wtorek, 16 lutego 2016

Rozdział XI — Obietnica

Śnieżyca ustała nieco, ale ogromne zlepki płatków śniegu dalej padały z nieba. Jack szedł żwawo w stronę miejsca, gdzie odbyło się pierwsze zadanie. Przemarznięty do szpiku kości, szczękający zębami, próbował ogrzać dłonie, pocierając jedną o drugą.
Chłopaka niezbyt obchodziło teraz zimno i narastający ból gardła. Jack chciał cieszyć się tym, że czeka go świętowanie sukcesu z przyjaciółmi, ale coś odciągało go od tego. Próbował nie myśleć o Elsie Vintersen.
Przecież to nie moja sprawa — powtarzał sobie w myślach.
Tak naprawdę Jack miał przeczucie, że po zaistniałej sytuacji, to jest także jego sprawa. Czasem spoglądał na powoli znikający szron z jego szaty. Wiadomo, że zrobiła to Elsa, ale Jack nie mógł uwierzyć w tę sytuację. Może Elsa Vintersen czasem wydawała się mieć serce z lodu — szczególnie, gdy straszyła poskarżeniem się nauczycielom — ale chłopak nigdy nie przypuszczał, że ta dziewczyna potrafi tworzyć szron, lód i śnieg. Nie wydawało się, aby Anna wiedziała o zdolnościach siostry. Czy Elsa komukolwiek coś powiedziała? Czemu jej zdolności ukazały się dopiero teraz? Jack wiedział tylko, że Elsie nie podobało się to, że umiejętności wyszły na jaw. Nigdy nie widział tej Krukonki tak przerażonej. Chłopak nawet miał wrażenie, że dziewczyna niezbyt panowała nad tymi umiejętnościami.
Przeczucie, że powinien pójść za Elsą do zamku, coraz bardziej gnębiło Jacka, gdy szybkim krokiem zbliżał się ku miejscu, gdzie odbyło się pierwsze wyzwanie. Próbował uspokoić się, przecież za niedługo do zamku wrócą uczniowie i nauczyciele. Jack zastanawiał się nad tym, czy powinien opowiedzieć swoim przyjaciołom, co zrobiła Elsa Vintersen.
Chłopak szedł żwawo, zatopiony we własnych myślach. Zobaczył biegnącą ku niemu postać i dopiero po chwili zorientował się, że to Roszpunka, a za nią powiewają jej złote włosy przyprószone śniegiem. Kiedy już doszła do niego, ruszyła razem z nim w stronę jeziora.
— Jack, gdzie ty byłeś?! — spytała Roszpunka, głośno łapiąc oddech. — Uciekłeś nam! Wszyscy na ciebie czekają... za chwilę mają ogłosić wyniki!
Jack otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale Roszpunka gadała jak najęta.
— No, byliście drudzy, ale mogą wam dodać punkty! Widziałeś, jak Lavrans odpędził srebrne znicze? Nie żartuj, że nie, każdy na to patrzył! — urwała nagle, przyglądając się uważnie Jackowi.
Chłopak próbował wyglądać na wyluzowanego, aby Roszpunka nie zobaczyła jego zdenerwowania. Im dłużej Krukonka bacznie obserwowała Jacka w milczeniu, tym on coraz bardziej czuł, że za chwilę oszaleje.
— Jack, coś się stało? Gdzie Elsa? — spytała wreszcie Roszpunka.
Patrzyła na Jacka takim spojrzeniem jakby chciała czytać mu w myślach. Chłopak zastanawiał się, czy opowiedzieć jej wszystko, czy nie? Przecież Roszpunka była jego przyjaciółką, a z drugiej strony instynkt podpowiadał mu, aby nie wspominał o tym, co zaszło między nim a Elsą. Jack postanowił postąpić zgodnie z intuicją.
— Coś się stało? Oczywiście, że tak! Wygraliśmy wyznawanie! — Silił się na uśmiech. — Elsa jest... no... zmęczona. No wiesz, od tego stresu... poszła do dormitorium.
— Nie chciała nawet dowiedzieć się, ile punktów zdobyliście? — spytała podejrzliwie Roszpunka. — Nie chciała, aby opatrzyli jej rany?
— Nie była ranna. Co do punktów, nie... znaczy, tak, chciała wiedzieć... ale jest naprawdę bardzo zmęczona. Prosiła mnie, abym jej potem przekazał, które miejsce zajęliśmy...
Jack czuł, że od sztucznego uśmiechu bolą go policzki. Roszpunka dalej mierzyła go podejrzliwym wzrokiem. Gryfon uznał, że najlepiej będzie zmienić temat.
— To może chodźmy już... chciałbym wiedzieć, ile punktów zdobyliśmy!
Przyśpieszył, a Roszpunka za chwilę wyrównała krok. Szli razem w stronę jeziora, a Jack prosił w myślach, aby jego krukońska przyjaciółka nie wypytywała go dalej. Postanowił, że najlepiej będzie jeśli nie opowie przyjaciołom o sytuacji z Elsą, przynajmniej dopóki nie wyjaśni tego z samą Vintersen.
Kiedy Jack pojawił się przed trybunami, fala uczniów ubranych na szafirowo-szkarłatno pochłonęła go. Chłopak, będąc w centrum tego radosnego zamieszania, zapomniał o Elsie Vintersen. Ludzie poklepywali go po plecach, wrzeszczeli jak oszaleli, śpiewali, gratulowali.
Nagle ktoś zamknął Jacka w szczelnym uścisku i chłopak widział tylko gęstwinę rudych, poplątanych włosów. Gryfon od razu wiedział, kto ściskał go tak mocno, że prawie miażdżył mu żebra.
— Merida... jeśli chcesz mnie za coś udusić, to podaj jakiś powód — powiedział ze śmiechem Jack.
Merida puściła go, jej twarz była czerwona, uśmiechnięta.
— Już myślałam, że coś ci się stało podczas tego zadania! — Walnęła go w ramię. — Nie było cię w namiocie szpitalnym, myślałam, że wypadłeś z wieży czy coś! Już miałam szukać twoich zwłok!
Ci, którzy stali najbliżej, wybuchnęli śmiechem.
— Mojemu bratu się udało! — pisnęła Emma. — Wiedziałam, że ci się uda!
Emma po chwili zarumieniła się; Jack miał nadzieję, że nie zrobił się tak samo czerwony jak ona, ale głupio by to wyglądało! Chłopak nieco się zmieszał, ale dalej uśmiechał się szczerze.
— Gratulacje, Jack. — Usłyszał radosny głos, który wybił go z równowagi. — Naprawdę, nieźle wam poszło! Nie wiesz, gdzie Elsa?
Cała dobra atmosfera prysła, przynajmniej w oczach Jacka. Wystarczyło, aby ktoś przypomniał mu o Elsie, a w dodatku była to Anna. Młodsza z sióstr Vintersen przecisnęła się między Potterem a Czkawką. Twarz miała wymalowaną na złoto-bordowo, a na marchewokowo-rudych włosach nosiła grubą czapkę. Myśli Jacka zaczęły galopować z zawrotną prędkością. Nagle poczuł jakby zamiast mózgu miał różową gąbkę w głowie. Ledwo co przypomniał sobie, jaki kit wcisnął Roszpunce.
— Elsa? — spytał leniwie, podtrzymując na siłę uśmiech na twarzy. — Była bardzo zmęczona... poszła do dormitorium.
— Myślałam, że się posikam ze śmiechu, kiedy zobaczyłam, jak ona trzyma miotłę... — zaśmiała się Merida.
Anna zgromiła ją spojrzeniem. Merida prychnęła pod nosem, ale nic nie odpowiedziała. Jack zauważył, że coś było nie tak, jego przyjaciółka zazwyczaj nie dała innym spokoju, dopóki nie podzielali jej punktu widzenia.
— Poszła? — Anna uniosła brwi, nieco zawiedziona. Jack miał nadzieję, że ona nie będzie tak podejrzliwa jak Roszpunka.
— Jasne — potwierdził żarliwie — sama wiesz, że ona niezbyt umie latać...
— Ale...
— Patrzcie, przyznają punkty!
Wszyscy zwrócili głowę w stronę wieży sędziowskiej, a Jack odetchnął z ulgą, że już nie musiał tłumaczyć się przed Anną.
Każdy z sędziów miał do dyspozycji dziesięć punktów, dlatego maksymalny wynik to pięćdziesiąt. Jury ogłaszało swą ocenę poprzez uniesienie różdżki w górę, z której wyłaniała się srebrna wstęga, formująca się w liczbę przyznanych punktów. Jack miał nadzieję, że oceny sędziów wypchną ich na prowadzenie, choć sam nie za bardzo w to wierzył.
Pierwszymi ocenianymi była reprezentacja Beauxbatons. Najwyższą notę otrzymali od Degasa — osiem punktów. Oprócz tej, ich oceny wyglądały średnio. Otrzymali łącznie trzydzieści punktów.
Potem przyszła pora na ocenienie reprezentacji Hogwartu. Jack wstrzymał oddech, gdy zobaczył, że dyrektor Beauxbatons unosi różdżkę w górę. Degas przyznał im sześć punktów.
Jack nie wiedział, jakich ocen się spodziewać. Szóstka raczej go nie satysfakcjonowała, ale czekał dalej, nie zwracając uwagi na szturchania w ramiona i podniecone szepty kolegów. Smith, uniósłszy różdżkę, przyznał Jackowi i Elsie osiem punktów.
— Zaniżają! — poskarżyła się Merida.
Kolejny był Morozow. Z jego różdżki wyłoniła się srebrna dziewiątka, a Jack szeroko się uśmiechnął. Gryfoni przez chwilę entuzjastycznie klaskali. Następny był Nixon, który także przyznał dziewiątkę. Ostatni oceniał Andersen. Przyznał sześć, co spotkało się z małym niezadowoleniem kibiców Jacka.
Chłopak szybko podliczył wynik. Zdobyli trzydzieści osiem punktów.
Gryfon do końca miał nadzieję, że zyskają lepsze oceny niż reprezentacja Durmstrangu, wtedy mogliby wysunąć się na prowadzenie. Niestety, Lavrnas i Samund otrzymali czterdzieści jeden punktów. Sędziowie oficjalnie ogłosili, że trzecie miejsce zajęli reprezentanci Beauxbatons, drugie — reprezentacja Hogwartu, a pierwsze Samund i Lavrans z Durmstrangu.
Po jakimś czasie, spora hałastra uczniów ruszyła w stronę zamku, a w centrum ich zainteresowania był oczywiście Jack. Im bliżej zbliżali się do murów szkoły, tym chłopak odczuwał coraz większą ochotę jak najszybszego porozmawiania z Vintersen. Chłopak uznał w pewnym momencie, że poprosi Roszpunkę, aby wyprowadziła Elsę z dormitorium. Wytłumaczyłby to oczywiście tym, że chciałby osobiście powiedzieć dziewczynie, które miejsce ostatecznie zajęli. Jack na razie nie planował tego, co zrobiłby, gdyby Roszpunka nie znalazła Elsy w dormitorium.

~*~*~*~

Elsa była tak zdenerwowana, że nawet nie zwróciła uwagi Irytkowi, który wdrażał w życie nowy paskudny figiel. Żartobliwy duch pokrywał podłogę w sali wejściowej jakąś śliską, tłustą mazią. Zjawa, przygotowując się do nowego kawału, zaśmiewała się do łez, mówiąc, jak zabawnie będą wyglądali przewracający się uczniowie.
Zamek nigdy nie był tak cichy i zimny. Pomimo trwającego jeszcze dnia, Hogwart wydawał się nieco upiorny z opustoszałymi korytarzami i brakiem wrzawy zazwyczaj panującej w Wielkiej Sali.
Elsa szła prędko przez korytarze, a jej kroki odbijały się echem. Czasem odwracała się za siebie, a zauważając szron pełznący po podłodze i ścianach, coraz bardziej się denerwowała. Dziewczyna zaczynała panikować, choć wiedziała, że nie powinna podawać się emocjom. Przytłumione przez uczucia resztki racjonalności podpowiadały, aby nie szła do dormitorium. Nie dałaby rady udawać, że wszystko w porządku, nie umiałaby odpowiedzieć na pytania kolegów. Przecież każdy widział, jak odpędziła chochliki kornwalijskie swoją mocą.
Elsa zauważyła uchylone drzwi do klasy transmutacji. Do głowy wpadła jej myśl, aby zamknąć się tam i postarać poukładać myśli. Krukonka wiedziała, że nie powinna siedzieć sama w sali, podczas gdy nie znajdował się w niej nauczyciel. Rozejrzała się po korytarzu, nie zobaczyła żadnej osoby. Podłoga lśniła szronem. Elsa cichutko wślizgnęła się do klasy. Zamykając za sobą ciężkie drzwi, pokryła klamkę szadzią.
Dziewczyna wzięła głęboki wdech, choć to nie pomogło. Zaczęła przechadzać się po sali, nogi uginały się pod nią. Twarz pokryta mnóstwem drobniutkich zadrapań piekła ją. Elsa czuła okropne zimno przenikające jej kości. Trzęsła się, nie wiedziała, czy   mrozu, czy ze zdenerwowania.
Chodziła po sali w tę i we w tę, rozsiewając po podłodze kolejne warstwy szronu, pokrywając nóżki ławek i krzeseł sopelkami lodu. Nie potrafiła opanować swoich emocji, ruchów, ani mocy. Wystarczyło, aby odebrano jej możliwość noszenia rękawiczek, a wszystko to, na co pracowała tyle lat, rozsypało się jak domek kart. To tylko kwestia czasu, gdy cała szkoła dowie się o jej zdolnościach. Jack Frost pewnie dopowie swoje. Zaczną się krępujące pytania, doszukiwania... ludzie dowiedzą się, jak niebezpieczna jest jej moc. To wszystko dojdzie do Anny. Jak młodsza siostra Elsy poczuje się, gdy dowie się prawdy? Mieć niebezpieczną siostrę, przez którą o mało co nie zginęło się w dzieciństwie, a potem zmodyfikowano wspomnienia...
Elsa czuła z każdą sekundą coraz większą gorycz. Może dziewczynie jakoś udałoby wytłumaczyć innym to, w jaki sposób odpędziła chochliki. Może nawet rozeszłoby się to po kościach. Jednak zepsuła wszystko, gdy pobiegł za nią ten idiotyczny Jack Frost. Po co on w ogóle powlókł się za nią?! Może najmądrzejszym nie był, ale nie był na tyle głupi, aby nie domyślić się, o co tak naprawdę chodzi. W końcu prawie poprzebijała mu nogi lodowymi soplami — przez chwilę nawet wystraszyła się, że zrobiła mu krzywdę, ale na szczęście, nie zraniła go. Elsa już sobie wyobrażała, jak oburzony zdaje relację swoim przyjaciołom, a potem jak oni mówią o tym komuś innemu.
Stawało się coraz zimniej. Elsa nie potrafiła ogarnąć strachu i niepewności. Przecież nie mogła całe życie ukrywać się w klasie transmutacji. Do głowy przychodziły jej naprawdę złe myśli. Uciec z Hogwartu? To było tak nierealne, wręcz idiotyczne. Ale taka opcja wydawała się jej najlepszym rozwiązaniem, ponieważ innego nie widziała. Nikt nie nabierze się na jej kłamstwa. Anna prędzej czy później ją znienawidzi, może będzie zła także na rodziców, którzy chcieli tylko pomóc. Wszyscy znienawidzą Elsę. Co zrobią jej rodzice, którzy poświęcali siły, chęci, czas, aby pomóc córkom? Elsa nie rozumiała, jak oni mogli ją kochać, skąd brali siłę, aby szukać odpowiednich rozwiązań, by jej życie było jak najprostsze. Ona ich zawiodła. Zawiodła każdego. Zostanie sama, dalej nieumiejąca panować nad swoją mocą. Myśl, że dalej istnieje możliwość, że kogoś skrzywdzi, była gorzka i trudna do przełknięcia. Trafiła swoją siostrę kilka lat temu zimowym promieniem w głowę, a dość niedawno prawie przebiła Jackowi stopy lodowymi soplami. Elsa wiedziała, że była niebezpieczna.
Elsa w pewnym momencie usiadła na jednej z ławek, zmęczona ciągłym chodzeniem. Ta cała sytuacja wyglądała paskudnie, wydawała się nie mieć rozwiązania.
To moja wina. — Jedno zdanie ciągle kołatało się w głowie Elsy.
Objęła się ramionami. Widziała rozmazaną posadzkę, w oczach miała łzy. Nauczyła się, że nie powinna płakać. Jednak teraz było jej ciężko powstrzymywać ten odruch. Chciała rozpłakać się jak malutkie dziecko, przebeczeć cały dzień i całą noc, aż zabranie jej sił, aby dalej ronić łzy.
Powstrzymywała się od takiego wybuchu emocji. Dusiła uczucia w sobie, choć nie potrafiła nad wszystkim zapanować. Za dużo dzisiaj złego zrobiła. Poprzez rozpłakanie, mogłaby na przykład zamrozić całą klasę albo zrobić coś gorszego.
Elsa nie wiedziała, ile czasu siedziała na ławce nieruchomo, czasem tylko lekko drżąc i pociągając nosem, próbując wziąć się w garść.
Usłyszała trzask naciskanej klamki, serce podskoczyło jej do gardła. Kto wejdzie do sali? Nauczyciel? Woźny? Jakiś uczeń? Jaka będzie reakcja tej osoby? Ledwo co zmusiła się do tego, aby wstać. Dopiero teraz zobaczyła, jak wyglądała sala: oblodzona podłoga, oszronione ławki, światło księżyca wpadające przez okna. Gdyby tylko umiała jakoś usunąć ten mróz...
Z szybko bijącym sercem i setkami myśli galopujących przez umysł, czekała, aż osoba, która nacisnęła klamkę, wejdzie do sali. Drzwi uchyliły się lekko. Elsa w ostatniej sekundzie przetarła oczy, modląc się, aby nie było widać w nich łez. Postarała się wyprostować, choć po chwili zgarbiła się samoczynnie.
Postać stanęła w futrynie, ale przez panujący półmrok Elsa nie potrafiła stwierdzić, kim ona była. Osoba rozejrzała się po pomieszczeniu, następnie zamknęła drzwi i zrobiła kilka kroków do przodu. Światło księżyca padło na twarz postaci. Elsa cofnęła się, gdy zauważyła, że to Jack. Co on od niej jeszcze chciał? Ponabijać się? To do niego podobne.
— Powiedziałam, abyś mnie zostawił — warknęła Krukonka. Jej głos brzmiał okropnie: był zachrypnięty i roztrzęsiony.
Jack skierował się w jej stronę, ślizgając się po oblodzonej posadzce.
— To nie twoja sprawa — powiedziała dobitniej Elsa.
— To jest moja sprawa — odparował Jack.
Elsa parsknęła:
— Nie jest, idź świętować. Zostaw mnie w spokoju.
Jack usiadł na ławce, na której przed chwilą ona siedziała. Blask księżyca jeszcze bardziej oświetlił jego twarz. Elsa nie dostrzegła na niej żadnej oznaki rozbawienia, irytującego uśmiechu, którym zazwyczaj każdego obdarzał. Dziewczyna nie chciała widzieć Jacka, ale on uparcie siedział w tej sali. Elsa zaczęła rozważać, gdzie by przed nim uciec.
Jack milczał przez chwilę.
— Coś jest nie tak — oświadczył, jakby to nie było oczywiste. — O co chodzi?
— To nie twoja sprawa — powtórzyła Elsa z uporem.
— To jest moja sprawa! — oburzył się. — Coś tu stanowczo nie gra!
— Nie gra, ale nie powinieneś interesować się sztywniaczką, głupią Vintersen, Strażniczką Regulaminu! — wybuchnęła Elsa. — Są rzeczy, do których nie powinieneś się mieszać, bo ich nie zrozumiesz.
Usłyszała trzask. Na nóżce jednego krzesła wyrosło kilkanaście lodowych sopelków.
— To mi to wyjaśnij — powiedział stanowczo.
— Po co? Skoro za chwilę cała szkoła o tym się dowie... wtedy będziesz wiedział.
Jack pokręcił głową.
— Nikt się nie dowie. Wszyscy patrzyli wtedy na to, jak Lavrans uniknął ataku srebrnych zniczów. Poza tym... nawet gdyby ktoś widział, jak odpędziłaś te cholerne chochliki, to trudno było się domyśleć, w jaki sposób to zrobiłaś.
Elsa poczuła się dziwnie. Nikt nie widział? Pokręciła głową.
Nie, on kłamie — pomyślała.
— Kłamiesz — wydusiła. — Każdy to widział.
— Kogokolwiek bym nie pytał, to twierdzi, że nic nie widział — powiedział Jack jakby od niechcenia. Potem porzucił ten niedbały ton. — Jeśli chodzi o mnie... to nikomu nie powiedziałem.
— Czego chcesz? — spytała Elsa.
Jack spojrzał na nią tak, jakby nie za bardzo zrozumiał pytanie. Elsa zacisnęła dłonie w pięści.
— Czego chcesz... za milczenie.
Nie wiedziała, czy Jack mówił prawdę. Jeśli jednak nie kłamał, musiała zadbać o to, aby nie puścił pary z ust. Mimo iż nie miała pewności, czy można mu zaufać. Ale mogła dać mu cokolwiek by zechciał. Nową miotłę? — Pieniędzy miała tyle, że na pewno byłoby ją stać. Odrabiać lekcje za niego do końca szkoły — także mogłaby to zrobić.
— Uważasz, że chciałbym od ciebie coś w zamian? — spytał wyraźnie oburzony. — Nic nie chcę.
Elsa musiała nad tym się zastanowić. Czy mu wierzyła? Sama nie wiedziała. Wydawało jej się, że Jack powiedział to szczerze albo jest najwyraźniej dobrym aktorem. W takim wypadku... o co mu chodzi?
— Jeśli... jeśli nic nie chcesz — mówiła powoli, uważając na każde słowo — to czemu tu przyszedłeś? Nie wmawiaj mi, że przypadkiem. Dlaczego nikomu nie powiedziałeś?
Chłopak wpatrywał się w nią. Chyba zastanawiał się na odpowiedzią.
— Po prostu chciałem, abyśmy wyjaśnili to sami. Chyba niezbyt spodobało ci się to, że twoja... no... eee... twoje zdolności wyszły na jaw. Martwiłem się — chrząknął — bo jesteśmy razem w turnieju, co nie? Może wypadałoby naprawdę zacząć współpracować, no i może spróbować sobie zaufać.
Jack, widząc jej zdziwioną minę, dodał.
— Jeśli myślisz o tym, czy komuś powiem... odpowiedź brzmi: nie. Nikomu nie powiem, jeśli nie będziesz chciała. Obiecuję. Może tutaj posprzątamy... — zaoferował, omiatając salę spojrzeniem — a potem nie wiem, pójdziemy do Wielkiej Sali, teraz powinna być kolacja.


7 komentarzy:

  1. Czyli Jack przyjął wszystko dobrze! Nie uciekł, a to już połowa sukcesu! I nikt o niczym nie wie, to też dobrze. Relacje się poprawiają, znaczy się, w minimalnym stopniu, ale jakoś to będzie. Nie mam pomysłu na komentarz, ale rozdział świetny!
    Pozdrawiam i weny życzę!

    OdpowiedzUsuń
  2. TuT No co tu dużo mówić . Rozdział genialny i znowu będę czekać na następny <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny rozdział :)
    Weny ~Snowmoon

    OdpowiedzUsuń
  4. W najbliższym czasie nadrobię wszystkie Twoje rozdziały, a tymczasem informuję, że nominowałam Cię do LBA! więcej info w linku: http://ingis-at-glacies-dramione.blogspot.com/2016/02/liebster-blog-award-9-i-10.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozdział bardzo fajny cieszę się, że Jack nikomu nie powiedział o tajemnicy Elsy :)
      Pozdrawiam
      Arcanum Felis

      Usuń
  5. JEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEJ!Najlepszy rozdział!<3 Nikt nic nie wie o lodowej mocy, Elsa pozbierana, Jack zrozumiał dużo o stanie psyhicznym Elsy i o jej mocach <3.Wszystko układa się jak po maśle!Zniecierpliwiona czekam na nexta!^-^ A właśnie...kiedy będzie?

    OdpowiedzUsuń