środa, 2 marca 2016

Rozdział XIII — Mnóstwo Run

Jack przyjął sporawą dawkę eliksiru pieprzowego, dlatego jeszcze podczas lunchu dymiło mu się z uszu. Gryfon próbował zagryźć kanapkami nieprzyjemny, ostry posmak napoju pozostały na języku. Mikstura pielęgniarki zadziałała jak należy, ponieważ chłopaka nie bolała już głowa, a nos się odetkał. Oprócz tego pójście po eliksir pieprzowy miało same plusy — Jack kilka razy specjalnie przechodził na koniec kolejki, w ten sposób ominęła go transmutacja i eliksiry.
Wielka Sala rozbrzmiewała stukaniem sztućców o talerze i głośnymi rozmowami. Niektórzy mówili o czymś wyraźnie podnieceni.
Jack, nie zwracając uwagi na panujące zaaferowanie, beztrosko kończył jeść trzecią kanapkę. Uważał, że sprawcą tego zamieszania jest ciągle rozpamiętywany przebieg pierwszego zadania Turnieju Trójmagicznego. Dzień przedtem, gdy reprezentant Hogwartu wrócił do swojego dormitorium, Gryfoni wyszykowali dla niego wspaniałe przyjęcie. Potterowi w jakiś sposób udało się ukraść sporo pysznego jedzenia z kuchni. Pod sufitem w pokoju wspólnym przez prawie całą noc wybuchały magiczne fajerwerki. Dopiero profesor Dreamchild zagonił ich do łóżek około drugiej nad ranem.
Czkawka przewrócił kolejną stronę „Proroka Codziennego”. Jack zerknął przypadkowo na pierwszą stronę gazety, gdzie widniał ogromny nagłówek: MASOWE ZABÓJSTWA JEDNOROŻCÓW – MINISTERSTWO BEZRADNE.
— Dasz mi potem poczytać „Proroka”? — spytał Gryfon, przełknąwszy ostatni kęs.
— Mhm... — odmruknął nieprzytomnie Czkawka, nie wytykając nawet nosa spoza gazety.
Gryfon stwierdził, że nie warto przeszkadzać Krukonowi.
Od tego czytania kiedyś wypadną mu oczy — pomyślał.
Sięgając po kolejną kanapkę, rozejrzał się po Wielkiej Sali. Zawiesił wzrok na dłużej przy stole Ravenclawu. Liczył na to, że zobaczy tam Elsę Vintersen, ale nie było jej wśród Krukonów ani innych uczniów. Chłopak poczuł dziwne ukłucie zawodu. Miał nadzieję, że uda mu się złapać ją chociaż na chwilę i spróbować wypytać o jej zdolności. Myślał, że może emocje nieco opadły, a Elsa trochę sobie przemyślała przez noc i przestanie tak nerwowo reagować na pytania odnośnie zimowych mocy. Jack uważał, że wyjaśnienia mu się należały, bo zachował jej sekret dla siebie i nikomu go nie wyjawił.
Ktoś nagle hałaśliwie odsunął krzesło obok Gryfona i gwałtownie usiadł. Chłopak otrząsnął się i zobaczył obok siebie Meridę. Patrząc na jej rozzłoszczoną twarz, poczochrane włosy, przypomniał sobie, że zostawił przyjaciółkę samą na eliksirach ze Ślizgonami.
To mogę wybierać trumnę — mruknął w myślach Jack.
Merida mierzyła gryfońskiego przyjaciela spojrzeniem, które było mieszanką złości i przejęcia.
— Zostawiłeś mnie samą na eliksirach, dzięki, przyjacielu! — syknęła i trzepnęła go pięścią w ramię.
— Nie wysadziłaś niczego w powietrze, to chyba sukces, co nie? — odparł kąśliwie.
Merida zmarszczyła nos. Wyglądała tak, jakby resztą woli powstrzymywała się od ponownego ciosu. Jack w razie czego nieco odsunął się od niej.
— Bulstrode odjął mi dziesięć punktów za eliksir, który wyglądał tak jak na ilustracji w podręczniku! — poskarżyła się buńczucznie.
— Gdybym był z tobą, odjąłby mi też z dziesięć, co dałoby jakieś dwadzieścia punktów mniej dla Gryffindoru — odparł Jack. — Jeszcze dodałbym coś źle i faktycznie by wybuchło...
Zbulwersowana Merida bez żadnego uprzedzenia rzuciła się w stronę Czkawki. Zanim Krukon zdążył zareagować, z dużym szelestem wyrwała mu z dłoni gazetę i cisnęła ją na krzesło obok siebie. Merida nie patyczkowała się, gdy chciała, aby ktoś zwrócił na nią uwagę.
Czkawka westchnął, poddając się.
— Zgadnijcie, o czym mówił nam Cleves na transmutacji — zaczęła Merida pełna przejęcia.
— Że wyrywanie komuś nagle gazety z rąk nie jest fajne? — mruknął Czkawka.
— BAL BOŻONARODZENIOWY! — Te słowa Merida wręcz wypluła jakby były czymś okropnym.
Jack uniósł brwi. Nigdy przedtem nie słyszał o jakimkolwiek balu organizowanym w Hogwarcie. Odkąd uczył się w Szkole Magii i Czarodziejstwa zawsze wyjeżdżał na Boże Narodzenie do domu. Jednak jego znajomi, którzy zostawali na Święta w szkole, nic mu o żadnym balu nie mówili.
— Naprawdę? W Boże Narodzenie? — spytał zaskoczony Czkawka.
— W Wielkanoc — burknęła Merida, podsuwając sobie półmisek z tłustymi kiełbaskami. — Oczywiście, że w Boże Narodzenie. Mózg ci się lasuje od „Proroka”.
Jack parsknął śmiechem.
— Wcześniej coś takiego organizowali? — spytał.
— To z okazji Turnieju Trójmagicznego. Już wiem, po co na liście mieliśmy szaty odświętne i czemu matka wpakowała mi do kufra tę okropną kieckę — opowiedziała Merida, nakładając sobie na talerz kopiastą stertę kiełbasek.
Jack przypomniał sobie, że faktycznie na liście rzeczy potrzebnych do szkoły widniała szata wyjściowa. Chłopak pomyślał o swojej kreacji. Wolałby pójść w sukience Meridy i z włosami zaplecionymi w warkoczyki niż pokazać się w tym czymś.
Ale nie muszę iść na ten bal — pomyślał i uspokoił się, bo wizja upokorzenia przed całym Hogwartem i gośćmi z zagranicy oddaliła się.
— Może być fajnie — stwierdził Czkawka po namyśle. Jack równocześnie z Meridą posłał mu wymowne spojrzenie, które sugerowało, że Krukon oszalał. — Może jedzenie będzie smaczne.
Merida zaczęła wcinać prędko kiełbaski jakby chciała powiedzieć, że nic od tego posiłku nie okaże się smaczniejsze.
— Wyobraźcie sobie te wszystkie wystrojone lalunie i tych sztywniaków ze Slytherinu na parkiecie tańczących do dennej muzyki — powiedziała, wymachując kiełbaską nabitą na widelec. — W życiu na to nie pójdę!
Jack wyobraził sobie Meridę w stroju do quidditcha całą upapraną błotem w towarzystwie jakiegoś wypindrzonego gogusia. Na jego twarzy pojawił się chytry uśmieszek.
— Ty się nie śmiej — ostrzegła Merida, celując w niego widelcem — założę się o moją miotłę, że nie znajdziesz dziewczyny na bal.
— Wątpisz w mój urok osobisty? — spytał Jack, uśmiechając się półgębkiem. — Nie bawię się w żadne bale.
Merida pokiwała głową, a tłuszcz z kiełbaski na widelcu skapnął na jej koszulę i pozostawił wielką, żółtawą plamę.
Dziewczyna skończyła jeść na krótko przed zakończeniem przerwy, więc nie siedzieli dłużej w Wielkiej Sali, tylko ruszyli w stronę klas. Jack i Czkawka zostali na czwartym piętrze, gdzie znajdowała się sala, gdzie odbywały się lekcje starożytnych run. Merida odłączyła się od nich, idąc w stronę Wieży Północnej na wróżbiarstwo.
Pod klasą zbierało się coraz więcej osób. Dosłownie sekundę przed dzwonkiem Jack zauważał wśród zebranych piątoklasistów Elsę. Pomyślał, że jeśli będą robić jakieś tłumaczenie, to zyska okazję do pogadania z nią. Zawsze mógł to usprawiedliwić założeniem, że dziewczyna może zdążyła przemyśleć sprawę złotego znicza.
Zabrzmiał gong oznajmiający koniec przerwy, a na końcu korytarza pojawił się siwiejący staruszek o zadbanej, długiej brodzie — profesor Quan, nauczyciel starożytnych run. Pomimo sędziwego wieku dość szybko znalazł się pod klasą. Niektórzy uczniowie mniej lub bardziej wyraźnie przywitali się ze staruszkiem, a on odpowiedział kiwnięciem głową.
— Dzisiaj siadam z Elsą — mruknął Jack do Czkawki — musimy coś ustalić.
Profesor wpuścił uczniów do klasy. Jack, tak jak się spodziewał, zauważył, że Elsa usiadła sama w ławce. Usiadł na krześle obok niej.
— Mogę się dosiąść? — spytał.
— Chyba już to zrobiłeś... — odpowiedziała Elsa.
Profesor Quan stanął przy tablicy, odwracając się od uczniów. Złapał w długie, powykręcane palce kawałek kredy. Nauczyciel, mrucząc coś pod nosem, naskrobał zgrabnym pismem temat lekcji: Starożytne sposoby na kurzajki.
— Dzisiaj zajmiemy się tłumaczeniem starożytnych zapisków na temat pozbywania się kurzajek — oznajmił profesor swym starczym, monotonnym głosem, stając przodem do klasy. — Tłumaczenie nie powinno zająć wam więcej niż czterdzieści minut, będziecie pracować w parach. Pod koniec lekcji kilka osób przeczyta na głos wszystkie tłumaczenia, a reszta osób zostawi swoje prace na moim biurku. Korzystajcie z podstawowej planszy z Sylabariusza Spellmana.
Jack, podobnie jak inni uczniowie, którzy wcześniej nie wyciągnęli na ławkę sylabariusza, zaczął grzebać w torbie.
— Panienko Shaw, niech panienka porozdaje na każdą ławkę po jednym arkuszu. — Nauczyciel zwrócił się do Ślizgonki siedzącej w pierwszej ławce.
Ślizgonka wstała i zaczęła rozdawać otrzymane od nauczyciela pergaminy z runami do tłumaczenia.
Jack uśmiechnął się, bo tak jak się spodziewał, mieli całą lekcję na tłumaczenie tekstu i ewentualne rozmowy. Wyciągnął z torby odpowiednią książkę i niedbale rzucił ją na blat, a potem wygrzebał resztę potrzebnych przyborów. Chłopak, znalazłszy te rzeczy, usiadł prosto na krześle. Elsa przygotowała już swoje stanowisko pracy: równo pokładane arkusze pergaminu leżały przed nią, nowiusieńkisylabariusz znajdował się w rogu ławki obok zakręconego kałamarza. Krukonka obracała orle pióro w palcach, patrząc na Ślizgonkę rozdającą runy do rozszyfrowania.
— Jak będziemy pisać. Po połowie? — spytała Elsa.
Ślizgonka o nazwisku Shaw rzuciła na ich ławkę pergamin z symbolami do tłumaczenia.
— Dziękuję. Jeśli napotkamy jakieś trudności, to spróbujemy rozwikłać je razem — dopowiedziała Krukonka.
— Jasne.
Tak naprawdę niewiele obchodziło go, w jaki sposób zabiorą się do tłumaczenia tekstu o kurzajkach. Jack zerknął na runy, które mieli rozszyfrować. Patrzył na nie zaledwie kilka sekund, a Elsa zdążyła otworzyć książkę na odpowiedniej planszy i podpisać pergamin.
Tak jak dziewczyna zaproponowała, podzielili się po połowie. Tekstu nie było dużo, więc każde z nich miało przetłumaczyć po trzy akapity. Zabrali się do pracy w ciszy. Jack nie mógł skupić się na tłumaczeniu. Napisawszy zaledwie kilka zdań, podniósł wzrok na Elsę. Dziewczyna wyglądała na pochłoniętą zadaniem. Ze skupieniem patrzyła naprzemiennie na podstawową planszę run i przepis na leczenie kurzajek do tłumaczenia. Usta muskała końcówką pióra i wydawało się, że nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Jack widział, że coś musiało wpaść jej do głowy, bo napisała na swoim pergaminie schludnym pismem kilka słów.
— Masz jakiś problem w tłumaczeniem? — spytała Elsa tak nagle, że Jack prawie podskoczył na krześle.
Przeniosła na niego chłodne spojrzenie niebieskich oczu, a Gryfonowi zrobiło się głupio, że jednak nie przyglądał się jej na tyle dyskretnie, aby nie zauważyła.
— Nie — odpowiedział — zamyśliłem się.
Elsa zmrużyła oczy jakby chciała przejrzeć go na wylot.
— Po prostu myślałem o tym zniczu — powiedział ciszej, bo profesor Quan wstał od biurka i zaczął przechadzać się po klasie. — Obejrzałem go tylko ogólnie, ale to jest tylko zwykły złoty znicz!
Elsa nieco opuściła dłoń, w której trzymała pióro. Chłopak zauważył, że dziewczyna znowu nosiła rękawiczki. Zastanawiał się, czy wypadałoby o to zapytać.
— Nie sprawdziłeś go? — spytała. W jej głosie Jack nie usłyszał ani cienia wyrzutów. — Masz jakikolwiek pomysł na niego?
— No wiesz... jakoś nie było okazji sprawdzić. A chciałbym spytać, o to, co stało się wczoraj...
Chłopak usłyszał charczenie nad swoim karkiem. Odwrócił się powoli razem z Elsą i zobaczył nad sobą zgarbionego profesora Quana.
— Może nasze trajkotki umówią się po zajęciach na słodkie ploteczki, a teraz zajmą się tłumaczeniem? — zaproponował cierpko profesor. — Pokażcie wasze tłumaczenia.
Jack dopiero teraz zauważył, jak niechlujne były jego notatki w porównaniu do zapisków Elsy. Pokazali nauczycielowi swoją dotychczasową pracę.
— W trzecim zdaniu jest błąd, tamte runy nie oznaczają przepowiedzieć, tylko omówić. — Oddał notatki Elsie, najwyraźniej nie mając więcej zastrzeżeń. Zerknął na notatki Jacka, a na jego twarzy pojawiło się zdegustowanie. — Nad tą częścią radziłbym popracować.
I odszedł do chłopaków siedzących w ławce z tyłu. Elsa w milczeniu skreśliła błędne wyrazy i je poprawiła. Jack spojrzał na tłumaczenie, nie wiedząc, co zrobił źle.
— Jak można pomylić te runy, Townes? Zostało jeszcze dziesięć minut — oznajmił nauczyciel.
Elsa odłożyła swoje tłumaczenie na bok.
— Daj, pomogę ci. — Podsunęła pergamin Jacka na środek ławki. — O co chciałeś spytać?
— Już o nic — westchnął.
Chłopak w ciszy patrzył, jak Elsa czytała jego notatki ze zmarszczonymi brwiami. Podsunęła pergamin z runami do tłumaczenia.
— Ta runa ma dwa znaczenia — powiedziała, stukając końcówką pióra w symbol — wrzucićodtrącić. Widzisz tę kropkę pod kreską?
— To nie jest kleks?
— Oczywiście, że nie. Dzięki niej mamy podpowiedź, że to jest wrzucić. Poza tym, to zdanie, które napisałeś nie ma sensu ze słowem odtrącić.
Zabrali się za kolejne części tekstu. Elsa dokładnie tłumaczyła, w jaki sposób unikać błędów, które popełnił Jack. Po jej słowach, niektóre pomyłki wydały się chłopakowi głupie. Gryfon musiał przyznać, że z Elsą pracowało się o wiele lepiej niż zakładał. Podchodziła do wszystkiego ze spokojem i nie denerwowała się, kiedy nie mógł czegoś zrozumieć.
— Chyba już mamy — oświadczyła z dumą — chyba zdążę przepisać to na czysto.
— Nie spodziewałem się, że jesteś tak dobra w runach — stwierdził chłopak.
Elsa nie odpowiedziała, tylko wzięła czysty arkusz pergaminu i zaczęła przepisywać dokładnie ich tłumaczenie starożytnych sposobów na kurzajki. Pisała w miarę sprawnie, schludnie, nie robiąc brzydkich kleksów. W momencie, kiedy Elsa skończyła, profesor oznajmił, że pora odczytać tłumaczenia.
— Może poprosiłbym, aby Haddock i Sanders oraz Shaw i Zabini przeczytali na głos swoje tłumaczenia.
Czkawka i Derek Sanders wywołani przez nauczyciela wyszli na środek klasy i zaczęli czytać, w jaki sposób w starożytności pozbywano się kurzajek. Jacka szybko znudziła ich paplanina, poza tym niezbyt przyjemnie słuchało się opowiastek na ten temat. Nagle jego stare pióro wydało się okropnie interesujące.
Dziewczyny ze Slytherinu ledwo zdążyły odczytać swoje lekcje, a rozbrzmiał gong oznajmiający koniec lekcji.

~*~*~*~

Gospoda pod Jedną Miotłą była obowiązkowym przystankiem każdego ucznia Hogwartu podczas wizyty w wiosce Hogsmeade.
Jack i Roszpunka siedzieli przy swoim ulubionym stoliku w nieco cichszej części gospody. Znajdując się w ciepłym wnętrzu, z kuflami pysznego piwa kremowego w dłoniach mogli bezpiecznie obserwować przez okna śnieg padający na zewnątrz.
— Jak myślisz, Meridzie naprawdę się spodoba prezent? — dopytywała Roszpunka, spoglądając na podarunki dla przyjaciół, które dzisiaj zakupiła.
— Jasne — odparł Jack — chociaż, szczerze mówiąc, nie wiem, do czego przyda się jej grzebień.
Roszpunkę chyba nieco pocieszyła ta wiadomość. Jack także kupił tego dnia prezenty, jednak nie były tak okazałe jak te, które przygotowywała długowłosa. Chociaż przyjaciele ciągle powtarzali, że liczy się gest, to czuł się naprawdę głupio, licząc każdego knuta wydanego na podarki.
— Jack... jest taka sprawa... — zaczęła nieśmiało Roszpunka.
Chłopak oderwał usta od kufla i czekał na to, co powie Krukonka. Dziewczyna była cała czerwona na twarzy.
— Nie pójdę z tobą na bal...
Jacka zamurowało. Zaprosił Roszpunkę od razu, kiedy dowiedział się, że jego obecność na Balu Bożonarodzeniowym jest obowiązkowa. Dziewczyna zgodziła się z chęcią i już wszystko obgadali w tej sprawie. Mieli iść jako przyjaciele.
Ktoś inny ją zaprosił — pomyślał Jack.
— Ale zdążę odpruć tę koronkę z twojej szaty — dodała szybko.
— Ktoś inny cię zaprosił, tak?
I Jack został bez partnerki na tydzień przed balem. Był pewny, że jedyną wolną dziewczyną jest Pryszczata Jane Cleese z Hufflepuffu, która miała ślinotok i dziwnie się śmiała.
— Nie! — zaprzeczyła Roszpunka. — Naprawdę, bardzo chętnie poszłabym z tobą na bal. W ogóle, chętnie bym się tam pojawiła, ale mnie nie będzie... Moja mama... wiesz, jak przykro jej było, kiedy napisałam, że nie przyjadę na Boże Narodzenie do niej? Ona jest taka samotna... serce by jej chyba pękło, gdybym zostawiła ją samą w Święta.
Jack poznał, że Roszpunce naprawdę było przykro. Uznał, że jego przyjaciółka nie kłamie. Chłopak słyszał wiele o Gertrudzie Taxos, wiecznie stęsknionej przyszywanej matce Roszpunki, która nie chciała jej puścić do Hogwartu, gdy dziewczyna otrzymała list w jedenaste urodziny.
— Naprawdę, przepraszam... — wymamrotała Roszpunka cała czerwona na twarzy.
— No, dobra... tylko teraz tak jakby nie mam z kim iść... chyba, że z Czkawką — parsknął śmiechem, próbując sprawiać wrażenie, że niezbyt przejął się tym, co powiedziała przyjaciółka.
Roszpunka także się uśmiechnęła.
— Może pomogę ci kogoś znaleźć, zanim pojadę na Święta do domu... a tak na marginesie, Czkawka już kogoś zaprosił.

~*~*~*~

— Znicze mają pamięć ciała! — oświadczył odkrywczym głosem Jack.
— Słucham? — wymamrotała Elsa, odkładając książkę. — Co mają znicze?
Jack podłożył jej książkę pod nos, w której odnalazł tę niesamowitą informację. Strony machnęły przed nosem dziewczyny tak szybko, że nie zdążyła odczytać ani słowa. Czuła na sobie świdrujący wzrok bibliotekarki, która nie była przyzwyczajona do tak hałaśliwych osób jak Jack. Elsa przyłożyła palec do ust, próbując tym subtelnym gestem dać do zrozumienia chłopakowi, że są w bibliotece, miejscu, w którym powinna panować cisza.
— Jak mogłem o tym zapomnieć! Znalazłem to tutaj, ale nawet Nixon o tym mówił! To się przydaje w czasie meczów, gdy nie wiadomo, który szukający złapał znicz... — mówił jak najęty, nie ściszając głosu ani trochę. — Którą ręką losowałaś znicz? Prawą?
Elsa zmarszczyła brwi, wcale nie rozumiała, co Jack miał na myśli. Patrzyła, jak wyciągnął z torby złoty znicz, który złapała podczas pierwszego zadania.
— Może w ten sposób coś się dowiemy... musisz go złapać prawą ręką.
— Co to za różnica, lewa ręka czy prawa... — mruknęła, zerkając w stronę zagniewanej bibliotekarki.
— Spróbuj.
Elsa westchnęła, ale zgodziła się na ten idiotyczny test. Złapała znicz i poczuła w palcach mrowienie. Popatrzyła na piłeczkę i nagle wystawała z niej malutka karteczka. Spojrzała na Jacka, którego oczy wręcz błyszczały z ekscytacji. Wyciągnęła karteczkę i z szybko bijącym sercem zaczęła ją rozkładać. Na rozłożonym pergaminie widniało mnóstwo symboli.
— Runy.


~*~*~*~

Dobry wieczór!
Ogólnie teraz w opowiadaniu jest małe zamieszanie z półpauzami, pauzami, łącznikami i powoli to naprawiam... Myślę, że za jakiś tydzień powinna unormować się sprawa z tym ;)
Pozdrawiam!


8 komentarzy:

  1. <3 Uwielbiam czytać to co piszesz XD chciałabym kiedyś mieć chociaż część takiego talentu jak ty :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział zajebisty!^-^ Dlaczego zawsze kończysz w takim momencie?XD Zgadzam się z osobą powyżej ;P c: Weeeeeeeeeeeny!Zniecierpliwoina czekam na nexta!<3

    OdpowiedzUsuń
  3. Taa, i tradycyjnie kończysz w takim momencie! Seriously!?
    Mam nadzieję, że Jack zaprosi Else.
    Czekam na next i weny❄

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale szybko ! ^^ Chyba masz wenę twórczą c: Jak zwykle cudowne <3 Dlaczego wszyscy chcą, żeby Jack zaprosił Elsę? Czy to nie byłoby zbyt schematyczne, a tym samym nieciekawe dla fabuł? No proszę państa! C:

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale szybko ! ^^ Chyba masz wenę twórczą c: Jak zwykle cudowne <3 Dlaczego wszyscy chcą, żeby Jack zaprosił Elsę? Czy to nie byłoby zbyt schematyczne, a tym samym nieciekawe dla fabuł? No proszę państa! C:

    OdpowiedzUsuń
  6. Cudowny rozdzial! Masz wspaniały talent ^^ ktorego ci zazdroszczę.... ja pisze jak jakies dziecko; --; nie wazne...... Nie mogę się doczekac nexta!

    OdpowiedzUsuń
  7. Idealny rozdział ❤❤❤
    Czekam na next ❤❤

    OdpowiedzUsuń
  8. Ale moment na przerwanie -.-
    Merinda jest genialna, a szczególnie jej teksty! Uwielbiam ją :D
    Pozdrawiam
    Arcanum Felis

    OdpowiedzUsuń