piątek, 15 kwietnia 2016

Rozdział XIX — Eskapada

Uchylone w celu przewietrzenia pomieszczenia okno napełniało klasę historii magii mroźnym, ostrym powietrzem. Elsa wysłuchała Jacka uważnie, nawet nie poruszając się na naprawionym przed chwilą krześle. Czuła gęsią skórkę na ramionach, ale nie pomyślała o zamknięciu okna, tylko uważnie łapała każde słowo wypowiadane przez Gryfona, pilnując, aby nic jej nie umknęło. Dziewczyna musiała przyznać, że plan chłopaka był interesujący, ale nieco przerażający.
— Musimy włamać się na ten statek za niedługo... Na gacie Merlina, Elsa, chcesz nas pozamrażać? — Jack wyciągnął różdżkę zza pazuchy i machnął nią w stronę okna, które zamknęło się z trzaskiem. — Musimy włamać się na okręt, gdy będzie pusty.
Elsa podniosła się z krzesła. Nogi mimowolnie ruszyły. Dziewczyna powoli przechadzała się po klasie.
Musimy włamać się na okręt, gdy będzie pusty...
Tylko kiedy nadarzy się taka okazja? Za dnia oraz nocami na pokładzie zawsze była chociaż część delegacji Durmstrangu. Elsa zastanowiła się, kiedy widziała jak najwięcej osób z tamtąd zebranych poza statkiem. Jedyny moment, gdy większość gości z tej szkoły magii nie przebywała na okręcie to zadania turniejowe i uczty... Umysł dziewczyny zaczął pracować na zwiększonych obrotach.
Elsa przystanęła przy krześle, na którym siedziała wcześniej, dłonie wsparła na oparciu.
— Jack, kiedy ma być następna uczta? — spytała; ta błahostka całkowicie wyleciała jej z głowy.
Chłopak przez chwilę przyglądał się Krukonce ze zmarszczonymi brwiami.
— Uczta sylwestrowa — odpowiedział — masz jakiś pomysł na to, prawda?
Elsa nie odpowiedziała na pytanie Jacka. Do uczty sylwestrowej pozostały niecałe dwa dni, dla dziewczyny było to mało czasu. Krukonka powtórzyła w myślach pomysł Gryfona, jak dostać się na statek Durmstrangu. Dudniąc palcami w oparcie krzesła, dodawała kolejne punkty do planu, który został zarysowany przez chłopaka. Najgorsze było to, że musieliby złamać mnóstwo punktów regulaminu...
— Powiedziałeś, że tę twoją... — zaczęła powoli Elsa, pilnując, aby nie zboczyć z odpowiedniego toru myślenia.
— Rozdymkę — przypomniał Jack.
— Tak, Rozdymkę da się łatwo transmutować, prawda?
Jack pokiwał głową, w jego oczach rozbłysły ogniki entuzjazmu.
— Czyli coś wymyśliłaś! — powiedział, szczerze się uśmiechając.
Elsa pokiwała twierdząco głową. Nigdy nie spodziewała się, że ktoś będzie reagował tak entuzjastycznie na to, że wpadła na jakiś pomysł.
Dziewczyna przysiadła na krześle i tym razem to ona przestawiła plan, ale bardziej szczegółowy niż Jacka. Miała gęsią skórkę na ramionach na samą myśl o robieniu tylu złych rzeczy — to nie było przyjemne uczucie. Elsa wiedziała, że zrobią to w dobrej sprawie. Wolała złamać hogwarckie zasady niż ciężko poranić się lub nawet umrzeć podczas drugiego zadania turniejowego.

~*~*~*~

Następny wieczór Jack spędzał z Eliksirami dla zaawansowanych. Nawet bez przekonywań Elsy wiedział, że powinien odrobić prace domowe zanim rozpocznie się kolejny semestr nauki.
Chłopak ślęczał już kolejną godzinę w powoli wyludniającym się pokoju wspólnym Gryfonów. Zajmując miejsce przy stoliku nieopodal kominka, w którym trzaskał wesoło ogień, Jack brnął dalej w pisanie wypracowania na temat trwałych eliksirów.
Jack przejrzał zapisany pergamin, modląc się, aby tyle wystarczyło.
— Rachuj! — Chłopak stuknął różdżką w pergamin.
Na pergaminie ukazał się złoty napis: jedna stopa, pięć i pół cala. Słowa wsiąknęły w papier jakby nigdy się nie pojawiły.
To są chyba jakieś żarty... — pomyślał Jack z frustracją. Miał napisać wypracowanie na dwie i pół stopy pergaminu, zostało mu na to tylko kilka dni.
Z beznadziejną miną zanurzył pióro w atramencie, wpatrując się tępo w to, co do tej pory udało mu się napisać. Nigdy nie lubił pisać wypracowań, ale tego wieczora szczególnie nie miał do tego głowy. Jutro czekało go i Elsę eskapada do okrętu zamieszkanego przez delegację Durmstrangu, więc chłopak nie był w stanie skupić się na pracach domowych. Oprócz tego, ciągle przypominał sobie artykuł z „Czarownicy”. To było niesamowite: niby nikt w Hogwarcie nie czytał takich brukowców, a kiedy napisano o Jacku, to każdy cytował urywki artykułu. Minął dopiero jeden dzień, odkąd wyszedł ostatni numer „Czarownicy”, a już pół szkoły wołało na niego Romeo. Elsa miała gorzej, wiele osób twierdziło, że jest złodziejką chłopców, co nie było zbyt pozytywnym określeniem.
Jack bardzo chciał wyjaśnić sprawę z Meridą. Nie sądził, aby jego przyjaciółka uwierzyła w kłamstwa z gazety, ale nawet nie mógł jej o to nawet zapytać. Merida cały dzień spędzała na graniu w quidditcha z Anną i Edwardem. Jack miał pomysł, aby napisać do Roszpunki, ale list nie doszedłby na czas — długowłosa już byłaby w szkole, gdyby otrzymała korespondencję. Czkawka poszedł z jakąś dziewczyną do Hogsmeade, tak stwierdził Frost, gdy zobaczył kilka godzin wcześniej przez okno, jak przyjaciel w towarzystwie Francuzki kroczył ścieżką prowadzącą do magicznej wioski. Jack nie miał możliwości pogadać z przyjaciółmi. Ten dzień spędził na udoskonalaniu planu z Elsą.
Już czuł dreszczyk emocji. Oczywiście podświadomie obawiał się, że ich złapią, ale potrafił odgonić od siebie te myśli. Elsa najwyraźniej nie posiadała daru odpędzania wizji niepowodzeń. Gdy tylko mówili o ich pomyśle, wyglądała tak, jakby miała zwymiotować. Chłopak ją pocieszał — teoretycznie w regulaminie Hogwartu nie ma punktu zakazującego włamu na statki obcokrajowców. Poza tym Elsa miała zostać w zamku, to Jack miał znaleźć się na pokładzie okrętu.
Gruba Dama otworzyła wejście do dormitorium. Do pokoju wspólnego z ciemnego korytarza wparowały się trzy postacie. Gdy te osoby podeszły bliżej, padło na nie światło płomieni z kominka. Okazało się, że byli to Anna, Merida i Edward, wszyscy drżący z zimna, ale rozmawiający żywo.
— ... Nixon chyba nieźle świętował z Andersenem... Andersen normalnie zataczał się, odprowadzając go do zamku! Dlaczego nie przyszedłeś z nami pograć? — spytał Potter oskarżycielskim tonem, zwracając się do Jacka. — Brakowało nam jednego zawodnika!
— Eliksiry... — westchnął Jack.
Frost nie do końca powiedział prawdę. Owszem, musiał zająć się pracą domową, ale miał inne, poważniejsze powody, dla których nie dołączył do gry w quidditcha. Jack wiedział, że jego przyjaciele grali w jego ulubioną grę, ale starał się o tym nie myśleć, gdy udoskonalał z Elsą plan. Poza tym chłopak nie wiedział, czy Merida nabrała ochoty na pogawędki z nim.
Edward parsknął śmiechem. Potter także nie był asem w eliksirach.
— Jack, udzielałeś tego wywiadu do „Czarownicy”? — spytała Merida, bacznie lustrując chłopaka spojrzeniem.
Edward najwidoczniej uznał, że powinien się wycofać, bo ruszył bez słowa w stronę sypialni chłopców. Anna mięła skraj płaszcza w dłoniach.
— Och, oczywiście — odparł Jack kąśliwie. — Tylko że nie udało mi się powiedzieć więcej niż jedno słowo! A tego wywiadu, w którym mówiłem o dziewczynie marzeń nawet nie udzieliłem!
— Mówiłam ci, Merido. Mój wywiad też zmyśliła! — powiedziała z oburzeniem Anna.
Jack poczuł ulgę, słysząc, że nie tylko jego wypowiedzi Bertha Moore zmyśliła. Przez myśl przeleciało mu, czy Elsa dowiedziała się o tym, że jej siostra tak naprawdę nie powiedziała tego, co było napisane w gazecie. Wpadł na pomysł, że wspomni Krukonce o tym przy najbliżej okazji.
Jack, gdy miał po swojej stronie Annę, rosła w nim nadzieja, że jego przyjaciółka także będzie z nim.
Merida westchnęła ciężko.
— To... może widzimy się potem — wybełkotała Anna i czmychnęła do sypialni dziewcząt, zostawiając Jacka i Meridę samych.
Chłopak miał przeczucie że jego przyjaciółka zaczyna mu wierzyć. Dziewczyna, ściągając płaszcz, podeszła do przyjaciela i usiadła na krześle obok niego.
— Jak ja dorwę tę larwę... zabiję ją, przysięgam! — powiedziała Merida. — Pożałuje, że nazwała mnie twoją dziewczyną!
Może słowa Meridy mogły zabrzmieć obraźliwie, ale Jack wiedział, że dziewczyna nie miała nic złego na myśli.
— Ty chyba... nie obraziłeś się na mnie za to, co powiedziałam na balu? Wkurzyłam się na Czkawkę... też byś się wkurzył na moim miejscu... — przyznała, nawijając kosmyk płomiennorudych włosów na palec jak zawsze, gdy się wstydziła.
— Myślałem, że już nigdy nie przestaniesz mieć focha! — odparł Jack, uśmiechając się z ulgą.
Inne dziewczyny raczej nie lubiły, gdy wypomina im się humory, ale Merida taka nie była. Często zbytnio ponosiły ją emocje, ale zawsze przyznawała się, jeśli przesadziła.
— Tak w ogóle to dzięki za prezent — powiedziała Merida. — Fajnie, że nie był to kolejny grzebień...
— Och, ci, którzy przesłali go tobie na pewno nic nie sugerują... — mruknął Jack.
Merida trzepnęła chłopaka w ramię, a jej poplątane włosy się zakołysały. Między nią a Jackiem było tak jak wcześniej. Tak powinno być!
— Rozwiązałeś już zagadkę? — spytała rudowłosa rzeczowym tonem. — Masz pomysł, z jakim monstrum będziesz walczyć?
— No... jesteśmy blisko rozwiązania... tak średnio. — Jack uśmiechnął się krzywo. — Jeszcze nie zastanawialiśmy się nad tym, co nas czeka... myślisz o jakiś potworach?
— To całkiem możliwe — przyznała Merida, kiwając głową. — W pierwszym zadaniu były miotły, więc w drugim musi pojawić się coś, co cię zje, rozszarpie lub przysmaży, co nie? Musimy chyba pogadać z naszym miłośnikiem milusich zwierzątek.
Jack po raz pierwszy od początku grudnia poczuł, że jego przyjaciołom mija dziwne zachowanie. Merida się nie dąsała i chyba pogodziła z Czkawką, bo zaproponowała rozmowę z nim. Roszpunka w ostatnim liście nie wspominała Jackowi o szaliku...
Rozmawiał z Meridą o głupotach, dopóki w pokoju wspólnym siedzieli inni Gryfoni. Gdy w salonie pozostali tylko we dwójkę, opowiedział o planie włamu na statek Durmstrangu. Dziewczyna wysłuchała tego z diabelskim uśmieszkiem, ciągle wypominając, że Elsie pęknie serce, gdy złamie szkolny regulamin.

~*~*~*~

— Jack, jesteś pewien, że ktoś tędy przejdzie? — upewniła się ponownie Elsa.
— Na gacie Merlina, Elsa, tak, jestem pewien! — syknął Jack, wychylając głowę na korytarz.
Westchnęła głośno, ale ucisk, który czuła w klatce piersiowej, dalej nie zniknął. Tyle rzeczy mogło pójść źle i zakończyć się dla nich katastrofą! Poczucie winy już przygnębiało dziewczynę. Włamywanie się na statek było stanowczo nieodpowiednie.
— Ktoś idzie! — powiedział Jack półgłosem pełen podniecenia — pamiętaj, wczuj się w rolę!
Chłopak schował się za ścianę i przywarł do niej plecami.
Niech Rozdymka zadziała, błagam niech to zadziała... — powtarzała Elsa, chociaż z drugiej strony nawiedzały ją inne myśli: — Niech nie zadziała, nie będziemy mieli kłopotów, wrócimy na ucztę... i zginiemy podczas drugiego zadania.
Zacisnęła mocno powieki, wyobrażając sobie, co teraz dzieje się na prostopadłym korytarzu. Biedny, niewinny, przypadkowy uczeń Durmstrangu, który wpadł w sidła dwójki zdesperowanych Hogwartyczków, sięga po Rozdymkę transmutowaną w drogo wyglądający pierścień i...
Huknęło głośno. Ten huk nie był wyobrażeniem Elsy, tylko rzeczywistym odgłosem. Rozległ się zduszony jęk. Dziewczyna otworzyła oczy, biorąc głęboki wdech dla rozluźnienia. Ruszyła w stronę korytarza, gdzie został zaatakowany uczeń Durmstrangu. Powtarzała sobie, że ma wyglądać naturalnie.
Wyszła na korytarz i od razu zobaczyła obcokrajowca wijącego się pod ścianą. Jego twarz, klatka piersiowa i ramiona puchły nierównomiernie. Elsa wiedziała, że chłopakowi nic nie będzie, ale on oczywiście nie miał o tym bladego pojęcia, panikował.
— OCH, MERLINIE! — krzyknęła Elsa, udając przerażenie.
Podbiegła do tego chłopaka.
— Na wszystkich czarodziejów świata, musimy pójść do skrzydła szpitalnego! — oświadczyła, klękając przy poszkodowanym.
Elementy twarzy chłopaka puchły i wracały do swojego normalnego stanu co jakieś trzy sekundy; raz miał nos wielkości jabłka, innym razem ogromne uszy, potem oczy wyłupiaste jak u ryby...
— Musisz to ściągnąć, bo się udusisz! — powiedziała do obcokrajowca, oczywiście kłamiąc. Nie była pewna, czy ją zrozumiał, ale udało się jej ściągnąć z niego krwistoczerwony płaszcz uczniów Durmstrangu przeznaczony na specjalne okazje. — Chodź, chodź, idziemy! Za chwilę poczujesz się lepiej!
Postawiła obcokrajowca na nogi. Strąciła niby przypadkiem grubą czapę z głowy chłopaka, a płaszcz zostawiła na podłodze, tak jak umówiła się z Jackiem. Poszkodowany ciągle jęczał, przerażony zaistniałą sytuacją. Jego klatka piersiowa puchła w niektórych miejscach, w innych się zapadała, podobnie było z twarzą i ramionami.
Elsa złapała przestraszonego chłopaka pod rękę i pociągnęła do skrzydła szpitalnego. Na końcu korytarza odwróciła się i zobaczyła, jak Jack zebrał z podłogi czerwony płaszcz, czapkę i pierścień-Rozdymkę. Gryfon uniósł kciuki do góry, chcąc powiedzieć, że wszystko w porządku.
Oby się udało... — pomyślała dziewczyna. Teraz nawet nie przeszło jej przez myśl, aby się wycofać.
Korytarze były puste, wszyscy siedzieli w Wielkiej Sali. Elsa próbowała pocieszyć poszkodowanego chłopaka, chociaż niezbyt jej na tym zależało; według Jacka, Rozdymka nie mogła zrobić krzywdy. Doszli do skrzydła szpitalnego, Elsa zapukała do drzwi.
W zamku rozległa się seria metalicznych stuknięć. W wejściu stanęła przysadzista pielęgniarka, która z powodu złego samopoczucia nie zjawiła się na uczcie.
— Och, co mu się stało?! — spytała z niekłamanym zdumieniem. — Chodź, dziecko. Dziewczyno, pomóż mu usiąść na łóżku.
Elsa posłusznie wykonała zlecenie pielęgniarki. Dziewczynie wydawało się, że obcokrajowiec chciał coś powiedzieć, ale z jego ust wydobywały się niezrozumiałe pierdnięcia.
— Nie rozumiem, chłopcze, mów wyraźniej! — powiedziała powoli pielęgniarka. — Wiesz, co mu się stało?
— Niestety nie... — westchnęła Elsa. — Znalazłam go na korytarzu, gdy szłam na ucztę, już był taki.
Pielęgniarka zbadała poszkodowanego, który powoli się uspokajał. Na twarzy kobiety pojawiał się wyraz ulgi.
— Nic mu nie będzie — stwierdziła. — Jurto rano przestanie puchnąć, ale w razie czego zostawimy go tutaj na noc... napiszę list do profesora Andersena.
— Mogę go dostarczyć! — wypaliła uprzejmie Elsa, posyłając wymuszony uśmiech.
Pielęgniarka nie miała powodów, aby nie ufać tej dziewczynie.
Parę minut później Krukonka pędziła przez zimne, opustoszałe korytarze, ściskając mocno notę w dłoni. Minęła Wielką Salę, nawet nie miała zamiaru poinformować profesora Andersena o tym, co spotkało jego ucznia. To było zadanie Jacka.
Elsa wreszcie stanęła przed drzwiami do nieużywanej klasy historii magii. Serce waliło jak młotem. Nacisnęła klamkę i weszła do środka.
Jack przechadzający się wcześniej po klasie stanął przy ławce. Miał już na sobie czerwony płaszcz Durmstrangu, a na głowie nosił ciepłą, futrzaną czapę. Gryfon uśmiechnął się, a jej przebiegło przez myśl, jak zabawnie wyglądał w tym ubraniu. Jednak nie było czasu na myślenie o takich rzeczach.
— Udało ci się — stwierdził Jack. Nie pytał, po prostu wiedział, że dziewczynie się uda.
— Tutaj jest list. — Krukonka uniosła świstek do góry. — Przypomnij plan.
— Na serio myślisz, że zdążyłem już zapomnieć? — spytał, patrząc na nią niewinnie.
Nie odpowiedziała. Zacisnęła mocno usta i splotła ręce na piersiach. Jack się poddał.
— Okej, niech będzie — westchnął. — Biorę od ciebie list. Idę na statek Durmstrangu, przeszukuję pomieszczenia, w każdym używam zaklęcia przywołującego, aż znajdę te strony i porównuję z runami ze wskazówki — powiedział, wyciągając z kieszeni kawałek pergaminu z przepisanymi runami. — Mam na to dwadzieścia minut. Za jakieś pół godziny wracają z uczty na statek. Wtedy wychodzę na zewnątrz, ściągam ciuchy Durmstrangu, dostarczam list do Andersena, że niby ty mi go przekazałaś...
— Zapomniałeś o czymś — powiedziała Elsa 
Wyciągnęła różdżkę zza pazuchy. Wycelowała prosto w twarz Jacka, na której pojawił się grymas niepewności.
— Będzie bolało? — spytał Gryfon.
— Chyba nie — przyznała Elsa.
— Chyba? — Jack otworzył szerzej oczy.
Było za późno na protesty. Już rzuciła zaklęcia. Włosy chłopaka przybrały kolor słomy i stały się nieco krótsze — tak jak czupryna ofiary Rozdymki. Twarz Jacka spuchła w niektórych miejscach.
— Kamuflaż może, ale nie musi się przydać. W razie czego improwizuj, jeśli Durmstrang wróci wcześniej. Masz jakieś dwadzieścia minut, potem będziesz wyglądać jak zazwyczaj — przypomniała Elsa. — Będę czekała na ciebie w Wielkiej Sali. I jeszcze jedno... powodzenia.
Jack rzucił jej uśmiech, który wyglądał dość dziwnie na jego zniekształconej twarzy. Poprawił czapkę, odebrał notę i wyszedł z klasy.
Elsa rzuciła się do okna i spięta czekała, aż ujrzy przez nie Gryfona kroczącego po szkolnych błoniach w stronę okrętu obcokrajowców. Potem westchnęła głośno i z sercem w gardle poszła do Wielkiej Sali.

~*~*~*~

Jack ściskał w dłoniach zdobyte strony. Czuł się tak niesamowicie, że nawet nie zwracał uwagi na drżenie, bo przeszedł z powrotem przez błonia bez płaszcza.
Mało brakowało, a chłopak dałby się złapać. Bez problemu dostał się na okręt. Przeszukiwania nie były trudne, ale okazało się, że statek ma mnóstwo kabin. Okazało się, że Samund i Lavrans ukryli strony z Najbardziej utajnionych z utajnionych pod obluzowaną deską w kajucie chłopców. Kiedy tylko Jack odnalazł skradzioną część księgi, w stronę statku zmierzała część uczniów Durmstrangu. Wtedy kamuflaż się przydał. Wychodząc z okrętu, musiał skonfrontować się z grupą obcokrajowców. Coś charczał jakby spuchł mu język, może przyjezdni przekonali się, że chciałby pójść do skrzydła szpitalnego. Jack wyszedł na zewnątrz, poczekał chwilę, aż kamuflaż zniknął i nareszcie wyglądał jak zwykle. Profesor Andersen i reszta uczniów właśnie wracała w stronę statku, Jack przekazał im wtedy notę od pielęgniarki oraz płaszcz i czapkę zaatakowanego Rozdymką ucznia Durmstrangu.
Kilka konkretnych korytarzy, najkrótszych dróg do dormitoriów poszczególnych domów było obleganych przez uczniów wracających   uczty. Jack nie ruszył szlakiem, którym podążała większość Gryfonów. Jako jeden z nielicznych zamiast próbować wyjść z Wielkiej Sali, wszedł do niej. Przeciskając się między uczniami, wreszcie dotarł do celu.
Elsa drgnęła niespokojnie przy stole Krukonów, w jednej chwili na jej bladą twarz wróciło nieco kolorów. Jack podszedł do niej, ściskając mocno w dłoni odzyskane strony. Już sobie wyobrażał to cudowne uczucie, kiedy oświadczy, że plan się powiódł. Czuł się tak jak po kolejnym wygranym przez Gryfonów meczu quidditcha.
— Udało ci się? — spytała półgłosem Elsa; wyglądała naprawdę na zmartwioną.
Pomimo że uczta się skończyła, to w Wielkiej Sali było jeszcze trochę osób. Jack oparł się łokciami o blat stołu Krukonów.
— Jasne! — powiedział z uśmiechem chłopak.
— Sprawdziłeś, czy to na pewno odpowiednie strony? — spytała Elsa.
— Oczywiście.
— Masz je przy sobie?
Jack westchnął. Poklepał się po kieszeniach, wyczuwając w nich upchnięte strony.
— Tak, mam je w kieszeni — odpowiedział.
— Nikt cię nie podejrzewał? — dopytywała Elsa.
— Chyba nie.
— Chyba?
— No... raczej.
— Raczej?
— Na brodę Merlina, Elsa, udało nam się! — powtórzył zniecierpliwiony Jack.
Frost sięgnął do kieszeni, chcąc wyciągnąć z nich runy. Pragnął jak najszybciej pokazać Elsie dowód, że wszystko poszło dobrze. Dziewczyna kaszlnęła.
— Nie teraz. — Rozejrzała się wymownie po Wielkiej Sali.
Jack zmieszał się. Odsunął dłoń od kieszeni.
— Racja. W takim razie kiedy?
Elsa zamyśliła się.
— W klasie historii magii jutro po południu — odparła Krukonka. — Tak na marginesie, to Merida chyba zgarnęła dla ciebie trochę jedzenia.
Jackowi było miło, że jego przyjaciółka o nim pamiętała. Musiał przyznać, że z trudem wytrzymałby bez posiłku aż do śniadania.
— Tak w ogóle... to Bertha Moore zmieniła wypowiedź Anny w gazecie. Jeśli chciałabyś wiedzieć — powiedział chłopak.

~*~*~*~

Wystarczyło odsunąć zasłony, a klasa historii magii nareszcie nie wydawała się ponura. Jeden ze stolików i para krzeseł zostały wypucowane na błysk. Na blacie ławki leżały sterty pergaminów i mnóstwo ksiąg, a na naprawionych krzesłach przy tych rzeczach siedzieli Jack i Elsa.
Obydwoje wykonywali swoją pracę, wymieniając między sobą uwagi. Dzięki odzyskanym stronom wszystko zaczęło się układać: runy ze wskazówki zyskiwały sens, nareszcie poczynili jakieś kroki, aby przygotować się do drugiego zadania turnieju.
Jednak Elsę niepokoiła treść podpowiedzi z pierwszego zadania. Słowa układały się w logiczne zdania, ale wskazówka okazała się wyjątkowo pokręcona i nic nie mówiąca.
— To nie ma sensu. — Załamał ręce Jack.
— Może zyska sens później... kiedy dojdzie do drugiego zadania — westchnęła Elsa.
Jack odłożył pióro na bok.
— Skończyłem. Super, przetłumaczyliśmy wskazówkę, ale nam wcale nie pomaga — burczał pod nosem.
— Połączymy nasze części i zobaczymy — powiedziała Elsa, starając się, aby jej głos zabrzmiał pewnie.
Jack podsunął Elsie jego pergamin, dziewczyna odczytała w myślach całe tłumaczenie wskazówki:

Drewno i lód nic nie pomogą,
Miedź i brąz jedynie zaszkodzą.
Srebro tylko odpowiednią drogę wskaże,
Rubin i złoto odda późniejszej karze.
Kamień nie sprosta też normom żadnym,
Platyna los uczyni szkaradnym.
Tylko diament w węgielnej powłoce skryty,
Odpowie na wszystkich problemów typy
I drogę ucieczki pokaże i otworzy.

Elsa zastanowiła się, czy pomiędzy nazwami materiałów we wskazówce kryją się podpowiedzi, co będzie drugim wyzwaniem. Srebro tylko drogę wskaże... — będą musieli skądś wyjść lub dokądś się dostać. I drogę ucieczki pokaże i otworzy — dziewczyna już wiedziała, że muszą wyjść z jakiegoś miejsca. Elsa przeczytała tekst ponownie. Podczas turniejowego zadania zetkną się z tymi materiałami wspomnianymi we wskazówce, to nie ulegało wątpliwościom.
— Będziemy musieli szukać jakiegoś wyjścia, co nie? — powiedział Jack.
— Najwidoczniej. — Pokiwała głową dziewczyna. — Podsumujmy. Drewno i lód są neutralne.
— Kamień też — powiedział Jack. — Rubin i złoto odda późniejszej karze, to oddali od nas jakąś karę, czy sprawi, że ją zyskamy?
— Chyba ta pierwsza opcja... oby — stwierdziła Elsa. — Miedź i brąz oraz platyna nam nie pomogą. Srebro i... diament w węgielnej powłoce skryty są dobre, ale ten diament lepszy.
Jack westchnął. Elsa zauważyła, że chłopak ma już dość tłumaczenia run. Sama też była dość sfrustrowana. Spędzili nad tłumaczeniem sporo czasu.
— Może wystarczy na dziś — westchnęła. — Te strony oddamy... po zadaniu.
Na twarzy Jacka pojawił się łajdacki uśmiech. Nie mogli dać szansy Durmstrangowi i Beauxbatons na zdobycie stron przed drugim zadaniem. Elsa i Jack nie mogli popełnić tego samego błędu.
Pozbierali swoje rzeczy, stolik i krzesła nakryli płachtą i ostrożnie wyszli z klasy historii magii. Szli przez korytarze, rozmawiając o tym, czego oczekują w kolejnym zadaniu turniejowym.
— Może będziemy musieli zrobić coś pod wodą... — powiedział Jack.
— Oby nie... — westchnęła Elsa.
— Nie umiesz pływać?
Pokiwała głową twierdząco. Oczekiwała, że Jack parsknie śmiechem.
— To chyba musisz kiedyś się nauczyć, co nie? — rzekł chłopak. — Wiesz, są pewnie jakieś zaklęcia związane z wodą... Ale wracając, może będziemy musieli iść do Zakazanego Lasu.
— Nie puszczą nas tam. Tam jest zbyt niebezpiecznie, a muszą zadbać o nasze bezpieczeństwo — odparła Elsa.
— To jakoś kiepsko dbali o bezpieczeństwo, skoro tyle osób połamało się lub zginęło podczas turnieju...
Skręcili w kolejny korytarz. Ku nim kroczyli Merida i Czkawka. Gryfonka miała zaciętą minę, a Krukon niepewną. Zatrzymali się naprzeciwko Jacka i Elsy.
— Cześć — przywitał ich Jack. — Dokąd idziecie?
— Powiedz mu — warknęła Merida do Czkawki.
— Co ma mi powiedzieć? — zainteresował się Jack.
Merida wlepiała zabójcze spojrzenie w Czkawkę, który wyglądał jakby miał zemdleć.
— Liczę do trzech — oświadczyła rudowłosa, ciągle gapiąc się na Krukona. — Jak mu wszystkiego nie powiesz, to przysięgam uroczyście, że ja to zrobię, a potem się z tobą policzę. Jeden... dwa... trz-
— Chimery — bąknął Czkawka.
Jack pomyślał, że to jakaś kiepska komedia. To słowo tyle razy padło z ust Czkawki, że zdziwił się, czemu Merida chciała tak bardzo wydusić je od Krukona. Elsa bacznie obserwowała sytuację.
— Chimery? — powtórzył z parsknięciem śmiechu Jack.
— Chimery... — bąknął ponownie Czkawka. — Drugie zadanie...
— Drugim zadaniem będą chimery — podsumowała Merida.

~*~*~*~

Cześć!
Nareszcie napisałam kolejny rozdział... I nareszcie wyszło, co czeka Elsę i Jacka w drugim zadaniu, czyli chimery. Chyba większość z Was się tego domyślała. Niestety, nie umiem budować atmosfery tajemniczości czy czegoś w tym stylu. W tym rozdziale głównie o stronach, w kolejnym będzie nieco więcej o prywatnych sprawach bohaterów.
Pozdrawiam!


9 komentarzy:

  1. Super. Fajna akcja z tą kradzieżą. Weny

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiedziałam, że to będą chimery :D
    Rozdział super fajnie, że udało się ukraść strony ;) dobrze, że Merinda znowu rozmawia z Jackiem ;)
    Oczywiście czekam na next i życzę weny :)
    Pozdrawiam
    Arcanum Felis
    zapraszam na nowe rozdziały
    http://simply-irresistible-dramione.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Ha! Wiedziałam, że te Chimery mają związek z drugim zadaniem! I BOM! Miałam rację XD
    Świetna akcja z odzyskiwaniem tych stron, brawa dla Jels.....przepraszam, Elsy i Jacka :)
    Czekam na next i weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiedziałam, że większość osób to przypuszczała xD
      Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Chimery :DD ciekawe zadanko czeka naszego Romea ;)
    Najbardziej podoba mi się postać Meridy i Czkawki :)

    Zapraszam do siebie na nowy rozdział.
    http://hrhczylimagicznaspolka.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że coraz bardziej podobają Ci się te postacie! :D
      Pozdrawiam!
      P.S. Na pewno wpadnę!

      Usuń