piątek, 22 stycznia 2016

Rozdział V — Jack Frost i Elsa Vintersen

Chłopak opuścił Cieplarnię Trzecią umazany ziemią, spocony i śmierdzący nawozem ze smoczego łajna. Był wściekły, że profesor Saliet znowu kazał mu zostać na przerwie. To fakt, nauczyciel nie jeden za nim nie przepadał. Jednak on nie miał skrupułów, aby niby przypadkiem zawsze wybierać go do sprzątania po zajęciach lub do pomagania przy przygotowaniu następnych lekcji. Tym razem Jack musiał przenieść kilkanaście skrzynek z mandragorami z Cieplarni Czwartej do Piątej. Piękne spożytkowana połowa przerwy.
Wlókł się w stronę zamku. Gdy był już na marmurowych schodach przy wejściu, z bram wyszło kilkanaście dziewcząt z Beauxbatons. Nie miał najmniejszych szans, aby je ominąć — zdawał sobie z tego sprawę. Postanowił więc przejść z klasą obok nich. Wyprostowany, ale czerwony po same uszy, z uśmiechem, jednak upaprany kompostem, wspinał się na kolejne stopnie. Wcale nie dostrzegał obrzydzonych spojrzeń dziewcząt. Wcale. Kogo oszukiwał?! Przecież doskonale widział, jak szarpie je na wymioty i jak zatykają sobie nosy. Miał ochotę zapaść się pod ziemię, ale maszerował przed siebie dzielnie.
Ten pojedynek wygrał.
Wślizgnął się prędko do zamku i głęboko odetchnął. Dotarł do niego smród nawozu. Teraz już wiedział, czemu innych szarpało na wymioty.
Czara Ognia stała ustawiona na środku Sali Wejściowej i rzucała na całe pomieszczenie niebieskawy blask. Jack zerknął tylko na niebiesko-białe płomienie i pognał w stronę dormitorium najmniej uczęszczaną drogą jaką znał.
Gdy nareszcie się przebrał i choć trochę obmył — ale miał wrażenie, że ten paskudny zapaszek będzie mu towarzyszył do końca życia — zostało mu tylko kilka minut, aby coś zjeść. Spakował niechlujnie książki do torby i już po chwili znalazł się w Wielkiej Sali. Kiedy tylko usiadł, zaraz już była przy nim Roszpunka. Głęboko wciągnęła powietrze.
— Nie mów, że znowu wymyśliłeś jakiś kawał... Znowu śmierdzące kule? — spytała, nieco odsuwając się od Jacka.
— Nie używałbym śmierdzących kul na sobie — odparł. — Prędzej już na tobie...
Pokręciła lekko głową. Żołądek Jacka głośno upominał się jedzenia. Nałożył sobie pierwsze, co znalazło się w zasięgu jego dłoni.
— Smacznego — powiedziała Roszpunka, choć on nie czekał na jej słowa i już zjadł pół kanapki. — Co tym razem kazał robić profesor Saliet? Znowu kazał ci nawozić Kłaposkrzeczki? On chyba wybiera ciebie specjalnie!
— Nie gadaj — parsknął śmiechem. — Przenosiłem skrzynki z mandragorami.
Roszpunka wyglądała na oburzoną. Potrząsnęła głową tak, że kilka pasm jej długich włosów wymknęło się z ogromnego koka.
— Z dorosłymi?! Jak on mógł ci pozwolić?! Gdybyś którąś opuścił...
— Dobra, dobra, jakoś przeżyłem — przerwał jej Jack spokojnym głosem. — Miałem specjalne nauszniki. Poza tym to były ponoć młode.
— Krzyk mandragor jest przecież zabójczy... — przypomniała Roszpunka. — No, ale tylko tych dorosłych... całe szczęście.
Jack zrozumiał, że gdyby nosił skrzynkę z dorosłymi mandragorami i nie miał na sobie nauszników, mógłby być już zimnym trupem. Jednak przenosił tylko młode, więc skończyło się to tylko na tym, że cuchnął na kilometr i tylko przyprawił o mdłości dziewczyny z Beauxbatons.
Wyraz twarzy Roszpunki nieco złagodniał.
— Tak naprawdę to mu się nie dziwię, że cię tak wykorzystuje...
— Naprawdę? — powiedział. — Przecież nic mu nie zrobiłem!
W tym roku szkolnym — podkreśliła Roszpunka.
Miała rację, to musiał jej przyznać.
— Ale przecież to tylko kilka niegroźnych żartów — zaśmiał się Jack. — Każdy nauczyciel przez to przechodził... to taki chrzest bojowy!
Roszpunka parsknęła śmiechem.
— Jeśli tak dalej pójdzie, to Saliet wywali cię tuż przed SUM-ami — powiedziała — ale przynajmniej będzie zabawnie!
— Będziesz mnie pilnować. — Szturchnął ją w ramię.
Spojrzał na wyjście z Wielkiej Sali. Przez otwarte drzwi sączył się delikatny, niebieskawy blask Czary.
— Ktoś już się zgłosił? — zapytał. Na jego talerzu było coraz mniej kanapek.
Roszpunka spróbowała poprawić swoją fryzurę. Robiła przy tym najdziwniejsze figury, jakie są możliwe. W ustach trzymała sobie kolorowe spinki.
— Hm... przed chwilą zgłosiło się chyba pięć osób z Beauxbatons — odpowiedziała niewyraźnie. Wpięła spinkę we włosy. — Ponoć dosłownie na początku przerwy swoje imię wrzuciła Olivia Jackson.
—Ta od was?
— Tak, ta z takimi niesfornymi włosami.
— Tak samo jak ty — zauważył. Tak naprawdę dziewczyny miały różne fryzjerskie problemy: włosy Roszpunki były monstrualnie długie, a Olivii monstrualnie nieokrzesane. — Ona zgłosiła się na serio? Przecież ona jest taka... no...
— Niezbyt pewna siebie? Nieśmiała? Może... ale Czara Ognia może ją wybrać. Poza tym z Durmstrangu zgłosiła się dzisiaj ostatnia dziewczyna — czyli już wszyscy wrzucili swoje imiona. Od nas chyba chce wziąć udział jeszcze Alison z Hufflepuffu, Potter, Julian Fitzherbert i Hans...
Jack prawie się zakrztusił.
— H-hans? — wycharczał, nie dowierzając słowom Roszpunki. — To żart, co nie?
Chciał, aby dziewczyna zaprzeczyła. Stało się odwrotnie — potwierdziła jego obawy, kiwając głową.
Jak Hans mógł w ogóle myśleć o wzięciu udziały w turnieju? Przecież taki zesklątkowany gumochłon nie powinien nawet myśleć o turnieju! Jack przeraził się scenariusza, że zostaną wylosowani oni dwaj jako reprezentanci Hogwartu. Chyba gorszego partnera wyobrazić sobie nie mógł. Kto gorszy mógłby mu się trafić?
— Ja też nie chcę, aby go wybrano! — zapewniła Roszpunka. — On przecież jest okropny! Ale to przecież czara wybiera, co nie? Ale pewnie takiego idioty nie wybierze! Chociaż... on mógł to sobie dobrze przemyśleć... a ty sobie to przemyślałeś?
Jack wywrócił oczami. Roszpunka znowu chciała wybić mu z głowy pomysł startu w Turnieju Trójmagicznym.
On jednak był zdecydowany.


~*~*~*~


Uczta z okazji Nocy Duchów była wyborna, ale Jack nawet o niej nie myślał.
Jak można skupiać się czymś tak zwyczajnym, jak niesamowite przysmaki, kiedy zaraz ogłoszą zawodników wspaniałego Turnieju Trójmagicznego?!
Nerwowo wyczekiwał na decyzję czary. Przyłapywał się na stukaniu palcami w blat stołu z tych emocji. Zajadał bez przekonania pyszne potrawy, co chwilę rzucając ukradkowe spojrzenia w stronę stołu nauczycielskiego. Merida zachowywała się podobnie, z tą różnicą, że z przejęcia nawet nie tknęła jedzenia. Przestała nawet gniewać się po tym, jak Roszpunka siłą spięła spinkami jej rude, nieokrzesane włosy. Gadała głośno z Jackiem nie schodząc z tematu turnieju. Przy nich kłębili się ich koledzy, którzy żywo uczestniczyli w tej rozmowie — Edward Potter, Bennedict Wood, Anna Vintersen, Arcady Lunice, Clover Anblue, Karol Weasley i oczywiście Emma Frost.
Gdy talerze same się oczyściły, a później zniknęły, uczta wreszcie się skończyła. Jack czuł się, jakby w brzuchu miał kocioł z eliksirem, który lada chwila wybuchnie. Inni zebrani również wydawali się aż cierpieć z wyczekiwania. Wszyscy spoglądali niecierpliwie w stronę stołu nauczycielskiego. Wrzawa podniecenia ucichła w ciągu kilku sekund, wraz z powstaniem Morozowa.
Spojrzał on na dyrektorów Durmstrangu i Beauxbatons, którzy wydawali się niemniej podnieceni niż uczniowie. Nixon nie krył szerokiego uśmiechu; patrzył niecierpliwie na Czarę Ognia wniesioną do Wielkiej Sali. Ten facet z Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów — Jack nie mógł przypomnieć sobie nazwiska — obserwował wszystko może nie aż z takimi emocjami, ale widać było, że chciał poznać, kto weźmie udział w turnieju.
— Za chwilę Czara Ognia dokona wyboru — zapowiedział Morozow, nie powstrzymując uśmiechu. — Wybierze z każdej szkoły dwoje najlepszych kandydatów poprzez wyrzucenie w powietrze złączonych kartek, na które się wpisywali. Kiedy będziemy już znali decyzję, proszę o podejście zawodników do mnie, przemaszerowanie wzdłuż stołu nauczycielskiego i wejście do przylegającej komnaty. Udzielimy tam pierwszych, najważniejszych instrukcji.
Machnięciem różdżki zgasił płomienie świec. Czara Ognia wypełniła Wielką Salę widmowym, oślepiającym blaskiem. Jack zorientował się, że zaciskał palce na krawędzi stołu tak mocno, że pobielały mu knykcie. Merida chyba nieświadomie zaczęła obgryzać paznokcie.
— Zobaczysz, zaraz nas wylosuje — powiedziała. Miał wrażenie, że bardziej zapewniała siebie samą niż jego.
Ta chwila wydawała się wiecznością.
Czerwień zalała Wielką Salę. Płomienie nagle stały się szkarłatne. Posypały się iskry. Z naczynia wystrzelił język ognia, który wyrzucił w powietrze dwa niepasujące do siebie, ale złączone kawałki pergaminu. Część zebranych wstrzymała oddech, a inni wydali przytłumiony, cichy okrzyk zdumienia.
Morozow chwycił zręcznie kawałek pergaminu swą ogromną dłonią. Płomienie znów nabrały niebieskiej barwy i spokojnie trzaskały w czarze.
— Durmstrang reprezentować będą... — Morozow zmrużył oczy, próbując odczytać słowa zapisane na pergaminie. — Reprezentantami będą Lavrans Freberg i Samund Halldorson.
Rozległy się głośne brawa. Dwóch nastolatków z Durmstrangu podniosło się od stołu Ślizgonów i poklepywani po plecach przez kolegów ze szkoły przeszli zgodnie ze wskazówkami Morozowa w stronę stoły nauczycielskiego. Jack spojrzał na dyrektora Durmstrangu i zauważył na jego twarzy cień zadowolonego uśmiechu.
— Będziemy mieli z nimi problemy — szepnęła Merida.
— Damy radę — odparł Jack półgłosem — przecież nie znają naszych sztuczek...
Mimo swoich słów musiał przyznać, że reprezentanci Durmstrangu mogli być groźną konkurencją. Byli starsi i na pewno umieli więcej. Jednak nie martwił się tym. Może na zewnątrz wyglądali na silnych i doświadczonych, ale tak naprawdę mogli okazać się półgłówkami. Warto pocieszać się przynajmniej w tej sposób.
Brawa i rozmowy ucichły. Płomienie czary znów zrobiły się niespokojne i przybrały czerwoną barwę. Wyrzuciły w powietrze kolejne dwa skrawki połączone ze sobą. Morozow chwycił również i ten pergamin.
— Beauxbatons reprezentować będą... Claudia Rapace i Ernest Robillard!
Znów w Wielkiej Sali zapanowało ogromne poruszenie. Ładna dziewczyna wstała od stołu Krukonów, a za nią niepozorny, wysoki chłopak. Przybili sobie piątkę, po czym podeszli do Morozowa i ruszyli do komnaty.
Znów zapanowała cisza. Tym razem idealna. Wydawało się, że niektórzy nawet przestali oddychać. Jack słyszał swoje głośno bijące serce i trzask ognia w czarze. Patrzył niespokojnie, jak płomienie znów czerwienieją i wyrzucają w powietrze kolejny pergamin. Z tej odległości nie mógł stwierdzić, czy to jest jego kartka. Spojrzał na Meridę, która mocno zacisnęła powieki i mruczała coś pod nosem.
Profesor Morozow capnął kartkę w dłonie. Nixon wychylił się do przodu z krzesła, na jego twarzy lśnił uśmiech i pot. Smith rozmawiał półgłosem z Degasem.
— Hogwart reprezentować będą... — zapowiedział Morozow. Zmrużył oczy, przez chwilę wydawało się, że był zaskoczony decyzją Czary Ognia. — Jack Frost i Elsa Vintersen!


6 komentarzy:

  1. Tak! Tak! Oho, no to się zapowiada! Moja ulubiona część we wszystkich fanfikach o Jelsie w Hogwarcie: Turniej Trójmagiczny! ^^ Już nie mogę doczekać się konfrontacji w tej przylegającej komnacie (o ile ta scena będzie). Wątpię, żeby to Elsa sama zgłosiła się do konkursu, więc czarne moce, do boju! :D Rozdział świetny! Szczególnie podobają mi się Twoje opisy, chyba już to mówiłam, wybacz słabą pamięć.
    Pozdrawiam i weny życzę!

    OdpowiedzUsuń
  2. Super ;) mam nadzieję, że next już wkrótce bo nie mogę się doczekać :D
    Dużo weny ♡

    OdpowiedzUsuń
  3. No już chyba bardziej ciekawie być nie może... wygrałaś. Cudny rozdział. Nienawidzę się powtarzać, ale przy Tobie naprawdę ciężko mi cokolwiek powiedzieć (napisać). Po porostu mowę mi odejmuje (z wrażenia oczywiście). Co ja mam napisać?!! Pewnie masz świadomość jak fantastycznie piszesz! Uwielbiam każdego Twojego bloga. Ciepło pozdrawiam i weny jak najwięcej! :)
    ~Alissa

    OdpowiedzUsuń
  4. Jej! Elsa i Jack reprezentują Hogwart! Supiiiiiii!
    Nie mogę się doczekać nexta! Weny <33

    OdpowiedzUsuń
  5. Łohoho teraz dopiero będzie się działo!
    Pozdrawiam
    Arcanum Felis

    OdpowiedzUsuń