czwartek, 21 kwietnia 2016

Rozdział XX — Mordoklejki

Jack otwierał usta i zamykał, jakby był rybą przed chwilą wyciągniętą z wody. Nie miał pojęcia, co powiedzieć najpierw.
— Chimery? — odezwała się Elsa, przerywając milczenie. — Chimery będą drugim zadaniem?
Merida potaknęła. Czkawka nawet nie drgnął; jego brak protestu uznano za potwierdzenie.
Jack zachodził w głowę, skąd Krukon w ogóle wiedział, co czeka w drugim zadaniu turniejowym. Pytań było jednak więcej. Dlaczego przyjaciel wcześniej nie powiedział, z czym uczestnicy zawodów zmierzą się w kolejnym wyzwaniu? Owszem, Czkawka ciągle bredził coś o chimerach, ale Jack w życiu nie przypuszczałby, że te ogniste stworzonka — ostatnia obsesja przyjaciela — będą lutowym zadaniem.
— Czkawka, skąd ty masz takie informacje? — wydusił Gryfon.
— Mój ojciec sprowadza te wszystkie potwory — odparł Czkawka półgłosem, rozglądając się niepewnie po korytarzu. — Napisał mi w liście, że dostał fuchę sprowadzenia magicznych stworzeń na drugie zadanie.
— Kazał Czkawce zachować to w tajemnicy — wtrąciła pośpiesznie Merida. — Czkawka, aby dowiedzieć się, co dokładnie będzie zadaniem, musiał ściemnić ojcu, że interesuje się jego pracą — powiedziała to w taki sposób, jakby Czkawka dokonał czegoś okropnie upokarzającego.
Jack wiedział, ile kosztowało przyjaciela udawanie, że interesuje się fachem ojca. Krukon brzydził się tym, że jego tata — oprócz hodowli zwierząt i wyrobu z nich różnych rzeczy — sprzedaje magiczne stworzenia bogatym czarodziejom, którzy zabijają je dla zabawy.
Gryfon jednocześnie czuł złość i współczucie. Miał ochotę zamordować Czkawkę i w tym samym momencie powiedzieć: nic się nie stało, stary.
— Dlaczego nie powiedziałeś mi tego od razu? — spytał Jack, siląc się na opanowany ton.
Elsa patrzyła wyczekująco i ze spokojem na Krukona.
— Podpowiadałem ci — jęknął Czkawka, załamując ręce. — Frost, ciągle ci gadałem o chimerach. Tak trudno się domyśleć? Mówiłem ci o nich, dałem książkę... Och, mogliśmy mówić o tym Elsie!
— Czkawka, ty masz tak zawsze, gdy się na coś nakręcisz — zaperzył się Jack. — Równie dobrze mógłbyś mieć fioła na punkcie żelków, a nikt nie uznałby, że próbujesz podpowiedzieć, co będzie w drugim zadaniu.
Czkawka wyglądał na wyraźnie zawiedzionego.
— Powiedziałbym, gdybyś tylko się nas spytał. Hej, Czkawka. Masz pomysł, co będzie drugim zadaniem? Skoro nie pytałeś, to wydawało mi się, że sam chcesz do tego dojść. — Krukon zaplótł ręce na piersiach. — Myślałem, że wziąłeś zbyt poważnie ten tekst o samodzielnej pracy, bez pomocy innych.
Jackowi nawet nie przebiegło przez myśl, że jego przyjaciele wiedzą, co będzie w drugim zadaniu. Wydawało mu się, że tak samo jak on nie mają zielonego pojęcia o kolejnym wyzwaniu. Z Gryfona powoli uchodziła złość, zostało tylko coś na kształt irytacji, że przyjaciel nie powiedział mu bezpośrednio, co czeka w lutym.
— Myślałem, że sami nic nie wiecie — burknął Jack. Zmarszczył brwi, zdając sobie sprawę z kolejnej rzeczy. — Czekajcie. Merida, ty i Roszpunka wiedziałyście o chimerach i nic nam nie powiedziałyście?
Na twarzy Meridy pojawił się lekki rumieniec.
— Myślisz, że czemu Roszpunka traktuje cię tak, jakbyś był umierający? — spytała Jacka. — Odkąd dowiedziała się o chimerach, cały czas gada o tym, jak bardzo są niebezpieczne. Boi się, że coś ci się stanie.
— Dobrze, może wystarczy — wtrąciła Elsa, a Merida rzuciła jej niechętne spojrzenie. — Wyjaśnicie tę sprawę między sobą. Czkawka, jesteś pewny, że w drugim zadaniu będą chimery?
— Tak — odparł Krukon. — Bardzo młode, zdrowe osobniki. Nie wiem, ile ich będzie, prawdopodobniej co najmniej dwie.
Elsa zmarszczyła brwi, głęboko zastanawiając się nad czymś. Jack mógł przysiąc, że właśnie poszukiwała w swoim umyśle wspomnień choćby trochę powiązanych z chimerami.
— Tylko co do tego ma kamień, diament... — mruczała pod nosem. — Czkawka, ty dużo wiesz o chimerach. Czy są one powiązane z jakimś materiałem, na przykład, platyną, złotem?
— Nic o tym nie wiem — westchnął Czkawka. — Kiedyś obiło mi się o uszy, że coś je łączy z ołowiem, ale głowy uciąć sobie za to nie dam.
Elsa pokiwała głową, ta odpowiedź na pewno ją nie usatysfakcjonowała. Jack przypuszczał, co powie Krukonka:
— Chyba skoczę do biblioteki — oświadczyła. — Cześć.
A nie mówiłem? — mruknął niezdziwiony Gryfon w myślach. Bądź co bądź, spędzał z Elsą trochę czasu i zauważył, że jeśli czegoś nie wiedziała, kierowała swe kroki w stronę biblioteki. Jack zastanowił się, czy towarzyszyć jej w czytelni, ale nie miał na to najmniejszej ochoty. Poza tym nawet gdyby chciałby dowiedzieć się czegoś o chimerach, to miał przy sobie chodzącą encyklopedię o chimerach — Czkawkę — oraz książkę o tych stworzeniach spoczywającą w kufrze.
Elsa przeszła między Meridą a Czkawką, pozostawiając przyjaciół samych.
— Udała się do swojego naturalnego środowiska — mruknęła Merida, gdy Krukonka zniknęła z pola widzenia.
— Czyli z tą twoją dziewczyną to była ściema? — spytał Gryfon Czkawkę.
Na Balu Bożonarodzeniowym Merida powiedziała Jackowi, że chimerowa obsesja Czkawki wiąże się z chęcią zaimponowania pewnej pannie z Beauxbatons. Możliwe było to, że wcale nie miał żadnej Francuzki na oku.
Czkawka zamrugał i zrobił się czerwony jak burak. Merida zachichotała. Jack po ich zachowaniu przekonał się, że Krukon jednak zakochał się w dziewczynie z innej szkoły.
— Och, Czkawka ją poderwał, ale nie był to podryw na chimery — zaśmiała się ruda, trącając przyjacielsko Czkawkę w ramię.
Wcale nie było mu do śmiechu, próbował uniknąć rozbawionych spojrzeń Jacka i Meridy. Gryfonowi całkowicie przeszła złość na przyjaciela
— To co, Casanova, jak ona się nazywa? — spytał Jack.

~*~*~*~

— Powinieneś zainteresować się swoją przyszłością — oświadczyła Roszpunka przemądrzałym tonem.
Jack nie spodziewał się, że podczas przypadkowego spotkania przyjaciółka zacznie dawać mu wykłady o tym, ile SUM-ów powinien zdobyć. Wystarczyło, że Elsa ciągle mu o tym wspominała. Dzięki tym dwóm dziewczynom i Czkawce Gryfon zaczął podejrzewać, że Krukoni mają bzika na punkcie egzaminów.
— Naprawdę? — odpowiedział Jack zbytnio uprzejmym tonem. — Och, zapomniałem o tym, powtarzacie mi to co najmniej kilka razy dziennie.
Roszpunka nie zwróciła uwagi na to, jakim głosem Jack udzielił odpowiedzi. Wygrzebała ze szkolnej torby kilkanaście broszur w jaskrawych barwach.
— W naszym pokoju wspólnym już są — powiedziała promiennie, rzucając na blat stolika ulotki. — Przejrzyj to sobie. Jeśli chcesz, to mogę ci jakoś doradzić.
— Krawcowa, malarka, doradca zawodowy... kim jeszcze chcesz zostać? — parsknął śmiechem Gryfon.
Chłopak zaczął powoli wyciągać swoje notatki na stół. Tego popołudnia mieli z Elsą dalej przeglądać księgi o chimerach. Przestudiowali już Magiczne wypadki związane z ogniem, Najbardziej niebezpieczne stworzenia czarodziejskiego świata oraz Jak przeżyć spotkanie z ognistymi bestiami i nie zwariować?. Dalej jednak nie natrafili na wzmiankę, jak skutecznie unieszkodliwić chimery. Trudno precyzyjnie trafić zaklęciem stworzenie, które strzela ogniem dalej niż widzi. Poza tym, opary z płomieni chimer rozpraszały magiczną moc wielu uroków.
— Dobra, dobra — mruknął niedbale do Roszpunki. — Przejrzę to.
Długowłosa rzuciła mu promienny uśmiech.
— Miłej nauki — powiedziała.
Wyszła z biblioteki raźnym chodem, grzecznie żegnając się z wiecznie skwaszoną bibliotekarką, panią Brookshild. Jack przeglądał swoje zapiski o chimerach. Po jakimś czasie, już znudzony, zabrał się za podjadanie mordoklejek, które spoczywały w torbie.
Zanim Elsa pojawiła się w wejściu do biblioteki, z paczki zniknęło kilka sztuk łakoci, a przybyło szeleszczących papierków. Jack podniósł rękę, aby pomachać dziewczynie, ale ona nawet nie rozejrzała się po stolikach, szukając go. Krukonka skierowała się od razu do biurka bibliotekarki.
Po co ona tam idzie? — pomyślał, nieco się dziwiąc. — Zawsze ustalamy, jakie książki mamy wypożyczać.
Elsa położyła na biurku jakiś świstek. Tłumaczyła coś, a bibliotekarka mierzyła ją surowym spojrzeniem. Kobieta odpowiedziała Krukonce ze zwykłą dla siebie kąśliwością, chociaż nie dało dosłyszeć się jej słów. Dziewczyna nie odpuszczała.
— Ile razy mam powtarzać? NIE WYDAM CI KSIĄŻKI Z DZIAŁU KSIĄG ZAKAZANYCH BEZ POZWOLENIA NAUCZYCIELA! — fuknęła bibliotekarka.
Elsa wymamrotała coś pod nosem, rumieniąc się.
— Pozwolenie nauczyciela — wysyczała kobieta. — Nie bądź zbyt uparta, bo przeciągniesz strunę. Powiem twojemu opiekunowi domu, że próbowałaś wypożyczyć tę księgę bez pozwolenia. Zobaczymy, co powie!
Kobieta zgarnęła świstek z biurka z wyrazem triumfu na pomarszczonej, wrednej twarzy. Dała Elsie do zrozumienia, że to koniec rozmowy. Jack machnął ręką do Krukonki, gdy przechodziła obok alejki, gdzie znajdował się ich stolik. Chciał wypytać się, jaka książka była warta tyle, aby ryzykować potyczkę ze złośliwą bibliotekarką. Elsa bez słowa usiadła obok niego. Trudno było poznać po jej kamiennej twarzy, co naprawdę myślała, ale jej policzki przybrały lekko buraczaną barwę.
— O co chodziło tej babie? — spytał Jack.
Elsa wyciągała książki z torby, unikając spojrzenia chłopaka.
— Och, nic wielkiego — odparła.
Dało się poznać, że skłamała. Jackowi wydawało się, że książka, którą Elsa chciała zdobyć, musi być naprawdę ważna, skoro próbowała wyżebrać ją bez zgody nauczyciela.
— Upatrzyłam jedną książkę o chimerach — wytłumaczyła dziewczyna, siadając prosto na krześle. — Ale chyba i tak nic byśmy w niej nie znaleźliśmy.
Jack postanowił nie drążyć tematu. Przyglądał się, jak dziewczyna wyciągała na blat książki i schludnie zrobione notatki. Jedna z ksiąg, stara i poniszczona, przykuła uwagę chłopaka.
— Najpowszechniejsze złe klątwy. — Odczytał wyblakły tytuł na okładce. — Będziemy używać mrocznych klątw?
Elsa się wzdrygnęła. Zgarnęła Najpowszechniejsze złe klątwy do torby, zrzucając na podłogę notatki. Dziewczyna westchnęła z frustracją i schyliła się, aby pozbierać pergaminy, które spadły.
— Nie, nie, nie będziemy — odparła sucho, ale nieco nerwowo Krukonka. Rzucała niespokojne spojrzenia na torbę jakby obawiała się, że schowana książka z niej ucieknie.
— Czytasz hobbystycznie o złych klątwach? — spytał jakby mimochodem Jack; naprawdę zaciekawiło go, czemu Elsa tak zdenerwowała się, gdy zwrócił uwagę na Najpowszechniejsze złe klątwy.
— Można tak powiedzieć. — Dziewczyna pozbierała notatki. — Trzeba dowiedzieć się, z czym się żyje.
Słowa Elsy wywarły na chłopaku dziwny niepokój, chociaż nie domyślał się jeszcze, co konkretnie miała na myśli.
— Szukam zapisków o tej klątwie — wytłumaczyła, mówiąc ta klątwa, na pewno miała na myśli swoją moc.
Elsa odkaszlnęła i wzięła w dłonie notatki. Przyglądała się zapiskom, wyglądała to tak, jakby chciała się zmusić do skupienia na nich.
— Teraz dopiero zaczęłaś szukać? — zdziwił się Gryfon.
— Oczywiście, że nie — odparła. — Od dawna szukam czegoś o tej klątwie, zanim trafiłam do Hogwartu. Wcześniej przeszukiwałam księgi ojca — on ma ich mnóstwo, są w nich opisy najróżniejszych klątw i uroków, przydają mu się czasem w pracy. Bardzo się zirytował, gdy się dowiedział, że szperałam w tych księgach. Może bał się, że nauczę się i kiedyś użyję jakiejś czarnoksięskiej klątwy. — Dziewczyna nieznacznie wzruszyła ramionami. — Ale ojciec zapewnił mnie, że szukał już w swoich księgach i nic nie znalazł.
— Może to jakaś nowa klątwa, dlatego nikt o niej nie napisał — zauważył Jack.
— Nie sądzę — przyznała Elsa. — Ten urok ma znamiona, że jest bardzo, bardzo stary... Może zajmijmy się tym, co ważniejsze.
Jack kłóciłby się, co jest ważniejsze — nauka o chimerach czy poznanie uroku, który ktoś rzucił na ciebie.
— Znalazłeś coś w Najgorszych bestiach średniowiecza? — spytała dziewczyna, kończąc temat swojej klątwy.
Jack zerknął na swoje notatki.
— To, co w poprzednich książkach — wyznał. — Opary rozpraszają większość zaklęć. Chimery mają dość ostre pazury. Nic nowego.
Elsa pokiwała głową.
— Znalazłam kilka zaklęć, które mogłyby unieszkodliwić chimerę, nawet jeśli ziałaby ogniem i tymi oparami.
Jack już miał odetchnąć z ulgą, że znalazła jakieś rozwiązanie, ale dopowiedziała:
— Jednak są one dla nas za trudne. Nawet dorośli czarodzieje mają problemy z opanowaniem ich, moglibyśmy zrobić sobie krzywdę.
Gryfon westchnął. Już miał nadzieję, że znajdą odpowiednie zaklęcia.
— Masz tę książkę od Czkawki? — spytała dziewczyna.
— Jasne, jasne — potwierdził Jack, poklepując książkę.
Otworzył Chimery — usmaż się lub przeżyj na pierwszym rozdziale. Jeden fragment — z greckiego mitu o chimerze — przykuł uwagę chłopaka:

Chimera została pokonana przez półboga Bellerofonta (syna boga mórz — Posejdona i śmiertelniczki Eurynome). Heros zabił stworzenie na rozkaz Jobatesa, króla Licji. Lecąc na skrzydlatym koniu Pegazie, Bellerofont wbił chimerze oszczep w gardło. Ołowiany grot stopił się w ogniu buchającym z paszczy i zalał jej wnętrzności.

Jack podsunął Elsie ten fragment. Przedyskutował razem z nią, czy mogliby także spróbować triku z zalaniem chimerze wnętrzności.
— Niestety nie jesteśmy nieustraszonymi herosami, poza tym nie mamy skrzydlatego konia. Nie dalibyśmy rady wbić kilku chimerom na raz ołowiowego grotu w gardło... — podsumowała markotnie Elsa.

~*~*~*~

Mroźne i wietrzne dni nowego semestru upływały niesamowicie prędko, przybliżając nieubłaganie dzień drugiego zadania turniejowego. W zimnym powietrzu znowu odczuwało się atmosferę podniecenia związanego ze zbliżającym się wydarzeniem.
Dla Jacka styczeń był jednym z najbardziej pracowitych miesiąców, odkąd rozpoczął się rok szkolny. Nie mógł znaleźć w pamięci dnia, kiedy miałby chwilę odpoczynku.
Nauczyciele nie odpuszczali. Nawet im przez głowę nie przeszło, że w lutym czeka turniejowe wyzwanie. Prace domowe były bardziej wymagające niż zazwyczaj — według nauczycieli więcej zadań miało przygotować dobrze uczniów do zbliżających się SUM-ów.
Jack z dnia na dzień coraz bardziej doceniał to, że Elsa zaoferowała mu pomoc w nauce. Krukonka powiedziała na początku stycznia, że mogłaby Gryfona trochę pouczyć, aby podciągnął się z niektórych przedmiotów. Według niego dziewczyna mogłaby zostać nauczycielką. Była cierpliwa i dobrze tłumaczyła, a przede wszystkim nie groziła odjęciem punktów Gryffindorowi. Pierwsze efekty ukazały się, gdy poprawiali razem wypracowanie Jacka z eliksirów. Bulstrode po sprawdzeniu nie opatrzył jego pracy żadnym kąśliwym komentarzem — to naprawdę wielki sukces.
Elsa i Jack ciągle przygotowywali się do drugiego zadania. On w ostatnim czasie przeczytał więcej książek niż kiedykolwiek wcześniej. Nieużywana klasa historii magii stała się miejscem, gdzie reprezentanci Hogwartu w spokoju ćwiczyli zaklęcia i uroki. Przedtem wyczyścili pomieszczenie. Dziewczyna rzuciła także zmyślne zaklęcie na salę. Każdy kto spodziewał się ujrzeć zagracone, nieużywane pomieszczenie, widział klasę właśnie taką. Jeśli ktoś chciał zobaczyć wyczyszczoną salę (a tylko Jack i Elsa tego oczekiwali) — w takiej formie się ukazywała.
Ciągle poszukiwano nawiązań między treścią zagadki a chimerami. Elsa, dowiadując się więcej o tych bestiach, dziwiła się, czemu we wskazówce nie jest napisane nic o ołowiu. Początkowo reprezentanci myśleli, że może w zagadce ze złotego znicza są wspomniane materiały, którymi można by zalać wnętrzności chimer — niestety, ta opcja się nie sprawdziła.
Efektem ubocznym częstych spotkań było to, że znajomość Jacka i Elsy stawała się coraz silniejsza. On nawet ryzykował stwierdzenie, że przestał ją tylko tolerować, a nawet polubił. Wydawało mu się, że dziewczyna czuła to samo — a przynajmniej nie okazywała już żadnych oznak niechęci w jego stronę. Mimo że czasem zarzucała mu lenistwo i nie łapała części żartów, to dało się z nią miło pogadać. Jedynym, co irytowało Jacka w Elsie, to jej zachowanie w sytuacjach, gdy nagle urywała rozmowę, bo próbował podpytać o jej zdolności. Kiedyś spytał, czemu właściwie to ukrywa — skończyło się na tym, że Krukonka przez cały dzień nie rozmawiała z nim na inne tematy niż Turniej Trójmagiczny. Jednak Jackowi udało się ją przekonać do pogodzenia się z Anną. Przynajmniej ze sobą gadały na korytarzach.
Sprawa z „Czarownicą” prędko ucichła — całe szczęście. Takie artykuły może wywołują zamieszanie, ale ludzie po krótkim czasie o nich zapominają. Jack nareszcie mógł przebywać w towarzystwie Meridy, nie wzbudzając tym podejrzeń czytelników tego okropnego brukowca. Odkąd wyszła sprawa z chimerami, Czkawka nie miał już takiej obsesji. Oczywiście dalej dzielił się swoją wiedzą, ale zrozumiał, że powinien przystopować. Roszpunka trochę przesadnie dbała o Jacka, ale przynajmniej nie wmuszała w niego monstrualnej ilości warzyw.
Luty minął jeszcze szybciej niż styczeń. Coraz bardziej wyczuwało się atmosferę kolejnego zadania. Dni mijały...
Aż Jack obudził się dwudziestego czwartego lutego, w dzień drugiego turniejowego wyzwania.
Chłopak wybudził się ze snu tak nagle, jakby polano go lodowatą wodą. Od razu wiedział, co go dzisiaj czeka — kolejne zadanie turnieju.
Spojrzał za okno; było ciemno, więc stwierdził, że musiał wstać dość wcześnie. Nawet nie próbował zmrużyć oka, bo wiedział, że mu się nie uda.
Podczas gdy inni chłopcy smacznie spali, Jack zsunął się z łóżka. Ubrał się, nawet nie myśląc o tym, jakie ubrania zakłada na siebie. Powracały do niego wszystkie ilustracje z książek, które przeczytał razem z Elsą: chimera piekąca człowieka, chimera jedząca człowieka, chimera rozszarpująca człowieka... same miłe wizje.
Do Jacka dopiero teraz docierał ogrom zadania, które go czekało. Dalej nie znaleźli sposobu, jak unieszkodliwić chimery.
Ale to nie problem — pocieszał się Gryfon. — Na pewno sędziowie nie pozwolą, aby stała nam się krzywda.
Tego stwierdzenia nie był tak naprawdę pewien.
Przez jakiś czas przechadzał się po sypialni i zastanawiał, ile czasu pozostało do godziny dziewiątej (wtedy miało odbyć się zadanie). Po kilkudziesięciu bezsensownych krokach uznał, że nie wytrzyma, siedząc w cichym pokoju. Wziął ze sobą płaszcz — w kieszeniach miał jeszcze sporo mordoklejek — aby nie musieć wracać się po niego do dormitorium i ruszył w stronę Wielkiej Sali. Miał tylko nadzieję, że będzie mógł zająć myśli jedzeniem.
Gryfon przechodził znajomą drogą w stronę Wielkiej Sali. Korytarze były puste i ciche. Jackowi stanowczo to się nie podobało. Wolałby, gdyby tłumy uczniów kręciły się na tej trasie. Chociaż z drugiej strony, mogliby zacząć wypytywać go o turniej.
Pchnął drzwi do Wielkiej Sali i wszedł do środka. Na zaczarowanym suficie kłębiły się szare chmury. Nie było jeszcze jedzenia. Jedyni uczniowie, którzy o tak wczesnej porze przebywali w Wielkiej Sali, siedzieli przy stole Ravenclawu — Czkawka i Elsa.
— Ty już na nogach? — spytał Krukon przyjaciela, obracając kubek w dłoniach.
— Tak samo jak wy — odparł Gryfon.
Jack nie zdziwił się na widok Elsy, ale obecność Czkawki nieco go zaciekawiła. Usiadł naprzeciwko Krukonów i przyglądał się im uważnie. Dziewczyna wyglądała na niewyspaną i zmęczoną. Czkawka wcale nie wyglądał lepiej. Przypominał osobę, którą złapało jakieś choróbsko.
— Mój ojciec powinien za chwilę przybyć — powiedział Krukon takim tonem, jakby zawiadamiał o czyjejś śmierci. — Będzie na turnieju.

~*~*~*~

Tym razem uczestnicy turnieju nie przygotowywali się do zadania w namiocie. Czekali w specjalnym pomieszczeniu pod areną, na której miało odbyć się wyzwanie.
— Arena wygląda jak Koloseum — zauważyła Elsa. — Tylko że nie rzucą nas lwom, ale chimerom.
— Trafne spostrzeżenie — przyznał Jack, rozglądając się po podziemnej komnacie.
Z góry dochodziły głosy ludzi gromadzących się na trybunach. Uczestnicy turnieju już wiedzieli, co ich czeka: mieli wydostać się z areny — nie udzielono im żadnych ważnych informacji, nawet nie powiedziano, gdzie znajduje się wyjście z niej. Na dźwięk armaty, reprezentacja jednej ze szkół miała stanąć na podeście, który wyniesie ją na scenę.
Dało się słyszeć okropne głosy: groźne ryki, powarkiwania i odgłosy miotanego ognia — aż jeżyły się włosy na karku.
Jacka mdliło na samą myśl o walce z chimerami. Naprawdę nie chciał zostać usmażony. Elsa była blada jak papier i wyglądała na bliską omdlenia. Oczy miała podkrążone; Jack dowiedział się, że nie spała całą noc, tylko powtarzała informacje potrzebne do zadania. Samundowi trzęsły się dłonie, gdy rozmawiał z dość markotną Claudią. Lavrans łaził po komnacie, burcząc coś pod nosem. Ernest wyglądał, jakby był bliski zwrócenia śniadania.
— Pamiętasz wskazówkę? — spytała Elsa Jacka szeptem, gdy niewiele dzieliło ich od pojawienia się na arenie.
— Jasne. Wykute na blachę — odparł równie cicho.
Krukonka poprawiała rękawiczki, chociaż leżały dość dobrze.
— Uda nam się. — Jack zaryzykował to stwierdzenie.
Elsa skrzywiła się, najwidoczniej te słowa niezbyt ją przekonały.
Rozległ się dźwięk armat. Piszczało w uszach Jack poczuł się tak, jakby jego wnętrzności zrobiły fikołka. Podest, na którym stali Jack i Elsa, zaczął powoli unosić się ku górze.
Chłopak słyszał, jak głośno tłukło się jego serce. Ściskał różdżkę w dłoni mocniej niż musiał. Elsa nerwowo przełykała ślinę.
Arena była okrągła, ogromna i otoczona wysokimi na trzy metry ścianami. Wyżej piętrzyły się trybuny wypełnione po brzegi kibicami. Chłopak dojrzał Roszpunkę i Meridę — Gryfonka wykrzykiwała coś, a długowłosa zakrywała usta z przerażeniem. W najniższym rzędzie siedział Czkawka w towarzystwie potężnego brodacza. Krukon wyglądał tak, jakby miał zemdleć. Gdzieś po środku trybun Jack dostrzegł Berthę Moore, która używała tego dziwnego zaklęcia błyskającego białym światłem. Dziennikarka notowała coś w zeszycie. Chłopak już sobie wyobrażał, jak będą wyglądały tytuły artykułów najnowszego numeru „Czarownicy”:

Turniej Trójmagiczny: Johnny Frost i Ella Vinters odpadli z rywalizacji
Sekcja kulinarna: Przepis babci chimery na pieczonych nastolatków!

Jack odgonił od siebie te myśli. Musiał się skupić.
Teren placu był nierówny, pełen zagłębień i usypanych z ziemi górek. Po prawej stronie znajdowały się duże, ciemne skały, za którymi można by się schować. W ścianach tkwiły małe, drewniane drzwi — wyjście z areny. W murach znajdowały się komory oddzielone od areny żelaznymi kratami. Właśnie w tych wnękach pluły dymem ostatnie koszmary Jacka.
Chimery.
Te bestie wyglądały gorzej i bardziej cudacznie niż chłopak sobie wyobrażał. Chimery posiadały dwie głowy osadzone na korpusie — jedną lwią, będącą na odpowiednim miejscu, a drugą kozią, znajdującą się na grzbiecie. Klatka piersiowa i przednie łapy stworzenia wyglądały jak lwie. Zad i tylne kończyny przypominały smocze: były pokryte grubymi, zrogowaciałymi łuskami. Ogony stanowiły długi, jadowicie zielony wąż. Wszystkie trzy głowy chimer — wężowa, lwia i kozia — posykiwały, powarkiwały i obnażały kły. W oczach stworzeń tliła się żądza krwi. Chimery, zauważając Jacka i Elsę, wyglądały tak, jakby ktoś podstawił im pod nos talerz z wyśmienitym stekiem.
Nogi uginały się pod nastolatkiem. Strach dławił go w gardle. Ściskał w dłoni różdżkę tak mocno, że pobielały mu knykcie. Cztery chimery wyglądały na gotowe do ataku...
Jack ostatni raz spojrzał na Elsę. Wyglądała na przerażoną.
Huknęło, a Jack i Elsa rzucili się biegiem w stronę części areny wyłożonej skałami. Kraty ze zgrzytem uniosły się do góry. Cztery chimery pokracznym chodem weszły na scenę. Widownia wstrzymała oddech.
— Conjunctivis! — Jack rzucił zaklęcie przez ramię.
Wbił wzrok w skały; nie chciał się nawet odwrócić. Widownia krzyknęła głośne och!
— Uważaj! — wrzasnęła Elsa, zanim zorientował się, o co chodzi.
Dziewczyna pchnęła go na ziemię. Powietrze stało się gorące i ciężkie, paliło w płucach. Odgłos miotanego ognia był tak głośny, aż huczało w czaszce. Kozia głowa chimery rozwierała paszczę, plując ogniem. Bestie brały głęboki wdech. Za chwilę miały także wystrzelić słupy płomieni.
— Immobilus! — Elsa machnęła różdżką.
Kolejne zaklęcie nie zadziałało. Magiczny dym z ognia rozpraszał czary.
Z kozich paszcz chimer buchnęły płomienie. Jack odczołgał się i pociągnął za sobą Elsę zanim potwory przypiekłyby ich. Miotali przypadkowe zaklęcia w stronę bestii, na których nie robiło to najmniejszego wrażenia. Jak najszybciej pobiegli w stronę skał i schowali się za jedną z nich. Jackowi brakowało tchu. Od dymu kręciło mu się w głowie. Ręce miał pozacinane. Płaszcz częściowo nadpalony.
Myślał gorączkowo, co mogą zrobić. Chimery, na szczęście powolnie poruszające się, jeszcze nie dotarły do nich. I na co zdała się ta zagadka ze złotego znicza? Nic nie pomagała reprezentantom, nic!
— One mają... klucze... — wydyszała Elsa.
Klucze? — zdziwił się Jack.
Wyjrzał zza skały. Chimery się zbliżały, idąc pokracznie — ich budowa ciała utrudniała im normalne chodzenie.
Na szyjach pokrak zawieszone na rzemykach podzwaniały klucze: lśniące złotem, srebrem, drewniane, wyciosane z kamienia... A na szyi największej chimery wisiały z rubinu, miedzi, platyny i kawałka węgla.
Jackowi zabrzmiał w głowie tekst ze wskazówki:

Tylko diament w węgielnej powłoce skryty,
Odpowie na wszystkich problemów typy

Elsa i Jack, ciągle kryjąc się za skałą, rzucali w stronę chimer najsilniejsze zaklęcia jakie znali. Jedną bestię dziewczyna spowolniła zaklęciem Immobilus, bo kozia głowa chimery akurat brała wdech. Z widowni dochodziły odgłosy przerażenia, dopingu oraz ekscytacji. Pot lał się po czole Jacka.
Nie damy rady — pomyślał z rozpaczą. Potem zmusił się do ogarnięcia się. Był z Gryffindoru — nie poddawał się bez walki.
— Depulso!
Chimery odleciały rażone zaklęciem. Jack myślał gorączkowo, co powinien zrobić. Gdyby tylko udało mu się odciąć ten przeklęty kozi łeb...
... albo skleić kozie szczęki.
Wpadł na pomysł szalony i bardzo ryzykowany. Uznał, że musi spróbować nawet bez konsultacji z Elsą.
Dziewczyna dalej rzucała zaklęcia. Jack wyciągnął trzęsącymi się dłońmi wszystkie mordoklejki, jakie miał w kieszeniach płaszcza — a było ich całkiem sporo. Jak najszybciej poobierał słodycze z papierków.
— Jack, to nie pora na jedzenie! — warknęła Elsa z frustracją.
Chłopak nic nie odpowiedział. Wycelował różdżką w mordoklejkę i wycharczał:
— Wingardium Leviosa.
Uniósł różdżkę do góry, a mordoklejka zrobiła to samo. Kierował smakołyka w stronę chimer. Z widowni dochodziły odgłosy zdziwienia. Poprowadził mordoklejkę do koziej paszczy jednego z potworów.
Bestia kłapnęła paszczą i... oblizała się ze smakiem, zaczynając merdać wężowym ogonem jak pies.
Jack wysyłał kolejne mordoklejki do reszty chimer. Tamte, tak samo jak pierwsza, uspokoiły się i oczekiwały na kolejne smakołyki. Biedne ogony-węże — od tego ciągłego merdania nimi nieźle kręciło im się w głowie. Elsa podłapała mniej-więcej plan chłopaka.
— Wingardium Leviosa. — Wycelowała w mordoklejkę i poprowadziła ją prosto do paszczy chimery. Dziewczyna widocznie nie miała pojęcia, co zakładał plan Jacka, ale i tak mu pomagała.
Jack powoli wyłaniał się zza skały, podobnie jak Elsa. Ciągle karmili chimery mordoklejkami. Ostrożnie zbliżali się do chimery, która na szyi miała przywieszony węglowy klucz.
— Łapiemy klucz jak najszybciej — wyjaśnił chłopak, posyłając chimerze uśmiech mówiący: Nic się nie martw, zaraz dostaniesz więcej smakołyków, ślicznotko. — I od razu do drzwi.
Została ostatnia mordoklejka i jednej krok. Jack w każdej chili mógł zostać rozszarpany, ukąszony lub spalony ogniem. Czując, jak serce podeszło mu aż do gardła. Uniósł dłoń ściskającą mordoklejkę do głowy kozy. Wystarczyłoby, aby zwierzę kłapnęło paszczą, a odgryzłoby mu palce jak kiełbaski serwowane na śniadaniach w wielkiej sali. Jego druga, drżąca dłoń sięgała w stronę naszyjnika z kluczami.
Zacisnął palce na odpowiednim kluczu. Węglowa powłoka skruszyła się pod jego dotykiem. Poczuł, że klucz stał się jest gładki.
Rzemyk był cienki. Jack zerwał klucz bez problemu. Wrzucił do paszczy chimery ostatnią mordoklejkę.
— Wiejemy! — krzyknął do Elsy.
Biegli, ile sił mieli w nogach. Chimery już nie merdały ogonami. Jack, pędząc, odwrócił się. Zauważył z satysfakcją, że kozie głowy potworów nie mogą otworzyć pysków i zionąć ogniem. Mordoklejki zadziałały!
Jack i Elsa dotarli do drzwi i czym prędzej otworzyli je diamentowym kluczem.
Z widowni wyrwał się głośny, ogłuszający wręcz ryk entuzjazmu.

~*~*~*~

Cześć!
Co u Was? Czy są tutaj ci szczęśliwcy z rocznika 2000? Jak poszedł egzamin?
Nareszcie udało mi się coś napisać. Mam nadzieję, że kolejny rozdział napiszę szybciej.
Pozdrawiam!

11 komentarzy:

  1. Mordoklejki najlepsze <3 też je uwielbiam! :D
    Fajnie, że przyjaciele wspierają Jacka i pomagają mu.
    Cieszę się, że spędza wiele czasu z Elsą i zaczyna ją lubić :)
    Oczywiście czekam na dalszy ciąg i życzę weny!
    Pozdrawiam
    Arcanum Felis

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mordoklejki to jedne z najlepszych słodyczy! :D
      Bardzo dziękuję i pozdrawiam!

      Usuń
  2. Mordoklejki mnie rozwaliły XD I kto by się tego spodziewał. Nawet Jack potrafił coś wymyśleć.
    To ty egzamin pisałaś!? O kurde, jak ci poszedł? Mam nadzieję że dobrze :)
    Nie mniej jednak świetny rozdział! Czekam na next i weny❄

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej nie pisała...chyba że to "2001" w nicku to mistyfikacja...za rok będzie nasza kolej...ech...

      Usuń
    2. Czasami nawet ludzie, którzy nie wyglądają na pomysłowych, mają dobre pomysły. Nie, ja nie pisałam egzaminu. Czeka mnie to za rok :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Super. Ekstra pomysł z tymi mordoklejkami. Weny

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej! Zostałaś nominowana do LBA na naszym blogu. Zapraszamy :D http://wswiecieeinstainek.blogspot.com/2016/04/troche-o-nas.html#comment-form

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję! Odpowiem jak najszybciej! :D

      Usuń
  5. Egzamin chyba poszedł dobrze ... a ty chyba także pisałaś czyż nie ? XD Jak tobie poszedł ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że dobrze Ci poszło! Ja jeszcze nie pisałam, czeka mnie to za rok ;)

      Usuń