-ów... znaczy: egzaminów gimnazjalnych, piąto... trzecioklasiści? Czy tylko ja mam wrażenie, jakby dzielił mnie od nich co najmniej miesiąc?
Skoro jesteśmy przy temacie egzaminów — to one są powodem, dlaczego ten rozdział pojawia się dzisiaj i jest nieco krótszy. Prawdopodobnie w wolne będę pisała, ale raczej część czasu zajmie mi świąteczne zamieszanie oraz nauka. W końcu trzeba powtórzyć przynajmniej wynik z próbnych.
Co sądzicie o tym rozdziale? Jak oceniacie zachowanie Jacka? Jak myślicie, czy Elsa dobrze zrobiła, próbując kłamać? Czy Czkawka poradzi sobie na eliminacjach?
Życzę Wam Wesołych Świąt Wielkanocnych — ponieważ pewnie nie napiszę do nich niczego — abyście spędzili je w miłej atmosferze, mogli odpocząć w wolne i abyście byli mistrzami Lanego Poniedziałku. Jednocześnie życzę powodzenia wszystkim moim rówieśnikom, których czekają egzaminy.

Pozdrawiam!

piątek, 31 marca 2017

Rozdział XXXVII — Eli-eli-eliminacje!

— H-HEJ... T-TY CHE-CHE-CHERLAKU! — wydukał ktoś pijanym głosem.
Jack zatrzymał się w półkroku. To było do niego? Rozejrzał się i dostrzegł, jak stwór z ogromnej kartki wskazuje na niego krzywym paluchem.
— Chcesz... gra-grać w dru-dru-dru-żynie? — zaoferował namalowany.
Merida przygryzała od wewnątrz policzek, w skupieniu mażąc kartkę czerwoną farbką. Jack, chociaż miał zamiar wyjść, zawrócił i zawisł nad pracującą przyjaciółką, zaglądając jej przez ramię.
— To będzie nasz plakat o naborze do drużyny? — zapytał.
— PRZYJDŹ... NA-NA ELI-ELI-ELIMiNACJE! — ryknął namalowany facet, uśmiechając się dosłownie od ucha do ucha.
— Tak — odparła z dumą dziewczyna.
Wzięła na siebie wykonanie plakatu. Twierdziła, że zrobi go najlepiej, bo najbardziej zna ducha drużyny. Czy faktycznie go znała? Trudno określić. Patrząc na jej dzieło, Jack mógł tylko szczerze wątpić, aby posiadała smykałkę do malowania.
— Co o nim myślisz? — spytała Merida. Lekko się odchyliła, aby mógł podziwiać to dzieło sztuki.
— Wiesz... — Przyjrzał się.
Dziwnie nieproporcjonalny facet w gryfońskiej szacie do quidditcha szczerzył białe zęby błyszczące bardziej niż puchary w Sali Trofeów. Uginał się pod ciężarem brązowawych, lśniących, jakby wysmarowanych oliwką, mięśni. Oplatały go krzywe napisy:


PRZYJDŹ NA ELIMINACJE DO DRURZYNY!
JUŻ W NAJBLIRZSZĄ SOBOTĘ!


— Hm... — zastanowił się Jack. — Jakbym wypił kilka kieliszków Ognistej, na popitkę wziął piwo kremowe, a dodatkowo oberwał tłuczkiem w głowę... to powiedziałbym, że cudny i stawiłbym się bezwarunkowo na eliminacjach.
— Co ci się niby nie podoba? — spytała lekko zirytowana Merida, spoglądając na swoje dzieło.
— Ten facet wygląda, jakby ktoś próbował transmutować go w drożdżówkę. Poza tym nie irytuj się. Sama chciałaś, abym powiedział, co o tym myślę. — Wzruszył ramionami.
Wywróciła oczyma.
— Zapomniałam, w jaki sposób myślisz, kiedy pytałam o opinię — mruknęła, na co on w odpowiedzi parsknął śmiechem. — To pomóż mi to przynajmniej zawiesić.
Co prawda miał już wychodzić, ale mógł poczekać chwilę, aż Merida skończy mordować swoje dzieło. Usiadł naprzeciw niej, przyglądając się, jak ona bestialsko maże namalowanego faceta kolorowymi, jaskrawymi farbkami.
— Ty, dziewczyno, masz... masz... dużo siły! — gadał gracz-drożdżówka. — Je-jeśli równie mocno rzucasz, jak ściskasz pędzel, przyjdź n-na eli-eli-eli...
Zaczęła ciapać mu po twarzy, więc musiał się zamknąć. Brutalnie traktowała jego i tak niezbyt dobrze namalowaną gębę.
— Hm... a gdyby mu tak domalować krew i rany, że niby wiesz, Jack? Że niby walczył czy coś, duch drużyny, waleczny... — mruczała Merida.
Zawodnik zaaprobował ten pomysł, chociaż jego jaskrawa, pomarańczowobrązowa skóra w jednej chwili zrobiła się trupio blada z przerażenia.
— Nie umiesz malować krwi i ran — przypomniał Jack, bujając się na krześle.
— To może ty się na coś przydasz i ty spróbujesz? Przecież też jesteś w drużynie, zaangażuj się. — Wcisnęła mu do dłoni pędzel.
Okazało się, że nieco lepiej szło mu niż Meridzie. Pogodziła się chyba ze swoją beznadziejnością w sztukach plastycznych, bo teraz zaczęła dyrygować jego pracą. Jej wizje plakatu i zachcianki stawały się coraz bardziej trudne, pokręcone i kiczowate.
— Namaluj smoka!... O, wiem, niech zieje ogniem! Więcej tych płomieni, Jack! WIĘCEJ! I ten gracz niech ma tarczę i miecz. Ale nie takie, mają być złote!... Wiem, niech ten zawodnik ma tatuaż z chimerą! Wiesz, taki nasz żart na wyłączność...
W końcu, czując, że spóźni się na umówione spotkanie — a akurat ono było jednym z nielicznych, które uważał za ważne — rzucił pędzle, pomimo kolejnych poleceń przyjaciółki.
— Koniec. Możemy już mieć puchar w Sali Trofeów za najbrzydszy malunek świata — podsumował, wstając od stołu.
Przynajmniej namalowanemu graczowi quidditcha podobało się to, co działo się na plakacie. Prężył błyszczące muskuły. Wymachiwał lśniącym mieczem. Zaczepiał dziwne stworzenie, które miało być smokiem, a bardziej przypominało smutną jaszczurkę pragnącą uciec z tego dzieła sztuki.
Wzięli je we dwoje i ruszyli z nim na drugi koniec pokoju wspólnego.
— To nasz plakat? — zapytał Potter, kiedy Merida i Jack przyszpilali tę ogromną kartkę na środku tablicy ogłoszeń.
On i kilkoro innych Gryfonów otoczyli półkolem przyczepiających informację o eliminacjach do drużyny. Namalowany gracz był wniebowzięty.
— H-hej, ty! — Wskazał palcem na Adriana Kelly'ego, który przed chwilą wyśmiewał się z jego krzywej twarzy. — T-tak, ty... cherlaku! Przyjdź n-na eli-eli-eliminacje... zo-zo-zobaczymy, czy tam też będziesz ko-ko-kozaczył!
— Taki mam zamiar — odparł chłopak pewnie.
— Więcej was nie było? — Anna przepchnęła się przez rosnący tłumek.
Jack niechcący przesunął dłonie. Rozmazał jeszcze świeżą farbę. Anna przyglądała się namalowanemu graczowi, który buńczucznie i głośno rzucał wyzwania zebranym.
— Mogłabyś wreszcie przestać bawić się z tą taśmą i to przykleić? — burknął Jack do Meridy. — Ręce mi mdleją.
— Patrzcie, jaki nasz najlepszy szukający delikatny! — rzuciła kapitan drużyny do obecnych.
Kilka osób parsknęło śmiechem. Ona łaskawie, nareszcie przestała bawić się z taśmą i zaczęła przymocowywać plakat.
Chwilę później namalowany gracz, już przytwierdzony do tablicy, terroryzował wszystkich w salonie, aby pojawili się na eli-eli-eliminacjach. Jack nie miał okazji usłyszeć, co o jego i Meridy dziele — niewątpliwie wspaniałym — sądzą inni. Szybko wyszedł z dormitorium.
— Bo nie mogłem się nie upaprać — mruknął sam do siebie, gdy na korytarzu spostrzegł, że ma dłonie brudne w farbie.
Skręcił przy okazji do łazienki, szybko opłukał ręce i już mógł ruszyć na spotkanie, na które i tak zresztą się spóźnił. Przedostał się do Wielkiej Sali, gdzie się umówił.
Dostrzegł dziewczynę jeszcze zanim przekroczył próg pomieszczenia. Siedziała przy jednym ze stołów w środku hałasu, wyraźnie czekając na kogoś. Nie wyglądała na zniecierpliwioną — pewnie spodziewała się jego spóźnienia, a mimo to postanowiła pewnie z grzeczności nie zabrać niczego dla zabicia nudy: książki, krzyżówki czy robótki ręcznej.
Kiedy go zauważyła, uśmiechnął się na przywitanie. Odwzajemniła ten gest, chociaż dość słabo.
Nareszcie znaleźli z Elsą chwilę na spotkanie. Podczas przerw mogli zamienić zaledwie kilka zdań. To stanowczo za mało. Przyczepił się do niej, kiedy szła na eliksiry, a on już skończył zajęcia. Chciał, aby nareszcie wyjaśniła mu kilka rzeczy, aby mógł powiedzieć, jak bardzo irytowała i niepokoiła go nieodpisywaniem na listy oraz po prostu spędzić z nią czas. Brakowało mu jej podczas wakacji. Co było dość zabawne, bo w zeszłe lato zupełnie nie tęsknił.
Elsa wstała od stołu, gdy do niej podszedł. Powiedziała coś, ale prawie wcale jej nie usłyszał.
— Możesz powtórzyć? — Wolał się upewnić.
— Masz farbę na twarzy.
Przejechał dłonią po policzku — była czysta.
— Na tym drugim.
Tym razem na ręce pozostała niebieskawa smuga. Elsa wycelowała w jego twarz różdżką. Szepnęła pod nosem zaklęcie. Poczuł przyjemne łaskotanie na twarzy. Wiedział, że już nie wygląda, jakby pobił się z plakatem, który współtworzył.
— Dzięki. — Uśmiechnął się.
Odparła coś cicho. Domyślił się, że to było: nie ma za co. Tak samo jak domyślił się, że dziewczyna ma nie najlepszy humor.
Tak jak większość uczniów zaraz zdecydowali się na wyjście na zewnątrz. Lato kończyło się, więc trzeba było wykorzystywać je przy każdej okazji. Słońce przyjemnie grzało, wiał lekki wiaterek. Nogi same skierowały ich w stronę jeziora, którego wody błyszczały w złotych promieniach.
Jack nie czekał, aby zadać nurtujące go pytania.
— Elso, co się działo u ciebie w wakacje? — zapytał prosto z mostu. Dodał sarkastycznie: — Było ciekawie, co nie?
Ciekawie — parsknęła ponuro.
W słońcu jej włosy wydawały się jaśniejsze, a piegi na twarzy wyraźniejsze. Miała minę, jakby samo wspomnienie o wakacjach przyprawiało ją o mdłości.
— Odwiedziła cię Bertha Moore, prawda? — zapytał. Z jego głosu zniknął ironiczny ton.
Chciał dowiedzieć się, co naprawdę wydarzyło się u Elsy. Jaka historia stała za ilustracją w książce Berthy Moore? Jak dziewczyna przekonała rodziców do powrotu do szkoły? Czy Anna dowiedziała się o jej zdolnościach? Teraz, kiedy spacerowali ramię w ramię w stronę przyhogwarckiego jeziora, nie czuł już potrzeby zadawania pytania o to, dlaczego nie pisała. Nie myślał już o swoim planie zrobieniu teatralnych wyrzutów.
Elsa lekko pokiwała głową. Wpatrywała się w ścieżkę, którą szli.
— Była u nas, ale tego pewnie się domyślasz — przyznała. — Przyszła jakoś koło dwudziestego lipca, chyba w niedzielę... Tobie też przesłała tę książkę, prawda? Jack, to co tam widziałeś, na tej ilustracji... ja naprawdę nie chciałam. Nie wiem, kiedy straciłam nad tym kontrolę. Naprawdę, nie chcia...
— Spokojnie. Przecież wiesz, że ci wierzę. A skoro ja ci wierzę, to na pewno masz rację. — Uśmiechnął się do niej krzepiąco.
Czuła się winna. Nie chciał, aby miała poczucie winy. Nie zrobiła tego specjalnie!
Spojrzała na niego z wdzięcznością. Sam poczuł się lepiej. Chyba udało mu się nieco ją uspokoić. Zastanawiał się, czy pytać dalej, ale ona sama pośpieszyła z opowieścią.
— Rozmawiała z rodzicami w salonie — opowiadała, chociaż z oporem. — Próbowałam podsłuchiwać, ale...
— Niech zgadnę, przyłapali cię?
— Wyszło na jaw, że nie umiem dobrze podsłuchiwać — wymamrotała.
— Zawsze będę mógł cię podszkolić.
— Zaprosili mnie do pokoju. Bertha chciała mnie przesłuchać, mnie i moich rodziców, do swojej książki — mówiła dalej. — Od początku wydawało się, że jej wizyta narobi bałaganu. Już po chwili rozmowy miałam wrażenie... że ona wie. Że ona wie o tym. Staraliśmy się jednak z rodzicami grać. Dopóki nie przyszła Anna...
Jack przypomniał sobie tę ilustrację z książki Berthy. W rożku dało się dostrzec Annę, która kuli się przed zimowymi promieniami. Gdzieś dalej, nieco rozmyte, były dwie sylwetki — tak przynajmniej mu się teraz wydawało — może to państwo Vintersenowie.
Znaleźli się już przy jeziorze. Kilkoro młodszych uczniów brodziło tuż przy brzegu, ciągle ubrani w szkolne szaty. Grupka dziewcząt wylegiwała się na kocu w cieniu. Jakiś młodszy chłopak próbował zaklęciami zbudować zamek z piasku, ale wieżyczki były całe może przez kilka sekund, po czym się rozpadały.
Szybko zdecydowali, że przejdą się dalej, wzdłuż brzegu, i zatrzymają na pomoście. Po kilku krokach i zapadaniu się w piachu uznał, że lepiej iść bez butów, a Elsa poszła w jego ślady.
— Mówiłaś o Annie — przypomniał.
— Tak, tak... Anna przyszła do nas, a wtedy Bertha naprawdę rozpętała burzę. Ona mnie podpuszczała. Podsycała ciekawość Anny. Liczyła na to, że wydarzy się coś spektakularnego. I się wydarzyło...
Wokół jej dłoni zaiskrzył szron, który szybko rozpłynął się w ciepłym, letnim powietrzu.
— To zmierzało w złym kierunku... Bertha wspominała o moich mocach, Anna się tym ciekawiła, rodzice się denerwowali, a ja... — Zadrżała. — Ja do tej pory żałuję, że puściły mi nerwy...
— Elsa, każdemu zdrowemu na umyśle człowiekowi puściłyby nerwy, gdyby taka jędza jak Moore go podpuszczała! — zaprotestował Jack.
— Tylko że nie każdy zdrowy na umyśle człowiek ma takie zdolności jak ja. To moja wina, powinnam nad tym zapanować, nie dać się ponieść emocjom...
— Przestań powtarzać, że to twoja wina — rzucił ostro.
Wspięła się na molo, a on tuż za nią. Deski były twarde, chłodniejsze niż gorący piasek.
— Dałam jej materiał do książki. Nie zapanowałam nad sobą... Co prawda moi rodzice szybko wyczarowali bariery ochronne, ale gdyby nie to... Mogłam trafić kogoś w serce. Wtedy nie byłoby ratunku... — Jej głos stawał się niespokojny.
— A nie pamiętasz, jak mówiłaś, że czekaj... to miłość czy coś w tym guście mogłoby wtedy pomóc? — zapytał. — Więc czemu tak się tego boisz? Nawet gdybyś rąbnęła Berthę, nawiasem mówiąc, należało się jej, to jej wielbicielki uzdrowiłyby ją mocą pozdrowień, uścisków i całusów.
Parsknęła śmiechem, w którym nie było ani krztyny radości czy rozbawienia.
— Ty naprawdę wierzysz, że miłość mogłaby w takim wypadku coś zdziałać? To tylko jakieś bujdy zdziwaczałych trolli. To zdarza się tylko w baśniach... — Usiadła na krawędzi pomostu.
— Dlaczego nie może zadziałać? — zdziwił się. — Nie jestem superromantykiem, ale skoro ona tak często działa w legendach i baśniach, to może w takim wypadku też by działała? Wiesz, to gadanie o ziarnie prawdy...
— W legendzie o Mroku, jak się okazało, ona nie zadziałała.
Imię Mroka zawisło nad nimi jak ciężka, burzowa chmura. Samo wspomnienie sprawiło, że Jackowi zrobiło się jakby chłodniej. Dzień wydawał się mniej przyjemny.
— Przepraszam — szepnęła Elsa szczerze skruszona. Sama była zszokowana swoimi wcześniejszymi słowami. — Nie chciałam... nie chciałam o nim wspominać.
— Nie ma sprawy — odparł. Tak naprawdę już stracił zapał do rozmów na temat magicznej siły miłości.
Usiadł tuż obok dziewczyny. Jego nogi zwisały z pomostu, zanurzał stopy w chłodnej wodzie. Zrobiło się jakby ciszej.
— Ten dzień, kiedy odwiedziła nas Bertha, śni mi się po nocach — przyznała Elsa — to, jak to wszystko zamrażam, jak uciekam do ogrodu... Tylko że to wszystko jest straszniejsze, bo nagle nie trafiam do ogrodu, tylko do tych jaskini, w których byliśmy podczas trzeciego zadania...
Patrzyła w dal. Jej wzrok stawał się nieobecny. Jack słuchał, jak cicho opowiada o swoich snach. Czuł, jakby byli w nich wspólnie. Może nie przyznawał się do tego nikomu, ale koszmary męczyły również jego. Pojawiały się niespodziewanie i częściej niż kiedykolwiek.
— Witaj w klubie — powiedział, na wpół parskając śmiechem.
Uciekał przed Empuzą, która chciała go poślubić. Musiał pisać SUM-y z zasłoniętymi oczami i związanymi dłońmi, a w komisji zasiadały olbrzymy noszące skąpe przepaski biodrowe. Zamykano go w niewielkiej jaskini, gdzie otaczali go tylko dementorzy i ciemność. Błądził po ciemnych tunelach w bolesnym zimnie, szukając bezskutecznie Elsy, z przeczuciem, że stało jej się coś złego. Tonął w jeziorze; wśród pisku słyszał głos Mroka.
Elsa spojrzała na niego, jakby się upewniała.
Tak naprawdę Turniej Trójmagiczny jeszcze trwał dla nich. Tak samo jak dla całej magicznej społeczności. Jack przypomniał sobie ulicę Pokątną, którą odwiedził kilka razy tego lata. Ściany budynków poobklejane plakatami z instrukcjami odnośnie do bezpieczeństwa. Handlarze sprzedający amulety przeciw urokom i czapki zatrzymujące wyciek myśli z głowy. Apteki, do których dostarczano ogromne skrzynie eliksirów spokoju i dobrego snu. Rodzice, którzy kurczowo ściskali swoje dzieci za ręce i nie pozwalali im odejść choćby na krok. Tak było w lipcu, kiedy minął miesiąc od powrotu Mroka. Nic nie zmieniło się pierwszego września, trzy miesiące od finału zawodów. Można by powiedzieć, że atmosfera ciągłego przerażenia nawet się wzmocniła.
Zorientował się, że milczeli od dłuższej chwili. Nawet nie zauważył tego, kiedy zapatrzył się w błyszczące jezioro i ciemnozielone góry.
— Co było dalej? Z tobą i Anną. — Powrócił do tematu odwiedzin Berthy.
Delikatnie trącił Elsę w ramię. Otrząsnęła się z zamyślenia.
— Och... — westchnęła. — Później, jak mówiłam, wyszłam z domu. Siedziałam w ogrodzie i wróciłam dopiero w nocy. Wszyscy mnie szukali. — W jej głosie zabrzmiały lekkie wyrzuty sumienia.
— Anna w końcu dowiedziała się o twoich zdolnościach — powiedział.
— Dowiedziała się — potwierdziła.
— I jak zareagowała?
— Na początku, kiedy prawie przebiłam ją lodowym promieniem? — parsknęła ironicznie. — Tak naprawdę to widziałyśmy się dopiero dzień później... Przygotowałam się, że nie będzie łatwo.
Wcześniej wzbraniała się przed zamoczeniem stóp w wodzie, ale teraz to zrobiła.
— I nie było? Jak się pokłócę normalnie z Emmą to trudno nam się pogodzić, a co dopiero w waszym wypadku...
— Anna była bardzo skołowana, zresztą, nie dziwię się jej. Ja sama też nie mogłam się odnaleźć... To było takie dziwne. Opowiadać jej o tym wszystkim. Bez ukrywania niczego. Bez kłamstw. Ona była wkurzona, że zmieniono jej wspomnienia, chociaż jak się nad tym zastanowię, to bardziej nie mieściło się w głowie. Atmosfera przez kilka dni była niemiła. Z trudem normalnie rozmawialiśmy.
Nie dziwiło go to, że rozmowy o zimowych mocach były ciężkie. Anka dowiedziała się, że przez całe życie okłamywano ją, a dodatkowo zmieniono wspomnienia. Elsa musiała tłamsić prawdę w sobie, a kiedy ona wyszła na jaw, to w wyjątkowo przykry sposób. Jack miał wrażenie, że można by tego uniknąć, gdyby siostry wcześniej się dogadały. Wtedy wizyta i książka Berthy Moore może nie dotknęłyby tak bardzo Vintersenów.
— Z czasem, gdy wszystko sobie wyjaśnialiśmy i podchodziliśmy do tego z dystansem, było łatwiej — powiedziała Elsa. — Anna nie była już tak bardzo rozgoryczona. Wydaje mi się, że... że nie ma mi nic za złe... no, może tylko to, że tak długo się przed nią ukrywałam...
Jack klasnął triumfalnie w dłonie.
A nie mówiłem?! — rzucił. — Wiedziałem, że Anka nie będzie się na ciebie gniewać! Mogłem się z tobą o to założyć...
— Twoja strata, Jack.
— I jak? Teraz jest lepiej między wami?
Elsa zacisnęła lekko usta, zastanawiając się nad tym.
— Sama nie wiem... Mam wrażenie, że teraz obie wystartowałyśmy z czystą kartą. Na razie jednak zdążyłam sprawić, że Anka kłóci się z Adrianem.
Zauważył, że najsłynniejsze gryfońskie papużki nierozłączki mają niezbyt dobry okres. Nie robił nic w kierunku dowiedzenia się kto, z kim, jak długo, ile i gdzie.
— Pokłócili się przez ciebie? Dobre sobie. Pewnie Adrian spojrzał się na jakąś inną dziewczynę albo odwalił coś, albo...
— Pokłócili się, bo uważa mnie za dziwadło — przerwała Elsa. Głos miała bezbarwny, wypowiadając ostatnie słowo.
— Elsa, ty...
— Jack, nie tylko on. Moi rodzice właśnie tego się obawiali, że ja i Anna będziemy miały problemy po powrocie do szkoły! Jednak puścili nas do Hogwartu. Myślałam, że jakoś sobie poradzę… W Hogsmeade ludzie patrzyli na mnie, jakbym miała poodmrażać im głowy. Prefekt z piątej klasy był przerażony, umierał ze strachu, kiedy musiał jechać obok mnie w powozie. Ach, zapomniałabym — na wejściu oberwałam w głowę wiadrem od Irytka, który ułożył piosenkę o mnie i moich zdolnościach. Gdy przechodziłam korytarzem, pierwszoklasiści uciekli na mój widok. Ktoś za mną zawołał... — Przygryzła wargi. — Nie będę przytaczać...
W jej dłoni pojawiła się gruda lodu, którą cisnęła w wody jeziora. Plusnęło głośno, po czym ten lśniący statek zatonął w odmętach.
— Elsa... — Nie wiedział, jak ją pocieszyć. Dzięki Bercie klub Nie lubimy Vintersen znacznie się powiększył. — Może za niedługo im się znudzi...
— A tobie się znudziło przez te pięć lat? — spytała.
No nie — odparł w myślach. Kiedyś, gdy jeszcze szczerze jej nie lubił, łapał każdą okazję, aby ją upokorzyć. Poza tym, nawet gdyby nie było między nimi spięć, pewnie i tak wykorzystałby to, że ma zimowe zdolności, aby uprzykrzać jej życie. Teraz czuł się z tym paskudnie.
— Jakoś sobie z tym poradzimy — obiecał.
— I znowu mówisz my — zauważyła.
— Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo.
Uśmiechnęła się nawet. To nie mogło być tylko wrażenie.
Może mówił to w żartobliwym tonie, ale całkowicie szczerze, że zamierza pomóc. Miał nadzieję, że niedługo nikt nie będzie pamiętał o książce Berthy Moore i tym, co napisała o zdolnościach Elsy. Tak, za niedługo ta sprawa odejdzie w zapomnienie...
— Zapomną — powiedział, chociaż nie czuł się z tym stwierdzeniem zbyt pewnie.
— Byłoby miło. Jack, jeśli chodzi natomiast o to, że nie pisałam...
— Właśnie! Chciałem zrobić ci teatralne wyrzuty o to! — przypomniał sobie. — Przez półtora miesiąca zupełnie się do mnie nie odzywałaś. Dobra, gdybym do ciebie nie pisał, to rozumiem...
Teraz mówił przez śmiech, ale w wakacje, gdy nie otrzymywał odpowiedzi od Elsy, nie było mu zbytnio do śmiechu, kiedy myślał o niej. Mimo to powtarzał sobie, że wszystko z nią w porządku.
— Wiem, powinnam się odezwać — odpowiedziała. — Ja otrzymałam te wszystkie listy, ale... nie potrafiłam na nie odpowiedzieć. Wiem, to żałosna wymówka! Ale do końca wakacji nie byłam pewna, czy wrócę do Hogwartu, czy rodzice poślą którąś z nas do Durmstrangu, czy zostanę w domu, co z Anną... Próbowałam pisać o Bercie, ale nie umiałam... Zawsze to odkładałam na następny dzień...
— Następnym razem napisz cokolwiek. Na przykład: Hej, Jack. Jeszcze żyję. Całuski — zaproponował.
Przeszła mu już cała złość na to, że nie dawała żadnego znaku życia przez pół wakacji. Liczyło się to, że jego najgorsze przypuszczenia, na szczęście, się nie sprawdziły.
Elsa zaśmiała się.
W poszukiwaniu zajęcia wymyślili grę. Dziewczyna tworzyła nad powierzchnią jeziora lodowe tarcze, a on rzucał w nie śnieżkami, które wyczarowywała. Jednocześnie rozmawiali, ale już o milszych rzeczach. Jack opowiadał o swoich wakacjach. Musiał wstawać i brać ogromny zamach, aby dorzucać do najdalszych tarcz (mimo odległości trafiał prawie za każdym razem). Przytaczał, jakie męki musiał znosić, jadąc w jednym powozie z Jane Cleese. Elsa nie miała lepiej; opisała zachowanie młodszego prefekta — współpasażera. Gadali o SUM-ach — przyznała, że jest z niego dumna, co wyjątkowo mu się podobało — o nowych planach lekcji, dodatkowych zajęciach z obrony przed czarną magią, nauczycielach i uczniach. Jack namówił Elsę, aby również celowała do tarcz. Trafiła kilka razy — od razu wysnuł teorię, że pomaga sobie odpowiednim wiatrem. Przeszli później do tematu quidditcha i pięknego plakatu, który zdobi tablicę ogłoszeń w salonie Gryfonów. Rozmawiali jeszcze o mnóstwie innych rzeczy, powoli zbliżając się do finału ich gry.
Jack zakołysał się nad skrajem pomostu, kiedy wbrew ostrzeżeniom Elsy, próbował dorzucić do najdalszej tarczy. Nie mógł utrzymać równowagi. Już był blisko kąpieli w wodach jeziora. Dziewczyna w ostatniej chwili przytrzymała go za rękę i wciągnęła na molo.
— Mówiłam? — powiedziała. — Mówiłam, że tę tarczę zrobiłam za daleko, że nie powinieneś rzucać, a tym bardziej z rozbiegu?
— Ale i tak wygrałem — odparł pewny siebie.
— Powiedzmy, że był remis. — Zgarnęła szkolną szatę z desek.
— Wcale nie!
Podczas drogi powrotnej zawzięcie próbował przegadać jej, że to on wygrał. Nie zgadzała się z tym, twierdząc, że mieli identyczny wynik (ona liczyła). Odprowadził ją aż pod drzwi dormitorium Krukonów. Gadał z nią do samego końca, dopóki nie odgadła zagadki kołatki i nie weszła do środka.
Drzwi się za nią zamknęły.
— Pragniesz dostać się do dormitorium? — zapytał strażnik wieży Ravenclawu.
Dopiero to go otrzeźwiło. Wcześniej, przez dłuższą chwilę stał przy wejściu do domu Krukonów, uśmiechnięty od ucha do ucha.
— Nie, może kiedyś... Znaczy, nie — odparł.
Ruszył do swojego dormitorium jakoś dziwnie szczęśliwy. Czuł się jak po wygranym meczu quidditcha albo po naprawieniu jakiejś beznadziejnej miotły.
— Hasło? — zapytała Gruba Dama, przyglądając mu się.
— Hasło? — Z roztrzepania hasło do wieży Gryfonów jakoś umknęło mu z pamięci. Po kilku sekundach rzucił: — Nic nieznaczące pierdoły!
Obraz wpuścił go do salonu.
Plakat Meridy dorobił już się domalowanych wąsów i czarnych zębów.
— H-hej! Tak... do ciebie mó-mó-mówię! — Namalowany gracz powieszony na tablicy ogłoszeń wycelował w niego palcem. — C-coś taki ra-radosny... szukający! P-e-pewnie n-nie możesz doczekać się... eli-eli-eliminacji!
— Oczywiście, że tak — odparł Jack, chociaż niezbyt myślał o drużynie przez kilka ostatnich godzin.


~*~*~*~


— Nie spodziewałem się ich tylu — wyznał Potter, patrząc po kandydatach do drużyny.
Na boisku w rozsypce stało około trzydziestu osób ubiegających się o miejsce w drużynie. Może piękny plakat zachęcił ich do stawienia się na boisku? Przyszło trzech pierwszaków — którzy mogli mieć z maksimum dwie lekcje latania — nieco więcej drugoklasistów, ale najwięcej zebranych stanowili uczniowie klas od trzeciej wzwyż. Pojawiło się więcej dziewczyn niż na dotychczasowych eliminacjach, ale wydawało się, że części z nich w ogóle nie interesował quidditch. Szczerze — nie tylko ich. Dwoje chłopaków z piątej klasy kłóciło się i waliło miotłami po głowach. Kilkoro przyjaciół chichrało się, obgadując każdego po kolei. Zebrani byli głośni i nieokrzesani.
Idealni kandydaci! — pomyślał raźnie Jack.
— Jeśli ci dwaj będą tak naparzali na boisku, to biorę ich w ciemno! — Pokazał na dwóch chłopaków bijących się miotłami.
Przeczuwał, że te eliminacje będą ciężkie. To debiut Meridy, jeśli chodzi o samodzielny wybór członków drużyny.
— Wydają się niezbyt ogarnięci — stwierdził Potter.
Istnieją ludzie z dwoma obliczami, które ujawniają się w zależności od okoliczności. Tacy, co zazwyczaj są mili, ale jak się nie wyśpią, zabijają spojrzeniem. Albo ci, którzy zazwyczaj wydają się nieśmiali, a nagle potrafią przejmować inicjatywę. Niektórzy bywają marudni, jak nieco przyciśnie ich głód. Edward natomiast na boisku staje się poważniejszy (przynajmniej jak na niego). Odkąd tylko wkroczyli na murawę, ani razu nie zażartował.
Oni dwaj oraz Anna poszli do szatni po panią kapitan.
— I jak? — zapytała Merida, otwierając składzik, gdzie trzymano szkolne miotły. — Nadają się do czegoś?
— Może przyjdzie jeszcze ktoś, kto coś potrafi... — westchnął Edward.
Merida rzuciła część mioteł na podłogę. Twarz miała zaniepokojoną.
— Aż tak źle?
— No... — mruknął Jack. — Mogło być lepiej.
Wyglądała na coraz bardziej zaniepokojoną, wyciągając resztę sprzętu; pozostali członkowie drużyny jej pomagali.
— Nie przesadzajcie, chłopaki — powiedziała Anna. — To diamenty... tylko trzeba je trochę obrobić.
— Jeśli oni są diamentami, to nie chcę wiedzieć, jak wygląda quidditchowy węgiel — parsknął Jack.
Merida wzięła głęboki oddech. Szybko na jej twarzy pojawiła się pewna mina.
— Będziemy szukać do skutku — powiedziała. Spojrzała na miotły, które już wyciągnęli. — Ilu ich tam przyszło? Tyle mioteł wystarczy?
Wynieśli cały sprzęt na murawę, oczywiście pomagając sobie czarami. Merida, stanąwszy przed zebranymi, przybrała surowy i zdeterminowany wyraz twarzy.
Kilka osób przestało się wygłupiać, widząc kapitan drużyny. Jamie Bennett stanął wręcz na baczność — za duże ochraniacze opatulały go jak pancerz.
Na trybunach siedziało kilkanaście osób. Głównie byli to Gryfoni i przyjaciele osób na boisku.
Elsa, tak jak obiecała, zajmowała miejsce na widowni. Na kolanach miała jakąś książkę. Jack dyskretnie pomachał jej dłonią. Odpowiedziała tym samym. Chyba się uśmiechnęła — tak samo jak on.
— Oddaj to! — Jakaś parka siłowała się ze sobą. Chłopak ukradł dziewczynie czapkę.
— To co, zaczynamy? — zapytała Clover Anblue, ściskając kurczowo rozsypującą się miotłę.
— Właśnie! — odezwał się Jamie. Jack podziwiał jego entuzjazm. Wystarczyłoby, aby ten jedenastolatek lekko oberwał tłuczkiem, aby resztę roku szkolnego przeleżeć w skrzydle szpitalnym.
Merida wzięła głęboki wdech.
— Słuchajcie, chciałabym już zacząć eliminacje… — zaczęła.
— Chodź tu, ty palancie! — Chłopak przed nią zawołał do kolegi na trybunach.
Zignorowano ją. Jack wiedział, co to znaczy. Meridy się nie ignoruje.
— CISZA!
Jack od razu pożałował, że stał tuż obok niej. Krzyk sprawił, że chyba ogłuchł na jedno ucho. Głos pani kapitan potoczył się echem po stadionie. Publiczność całkowicie ucichła. Hałastra na murawie spojrzała nieco zdziwiona po sobie. Zamilkła i posłusznie wlepiła spojrzenie w Meridę; niektórzy byli lekko wystraszeni.
— JEŚLI KTOŚ PRZYSZEDŁ TU TYLKO PO TO, ABY SIĘ POŚMIAĆ, TO WON! DROGA WOLNA! — rzuciła wściekle Merida bordowa na policzkach.
Nikt nawet nie drgnął.
Kazano każdemu z kandydatów wybrać jedną ze szkolnych mioteł — aby było bardziej sprawiedliwie. Tylko nieliczni okazali się na tyle odważni lub głupi, aby uznać ten pomysł za niemądry. Pięć osób odpadło jeszcze przed wyborem sprzętu.
— To co? Lecimy! — zarządziła Merida.
Dosiadła miotły i jako pierwsza wzleciała na ponad kilkanaście metrów. Zaraz potem dołączył do niej Jack, reszta drużyny. Rekruci polecieli na rozwalających się miotłach.
Sędziowie zawiśli na środku boiska.
— DZIESIĘĆ KÓŁEK WOKÓŁ STADIONU. JAK NAJSZYBCIEJ! — krzyknęła Merida.
Adrian popruł jak kometa, prawie strącając osoby obok z mioteł. Sekundę później już wszyscy śmigali w koło.
Wisząc nad środkiem boiska, Merida i reszta drużyny dokładnie obserwowały, jak latali kandydaci.
— Ten rudy nie wyrabia na zakrętach… — stwierdził Potter. Wbijał surowe spojrzenie w krążącego rudzielca; jego głowa prawie się obracała o 360 stopni, gdy wodził za nim wzrokiem.
— Może poczekajmy i dajmy mu jeszcze szansę — zaoferowała Ania. — Ale ten w niebieskim płaszczu całkowicie odpada.
— Mhm — potwierdziła Merida. Polowała wzrokiem na kolejną ofiarę. — Ten dzieciak. On stanowczo odstaje.
Pokazała na Jamiego. Faktycznie odstawał. Robił dopiero drugie kółko, podczas gdy inni mieli za sobą co najmniej piąte.
— Jack, zatrzymaj tego małego i powiedz mu, że odpada — powiedziała Merida. — Edward, ten w niebieskim…
Jack spokojnie podleciał bliżej skraju boiska, gdzie krążyli kandydaci. Jamie nadciągał ociężale, jego miotła podnosiła się i opadała.
— Hej, Jamie!
Jedenastolatek uśmiechnął się, kiedy go zawołał. Kurczę, jak mu powiedzieć, że jest do niczego?
— Słuchaj… — zaczął Jack, gdy jedenastolatek zatrzymał się. — Chyba… no, niezbyt dobrze ci to idzie. Musimy ci podziękować.
Chłopiec dalej się uśmiechał.
— Rozumiem — wydusił. Policzki miał czerwone, a włosy rozczochrane od wiatru. — Fajnie było!
— Może za rok lepiej co pójdzie — powiedział Jack.
Jamie, pokrzepiony tymi słowami, wylądował na murawie. Frost obserwował, jak wcale niezasmucony odłożył miotłę na miejsce i ruszył ku trybunom. Gdy musiał podziękować następnej osobie, dostrzegł, że jedenastolatek siedzi na trybunach.
Po tym prostym ćwiczeniu odpadło trochę zawodników. Przeprowadzono kolejne wyzwania, które miały wybrać najlepszych kandydatów. Ten jeden pierwszak, który się uchował, odpadł praktycznie kilka minut po ich rozpoczęciu. Później musieli pożegnać się z grupką czwartoklasistów, kilkoma drugoklasistami, dwoma siódmoklasistkami.
Ostatnim testem była symulacja meczu. Dotrwało do niej zaledwie osiem osób. Merida pograła chwilę, a potem obserwowała rozgrywkę z trybun. Grano bez szukających, więc Jack przejął funkcję ścigającego. Testował bramkarzy i pałkarzy, nie dając im chwili wytchnienia. Potter rzucał trudne piłki. Anna, mimo że wśród ubiegających się o miejsce do drużyny znajdował się jej chłopak, nie dawała nikomu — nawet jemu — forów.
Głos gwizdka załaskotał ich w uszy. Wylądowali na boisku. Jack, będąc jeszcze ponad metr nad ziemią, zeskoczył ze swojej Zawieruchy, widząc zmierzającą ku im Meridę.
— Chyba nie wybierzemy od razu — powiedział. — Są na dość podobnym poziomie…
— Widziałam — odparła.
— Lepiej będzie, jeśli się naradzimy — podpowiedziała Anna.
Tak postanowili. Nie trzymali kandydatów w niepewności:
— Słuchajcie — powiedziała głośno Merida. — Wszyscy bardzo dobrze gracie. Nie możemy podjąć decyzji tak szybko. Damy wam znać do... środy? — Spojrzała na Pottera. Wzruszył ramionami.
— Do środy? — jęknął Adrian. — To szmat czasu!
— Co ty, Adi, wytrzymasz! — Anna złapała go za rękę, uśmiechając się.
Wszyscy powlekli się do szatni. Trybuny szybko się wyludniały. Jack widział, jak Elsa kieruje się ku wyjściu. Wiedział, że będzie na niego czekała przed stadionem.


~*~*~*~


Tablicę ogłoszeń otaczała spora grupka Gryfonów.
— Ostro-ostrożniej! — ryczał plakat bezlitośnie zrywany przez Pottera. — He-hej! Mo-mo-może d-dodatkowe... eli-eli-eliminacje?
Chłopak zmiął papier i rzucił na ziemię. Zaraz pieczołowicie przykleił mniejszy, zwyczajny kawałek pergaminu, którego zawartość do tej pory objęta była ścisłą tajemnicą.
— Patrz, Clover, dostałaś się! — pisnęła jakaś dziewczyna. Mocno ścisnęła blond przyjaciółkę.
— Przesuńcie się, ja też chcę zobaczyć! — rzucił ktoś z tyłu.
— To jest nowy skład drużyny? — zapytał Adrian.
Stał z Anną z przodu, obejmując ją ramieniem. W jego głosie brzmiało niedowierzanie. Marszczył nos i mrużył oczy, przyglądają się liście.
— Tak — odparła Merida, poklepując kartkę.
Spojrzał z wyrzutem na Annę, odsuwając się od niej.
— Aneczka?
— Przykro mi, Adi — odparła, niepewnie się uśmiechając — tak po prostu postanowiliśmy...
— Tak postanowiliście? Gdzie wy mieliście oczy? — Mówił surowo. — Przecież te łamagi zupełnie nie umieją grać!
— Uspokój się, koleś. To nasza ostateczna decyzja. — Wzruszył ramionami Jack.
— Adrian, stary, ale w razie czego jesteś pierwszym rezerwowym — dodał Edward.
To wcale nie pocieszyło Adriana. Odwrócił się obrażony na pięcie i odszedł. Anka wywróciła oczami, wyraźnie zawstydzona tą sytuacją. Przebiła się przez tłum i pobiegła za nim.
Jack uważał, że wybrali najlepszych — nie rozumiał pretensji Adriana. Był za słaby — musiał odpaść. Może uważał, że Anka wkręci go do drużyny? Ona pozostała całkowicie bezstronna, gdy rozmawiali godzinami o wyborze nowych zawodników. Ich dyskusje czasem przeradzały się w kłótnie, ale dzięki temu doszli do porozumienia. Teraz przyszedł czas na coś trudniejszego niż wybieranie graczy — treningi, które zapewnią Gryfonom zwycięstwo.
Wywieszenie listy tych, którzy zajęli miejsca pałkarzy i obrońcy wywołały sensację w wieży Gryffindoru. Już niedługo później Prawie Bezgłowy Nick chwalił się pozostałym duchom genialnym wyborem jego domu.
Pół godziny potem lista nowych zawodników musiała odejść nieco na bok.
— Gdzie w ogóle mają być te zajęcia? — zapytała Merida, idąc między Jackiem a Potterem.
— Wielka Sala — odparł Frost.
Za niedługo miały odbyć się obowiązkowe dodatkowe godziny obrony przed czarną magią zarządzone przez Ministerstwo. To dopiero pierwsze zajęcia uczniów klas piątych, szóstych i siódmych. Wolałby spędzić ten czas inaczej — znalazłby mnóstwo ciekawszych zajęć niż siedzenie na kolejnych nudnych lekcjach.
W jego torbie przewracały się rolki pergaminu na notatki, kałamarz i pióro. Wizja robienia zapisków, pisania dodatkowych wypracowań i jeszcze większego zakuwania przybijała go, nawet jeśli z tego przedmiotu miał P na SUM-ach.
— Gotowi na więcej nauki? — zapytał, kiedy pod Wielką Salą spotkali Roszpunkę i Czkawkę.
— Cleves specjalnie zwolnił mnie ze szlabanu — westchnęła długowłosa.
Odkąd udało jej się wywalczyć pozostanie w Hogwarcie, prawie codziennie odpracowywała szlaban. Jack na jej miejscu zacząłby już dawno się z niego zrywać, ale ona, głupia, wypełniała go sumiennie.
Razem z innymi wchodzącymi dostali się do Wielkiej Sali. Długie stoły i krzesła poodsuwano pod ściany, tak że na środku pomieszczenia było mnóstwo wolnego miejsca. Widok mebli ustawionych tak, że pisanie okazałoby się wyjątkowo niewygodne, napełnił Jacka nadzieją.
Bez problemu znaleźli wolne miejsca. Zajęli jeszcze kilka krzeseł dla swoich znajomych, rzucając na nie torby.
— Widzisz, nie spóźniłem się — pochwalił się Jack Elsie, kiedy siadała dwa krzesła dalej, między Roszpunką a Czkawką.
— Niespodzianka — wtrącił ironicznie Czkawka.
Profesor Dreamchild przyszedł na czas, ale nie rozpoczął od razu zajęć. Stanął na środku pomieszczenia i wyraźnie czekał, bo do Wielkiej Sali jeszcze schodzili się uczniowie.
— Witam was wszystkich — powiedział, kiedy od kilku minut już nikt nie przekroczył progu pomieszczenia. Rozejrzał się po zebranych. Machnął różdżką w stronę drzwi; lekko się uchyliły. — Widzę, że nie wszyscy dotarli, więc zostawię drzwi otwarte, aby wiedzieli, gdzie trafić...
Zebrani rozmawiali ze sobą. Szmery przytłaczały niezbyt głośny głos Dreamchilda. On, bez cienia irytacji, jakby się tego spodziewał, przyłożył do krtani różdżkę.
Sonorus. — To słowo rozlało się echem po pomieszczeniu. — Witam na pierwszych zajęciach dodatkowych z obrony przed czarną magią. Proszę prefektów domów o sporządzenie list obecności, a tymczasem możecie zadawać pytania dotyczące tych zajęć.
Sporządzenie list przypadło najmłodszym prefektom. Puścili w obieg kilka rolek pergaminu, na które po kolei każdy się wpisywał.
Hans, który siedział na drugim końcu sali, podniósł rękę. Dreamchild skinął na niego.
— Czemu musimy chodzić na te zajęcia, skoro są dodatkowe? — zapytał.
Kilka osób mruknęło potakująco.
— Takie jest odgórne zarządzenie Ministerstwa — odparł nauczyciel.
Posypało się kilka niezadowolonych uwag. Jackowi również nie podobało się uczestnictwo w dodatkowych zajęciach — to chyba jedyna rzecz, w której zgadzał się z Hansem. Jednak pomyślał, że przyjdzie na pierwsze z nich i zobaczy. Może będzie znośnie. Jeśli okażą się niefajne — całkiem przypadkiem zerwie się z kolejnych (i jeszcze większym przypadkiem Merida razem z nim).
— Postaram się jednak, aby te zajęcia nie były tylko suchym wypełnieniem zarządzeń, ale abyście naprawdę wynieśli z nich przydatną wiedzę, nie tylko teoretyczną — dodał nauczyciel.
Lista dotarła do Jacka, szybko wpisał się na nią, podając ją później Czkawce, którego ręka od kilku sekund tkwiła w górze.
— Tak, Czkawko?
— Czy z tych zajęć będą oceny?
— Oczywiście, że nie. Te zajęcia mają tylko poprawić wasze umiejętności. Nie będzie ocen ani sprawdzianów na oceny. Jeśli chcecie, możecie robić notatki, ale wydaje mi się, że niepotrzebnie — odparł nauczyciel.
Przynajmniej tyle — pomyślał Jack.
Po kolejnych pytaniach, tych wyjaśniających istotne kwestie oraz tych typu: Mogę iść do toalety?, listy już zostały wypełnione.
— Dobrze — mruknął Dreamchild, odkładając je na bok. — Więc możemy...
Drzwi cicho skrzypnęły. Wślizgnął się przez nie Adrian Kelly — bordowy na twarzy, mocno zaciskając szczękę.
— Och, jesteś, Adrian... — Nauczyciel przyjrzał mu się badawczo. — Wpisz się na listę, dobrze?
Adrian, szurając wściekle nogami, prawie przerwał pergamin, zapisując na nim swoje nazwisko. Rzucił torbę na ziemię i usiadł na jednym z wolnych krzeseł, burcząc coś do chłopaka obok.
— Więc — próbował kontynuować Dreamchild — możemy już za...
Do Wielkiej Sali weszła jeszcze jedna osoba. Elsa wychyliła się, dokładnie jej się przyglądając. Zmarszczyła zmartwiona brwi. Anna, której oczy były równie czerwone jak policzki, poczłapała w stronę pustego krzesła w kącie sali.
— Anno, chodź na chwilę, musisz wpisać się na listę — powiedział nauczyciel.
Dziewczyna niezbyt przytomnie kiwnęła głową, zawracając.
— Chyba się pokłóciła ze swoim Adim — mruknęła Merida.
— Chyba tak — przyznał Jack, patrząc, jak wpisuje się na listę.
Nauczyciel zapytał o coś Annę — chłopak mógł przysiąc, że o samopoczucie — odpowiedziała kłamliwym kiwnięciem głową. Usiadła między obcymi Puchonami z siódmej klasy.
— Możemy zacząć... — Nauczyciel spojrzał niepewnie na drzwi. Tym razem pozostały nieruchome; nikt nie wszedł.
Jack zauważył, jak Elsa spogląda to na Annę, to na Adriana.
— Pewnie posprzeczali się o eliminacje do drużyny — wyjaśnił. Wiedział, że uważała, że to ona była przyczyną ich kłótni. Musiał wyprowadzić ją z tego przekonania.
— Jak to o eliminacje do drużyny? — Zmarszczyła brwi.
— Adrian nie dostał się do składu, a Anka pomagała nam wybierać i go nie poparła.
— I bardzo dobrze — rzuciła Merida. — Nie był jakiś specjalnie wspaniały... zresztą on sam mówił, że wolałby zamiast obrońcą być szukającym.
— Ale szukającego już mamy — dodał Jack, wskazując nieskromnie na siebie.
Merida parsknęła śmiechem.
— Mógłbym prosić o chwilę skupienia? — przerwał im Dreamchild.
Stał na środku sali, wlepiając w nich spojrzenie złotych oczu. Mimo że nie wydawał się zły ani rozdrażniony, ucichli.
— Zanim zaczniemy naukę, chciałbym zobaczyć wasze umiejętności — powiedział — na lekcjach, niestety, rzadko mamy czas na pojedynki...
W Wielkiej Sali zawrzało od podnieconych rozmów. Profesor organizował czasem pojedynki na normalnych zajęciach z obrony przed czarną magią, ale rzadko, bo nie było na to czasu. Jack od razu wyciągnął różdżkę z kieszeni.
— Kto pierwszy? — zastanawiał się nauczyciel.
Ręce uczniów poszybowały w górę. Niektórzy powstawali z krzeseł — jakby wybór zależał od tego, jak wysoko uniosą dłonie.
— Może Hyperion Malfoy...
Malfoy poderwał się wyraźnie ucieszony. Patrzył na wszystkich przez zmrużone powieki, z pewnym uśmieszkiem na twarzy, jakby myślał: już jesteście przegrani!
— I Edward? — Nauczyciel wskazał na Pottera.
Było tak blisko... Jack mimo to głośno zaklaskał jak większość Gryfonów, kiedy Potter wyszedł na środek sali. Wrzało szczególnie wśród uczniów z Gryffindoru i Slytherinu.
— Chłopcy, tylko bez przesady — ostrzegł Dreamchild. — Nie chcemy nikogo posłać do skrzydła szpitalnego...
— Oczywiście, że nie chcą — parsknął Jack. Dało się dostrzec, że Potter nagle spoważniał, jakby wchodził na boisko do qudditcha. Malfoy mówił coś do niego, uśmiechając się. Nie był to przyjazny uśmiech.
Stanęli naprzeciw siebie w odległości kilkunastu kroków.
— Pamiętajcie. W pojedynkach liczy się wykorzystanie wszystkich waszych talentów. Jeden... — rozpoczął nauczyciel, lekko odchodząc, ale trzymając różdżkę w pogotowiu — dwa... trz...
Drętwota!
Czerwień błysnęła w powietrzu. Oświetlała uradowaną twarz Malfoya — to on zadał pierwszy cios. Szkarłat wybuchł jak sztuczne ognie. Błękitne iskry posypały się wokół.
Expelliarmus! — Potter nie ucierpiał. Szybko odbił atak.
Tarcza Malfoya zniwelowała czar. Z jego twarzy zniknęła kpina. Odpowiedział kolejnym zaklęciem.
W Wielkiej Sali huczało od grzmotów. Czary oślepiały. Szala zwycięstwa nie przechylała się na niczyją stronę. Na twarzach pojedynkujących lśnił pot. Głosy odmawiały im posłuszeństwa. Widownia głośno dopingowała.
Impetio!
Iactus!
Jack zacisnął dłonie na uszach. Huk prawie rozwalił mu głowę. Powiew wiatru wgniótł go w krzesło. Smrodek spalenizny rozniósł się wokół.
Otworzył oczy. Pottera i Malfoya wywiało na dwa przeciwne końce Wielkiej Sali. Leżeli rozwaleni plackiem tuż pod ścianami. Na jasnych włosach Hyperiona jak na knocie świecy tańczył mały płomień. Potter przecierał zadymioną twarz. W miejscu, gdzie zaklęcia się zderzyły, podłoga dymiła i przybrała smolisty odcień.
Merida poderwała się z miejsca i podbiegła do Pottera. Jack i kilkoro osób będących najbliżej zrobili to samo.
— Wy-wygrałem? — wykaszlał Potter.
— Wszystko w porządku? — zapytał Dreamchild.
Przy Hyperionie zebrało się kilkoro Ślizgonów, którzy postawili go na nogi. Jack i Merida pomogli Potterowi wstać.
— Kto wygrał? — rzucił natychmiast Malfoy. Jakaś dziewczyna pośliniła palce i zgasiła płomyczek tańczący na kosmyku jego włosów.
— Właśnie, kto wygrał?! — dopytywał się Potter, ruszając żwawo w stronę nauczyciela, jakby zaklęcie wcale nie rzuciło go przez pół sali.
Hyperion i Edward stali przy profesorze, czekając na werdykt i mordując się spojrzeniami, w których dało się dostrzec jeszcze większą żądzę walki.
— Remis — ogłosił nauczyciel.
— Jak to remis? — rzucił ktoś z siedzących na krzesłach.
— Właśnie! — dodała Merida. — Przecież Potter był lepszy.
— Chyba w twoich snach, nieuczesańcu — odburknął jej Malfoy.
— Jak ty mnie nazwałeś?!
— Spokojnie. — Dreamchild wkroczył do akcji. — Ten pojedynek nie miał na celu wyłonić lepszego, a jedynie pokazać wasze umiejętności. Idźcie już na miejsca. Chcemy przecież zobaczyć jeszcze kilka starć.
Ten argument przekonał większość osób. Pottera jednak trudno było posadzić na krześle.
— Frost, Merida, dajcie mi tam iść! — nawijał. — Chcę rewanżu!
Jack, pomimo że był zajęty utrzymywaniem Pottera na siedzeniu, zauważył, jak ktoś wychodzi z Wielkiej Sali. To Anka. Domyślił się, że kłótnia z Adrianem mocniej się na niej odbiła.
Zaczęło się kolejne wybieranie zawodników. Tylko nieliczni nie rwali się do walki.
Nauczyciel wybrał jakąś Puchonkę z siódmej klasy i małego piątoklasistę ze Slytherinu. Zaklęcia błyskały przez chwilę, dopóki chłopak nie padł na ziemię, tarzając się ze śmiechu pod wpływem zaklęcia powodującego łaskotki.
Kolejna para — bracia z Ravenclawu. Huczało na całą szkołę od ich czarów. Po zaciętej walce wygrał ten starszy. Pomógł młodszemu uwolnić się z lin, którymi go spętał.
Następne pojedynki. Znowu nie wybrano Jacka! Głośno domagał się swojego uczestnictwa. Nie udało mu się jednak przyćmić Meridy, która wręcz konała, gdy jej nie wybierano. Czkawka również zgłaszał się do pojedynków. Roszpunka uniosła kilka razy rękę w górę. Elsa natomiast tylko obserwowała. Jak ona mogła nie chcieć walczyć?!
Ze środka sali zeszła kolejna pojedynkująca się para, siódmoklasiści ze Slytherinu.
— Dobrze, to ostatni pojedynek... — zapowiedział nauczyciel.
Tym razem musiał go wybrać! Dreamchild popatrzył w ich stronę! Odwrócił wzrok. Czemu?!
— Alison, może ty?
Rówieśniczka z Hufflepuffu pomknęła na środek sali. Jej koleżanki — Jane Cleese i kilka innych Puchonek — głośno piszczały i biły brawa.
Dreamchild znów spojrzał na nich! Nieco zmarszczył brwi, jakby zastanawiał się, kogo wybrać.
— Spadaj, Frost, tym razem ja walczę! — rzuciła Merida, trącając go biodrem.
— Chyba śnisz! — odciął się.
— Hm... Elso, to może ty?
Elsa lekko zdumiona uniosła się z krzesła, w przeciwieństwie do Jacka, który opadł na własne. Tyłek Meridy wściekle wylądował na siedzeniu.
— Jak ona nawet się nie zgłaszała! — rzuciła z wyrzutem, patrząc, jak Elsa podchodzi do Dreamchilda.
Wybór przeciwniczki dla Alison sprawił, że w sali zapanowała dziwna atmosfera. Ludzie szeptali między sobą. Niektórzy patrzyli na Elsę z lekkim niepokojem. Jack wiedział, dlaczego tak się zachowywali. Oni czytali książki Berthy Moore.
— Mam nadzieję, że Vintersen przynajmniej zamrozi tamtej tyłek, aby było zabawnie — mruknęła Merida.
— Że co zrobi? — zapytała Roszpunka, unosząc brwi.
— Nie słyszałaś, że Vinteresen ma zimowe zdolności? Myślałam, że cała szkoła już o tym wie — odparła.
— A ty musisz jeszcze bardziej o tym rozpowiadać... — burknął Jack.
— O co ci chodzi, Frost? — Nadąsała się. — Nawet Roszpunce nie powiedziałeś o waszej tajemnicy?
— Nie widzisz, że Elsa ma przez to problemy?
Merida obrażona zaplotła ręce na piersiach, obserwując wściekłym wzrokiem, jak pojedynkujące rozmawiają z Dreamchildem. Roszpunka nie dopytywała, tylko wsparła głowę na dłoniach, również wlepiając wzrok w prowizoryczną arenę. Jack wiedział, że Elsa przez swoje zdolności, o których dowiedziała się już połowa szkoły, ma problemy. Nagle zaczęto ją traktować jak coś, co w każdej chwili może wybuchnąć i zabić wszystkich wokół. Co prawda nie zauważył na własne oczy, jak ktoś jej dokucza. Jedyne, na co zwrócił uwagę, to te dziwne spojrzenia i nagle urywające się rozmowy, ilekroć pojawiała się w pobliżu.
Dwie dziewczyny stanęły naprzeciw siebie w odległości kilkunastu kroków. Alison miała dość mocną budowę ciała — nadawałaby się do drużyny quidditcha na stanowisko pałkarza. Elsa była od niej niższa i drobniejsza. Obie trzymały pewnie różdżki w dłoniach. Puchonka mocno zagryzała wargi. Po minie Krukonki nie dało się nic osądzić — czy była zdenerwowana, czy pewna.
— Jeden... — rozpoczął odliczanie Dreamchild — dwa... trzy!
Expelliarmus!
Błysnęło pierwsze zaklęcie. Elsa machnęła różdżką — tarcza odbiła czar. Odpowiedziała atakiem.
Zaklęcia błyskały w powietrzu. Obie dziewczyny walczyły niesamowicie. Puchonka stosowała coraz odważniejsze czary. Każdy ruch Elsy był przemyślany. U niej przypadek nie wchodził w grę.
Ignistium! — Alison machnęła różdżką zamaszyście.
Ogniste jęzory wzbiły się w powietrze. Runęły na Elsę.
Jack wstrzymał oddech, oślepiony przez ogień. Poderwał się z krzesła. Kilka osób krzyknęło, gdy płomienna fala runęła na dziewczynę.
Dreamchild już miał przerwać pojedynek.
Expulso!
Elsa była cała! Alison wykonała zręczny unik.
Immobulus! — krzyknęła.
Protego! — Tarcza Elsy zalśniła, rozbijając zaklęcie. — Drętwota!
Alison uchroniła się przed tym zaklęciem. Machnęła różdżką. Tuż przed oczami Elsy rozbłysło oślepiające światło. Nie zrobiło jej krzywdy, najwyżej lekko zdezorientowało.
Jęzlep! — rzuciła triumfalnie Alison.
Tym razem trafiła Elsę. Jej język przykleił się do podniebienia. Krukonka już nie mogła wymawiać zaklęć. Magia niewerbalna była trudna — nawet nie zaczęli omawiać jej na lekcjach. Jack wiedział, że Elsa ją potrafi, jednak znacznie gorzej niż werbalną.
Drętwota! — krzyknęła Alison.
— Dasz radę! — wrzasnął Jack do Elsy.
Ledwo odbiła zaklęcie. To i tak był wyczyn. Wielu z zebranych nie zasznurowałoby magią butów bez użycia słów.
Zachwiała się. Odparła zaklęciem. Za słabym, aby zrobiło na Puchonce jakiekolwiek wrażenie.
Avis! — Alison poczuła się pewna zwycięstwa. Z jej różdżki wyleciało stadko pięknych ptaszków. — Opunnio!
I te piękne ptaszki runęły na Elsę niczym grad. Dziobały ją całą. Zakrywała się, próbując je jakoś odgonić.
To prawie koniec...
Alison wygrywała. Chcąc pięknie zakończyć ostatni pojedynek, z gracją, zamaszyście machnęła ręką do zadania ostatecznego ciosu.
Dała tym samym Elsie ułamek sekundy na pomyślenie i wcielenie jakiegoś planu w życie. Tyle czasu wystarczyło.
Krukonka zrobiła półkole dłonią. Ptaszki padły pozamrażane na ziemię. Zabłysło słabe, niebieskie światło. Mróz zalśnił na posadzce. Alison runęła na śliskim lodzie, który nagle pojawił się pod jej stopami. Upuściła różdżkę. Pomknęła ona po lśniącej tafli wprost pod nogi Krukonki.
Elsa wygrała.
Podniosła różdżkę przeciwniczki.
Jack miał ochotę zacząć klaskać. Zabrzmiały słabe brawa. Większość osób patrzyła zszokowana na Elsę.
— Ona... ona faktycznie ma zimowe zdolności — wyszeptał ktoś.
— Myślałem, że to plotka...
— Nie zrobiła nic Alison?
— Mogła ją nawet skrzywdzić!
Szepty narastały. Elsa oddychała szybko, atakowana przerażonymi spojrzeniami i rozmowami. Alison kuliła się na lodowej posadzce.
— Miały wykorzystać wszystkie swoje umiejętności... — Wzruszył ramionami Czkawka.
Elsa zbladła bardziej niż niektórzy w sali. Prześlizgnęła się do rywalki i pochyliła nad nią.
— Coś ci się stało? — zapytała niepewnie.
— Odsuń się ode mnie! — jęknęła Alison. Elsa odskoczyła jak oparzona. — Coś... coś mi się stało w rękę!
Ból w jej głosie nie był udawany. Przyjaciółki zerwały się z siedzeń. Ominęły Elsę szerokim łukiem, kucając przy Alison.
— Co się gapisz, Vintersen?! — warknęła Jane Cleese. Po chwili jednak skuliła się, jakby oczekiwała, że Elsa za to postanowi ją zmienić w kostkę lodu.
Jack na miejscu Krukonki pewnie zrobiłby tak. Jednak nie był na jej miejscu. Nie stał na środku sali, obgadywany przez wszystkich.
Dreamchild podbiegł do Alison.
— Ona coś jej zrobiła! — poskarżyła się Jane, a któraś z jej koleżanek kiwnęła mocno głową. — Mogła ją trafić lodowym promieniem!
Wokół poszkodowanej gęstniało kółeczko zainteresowanych.
— Spokojnie, to chyba tylko zwichnięcie... — powiedział Dreamchild uspokajającym tonem, badając rękę Alison. — Nie ma co panikować, to się zdarza podczas pojedynków!
Elsa wycofywała się ku drzwiom. Odłożyła różdżkę rywalki na posadzkę ze szronu. W jej oczach nie było łez. Nie kuliła się. Takie zachowanie właśnie martwiło Jacka.
Może gdyby tutaj była Anna... ale wyszła na zewnątrz zaraz po pojedynku Pottera, płacząc. Elsa tego nie dostrzegła. Nie powiedział jej tego — nie chciał jej zbędnie martwić. Wspomniałby to dopiero po zakończeniu zajęć.
Oczywiście, gdyby nie to, jak się one zakończyły.
Nie czekał ani chwili. Jako jedyny w sali nie stał jak słup soli, roztrząsając to, co zrobiła Elsa ani nie rozczulał się nad ranną Alison. Wybiegł na korytarz, ślizgając się po lodowej posadzce. Zauważył ją idącą pustym korytarzem.
— Elso, zatrzymaj się... — Zagrodził jej drogę.
Stanęła, tak jak chciał. Nie patrzyła na niego. Przygryzała usta.
— O co chodzi? — zapytała. Jej głos był dziwnie cichy.
— Błagam cię, nie udawaj, że wszystko jest w porządku... — ostrzegł.
— Ale wszystko jest w porządku — wyszeptała.
Nie było w porządku.
— Naprawdę? — zapytał ironicznie.
— Słuchaj, Jack. Ja... — Jej głos już nie był tak opanowany. — Ja chciałam tylko...
Westchnęła. Więcej nie przeszło jej przez gardło. Była roztrzęsiona po tym, co wydarzyło się w Wielkiej Sali. Już nie umiała tego ukrywać.
Nic nie zrobiła. Równie dobrze to jej mogłaby stać się krzywda podczas pojedynku. Na przykład wtedy, gdy Alison nasłała na nią falę ognia. Albo, gdyby rąbnęłoby ją jakiekolwiek zaklęcie. Zresztą, przecież również została ranna! Na dłoniach dalej miała czerwone ślady po ataku ptaszków.
Nagle odsunęła się, cała sztywna. Z Wielkiej Sali wyszedł pochód prowadzący ranną Alison do skrzydła szpitalnego. Większość spojrzeń skoncentrowała się na Elsie, która zeszła z drogi, tuląc się do ściany.
— Alison, chodź, szybciej — powiedziała jakaś koleżanka do rannej. Minęła Elsę prawie biegiem.
— Miałaś szczęście — mruknęła Jane Cleese — ona mogła ci zrobić coś gorszego...
— Dziewczęta, przestańcie — powiedział Dreamchild.
Jack widział, jak na nich patrzyli. Niektórzy odważyli się tylko zerknąć na nich, po czym z przerażeniem spuszczali głowy i czmychali do przodu. Inni niezbyt dyskretnie obserwowali ich, rozmawiając konspiracyjnymi sykami między sobą.
— Nie gap się na nich, zaraz nas poszczuje tymi czarnoksięskimi mocami...
— Ten Frost jest odważny czy głupi?
— Głupi.
— Widzisz ścianę za nią? Szron...
— Myślałam, że w książce Berthy były same bzdury...
Czuł, jak coś w nim się gotuje. Miał ochotę zrobić cokolwiek, aby utrzeć nosa tym wszystkim, którzy wychodzili z Wielkiej Sali.
Elsa nie zrobiła nic złego.
— Chodźmy może stąd — powiedział do niej, kładąc dłoń na jej ramieniu.
Jakaś dziewczyna spojrzała na niego jak na szaleńca, kiedy ty zrobił.
Poszli wspólnie w przypadkowym kierunku. Byleby jak najdalej od wychodzących z Wielkiej Sali.


~*~*~*~


Hejka naklejka kotki puszyste!
Jak Wam mija marzec? Spodziewaliście się mnie teraz?
Ja się nie spodziewałam. Postanowiłam spiąć tyłek i rzuciłam samej sobie wyzwanie: pisz co najmniej stronę dziennie. I jak mi szło? Pisałam co najmniej jedną stronę dziennie. Czasami równo jedną, kiedy indziej walnęłam cztery za jednym zamachem. W takim wypadku czy coś może pójść nie tak. Może. Sprzęt może zwariować. Nie wiem, czy odzyskam go zdatnego do użytku. Drugi laptop również nie nadaje się do pisania. Skrobanie na telefonie to koszmar (poprawiałam w ten sposób tę część, szlag mnie prawie trafił). Z plusów jest to, że nareszcie skończyłam farsę z konkursem i może znajdę więcej czasu.
Jak Wam się podoba rozdział? Czy spodziewaliście się, że rozmowa Jacka i Elsy będzie wyglądała w ten sposób? Czy zgadzacie się, że Gryfoni dobrze wybrali graczy? A co powiecie o pojedynku Malfoya z Potterem?
Czekam na Wasze komentarze ?
Pozdrawiam!