środa, 6 kwietnia 2016

Rozdział XVII — Naszyjnik z kryształem

Do Elsy dotarło, jak żałośnie wyglądała pogoń za uczniami Durmstrangu. Krukonka nawet nie chciała myśleć, jak prezentował się jej brawurowy skok w krzaczyska. Jednocześnie czuła się zażenowana i zadowolona, jednak gdy Jack zbiegł ze wzgórza i podszedł do niej, bardziej odczuwała wstyd niż radość.
Chłopak wyglądał na naprawdę zdumionego, przyglądał się Elsie z szeroko otwartymi oczyma, od biegu jego twarz stała się jeszcze bardziej czerwona. Dziewczyna miała ochotę powiedzieć na starcie, aby nie komentował tego, co ujrzał, ale nie umiała znaleźć odpowiednich słów.
— Masz... masz tutaj gałązkę — wymamrotał niepewnie, wskazując palcem na włosy dziewczyny.
Elsa poklepała się po głowie, ale niczego nie wyczuła. Jack, zaciskając mocno usta, sięgnął w stronę Krukonki dłonią i wyplątał z jej włosów patyczek, na końcu którego znajdował się oszroniony, ususzony listek. Elsa poczuła się jeszcze bardziej głupio, policzki ją piekły. Poprawiła szalik, starając się zakryć jak najwięcej twarzy, chociaż nie było zimno.
To przez mróz — pomyślała, czując jak pieką ją policzki.
Odkaszlnęła. Postanowiła skupić uwagę nad tym, czego się dowiedziała, a nie na jakichś idiotycznych patykach.
— Nie wiedziałem, że lubisz biegać — powiedział Jack, odzyskując zwyczajny dla niego, żartobliwy ton głosu.
— Biegać? Wiem, jak dostać się na statek — oznajmiła Elsa półgłosem pełna przejęcia. — Nie ma przy nim żadnej kładki, burty są za wysokie, aby je przeskoczyć, nie widać żadnego wejścia!
— Czekaj, czekaj, czekaj — wtrącił Jack. — Nie ma tam żadnego wejścia, ale wiesz, jak tam się dostać?
— Znaczy się... jest, ale ukryte — odpowiedziała dziewczyna.
Jack spojrzał na nią z jeszcze większym zdziwieniem niż wtedy, gdy rzuciła się biegiem w stronę pomostu. Dziewczyna postanowiła wyjść z zarośli, zanim udzieli chłopakowi wyjaśnień. Zaczepiając się o gałęzie, z trudem wydostała się z chaszczy. Spojrzała na statek Durmstrangu. Wolała profilaktycznie oddalić się od okrętu choć trochę.
— Może przejdziemy się jeszcze — zarządziła Krukonka.
Idąc ramię w ramię z Jackiem, zostawili jezioro za sobą. Niecierpliwie spoglądał na Elsę, widać było po nim, że chciał jak najszybciej usłyszeć wyjaśnienia.
Krukonka uznała, że są już wystarczająco oddalili się od statku Durmstrangu. Nieco zwolniła kroku i przeszła do rzeczy:
— Myślę, że na statek, a właściwie na wejście do niego, jest rzucony czar niewidzialności. Wejście pokazuje się dzięki zaklęciu Apparastium — oznajmiła Elsa poważnym tonem, czując, że wstyd całkowicie zniknął. — Zaklęcie nie jest trud-
— O rany, czyli tak wchodzi się na ten statek! — krzyknął Jack pełen radosnego przejęcia, przerywając dziewczynie. — Jak? Apparestiema?
— Apparastium — poprawiła go automatycznie Elsa.
— Wyobrażasz sobie ich minę, kiedy zdobędziemy te strony?! Jeśli nam się poszczęści, to może oni nawet nie zaczęli rozwiązywać swojej wskazówki! Może ich wyprzedzimy!
Elsa musiała niechętnie zgasić ten entuzjazm Gryfona.
— Nawet jeśli udałoby się nam zdobyć te strony, to nie możemy ujawnić się, że to my je ukradliś- ... odebraliśmy. Samund i Lavrans mogliby donieść na nas i mielibyśmy kłopoty. — Elsa czuła się nieswojo, mówiąc o unikaniu konsekwencji, jakby ktoś o identycznym głosie jak jej powiedział to za nią.
Jack skrzywił się i spochmurniał na wieść, że nie będzie mógł pysznić się nad reprezentantami Durmstrangu. Przez chwilę milczeli, kierując się powoli w stronę zamku.
— Jak dostaniemy się na ten statek? — spytał Gryfon.
Odpowiedź na to pytanie była ich najpoważniejszym problemem. Jak dostać się na statek, zabrać strony nie wzbudzając podejrzeń i wrócić do zamku tak, aby nikt nie zauważył twojej nieobecności?
Pierwsze, co przyszło Elsie do głowy, to czary niewidzialności, ale zbyt trudne, aby umiał je uczeń piątej klasy Hogwartu. Mogła spróbować, jednak szansa na powodzenia przypominałaby los na loterii. Dziewczyna pomyślała o tym, aby zmanipulować kogoś z Durmstrangu, ale ona i Jack konkurowali z Samundem i Lavransem, więc nie zdobędą zaufania przyjezdnych. Przebranie się za kogoś konkretnego także było trudne, prawie niewykonalne.
— Coś wymyśliłaś? — spytał Jack niewinnym głosem. — Znasz jakieś zaklęcie, które zrobi nas niewidzialnymi czy coś?
— Niestety, nie — odparła ponuro dziewczyna.
Jack zacisnął usta. Milczał.
— Wiem! Któreś z nas przebierze się za kogoś stamtąd! — oznajmił z entuzjazmem, pewnie był przekonany, że jego pomysł okaże się dobry.
— Nie damy rady uzyskać konkretnego wyglądu. Mogę zmienić kolor włosów, kształt nosa, ale nie będą to w pełni kontrolowane zmiany... — uświadomiła Elsa chłopaka.
Wyraz samozadowolenia zniknął z twarzy Jacka tak szybko jak się pojawił.
— Nie wiemy też, gdzie te strony zostały ukryte — dopowiedziała Elsa.
Uświadomiła sobie gorzką prawdę, że nawet poznanie sposobu, w jaki można dostać się na statek, niewiele pomogłoby im. Poczuła się okropnie zniechęcona do dalszego rozważania, jak odzyskać skradzione strony z runami.
— Nie wiemy, jak wejść na statek bez większych problemów... nawet nie wiemy, czy zdążymy przetłumaczyć te... te... okropne runy! Będę musiała jak najszybciej zastanowić się nad tym... wiem, pójdę jeszcze dzisiaj do biblioteki... — westchnęła dziewczyna.
— Elso, może dzisiaj sobie to odpuścisz — zaoferował Jack. — Są Święta, nie psuj sobie tym humoru. Jeśli chcesz, to możemy przysiąść do tego jutro.
Odkładanie pracy na później nie było w stylu dziewczyny. Tym razem z chęcią zgodziła się z Gryfonem. Była zmęczona, ale nie chodziło o wyczerpanie po biegu czy tańcach mających miejsce na balu. Odkąd wróciła do szkoły, każdą wolną chwilę wykorzystywała na naukę, a potem na przygotowywania do Turnieju Trójmagicznego. Dziewczynę najbardziej frustrowało to, że teraz stali w miejscu i nie mogli ruszyć. Nie wiedzieli, co mieli zrobić. Gdy wydawało im się, że nieco przybliżyli się do rozwiązania, okazało się, że zrobili mikroskopijny kroczek w stronę rozwiązania.
— Chyba masz rację — przyznała Elsa cicho.
Zamiast wejść na dziedziniec zamku odbili przy bramie i szli wzdłuż lśniących mrozem murów. Trwali w ciszy, a dziewczyna pomyślała, że może wypadałoby pociągnąć tę rozmowę.
— Mieliście już konsultacje z opiekunami domów? — zagadnęła.
— Co? — otrząsnął się Jack; najwidoczniej się zamyślił. — Co to te konsultacje? Mam się bać?
Jack wyglądał nawet uroczo, gdy słowo konsultacje wywarło na nim coś na kształt niepokoju. Zupełnie jak dziecko, które nie nauczyło się wierszyka na zajęcia.
— Nic strasznego — odparła Elsa. — Profesor Cleves zapowiedział, że Krukoni będą mieli je zaraz po Świętach Wielkanocnych. Będzie nam doradzał w sprawie SUM-ów i tego, jaką ścieżkę zawodową obrać.
— Co masz zamiar z nim ustalić? Które przedmioty odpuszczasz? — spytał Jack.
— Odpuszczam? — powtórzyła to słowo w taki sposób, jakby to była obelga. — Żadnego nie odpuszczam. Postaram się wypaść najlepiej ze wszystkiego, aby potem nie mieć ograniczonych możliwości wyboru pracy.
Jack zaśmiał się. Elsa nie rozumiała, o co mu chodzi. Przecież każdy powinien mieć wobec siebie jakieś wymagania, a nawet czasem im wyżej ustawiona poprzeczka tym lepiej!
— Powiedz po prostu, że nie wiesz, kim będziesz z zawodu i tyle. Ograniczone możliwości — parsknął śmiechem chłopak. — Wykończysz się, dziewczyno, jeśli ze wszystkiego będziesz chciała zdobyć Wybitne.
— Lepiej mieć wygórowane oczekiwania wobec siebie niż żadnych — odparła sucho Krukonka. — W takim razie, zdradź mi swoje plany zawodowe. Chętnie posłucham.
Jack znów się zaśmiał. Co go tak śmieszyło? Czy on wcale nie myśli o przyszłości?
— Jestem dopiero w piątej klasie...
— SUM-y to jedne z najważniejszych egzaminów. Od ich wyniku zależy, jak potoczy się twoja przyszłość — zaperzyła się Elsa.
— Dobra, dobra, dla świętego spokoju przyznam — SUM-y są ważne. Zadowolona? To jeśli dalej cię to interesuje, to postaram się przede wszystkim zdać te cholernie ważne egzaminy.
Jack kopnął grudę śniegu znajdującą się na jego drodze.
— Powiedz po prostu, że nie wiesz, kim będziesz z zawodu — odpowiedziała Elsa z kąśliwością, cytując słowa Jacka.
Frost znowu parsknął śmiechem, a Elsa po prostu nie mogła powstrzymać uśmiechu, który cisnął się jej na usta. Szli w milczeniu wzdłuż kamiennych murów.
— Mogę o coś spytać? — zagadnął nagle Jack, błądząc wzrokiem po twarzy dziewczyny.
— Jasne — odparła niemal natychmiast Elsa, pewna, że chłopak wróci do tematu konsultacji z opiekunami domów albo chce spytać o coś związanego z Turniejem Trójmagicznym.
Jack przypatrywał się Krukonce, jakby osądzał, czy warto zadać pytanie, które cisnęło się mu na usta. Elsie zaczęło wydawać się, że Gryfon niekoniecznie będzie chciał spytać przyjemne rzeczy.
— Skąd ty masz swoje zdolności?
Elsa otworzyła usta, aby jak zawsze, gdy Jack pytał o jej zdolności, zbyć go krótką odpowiedzią. Jednak pomyślała, że udzielając mu nieścisłego wyjaśnienia chłodnym tonem, zniszczy w momencie dobrą atmosferę między nimi. Elsa zastanowiła się, co zrobiliby jej rodzice. Mama i tata pewnie kazaliby jej stanowczo uciąć tę rozmowę, a najlepiej powrócić samotnie do zamku.
Co zrobiłabym ja? — pomyślała Elsa.
Słyszała, że zwierzenie się komuś z czegoś, co ciąży na sercu, pomaga w odniesieniu ulgi. Ponoć jest łatwiej, gdy chociaż część sekretu nie znajduje się tylko na barkach jednej osoby. Dziewczyna nie miała zamiaru opowiadać o tym, co zaszło między nią i Anną w dzieciństwie, jednak miała niemały dylemat, czy udzielić konkretnej odpowiedzi na pytanie Jacka. Elsa nie potrafiła stwierdzić, czy ufała chłopakowi na tyle, aby opowiedzieć mu o sobie.
Ale Jack zaufał mi. Nie powiedział swoim przyjaciołom o moich zdolnościach, nie poskarżył się dyrektorowi, że prawie przebiłam go lodowymi soplami. — Elsa już podjęła decyzję, chociaż czuła niemiły skurcz w żołądku.
Jack dalej patrzył na Krukonkę z ciekawością. Dziewczyna wzięła głębszy wdech, układając w myślach, od czego zacząć opowieść.
— Kojarzysz wiedźmy? — spytała Elsa, chociaż nie oczekiwała odpowiedzi. — Dzielą się głównie na dwie grupy: te dobrezłe. Te dobre żyją w dobrych relacjach z czarodziejami, często pomagają mugolom...
— Okej, wystarczy że zwyczajnie odpowiesz, że nie chcesz o tym gadać... nie musisz zmieniać tematu na starsze babcie z brodawkami — przerwał Jack, w jego głosie brzmiała nuta zawodu i frustracji.
Elsa pokręciła głową.
— Nie zmieniam tematu — odparła dziewczyna. — Te złe wiedźmy cechuje ogromny upór i mściwość. Idą po trupach, tylko aby dotrzeć do celu, nawet jeśli odniosą pyrrusowe zwycięstwo... — Zastanowiła się, jak teraz przejść do rzeczy. — Moi rodzice już od kilkunastu lat pracują w banku Gringotta. Tata jest naczelnym łamaczem uroków i zaklęć. Gdy mama była w ciąży, nie pracowała, tylko odpoczywała w domu. Pewnego dnia do banku zgłosiła się wiedźma, która chciała umieścić szkatułę w najbardziej strzeżonej części placówki, gdzie swoje skarby skrywały najbardziej zamożne rody czarodziejskie z całej Wielkiej Brytanii. Łamacze zaklęć mają za zadanie sprawdzić wszystko, co jest przynoszone, dlatego musieli zbadać skrzyneczkę. Wiedźmie jednak nie bardzo spodobał się ten pomysł, okropnie wzbraniała się, aby ktoś otworzył wieko. Samo to wydawało się podejrzane. Mój ojciec musiał zająć się sprawą osobiście. Okazało się, że szkatułka była bardzo potężnym czarnoksięskim przedmiotem, który przyciągał monety, złoto, wszelkie bogactwa do swojego wnętrza z taką siłą, że nawet kraty, ściany i zaklęcia obronne nie stanowiły przeszkody. Gdy już kosztowności znalazły się w środku, znikały i trafiały w łapska wiedźmy. Mogłaby w ten sposób obrobić cały bank, a nikt nie zauważyłby!
Elsa odetchnęła, czując niemiłą suchość w ustach. Dziewczyna zerknęła ukradkiem na Jacka, wpatrującego się w nią z uwagą. Narzuciła szybsze tempo, bo zorientowała się, że bardzo zwolnili.
— Ojciec musiał poinformować jak najszybciej Ministerstwo Magii, aby zbadali, czy wiedźma z premedytacją używała czarnoksięskiego przedmiotu oraz aby zabezpieczyli tę szkatułę — kontynuowała Elsa. — Bankowi ochroniarze mieli złapać tę wiedźmę i przetrzymać do przybycia odpowiednich ludzi, ale udało się jej uciec. Zapowiedziała, że mój ojciec pożałuje z powodu poinformowania Ministerstwa. Rozpoczęły się poszukiwania wiedźmy. W międzyczasie okazało się, że okradła mnóstwo mniejszych banków za pomocą swojej szkatułki, zbierając całkiem pokaźną sumkę. Wcześniej ukrywała swoją skrzyneczkę w zwyczajnych skrytkach, ale od pewnego czasu chowała ją w towarzystwie skarbców bogaczy. Bądź co bądź wydawało się, że wiedźma zwiała i zapomniała o swojej zapowiedzi zemsty. Moi rodzice, mimo że początkowo byli przerażeni, to zapominali powoli o tej sprawie.
— Mówisz tak, jakby potem stało się coś nie tak — wtrącił niepewnie Jack.
Elsa uśmiechnęła się cierpko. W tym uśmiechu nie było ani cienia pozytywnych uczuć. Słowa coś nie tak dziewczyna uważała za spore niedopowiedzenie.
— Kolejne wydarzenia nie były raczej miłe — potwierdziła. — Właściwie... wszystko pokomplikowało się w urodziny mojej mamy. Rankiem do domu przyleciała sowa; zwyczajny puszczyk, taki sam, jakiego używał mój ojciec do dostarczania prywatnych listów. Gdy mama zobaczyła, że sowa miała przywiązaną do nóżki paczuszkę, oczywiście pomyślała, że to prezent urodzinowy. Przy pakunku przywiązana była kartka, na której znajdowały się życzenia od taty oraz informacja, że wróci później. W tej paczce znajdował się bardzo kosztowny naszyjnik z kryształem. Oczywiście spodobał się mojej mamie.
Jack miał nieco nietęgą minę, nie domyślał się, co ma biżuteria do tego, skąd wzięła się moc Elsy.
— Coś jednak było z nim nie tak... Mama złapała ten kryształ w dłonie, zrobił się lodowaty i pękł. Z tego pęknięcia ulatniał się bladoniebieski dym, który napełnił pokój zimnem. Mama trochę się przestraszyła, prędko schowała ten naszyjnik do pudełka. Musiała czekać do wieczora, aż mój ojciec wróci do domu. Okazało się, że ten przeklęty naszyjnik był prezentem od kogoś, kto miał uraz do mojej rodziny. Tylko jedna osoba, domyślasz się chyba która, byłaby na tyle mściwa, aby wyszukać informacji typu: kiedy są urodziny mojej mamy i je wykorzystać. Mściwość to cecha charakterystyczna złych wiedźm... Błyskotka przyniosła sporo problemów. Od tego incydentu z naszyjnikiem tata sam sprawdzał każdą paczkę, którą dostarczały sowy. Mama czuła się w miarę dobrze i wydawało się, że dym z naszyjnika nie zrobił jej żadnej krzywdy, chociaż była bardzo zestresowana. Potem urodziłam się ja i wydawało się, że jestem normalna... Okazało się, że ten kryształ, który nie zrobił krzywdy mojej mamie, zadziałał na mnie. To dlatego mam te zdolności...
Milczenie, które nastało, dla Elsy było okropne. Wpatrywała się w Jacka, który ze zmarszczonymi brwiami przetrawiał to, co usłyszał.
— To na serio źle, że ten kryształ dał ci takie moce? No, wiesz, wtedy podczas pierwszego zadania, gdy odpędziłaś te chochliki... — Jack z niekłamanym zdumieniem patrzył się na dziewczynę.
— Gdyby to tak zawsze wyglądało... — mruknęła Elsa sama do siebie. Zwróciła się do Jacka głośniej: — Wtedy to był najzwyczajniejszy odruch, poza tym, nie miałam wówczas rękawiczek... Znaczy się, one tak naprawdę są zwyczajnymi rękawiczkami, ale mi pomagają.
— Wmówiłaś to sobie— wtrącił Jack.
— Wcale nie wmówiłam sobie!
Elsa zmierzyła chłopaka chłodnym spojrzeniem, ale on dalej patrzył na nią z pewnością w oczach.
— Wmówiłaś — powtórzył Jack uparcie. — Zastanawia mnie, po co ty w ogóle nosisz te rękawiczki i ukrywasz to, że umiesz robić zimę.
Elsa przypuszczała, że chłopak o to zapyta.
— Nie mam jakoś ochoty, aby ktokolwiek o tym wiedział. Sprawy osobiste. — Wzruszając ramionami, wymusiła obojętny ton głosu. — Poza tym, wyobraź sobie, że nie bardzo podobają mi się sytuacje, gdy oziębiam sobie gorącą czekoladę. 
Jack świdrował dziewczynę wzrokiem. Zaczęła żałować, że powiedziała sprawy osobiste — te słowa zawsze podjudzały ciekawość.
Na szczęście dla dziewczyny, Gryfon nagle zaczął błądzić wzrokiem gdzieś nad jej głową.
— Tam nie ma przypadkiem Anny i Hansa? — Zmarszczył brwi.
Elsa odwróciła się i spojrzała w tym samym kierunku, co Jack, zwalniając nieco chodu. W oddali, wzdłuż skraju Zakazanego Lasu szły trzy osoby. Pomimo że były dość daleko, Elsa bez problemu rozpoznała swoją siostrę oraz piątoklasistę ze Slytherinu. Nie kojarzyła trzeciej postaci, która nosiła grube, brązowe futro, przypominające ogromny koci kłak.
— Może wrócimy do zamku — zaoferowała Elsa, chociaż ciągle patrzyła się na Annę. — Okropnie przemokły mi buty. W każdym razie, powinieneś pogadać z Czkawką i Meridą.
Powrócili do tematu kłótni przyjaciół Jacka.

~*~*~*~

Jack musiał przyznać przed samym sobą, że ten gryzący sweter od Roszpunki mógł okazać się dość dobrym prezentem. Podczas spaceru z Elsą chłopak okropnie przemarzł, ale nie żałował, że udał się z nią na przechadzkę.
Dowiedzieli się, w jaki sposób dostać się na statek Durmstrangu. Jack czasem powtarzał w myślach zaklęcie, które ujawnia wejście na okręt. Ale na co im zaklęcie Apparastium, skoro nie mieli pomysłu na to, w jaki sposób niepostrzeżenie zwędzić skradzione strony? Próbował coś wymyślić. Wydawało mu się, że wystarczy przypomnieć sobie o jakimś szczególe, a uda się na tej bazie stworzyć plan idealny. Tylko co było tym przeklętym detalem? Frustracja Jacka przypominała tę, która pojawiała się, gdy nauczyciele go pytali: wydawało mu się, że wystarczy znaleźć w pamięci jednego odpowiednie słowo, aby z tego wybrnąć, ale ten doskonały wyraz ciągle uciekał z głowy. Chłopak mimowolnie uczepił się myśli, że może zmiana wyglądu jest dobrym pomysłem, chociaż Elsa powiedziała, że nic z tego nie wyjdzie. Czuł, że w tym polu mogą coś zdziałać...
Oprócz tego ciągle myślał nad opowieścią Krukonki. To co powiedziała dziewczyna, wydawało mu się wiarygodne. Jednak dalej nie dowierzał, że Elsa tak wyczerpująco odpowiedziała na jego pytanie. Nie dowiedział się, czemu Krukonka nie korzysta ze swoich zdolności. Tłumaczenia się przypadkowym ochładzaniem napojów nie przemówiły do niego. Za tym kryło się coś jeszcze. Miał zamiar o to kiedyś spytać, jednak teraz był zajęty szukaniem roszpunkowego prezentu.
Jack otworzył wieko swojego kufra. Pod stertą ubrań leżał gdzieś ciepły sweter od Roszpunki, reszta prezentów świątecznych oraz inne bibeloty. Na wierzchu znajdowały się podarki od Czkawki. Złote litery księgi, Chimery — usmaż się lub przeżyj, zalśniły, gdy dotarło do nich światło. Bez zainteresowania położył książkę na podłodze, ukazując tym samym paczkę Mordoklejek Sana — kolejny świąteczny podarek od przyjaciela. Tych pyszności nie sprzedawano w Hogsmeade od dwóch lat. Kiedyś jakiś pierwszoklasista wziął za dużo mordoklejek do buzi i tak skleiło mu szczęki, że pielęgniarka musiała użyć specjalnego zaklęcia, aby je otworzyć. Innym razem grupka chłopców zrobiła zawody, kto zje więcej tych słodyczy na raz. Jeden z uczestników gry prawie się udusił, bo skleiło mu gardło, na szczęście nauczyciele byli w pobliżu. Jack żałował, że usunięto Mordoklejki Sana ze sprzedaży — smakowały wybornie. Zastanawiał się, skąd Czkawka dorwał te słodycze.
Chłopak zastanawiał się, czy na jego kufer rzucono jakieś czary, bo wpakowany do niego kilka godzin wcześniej sweter, znalazł się na samym dnie wśród bezużytecznych rzeczy i śmieci. Jack wyciągnął prezent od Roszpunki i w oczy rzuciła mu się Rozdymka.
Rozdymka... to było wspólne dzieło Jacka i Meridy. Zrobili ją przy pomocy magicznego kleju, niektórych składników eliksirów i zaczarowali. Rozdymka to bomba, która obsypywała ofiarę zielonkawym pyłem powodującym puchnięcie. Gryfon przypomniał sobie, jak podrzucił woźnemu Rozdymkę — twarz spuchła i poczerwieniała mężczyźnie tak bardzo, że wyglądał jak zmutowany pomidor! Woźnemu minęło to po kilku godzinach, ale Jack i Merida podśmiewali się z niego przez kilka lat. Jednak Rozdymka od drugiej klasy tkwiła na dnie kufra...
Nagle w głowie Jacka pojawiła się dziwna myśl. Może przywrócić nowe życie Rozdymce...
Pomyślał już nawet, jak połączyć przyjemne z pożytecznym.
Złapał wyłączoną Rozdymkę ostrożnie i odłożył ją na łóżko. Znalazł podręcznik do zaklęć — po raz pierwszy w życiu otworzył go z własnej woli — chwycił różdżkę w dłoń i zabrał się do pracy.
Szaleńczy plan w jego głowie stawał się coraz wyraźniejszy i pewny z każdym zaklęciem rzuconym na Rozdymkę.

~*~*~*~

Cześć :)
Na ten rozdział musieliście trochę dłużej czekać, ale postarałam się go w miarę szybko dokończyć. Jak wam się podoba?
Pozdrawiam!

12 komentarzy:

  1. Twój blog jest dla mnie najlepszym, jeśli chodzi o Jelsę w Hogwarcie. Pomysły i rozwiązania w tej historii ciągle mnie zaskakują. Uwielbiam sposób, w jaki piszesz. Kiedy czytam, to nagle wydaje mi się, że zostałam przeniesiona do całkiem nowego świata. Jesteś naprawdę utalentowana, a wszystko, co piszesz, powala mnie na kolana. Uwielbiam Twojego bloga.
    Rozdział świetny! Może i jeszcze nie znaleźli całkowitego rozwiązania, ale Jack ma genialny pomysł, który zaczyna realizować. Jestem ciekawa, kiedy Elsa i Anna się pogodzą. Niedługo drugie zadanie!
    Czekam na kolejne rozdziały :)
    Pozdrawiam i weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojejku, bardzo dziękuję ♥
      Nie sądziłam, że aż tak Ci się podoba. Naprawdę, bardzo mi miło. Jeśli chodzi o Elsę i Annę, to kiedyś się pogodzą... kiedyś, nie zdradzę kiedy. Drugie zadanie opiszę za niedługo.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Rozdział cudowny! Jestem potwornieeeee ciekawa, co też ten Jack wymyślił z tą całą ,,Rozdymką,,
    Czekam na next i weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :D Za niedługo się okaże, jaki potworny plan ukształtował się w pustej głowie Jacka.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. To opowiadanie coraz bardziej mi się podoba :) a szczególnie rozmowy Jacka i Elsy. Mam jakieś dziwne przeczucie, że te chimery mają związek z drugim zadaniem turnieju :D Ale możliwe, że się mylę ;) Ciekawe czy uda im się odzyskać strony z książki i w jaki sposób użyją Rozdynki :D
    Życzę morza weny i czasu na pisanie :)
    Pozdrawiam
    Arcanum Felis
    PS. Zapomniałam dodać: masz cudowny szablon! Sama go robiłaś? Jeśli tak to gratuluję umiejętności :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo fajnie, że opowiadanie coraz bardziej ci się podoba! :D. Mnie bardzo podoba się opisywanie rozmów między Jackiem i Elsę — czasami inspirując się rozmowami zasłyszanymi między znajomymi. Co do chimer, to niedługo się wyjaśni, o co chodzi ;)
      Jeśli chodzi o szablon to robiłam go sama przy pomocy różnych wskazówek z YouTube'a i blogów.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Na początku nie podchodziłam pozytywnie do Jelsy, ale teraz jestem urzeczona tym parringiem i twoim opowiadaniem. Masz przepiękny szablon. Naprawdę.

    Mam takie pytanko - nie chce za bardzo żeby to wyszło na jakiś taki spamerski komentarz z reklamą i tak dalej, bo komenty nie do tego służą, ale nie będę ukrywać, mój blog nie jest tak genialny jak twój.
    Było by mi jednak miło gdybyś tam zajrzała i oceniła.
    Jeżeli miałabyś na to ochotę, to odpowiedz, a ja wyślę linka ;)

    Ps. Opowiadania są po prostu cudowne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć! :D
      Bardzo się cieszę, że przekonałam Cię do Jelsy.
      Możesz podrzucić link do Twojego bloga, ale powiem szczerze, że raczej nie czuję się odpowiednią osobą do oceniania, sama jeszcze ciągle się uczę i liczę na rady.
      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. hrhczylimagicznaspolka.blogspot.com

      Tu masz link :)
      Nie musisz nic pisać, miło mi będzie jeżeli tylko przeczytasz.

      Ps. Wczoraj spędziłam 2/3 godziny czytając to ;))

      Usuń
  5. Hihi... Ech... Komentuję dopiero teraz, ale do tego wniosku doszłam już z rozdział, czy dwa rozdziały temu. Czkawka wie, jakie będzie drugie zadanie... Mam rację, nie?Dlatego ciągle nawija o chimerach... I te mordoklejki... Ja wiem, że to szalony pomysł, ale czy nie dał mu ich specjalnie? Chimery zioną ogniem... Jakby tak na przykład zakleić im paszczę, to już by sobie nie pozionęły... Mogłyby się do tego przydać na przykład mordoklejki... Hihi... Nie wiem czy dobrze kombinuję, zobaczy się. A tymczasem lecę czytać kolejne rozdziały :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapraszam do dalszego czytania, tam okaże się, czy podejrzenia są słuszne. ;)
      Pozdrawiam!

      Usuń