sobota, 19 marca 2016

Rozdział XV — Chimery, marchewki, wyrwane strony i demoralizacja

Jack uniósł głowę, gdy zobaczył chmarę ptaków wlatujących do Wielkiej Sali. Zwierzęta krążyły pod sufitem przypominającym zachmurzone niebo.
— Jest twoja sowa — zwrócił się do Czkawki Jack, przeżuwając wolno kanapkę.
Czkawka zadarł wysoko brodę i zmrużył wodniste oczy. Wypatrywał swojej sowy, niechcący wkładając łokieć do miski z owsianką. Jack, jako dobry przyjaciel, nie miał serca poinformować Czkawkę o tym.
Przed Gryfonem, trzepocząc dumnie skrzydłami, wylądował duży, brązowy puszczyk — jedna ze szkolnych sów — ściskający w dziobie małą kopertę. Jack przez chwilę zastanawiał się, czego to ptaszysko chciało od niego. Zorientował się, że mógł otrzymać list od mamy nieco wcześniej niż zazwyczaj. Odebrał kopertę od sowy i pogłaskał zwierzę. Puszczyk zmierzył Gryfona przeciągłym spojrzeniem i odleciał. Najwidoczniej to niewdzięczne ptaszysko liczyło na jakiś przysmak.
— Gdzie ty ją niby widziałeś? — spytał Czkawka, który ciągle trzymał łokieć w owsiance i dalej nie wiedział, gdzie jest jego sowa.
Jak na zawołanie, coś pacnęło do miski Krukona. Owsianka chlupnęła i wylądowała na Czkawce. Dało się słyszeć ciche, szydercze śmiechy. Czkawka westchnął żałośnie, gdy jego płomykówka przysiadła na blacie przed chłopakiem i spojrzała się niewinnie żółtymi oczyma.
— Nie licz na to, że cokolwiek dostaniesz — wybełkotał Krukon.
Wyciągnął z miski paczuszkę żałośnie ociekającą mlekiem. Ptak zmrużył oczy. Może czuł się niesprawiedliwie potraktowany, bo nie dostał nagrody za przyniesienie paczki. Odleciał, uderzając przy tym Czkawkę skrzydłem. Krukon sięgnął po serwetki i próbował doczyścić swoją szatę.
— Głupi ptak — burczał pod nosem. — Nie ma to jak zrzucanie paczki z kilku metrów...
Jack postarał się zdusić uśmiech próbujący pojawić się na jego twarzy. Gryfon rozpakował kopertę, słuchając, jak Czkawka klnie na niezdarną płomykówkę.
Jack powoli czytał list. Po raz pierwszy od dawna jego mama nie dodała uwagi, że jeśli chociaż raz jeszcze nauczyciele się poskarżą, to osobiście porachuje mu kości. Jack uznał brak upomnienia za dziwne. Może takie ostrzeżenie nie pasowało matce do życzeń świątecznych.
— O, nie... — mruknął Czkawka, czytając swój list.
— Co się stało? — spytał Jack.
— Co? Nie, nic, n-nic — zmieszał się Krukon. — Totalnie nic.
Zmiął kartkę i wcisnął ją do kieszeni, a Jack był pewny, że przyjaciel nawet nie skończył czytać. Czkawka zgarnął z blatu opakowanie pikantnych ślimaczków, które znajdowały się w przesłanej paczce.
— Ojciec znowu ci truje? — zapytał Jack bez ogródek.
Czkawka zagryzł wargę i podrapał się po nosie. Kręcił młynka palcami, robił to zawsze, kiedy coś go stresowało.
— N-nie — odpowiedział głucho. Gryfon nie miał wątpliwości. Jego przyjaciel skłamał. — Po prostu mój ojciec... — westchnął głośno. — Sam wiesz, jaki on jest.
Czkawka przełknął ślinę i zacisnął usta.
— Zapomniałem czegoś z dormitorium. Skoczę tylko po to... spotkamy się na lekcji.
Wstał z krzesła gwałtownie, prawie je przewracając.
— Stary, co się stało? — krzyknął Jack.
Czkawka już był w połowie drogi do wyjścia.
— Zobaczymy się na opiece przed magicznymi stworzeniami! — odparł Krukon, nie patrząc przed siebie, przez co potrącił jakąś Puchonkę — och, przepraszam.
Jack zastanawiał się, czemu list tak bardzo zestresował Krukona. Chodziło o ojca, zawsze chodziło o niego. Tata Czkawki był hodowcą niebezpiecznych stworzeń magicznych, wyrabiał także z nich różne rzeczy. Był największym wytwórcą wyrobów ze smoków, w swojej ofercie miał rzeczy typu rękawiczki z ich skóry, breloczki z gałek ocznych, noże z zębów, napoje z glutów (fuj) i wiele innych. Czkawka uważał fuchę ojca za najgorszą na świecie, bo kochał magiczne stworzenia, nawet te najbardziej krwiożercze i niebezpieczne. Nie trudno się domyślić, że jego relacje z ojcem były dość napięte.
Jack wyszedł z Wielkiej Sali jeszcze przed zakończeniem przerwy, ale i tak spóźnił się na lekcję. Długo przekonywał profesor Claudis, że nie z własnej woli stawił się na zajęciach po dzwonku.
— I te schody ciągle nie chciały wpuścić mnie na piętro — tłumaczył się Jack — a kiedy byłem już prawie na miejscu, skręciły i musiałem iść naokoło... i potem znowu wszedłem na schody i nie zgadnie pani, co się stało...
Zrobił pauzę, a nauczycielka mierzyła go znużonym spojrzeniem.
— Znowu nie chciały mnie puścić na piętro! — odparł, udając oburzenie.
Klasa parsknęła śmiechem, tylko ze strony, gdzie siedzieli Ślizgoni ktoś mruknął ciche żałosne.
— Siadaj, Frost — westchnęła zrezygnowana profesor Claudis.
Jack, uśmiechając się pod nosem, ruszył w stronę trzyosobowej ławki na końcu sali, gdzie siedzieli Czkawka i Merida. Gryfon nieco się zdziwił, bo gdy tylko zajął miejsce, przerwali między sobą cichą, ale żywą wymianę zdań. Zupełnie jakby rozmawiali o czymś w tajemnicy i nie chcieli, aby Jack o tym się dowiedział. Merida rzuciła Czkawce spojrzenie w stylu obgadamy to potem i zacisnęła usta. Krukon zgarbił się i zajął się skrobaniem po pergaminie, chociaż nauczycielka nie kazała robić notatek.
— O co chodziło z tym listem? — spytał Jack półgłosem, wyjmując rzeczy z torby.
Czkawka chyba go nie dosłyszał. Merida chrząknęła i trąciła Krukona w ramię.
— Z listem? Jakim listem? — wymamrotał Czkawka.
— Tym od ojca — odparł Jack.
Czkawka zrobił taką minę jakby dostał olśnienia.
— O to ci chodzi! To tylko głupoty...
— Nie gadaj, że to jakieś głupoty, wyglądałeś jakby ktoś ci kazał zabić bazyliszka — odparł Jack.
— Jack, to tylko głupota — powiedziała Merida, głos miała całkowicie poważny. — Prawda, Czkawka?
Czkawka pokiwał głową.
— Dokładnie — potwierdził.
Nagle coś mocno zaświeciło przed Jackiem, prawie go oślepiając. Merida pomrukiwała coś niezadowolona, a on zaczął rozcierać oczy. Kiedy znów je otworzył, widział mnóstwo kolorowych plamek.
— Jakie wrażenie po bliskim spotkaniu z błędnym ognikiem? — spytała nauczycielka surowym tonem. — Może ostatnia ławka zechce opowiedzieć nam, jak mogłoby się zakończyć konfrontacja z dorosłym ognikiem? Może panienka Brave.
Jack odetchnął z ulgą. Pośród wirujących kolorowych plam dostrzegł Meridę powoli podnoszącą się z ławki. Reszta klasy zwróciła się w ich stronę. Gryfon widział coraz wyraźniej, ale to oznaczało jednocześnie, że ujrzał skwaszoną minę nauczycielki i marny wyraz twarzy Meridy, która próbowała odpowiedzieć na pytanie.
— Wtedy one wybuchają... i... nie — zacięła się na sekundę, zadudniła palcami w stół — lub... eee...
Spojrzała błagalnie po klasie, kilka osób poruszało bezgłośne ustami, ale nie dało się z tego nic wyczytać. Niektórzy unieśli dłonie w górę. Czkawka patrzył na rudą takim wzrokiem, jakby liczył na to, że pozna po jego wzroku prawidłową odpowiedź.
Jack chciałby jakoś pomóc, ale nawet nie wiedział, jaki był temat lekcji, więc wbił wzrok w ławkę, modląc się, aby profesor Claudis dała spokój Meridzie i nie wpadła na pomysł, aby zapytać również i jego.
— Eee... — wymamrotała Merida. — Wybuchają...
— Może pan Frost uratuje honor domu lwa? — zaproponowała nauczycielka.
Jack najchętniej odparłby: Nie, Jack Frost nie jest człowiekiem od ratowania honoru, jednak wstał niezgrabnie, bo musiał odpowiedzieć. Nagle w jego głowie pojawiła się pustka jakby umysł wyparował w ciągu jednej sekundy.
— Jakie było pytanie? — wymamrotał.
Kilka ławek przed nim parsknęło śmiechem, chociaż jemu raczej do śmiechu nie było.
— Dorosłe ogniki — odparła chłodno nauczycielka. — W jaki sposób zachowałby się dorosły ognik, gdybyś był na tyle głupi i się do niego zbliżył?
Jack nie znalazł w pustce, która panowała w jego głowie niczego, co mogłoby mu pomóc. Otworzył usta, aby cokolwiek powiedzieć, ale jedyne, co wymyślił, to nieprzytomne eee. Rozejrzał się po klasie, wszyscy gapili się na niego. Niektórzy chyba próbowali podpowiedzieć, ale kilka osób miało na twarzy kąśliwe uśmieszki.
Profesor Claudis pokręciła głową wyraźnie niezadowolona.
— Proszę, panie Kelly — skinęła głową w stronę Adriana, chłopaka z Gryffindoru.
— Dorosłe błędne ogniki znikają, kiedy się do nich zbliży... czasem pojawiają się w pewnej odległości, aby dalej wabić ofiarę...
— I właśnie o ten banał mi chodziło — westchnęła zrezygnowana profesor Claudis. — Brave, Frost, napiszecie na za tydzień wypracowanie na dwie rolki pergaminu na temat sposobu, w jaki sposób błędne ogniki mącą w głowach ludziom. Radziłabym się zastanowić nad waszymi ocenami przed konsultacjami z opiekunami domów. Siadajcie.
Jack i Merida opadli na krzesła. Gryfon nie wiedział, o jakie konsultacje chodziło nauczycielce, ale niezbyt obchodziło go to w tamtym momencie. Czkawka — prymus w opiece nad magicznymi stworzeniami — zaczął brzęczeć im za uszami, jak bardzo łatwa była odpowiedź.
— Och, jeśli tak bardzo dobrze czujesz się w tym temacie, to napisz wypracowanie za mnie, skoro ten temat jest dla ciebie taki łatwy — syknęła Merida w stronę Krukona i odkręciła zdenerwowana kałamarz.
Ruda zacisnęła usta, przyciskając pióro mocno do pergaminu, napisała temat.
Nie odezwała się do końca lekcji.
Jack próbował wyrwać od Czkawki, co takiego niepokojącego było napisane w tajemniczym liście, ale Krukon dalej twierdził, że to głupoty. Gryfon uznał, że musi puścić w zapomnienie tę sprawę. Sam już nie wiedział, może tylko mu się wydawało, że przyjaciel zdenerwował się przy odbiorze poczty.
Na szczęście dla chłopców, Merida wróciła z wróżbiarstwa w lepszym humorze. Potem, razem z Roszpunką, przetrwali kolejne lekcje bez zbędnych dodatkowych wypracowań.
Ostatnimi zajęciami tego dnia była historia magii prowadzona przez najbardziej uwielbianą nauczycielkę w Hogwarcie. Profesor Ambler jako jedyna profesorka pracowała na dwa etaty, ponieważ nauczała latania oraz historii magii. Mogła mieć nieco ponad dwadzieścia lat, choć nikt w otoczeniu Jacka nie wiedział, ile dokładnie. Wyglądała jednak dość młodo; wystarczyłoby, aby profesor Ambler założyła szatę szkolną i można wziąć ją za uczennicę szóstej lub siódmej klasy. Ubierała się zazwyczaj w barwne szaty przystrojone piórami. Wielu uczniów rozpływało się, wspominając jej fioletowe oczy, uśmiech, różowawą twarz.
— Dzień dobry — powiedziała głośno nauczycielka historii magii, gdy stanęła za swoim biurkiem.
Czkawka bąknął coś i zaciągnął Jacka na koniec sali jak najdalej od wzroku profesor Ambler. Usiedli w ostatniej ławce, a za nimi znajdował się tylko regał ze starymi, okurzonymi księgami. Czkawka nerwowo zagryzał wargę, czasem rzucając zaniepokojone spojrzenia w stronę nauczycielki. Jack zauważył, że jego przyjaciel zachowywał się tak dziwnie na historii magii od około miesiąca, nie wiedział jednak, czemu Krukon zmienił swoje nastawienie do tego przedmiotu. Gryfon pomyślał, że może problemem nie była sama historia magii, a profesor Ambler.
Nauczycielka zabrała się za czytanie listy obecności, a kiedy wyczytała nazwisko Haddock, Czkawka o mało nie dostał zawału. Skulił się w ławce.
— Jestem — wymamrotał.
Reszta lekcji upłynęła w miarę zwyczajnie, nie licząc oczywiście Czkawki, który wyglądał jakby go mdliło.
Zabrzmiał gong oznajmiający koniec kolejnej godziny lekcyjnej. Już sekundę po nim z korytarza dobiegała wrzawa, która stawała się coraz głośniejsza.
— Pamiętajcie o pracy domowej — przypomniała profesor Ambler — do widzenia!
Nauczycielka zaczęła zbierać zabytkowe papirusy, które pokazywała uczniom na dzisiejszej lekcji. Jack zbierał notatki do torby, myślami będąc już w cichej, nudnej bibliotece razem z Elsą Vintersen. Czkawka pakował powoli i mechanicznie swoje rzeczy, wlepiając oczy w profesor Ambler. Uczniowie powoli opuszczali klasę historii magii, Merida i Roszpunka nie poczekały na chłopców.
— Może pani pomóc? — spytał nagle nauczycielkę Czkawka, gdy w klasie pozostało tylko kilka osób. Głos chłopaka był niepewny, kryło się w nim coś na kształt przerażenia. Powtórzył głośniej: — P-pomóc pani?
— Jeśli byłbyś na tyle miły, Czkawko — odpowiedziała nauczycielka, uśmiechając się do speszonego Krukona dobrodusznie.
Czkawka wstał od ławki z niepewnością na twarzy. Przeszedł środkiem klasy do profesor Ambler jakby szedł na ścięcie. Jack zauważył, że przyjacielowi trzęsły się dłonie. Gryfon nie pojmował, czemu Czkawka chciał pomagać nauczycielowi, którego wyraźnie unikał. Stwierdził po chwili, że wypyta o to później. Mając już wszystkie rzeczy spakowane, wyszedł z klasy i ruszył w stronę dormitorium Gryfonów, aby odłożyć torbę, a następnie powlec się na kolejne spotkanie z Elsą.

~*~*~*~

Jack zastanawiał się, czy ma kiepską pamięć. Może umknęło mu ważne wydarzenie, kiedy powiedział coś okropnego? Albo zrobił coś złego? Zawsze chłopakowi wydawało się, że ma dobrą pamięć, ale nie przypominał sobie takiego wydarzenia. Bo oprócz tego, nic logicznego nie przychodziło mu do głowy, co usprawiedliwiało dziwaczne zachowanie jego przyjaciół.
Z dnia na dzień było coraz gorzej.
Czkawka ciągle gadał mu o magicznych stworzeniach, w szczególności o chimerach. Jack wiedział, że przyjaciel się tym interesuje się tym tematem, ale Gryfon miał tego po dziurki w nosie.
Wiesz, że chimery zioną ogniem nawet na dwa metry?... A wiesz, że zamiast ogona chimery mają czterometrowego, jadowitego węża?... Może pożyczyć ci książkę o chimerach?... Ojej, smaczna ta kanapka. Wiesz, że chimery nie przepadają za kanapkami? — Jackowi wydawało się, że Czkawka w ostatnim czasie częściej używał słowa chimera niż własnego imienia.
Merida praktycznie nie odzywała się do Frosta. Chłopak zastanawiał się, czy w ostatnim czasie ją obraził, ale nie mógł odnaleźć takiego wydarzenia w swojej pamięci.
Roszpunka nieco później niż Merida i Czkawka zmieniła swoje nastawienie do Jacka, ale ona wydawała się najbardziej nieznośna. Ciągle patrzyła na Gryfona jak zagłodzonego, pobitego szczeniaka. Chłopak jeszcze mógłby sobie wmówić, że tak mu się tylko wydaje, ale zachowania Roszpunki nie sposób było zignorować. Długowłosa pilnowała, aby jadł regularnie, mył ręce przed posiłkiem, wrzeszczała na niego, kiedy nie nosił czapki na dworze — jakby została jego drugą matką. Oprócz tego dziewczyna ciągle powtarzała, jak bardzo się cieszy, że się przyjaźnią i aby na siebie uważał.
Jackowi wydawało się, że przyjaciele mają jakąś wspólną tajemnicę, której nie mogą mu zdradzić. Ale, z drugiej strony, zawsze mówili sobie o wszystkim, więc, czemu mieliby teraz, po tylu latach znajomości, coś ukrywać?
Jack jakoś dotrwał do ostatniego dnia zajęć. Właśnie jadł obiad, wysłuchując czkawkowego wykładu o chimerach. Roszpunka próbowała pokroić warzywa na jego talerzu.
— Jestem dużym chłopcem i sam umiem pokroić marchewkę. — Jack zwrócił się do Roszpunki nieco poirytowany.
Dziewczyna spojrzała na niego z politowaniem jak na urwisa, który nie rozumie matczynej troski. Gryfon tylko wywrócił oczami. Roszpunka zabrała widelec i nóż na swój talerz.
— Wiesz, że marchewki... — zaczął Czkawka.
— ... są alergenem chimer lub przysmakiem? — wtrącił Jack.
Merida i Czkawka wymienili spojrzenia. Jack już miał dość ich porozumiewawczych spojrzeń. Zaczął wyjadać tłuste kiełbaski ze swojego talerza.
— Zjadłeś już chyba z sześć kiełbasek, wiesz, ile to jest tłuszczu? — spytała Roszpunka. — Chyba nie myślisz, że zjesz to ciasto na obiad? Zemdli cię...
— Och, coś mi się przypomniało! — Czkawka podskoczył na krześle. — Wymiociny chimer...
Jack nie wytrzymał. Odsunął głośno krzesło, rzucił sztućce na talerz z niedokończonym posiłkiem. Chłopak wytarł tłuste palce o serwetkę i zarzucił torbę na ramię. Towarzyszyły mu zdumione spojrzenia przyjaciół.
— Gdzie ty idziesz? — spytała Merida.
— Do biblioteki — palnął. Z niewiadomych przyczyn to miejsce jako pierwsze przyszło mu do głowy.
Wyszedł z Wielkiej Sali i pokręcił głową. Wziął głęboki wdech. Wiedział, że zareagował trochę zbyt gwałtownie, ale miał już dość zachowania swoich przyjaciół. Próbował rozmawiać z nimi na inne tematy, ale oni nie potrafili zamknąć działu chimery, troskamilczenie. Jack uznał, że nie wróci na śniadanie po swoim wielkim, dramatycznym wyjściu, bo byłoby to wręcz komiczne. Zastanawiał się, dokąd może pójść, aby przeczekać pozostałą część przerwy. Nie uśmiechało mu się czekanie na eliksiry w zimnych, ciemnych, zatęchłych lochach.
Szedł na oślep przez korytarze. Wkroczył w aleję portretów przedstawiających starożytnych czarodziei i czarownice. Podobizna Kirke łypała na niego z politowaniem i szeptała coś na ucho namalowanej Medei. Jakiś stary druid warzył swój eliksir, dodając do mieszaniny kolejne składniki.
— Och, patrz, idzie druga reprezentantka! — szepnęła Kirke do Medei. — Ja, na jej miejscu, już dawno zamieniłabym tego chłopaka w żałosną, ubłoconą świnię...
Jack odwrócił się, już miał odpowiedzieć coś ohydnego tej namalowanej paniusi, ale zauważył Elsę, która wyszła zza węgla. Porzucił odpowiedzenie Kirke, żeby uważała, bo ktoś może domalować jej wąsy.
Elsa w rękach ściskała kilka książek, w jednej z nich Jack rozpoznał tę, którą dziewczyna przeglądała podczas ich ostatniego spotkania w bibliotece. Chłopak napotkał spojrzenie chłodnych niebieskich oczu Krukonki. Dziewczyna wyraźnie przyśpieszyła kroku, idąc ku niemu. Brwi miała ściągnięte, usta zaciśnięte. Jack dostrzegł to, że była zdenerwowana. Gryfonowi wydawało się, że go szukała. Kiedy do niego podeszła, odkrył, że miał racje.
— Coś się stało? — spytał.
Elsa rozejrzała się po korytarzu, po którym kręciło się kilkoro uczniów, wyraźnie wypatrując kogoś.
— Musimy się spotkać. Jak najszybciej. Od razu po lekcjach — powiedziała Elsa, dodając potem z naciskiem: — Nie w bibliotece.
— Jasne — odparł Jack, nieco zdziwiony tym, co powiedziała. — Tylko gdzie?
Elsa przez chwilę myślała. Jack zauważył, że wyglądała dość uroczo, gdy się zamyślała.
O czym ty w ogóle myślisz... — doprowadził się szybko do porządku. — Ona wygląda całkiem zwyczajnie, kiedy się zastanawia.
— Od razu po eliksirach. Na pewno nie w bibliotece — powtórzyła Elsa. — W jakimś ustronnym miejscu, gdzie nie ma wielu osób. Gdzie nikt nie podsłucha.
Jack zdziwił się, czemu dziewczyna postawiła takie wymagania.
— Może w Wielkiej Sali? — zaproponował chłopak, uświadamiając sobie, że to niedobry pomysł.
— Za dużo ludzi. Zawsze ktoś tam się kręci. A szczególnie ci z Durmstrangu i Beauxbatons — odparła Elsa.
— Błonia?
— Jeśli tobie nie przeszkadza dwadzieścia stopni na minusie...
Faktycznie, pomysł z pójściem na błonia nie był taki doskonały. Chłopak prześledził w głowie listę ciepłych, cichych i takich, gdzie nie kręcą się żadni uczniowie. Jack przypomniał sobie pomieszczenie, które spełniało to standardy. Było kiedyś klasą historii magii, jednak odkąd chłopak zaczął naukę, ani razu nie odbyły się tam żadne zajęcia. Nawet woźny tam nie zaglądał.
— Stara sala historii magii — powiedział Jack — nikt tam nie wchodzi od lat... chyba ostatnio zaglądaliśmy tam ja i Merida na pierwszym roku.
— Po co wy tam zaglądaliście? Dobra, nieważne. A nauczyciele? Nie wolno być w klasach, gdy nie ma w nich nauczycieli — odpowiedziała Elsa.
Jack spodziewał się, że dziewczyna użyje argumentu nauczyciele zakazali.
— Tam od lat nikt nie wchodzi, nawet woźny — zapewnił chłopak.
Elsa zagryzła wargę. Najwyraźniej trudno jej było walczyć ze swoją naturą Strażniczki Regulaminu. Dla Jacka złamanie zasad nie stanowiło problemu, nie rozumiał więc, jak można tak mocno się tego obawiać.
— Niech będzie — westchnęła — jeśli nie ma innej możliwości. Od razu po lekcjach — przypomniała.
Po tych słowach odeszła, mrucząc coś pod nosem. Na pewno miała do siebie wyrzuty sumienia za to, że chociaż pomyślała o złamaniu regulaminu.
Oj, sprowadzam ją na złą drogę — pomyślał Jack zadziornie i stwierdził, że najwyższa pora pójść pod klasę znienawidzonych eliksirów.

~*~*~*~

Jack wyciągnął różdżkę zza pazuchy. Wycelował nią w zamek starych, drewnianych drzwi. Elsa rozejrzała się po korytarzu, po plecach przeszły ją ciarki. Włamywanie się do zamkniętej klasy stanowczo się jej nie podobało. Gdyby ktoś ich teraz ujrzał, dziewczyna chyba zapadłaby się pod ziemię. Jednak na korytarzu byli tylko ona i Jack.
— Alohomora — wypowiedział zaklęcie Jack.
Rozbłysło słabe, mętne, niebieskie światło. Z zamku drzwi dobiegła seria ciężkiego, mozolnego stukania. Jack schował różdżkę do kieszeni, a Elsa zauważyła na jego twarzy słaby uśmiech, wcale niepasujący do sytuacji. On uśmiechał się tak często, że dziewczynie wydawało się to wręcz niemożliwe.
Chłopak nacisnął starą klamkę mocno, a potem naparł na drzwi. Zawiasy zaskrzypiały głośno i piskliwie, echo zwielokrotniło ten okropny dźwięk.
— Panie przodem — powiedział Jack beztroskim tonem, wydawało się, że tak naprawdę wcale nie zależało mu na byciu uprzejmym.
Dziewczyna pierwsza wkroczyła do ciemnej klasy, w której kiedyś nauczano historii magii. Odetchnęła zimnym, zatęchłym powietrzem. Nie sądziła przedtem, że w Hogwarcie są jeszcze miejsca, do których nikt nie zagląda przez tyle lat. Gdy Elsa zaczęła przeszukiwać kieszenie w poszukiwaniu różdżki, Jack zamknął za sobą drzwi, pogrążając klasę w totalnym mroku.
— Lumos — powiedział.
Na końcu jego różdżki zapłonęło jasne, żywe błękitne światło, rzucając niesforne błyski na jego twarz. Znalazłszy różdżkę, Elsa poszła w ślady Jacka.
— Lumos — wypowiedziała formułkę.
Teraz i na końcu jej różdżki znajdowało się źródło bladoniebieskiego światła. Spojrzała na szarą podłogę. Nie, nie była szara. Elsa dostrzegła odciśnięte ślady swoich butów i zorientowała się, że na drewnianej posadzce znajdowała się gruba, nagromadzona przez miesiące lub nawet lata warstwa kurzu. Elsa rozejrzała się. Okna pozasłaniano ciężkimi, grubymi kotarami. Ławki były popisane, ich brzegi wyszczerbione, nogi niektórych powyłamywano, na blatach zbierał się brud. Większość krzeseł, poukładanych jedno na drugim, nie nadawało się do siedzenia. W kącie sali na metalowym stojaku powieszona była stara, pożółkła, wyblakła mapa. W zupełnie innej części klasy stał jakiś duży przedmiot przykryty płachtą. Przy ścianach stały poukładane w stosy rozsypujące się książki. Całe to pomieszczenie wyglądało dość żałośnie, ale Elsa poczuła dziwną ochotę, aby zaopiekować się nim; wysprzątać, ponaprawiać wyposażenie, odsłonić okna, pozwalając, aby księżycowy blask wpadł po klasy. Dać mu nowe życie.
Nie mieli jednak czasu na sprzątanie opuszczonych sal czy cokolwiek w tym stylu. Elsa podeszła do drzwi i stuknęła w zamek. Brzdęknęło. Była pewna, że nikt ich nie podsłucha, przynajmniej przez jakieś kilka minut.
— Po co to zrobiłaś? — spytał Jack.
— Wymyśliłam to zaklęcie, ale jest nietrwałe — wyjaśniła. — Nikt nas nie usłyszy, przynajmniej przez kilka minut.
Elsa wiedziała, jak dziwnie to wyglądało. Ona i Jack zamknięci w opuszczonej sali, na którą rzucono zaklęcie wyciszające. Temat do plotek idealny. Pamiętała, jak szkoła huczała, gdy dwa lata temu ówcześni prefekci naczelni — Albert Long i Angelina James — zostali przyłapani na całowaniu się w zamkniętej klasie. Nauczyciele wyprawili im okropne kazanie, a temat ich spotkania w pustej sali nie schodził z ust pozostałych uczniów przez długi czas. Oczywiście Elsa nie miała zamiaru nawet rozmawiać na temat inny niż turniej, ale wiedziała, że niektórzy potrafią ubarwić różne historie. Postanowiła się tym nie przejmować, tylko przejść do rzeczy.
Dziewczyna podeszła do najbliższej ławki, która wydawała się zarazem najstabilniejszą. Krukona wyciągnęła z torby dwie książki i położyła je na blacie. Jack podszedł bliżej i przyjrzał się uważnie.
— Przyprowadziłaś mnie tutaj, aby pokazać mi książki? Możemy czytać w bibliotece, a nie czaić się po klasach — powiedział z wyrzutem.
Elsa pokręciła głową, nie mogła go winić za to, że jeszcze nie wiedział. Otworzyła jedną książkę — Najbardziej utajnione z utajnionych — od razu wyszukując odpowiednią stronę. Chociaż, tak właściwie, brak stron. Resztki powyrywanych kartek.
— Książka z wyrwanymi kartkami — powiedział Jack odkrywczym tonem. — Naprawdę, możesz mi nie wierzyć, ale to się czasem zdarza, nie wszyscy ubóstwiają książki.
Elsa postanowiła, że lepiej będzie, jeśli szybko przejdzie do wyjaśnień, bo raczej nie zniesie jego bezpodstawnego nabijania się.
— Pamiętasz, jak byliśmy ostatnio w bibliotece? — spytała.
Jack spojrzał na nią jakby zadała mu wyjątkowo trudne i podchwytliwe pytanie. Pokiwał powoli głową.
— Byli tam również Lavrans i Samund, prawda? — kontynuowała dziewczyna.
Jack znowu pokiwał głową, zachowywał się jak na jakimś przesłuchaniu. Dalej się niczego nie domyślał, Elsa widziała to po jego wyrazie twarzy.
— Czytaliśmy te dwie książki, znaczy się, ja czytałam te dwie, ty inne. Pamiętasz, co powiedziałam kilka minut przed tym, jak wyszliśmy z biblioteki?
— Na brodę Merlina, dziewczyno, chyba muszę sobie zacząć robić notatki z naszych spotkać — jęknął Jack.
— Powiedziałam wtedy, że w tych dwóch książkach możemy znaleźć rozwiązanie — wytłumaczyła cierpliwie. — Odnieśliśmy je potem do bibliotekarki, ponieważ żadne z nas nie mogło ich zabrać do siebie, mieliśmy już limit książek na koncie. Dzisiaj rano przyszłam do biblioteki, aby wypożyczyć te księgi. — Pokazała na Najbardziej utajnione z utajnionych. — W tej były wyrwane strony. To przecież oczywiste!
Jack wlepiał w nią niezbyt inteligentne spojrzenie. Miała wrażenie, że trybiki w jego mózgu nawet nie działają powoli, tylko stoją w miejscu. Spojrzał na książkę.
— Nie bardzo rozumiem — przyznał.
Elsa westchnęła i przeszła kilka kroków.
— Kiedy ostatnio byliśmy w bibliotece, Samund i Lavrans musieli nas podsłuchać. Dziś rano wypożyczyłam te książki, a gdy chciałam oddać, bibliotekarka oskarżyła mnie o to, że sama wyrwałam te strony. Żeby ją przekonać, udało mi się dostać historię wypożyczania. Samund i Lavrans wypożyczyli te księgi zaraz po naszym ostatnim spotkaniu w bibliotece i oddali tego samego wieczora.
Oparła się o ławkę i patrzyła na Jacka w oczekiwaniu. Wyglądało na to, że powoli łapał, jednak Elsa kontynuowała:
— W Symbolach i runach nic nie znaleźli, więc oddali ją w nienaruszonym stanie. W Najbardziej utajnionych z utajnionych musieli coś znaleźć, coś, co pomoże im rozwiązać wskazówkę. Dlaczego wyrwali strony, a nie, na przykład, przepisali to, co może im pomóc? Bo nie chcieli, abyśmy się dowiedzieli, jak rozwikłać zagadkę. O wiele lepiej walczyć z kimś, kto nie jest przygotowany do zadania.
Skończyła i poczuła suchość w gardle po dłuższym mówieniu. Jack otworzył szerzej oczy.
— Czyli... oni mają już rozwikłaną zagadkę ze znicza? — zapytał niepewnie.
Elsa wolałaby powiedzieć, że nie rozwikłali, ale skłamałaby. Pokiwała potwierdzająco głową.
— Teraz nie mamy czego szukać w bibliotece — domyślił się Jack. — Skoro do tej pory nie wrócili do biblioteki po coś jeszcze, to znaczy, że znaleźli... — Ścisnął dłoń w pięść. — Nie mamy czego szukać.
Sfrustrowany spojrzał na blat stołu tak, jakby chciał w niego rąbnąć z całej siły. Powstrzymał się o tego i ograniczył do włożenia dłoni w kieszenie. Elsa czuła się podobnie jak on. Tak bardzo się starali i przez własną nieuwagę stracili możliwość rozwiązania zagadki...
Nagle w głowie Elsy zaświtała myśl. Niepewna, ale szalona. Widmo samobójczego planu, tak niebezpiecznego, że mogą ich nawet wywalić ze szkoły albo gorzej!
— Nie możemy odpuścić — powiedziała Elsa gorzko. — Nie teraz. Musimy odzyskać te strony i dowiedzieć się, co nas czeka w drugim zadaniu.
W oczach Jacka pojawił się dziwny błysk, który przypominał blask ognia.
— Czy ty chcesz ukraść im te strony?
— Odzyskać — poprawiła go Elsa. — To oni je ukradli, wyrwali ze szkolnej książki.
— Nie chciałbym cię rozczarować, ale oni raczej nie będą nosić tego świstka w dłoni, włócząc się po Hogwarcie — powiedział Jack.
Elsa podeszła bliżej chłopaka. Obok niepokoju, czuła determinację, aby odzyskać wyrwane strony. Pragnęła dowiedzieć się, co ich czeka, nie iść na drugie zadanie bez przygotowania. Musieli uzyskać rozwiązanie, nawet jeśli złamią przy tym regulamin. Elsa nie poznawała samej siebie. 
— Wiem, wiem. Myślisz, że tego oczekuję? Pewnie ukryją to na swoim statku — powiedziała dziewczyna.
— Czy ty chcesz włamać się na statek Durmstrangu, odnaleźć pokój Lavransa i Samunda, ukraść te strony oraz złamać regulamin?! — dopytywał uporczywie Jack.
— Tak — przyznała. To słowo ledwo przeszło jej przez gardło.
Jack patrzył na nią jakby oszalała.
— Chyba zaczynam cię demoralizować — powiedział, uśmiechając się nonszalancko.

12 komentarzy:

  1. Jack pomyślał, że Elsa wygląda uroczo kiedy się zamyśla! I do tego ją zdemoralizował! Uwielbiam go.
    Może w drugim zadaniu będą musieli zrobić coś z chimerą? Albo ze smokami? Mam nadzieję, że im się uda, bo inaczej będzie nieciekawie. W ogóle najpierw muszą rozwikłać tę zagadkę ze znicza, ale muszą znaleźć te wyrwane strony, a przecież do tego potrzeba włamać się na statek. Hej, może Elsa załapie jakiś dobry kontakt z którymś z uczniów Durmstrangu? I wtedy coś tam się obmyśli? Ewentualnie może eliksir wielosokowy? Ale jego też trzeba by ukraść, bo przecież chyba nie mają tyle czasu, żeby go uwarzyć.
    Aż mnie skręca z ciekawości.
    Pozdrawiam i weny! ^^
    PS Wiem, że pewnie masz dużo na głowie, ale chciałam się zapytać, kiedy będzie jakiś wpis na Śnieżnej Historii. Strasznie jestem ciekawa dalszych losów Jacka na emeryturze i Elsy, zwłaszcza po wyznaniu dziewczyny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, nie mogę zdradzić, co będzie się działo w kolejnych rozdziałach ;)
      Jeśli chodzi o Śnieżną Historię to zupełnie nie mam pojęcia, kiedy dodam następny rozdział. Pewnie nieprędko, bo jeszcze nie zaczęłam go pisać.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. IDEOLO *-*
    ŻYCZĘ WENY :))
    CZEKAM NA NEXT <33
    POZDRAWIAM XXX

    DIAMOND ;**

    OdpowiedzUsuń
  3. łohoho Elsa schodzi na złą drogę :D ciekawe czy rzeczywiście włamią się na statek?
    Czkawka ewidentnie coś wie... coś mi się zdaje, że drugie zadanie ma jakiś związek z chimerą :)
    Czekam na dalszy ciąg i życzę weny!
    Pozdrawiam
    Arcanum Felis

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję!
      Także pozdrawiam i życzę weny! :)

      Usuń
  4. Ciekawe co z Czkawką... :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten blog , to opowiadanie ... wypełnia mnie determinacją ( takie nawiązanie do Undertale ) <3 weny siostro

    OdpowiedzUsuń
  6. Elsa, ja cię nie poznaję XD Ale w sumie podoba mi się taka zmiana XD
    Rozdział super, czekam na next i weny❄

    OdpowiedzUsuń