środa, 4 maja 2016

Rozdział XXI — Pochwały

Udało nam się — odezwała się cichutko myśl, chociaż inne próbowały ją zagłuszyć.
Elsa oparła się ciężko plecami o zamknięte już drzwi. Odetchnęła głęboko zimnym powietrzem nieprzesyconym żrącymi oparami ognia chimer. Dziewczyna przymknęła powieki i próbowała uspokoić oddech. Nie dowierzała, że chimery zostały za nimi, na arenie.
Jesteśmy teraz w bezpiecznym miejscu — pomyślała Elsa, otwierając oczy i rozglądając się po pomieszczeniu pod trybunami, do którego trafiła.
Do dziewczyny nie dochodziło to, że ona i Jack znajdują się już w miejscu, gdzie nie ma stworzeń, które pragną rozszarpać na strzępy lub usmażyć wszystko, co żyje.
 — Udało nam się — wyszeptała Elsa, dziwiąc się, że wypowiedziała swoją myśl głośno.
 — Udało nam się — odezwał się Jack, głos miał tak samo zdumiony, ale pełen ulgi.
Gryfon stał obok Krukonki i tak samo jak ona opierał się plecami o drzwi. Oddychał szybko, wyglądał na zdziwionego, ale uśmiechał się ciepło; na policzku miał tylko małe zadrapanie, a na czole niewielkiego siniaka. Mimo wszystko dziewczyna zmierzyła chłopaka wzrokiem, poszukując zranień. Stwierdziła, że z Gryfonem wszystko w porządku.
 — Udało nam się — powtórzył Jack pewniej. — Elsa, przeżyliśmy to!
Gdy Gryfon powiedział to z taką pewnością, Krukonka zaczęła wierzyć w te słowa. Chimery były zakończonym rozdziałem — już przez to przeszli. To jednak nie zmieniało faktu, że dziewczyna dalej miała gęsią skórkę po drugim zadaniu. Gdy Jack podszedł blisko chimery i prawie włożył rękę do pyska stworzenia, Elsie aż zakręciło się w głowie. Krukonka była zirytowana tym, że Gryfon nie skonsultował z nią swojego pomysłu. Jednak gdy zastanowiła się nad tym już z dala od chimer, nie dziwiła się chłopakowi, że nic jej nie wyjaśnił. Prawdopodobnie odradziłaby ryzykownego karmienia potworów mordoklejkami. I możliwe, że nie zaliczyliby tego wyzwania.
 — Gratulacje! — Elsa usłyszała głos profesora Dreamchilda. 
Nauczyciel podszedł do reprezentantów Hogwartu opatulony czerwono-złotym szalikiem Gryffindoru. Złote oczy mężczyzny błyszczały mocniej niż zazwyczaj.
— Naprawdę, świetnie sobie poradziliście! — Profesor Dreamchild się uśmiechnął.
Dziewczyna poczuła, że się zarumieniła.
 — Dziękuję, panie profesorze — bąknęła, a Jack tylko kiwnął głową.
 — Użyliście tylu tak skomplikowanych zaklęć, niebywałe — powiedział nauczyciel z dumą w głosie. — Te cukierki! Mordoklejki? Tak, mordoklejki. Świetny pomysł, naprawdę. Do tej pory nie wiem, jak na to wpadliście...
 — Jack wpadł na ten pomysł — wtrąciła Elsa.
 — Słodycze przydają się na każdą okazję — odparł Gryfon z uśmiechem.
Z areny zaczęły dochodzić okropne ryki, podzwanianie łańcuchów, odgłosy szamotaniny i miotanego ognia. Elsa poczuła dreszcz na plecach. Spojrzała na chłopaka, zauważyła, że ściągnął brwi i przyglądał się sceptycznie wyjściu na arenę. Krukonka zaczęła niepokoić się, czy na pewno ona i Jack są bezpieczni, jeśli od sceny dzielą ich tylko drewniane drzwi, które chimery łatwo mogłyby spalić.
 — Za chwilę kolejna reprezentacja przystąpi do wyzwania... Chyba powinna was obejrzeć pani Kelly — stwierdził profesor Dreamchild, patrząc w stronę drzwi. — Och, nie martwcie się, rzuciliśmy na wyjście odpowiednie zaklęcia...
Nauczyciel zaprowadził Jacka i Elsę do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie odgłosy dochodzące z areny były nieco cichsze. Na miejscu czekała już pielęgniarka, pani Kelly, z apteczką w ręce. Na widok Jacka i Elsy pulchna pielęgniarka głośno wypuściła powietrze z płuc.
 — Panie profesorze, będziemy mogli zobaczyć innych na arenie? — spytała Krukonka.
 — Nie, nie, nie! — wtrąciła zdenerwowana pielęgniarka, zanim profesor Dreamchild zdążył otworzyć usta.  — Jesteście zdenerwowani, możecie być poważnie ranni... a poza tym jesteście jeszcze dziećmi! Nie powinniście oglądać jeszcze takich rzeczy!
 — Ale przed chwilą byliśmy tam na arenie! — zaperzył się Jack.
 — Nie myślcie, że to pochwalam — zaskrzeczała kobieta.
Elsa tak samo jak Jack uważała, że powinni zobaczyć występy Durmstrangu i Beauxbatons. Mogliby dowiedzieć się, jak poszło innym uczestnikom Turnieju Trójmagicznego; Krukonka pragnęła zobaczyć, czy Lavrans i Samund zdążyli poznać treść wskazówki i wykorzystać ją na arenie.
 — Na trybunach są nawet pierwszoroczni! — dodał Gryfon zirytowany.
 — Tego także nie pochwalam — odparła pielęgniarka.
Wyczekujące spojrzenia pielęgniarki i uczniów skierowały się na  profesora Dreamchilda. Krukonce zależało na zobaczeniu potyczek innych reprezentacji z chimerami. Jednak dziewczyna po części rozumiała panią Kelly, która zawsze martwiła się o uczniów (czasem aż za bardzo).
Jack najwidoczniej nie był tak wyrozumiały dla pani Kelly. Ciągle rzucał kobiecie zirytowane spojrzenia.
 — Powierzam ich w twoje ręce, Gertrudo — powiedział uprzejmie nauczyciel.
Pielęgniarka uśmiechnęła się triumfalnie. Jack był niezadowolony z decyzji profesora Dreamchilda.
 — Ale ja naprawdę dobrze się czuję. To niesprawiedliwe, że mamy tutaj siedzieć! Nic mi nie jest! Elsa chyba też dobrze się czuje, prawda Elsa? — Jack zawzięcie walczył o zobaczenie występów innych reprezentacji.
 — Inne drużyny nie widziały waszego występu — przypomniał spokojnie profesor.
Elsa stwierdziła, że nie warto ciągnąć tego tematu. Mimo że bardzo pragnęła zobaczyć, jak reszta poradzi sobie z chimerami, to postanowiła zastosować się do zaleceń nauczyciela i nie robić scen. Jack nie wpadł na taki pomysł, tylko dalej próbował nakłonić panią Kelly i profesora Dreamchilda, aby puścili go na trybuny.
 — Na litość boską, Frost, nie zachowuj się jak dziecko podczas wizyty u lekarza — zapiszczała pielęgniarka. — Słyszałeś, co powiedział twój opiekun domu!
 — Przyda się, aby pani Kelly was dokładnie obejrzała — stwierdził profesor Dreamchild, a na twarzy Jacka malował się wyraz sprzeciwu. — Przyjdę po was, kiedy będą ogłaszane wyniki. A teraz mi wybaczcie, idę zobaczyć, jak pójdzie kolejnej reprezentacji.
Wyszedł z pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi. Pani Kelly wyczarowała dwa drewniane krzesła dla Jacka i Elsy. Dziewczyna dla świętego spokoju poddała się badaniu, chociaż czuła się w miarę dobrze, nie licząc kilku otarć, bólu brzucha od stresu i lekkich zawrotów głowy od dymu z paszczy chimer.
 — Zawroty głowy... ból brzucha... — Pielęgniarka położyła dłoń na czole Elsy. — A czy jest coś jeszcze? Może bolą cię zęby? Kości? Mięśnie? Masz zgagę?
Jack parsknął śmiechem, siedząc na krześle naprzeciwko.
 — Nie, wszystko w porządku — zapewniła Elsa gorliwie. — Tak naprawdę to już mi przechodzi...
Pani Kelly spojrzała na nią sceptycznie, ale najwyraźniej uznała, że nie ma co szukać dolegliwości na siłę. Zaczęła badać Jacka, mierząc mu temperaturę, opatrując zranienia i zadając mnóstwo pytań — o to, jak się czuje, czy boli go brzuch, głowa, mięśnie, kości, gardło, uszy, czy go mdli, czy dostał wysypki i mnóstwo innych, niepotrzebnych i niewygodnych pytań. Jack na wszystko odpowiadał tak samo: Nie, wszystko dobrze.
 — Jadłeś dzisiaj śniadanie? Co jadłeś? Nic nie jadłeś? Brak apetytu? — dopytywała pielęgniarka.
 — Nie, wszystko dobrze — burknął Jack.
Z sufitu, czyli trybun, zaczęły dochodzić wyraźne odgłosy podekscytowania. Elsa wytężyła słuch, chciała wiedzieć, o co chodzi. Jack także nasłuchiwał. Nawet pani Kelly na chwilę zamilkła.
Rozległ się donośny huk armaty, a widownia ryknęła. Elsie przez chwilę piszczało w uszach.
Kolejna reprezentacja na arenie — pomyślała dziewczyna. — Ciekawe, czy będą walczyli z chimerami dłużej niż my.
Pielęgniarka wcisnęła Elsie i Jackowi po kubku eliksiru spokoju, chociaż żadne z nich nie widziało potrzeby, aby wypić miksturę. Pani Kelly, burcząc pod nosem o turnieju, dokańczała wypytywanie o dolegliwości.
 — A krosty? Masz trądzik?...
Co chwilę słychać było ryki chimer, miotanie ognia, zaklęcia oraz odgłosy ekscytacji i przerażenia widowni.

~*~*~*~ 

Profesor Degas nie mógł zostać ze swoimi uczniami, bo musiał udać się na naradę sędziów. Claudia leżała na kozetce, łkając w rękaw. Ernest siedział na wyczarowanej leżance nieźle posiniaczony i cały osmalony, ściskając się za nadgarstek; włosy z jednej strony miał nadpalone. Francuz ściskał w dłoniach metalowe kółeczko z kluczami, które jakimś sposobem zdobył z Claudią. Oparzenia Samunda zostały opatrzone, ale dalej krzywił się z bólu. Lavrans, którego połamane nogi były już unieruchomione, w jednej dłoni ściskał kubek ze Szkiele-Wzro — eliksirem powodującym zrastanie się kości — a drugą przyciskał kawałek smoczego mięsa do ogromnego sińca na twarzy. Reprezentacja Durmstrangu i Beauxbatons otrzymała spore porcje eliksiru spokoju. Pani Kelly krzątała się między poszkodowanymi nieźle poddenerwowana; ciągle burczała pod nosem, jak bardzo okropny jest Turniej Trójmagiczny.
Elsa i Jack przyglądali się zamieszaniu, stojąc w kącie sali cali i zdrowi. Wcześniej próbowali przedyskutować wyniki innych reprezentacji, ale teraz ciężko było im o tym mówić. Reprezentanci Hogwartu milczeli, przyglądając się krzątaninie.
 — Myślisz, że z nią źle? — spytał niepewnie Jack, wskazując podbródkiem na Claudię.
Francuzka łkała w rękaw, gdy miała opatrywane paskudne oparzenie na nodze. Pani Kelly właśnie przetrząsała apteczkę i wyciągnęła z niej fiolkę z purpurową zawartością — eliksirem oczyszczającym rany — oraz jakiś pojemniczek z aksamitnym balsamem.
 — Na pewno z tego wyjdzie — odparła Krukonka. Nie patrzyła na Jacka, tylko przypatrywała się, jak pielęgniarka zajęła się obrażeniami Claudii. — Chyba za niedługo bardziej przejmie się tym, że chimery spaliły jej połowę włosów.
Niegdyś aksamitne, długie, czarne włosy Francuzki teraz były nierówne, przyprószone szarym pyłem, duża część z nich została spalona. Elsie wydawało się, że dla dbającej o swoją urodę Claudii, ten fakt okaże się niemiłym zaskoczeniem.
Jack ściskał w rękach kubek z eliksirem uspakajającym; nie upił ani łyka. Tak samo jak Elsa przypatrywał się opatrywaniu rannych. Radość po wyjściu cało z drugiego wyzwania wyparowała.
 — Mieliśmy farta — bąknął Jack, przenosząc spojrzenie na Lavransa ciągle przykładającego smocze mięso do policzka — gdybym nie spakował tych mordoklejek...
Jack westchnął. Zacisnął mocniej palce na kubku, milcząc. Drugą dłonią podrzucał mechanicznie lśniący, diamentowy klucz. Elsa nie mogła zaprzeczyć, że nie wpadli wcześniej na pomysł, aby skleić paszczy chimerom. To, że Jack odnalazł mordoklejki w płaszczu, było zbiegiem okoliczności.
 — Ale dobrze wykorzystałeś tego farta — powiedziała Elsa do Jacka po chwili namysłu. — Równie dobrze mogłeś zjeść te cukierki, myśląc sobie, że to ostatnie słodycze w twoim życiu.
Jack parsknął szczerym śmiechem, ale dalej nie oderwał wzroku od poszkodowanych.
 — Nawet gdybyś ich nie miał, to jakoś poradzilibyśmy sobie — dodała Krukonka.
 — Pewnie tak — przyznał Jack. Posłał dziewczynie zawadiacki uśmieszek i dopowiedział: — Ale gdyby ktoś pytał, to ja przewidziałem, że mordoklejki nam się przydały... jakby jacyś fani pytali.
Elsa mimowolnie uniosła kąciki ust.
Pielęgniarka opatrzyła już rany Claudii; w miejscu rozległego oparzenia na nodze była teraz warstwa różowawej skóry. Francuzka bardziej przejęła się swoimi włosami.
 — Ci oni wyglądaji dobrzi? — wypytywała się wszystkich wokoło Claudia.
Ernest okłamał Francuzkę, że jej fryzura wygląda magnifique, a reszta zebranych zignorowała te dopytywania.
Z zewnątrz przestały dochodzić odgłosy rozwścieczonych zamieszaniem chimer. Słychać było już wyłącznie głosy rozentuzjazmowanej i niecierpliwiącej się widowni.
Ktoś chwycił za klamkę. Elsa od razu pomyślała, że nadszedł czas ogłoszenia wyników. Nie myliła się, w drzwiach pojawił się niziutki profesor Dreamchild, a jego szata rzuciła złotą poświatę na pomieszczenie.
 — Gertrudo, uczestnicy turnieju są już gotowi? — zapytał uprzejmie.
Pielęgniarka ciężko westchnęła, odsuwając się od Claudii. Pani Kelly popatrzyła po zebranych.
 — Wydaje mi się, że mogą na chwilę wyjść — odparła sucho kobieta, a potem pokazała palcem na Claudię i Lavransa — ale tę dwójkę chcę potem dokładnie obejrzeć w skrzydle szpitalnym.
Nauczyciel nie protestował. Gestem dłoni przywołał do siebie uczestników Turnieju Trójmagicznego.
 — Znowu możecie otrzymać maksymalnie pięćdziesiąt punktów — ogłosił profesor Dreamchild, gdy razem z uczestnikami drugiego wyzwania dotarł do małych drzwi prowadzących na arenę — każdy sędzia może ich przyznać dziesięć, jak przedtem. Punkty z pierwszego i drugiego zadania zsumują się i mogą dać pewną istotną ulgę w kolejnym zadaniu.
Elsa, wychodząc na arenę, spodziewała się, że te okropne chimery będą porykiwały wściekłe oddzielone od sceny kratami. Pewnie zachowywała by się tak samo, gdyby została potworem i sześcioro ludzi, teoretycznie posiłków, uciekłoby spod jej paszczy.
Będąc na arenie, Krukonkę ogłuszył ryk z trybun. Jednak chimery nie wydawały żadnego dźwięku oprócz pochrapywania. Tak, krwiożercze bestie pochrapywały smacznie w celach! Reprezentanci szli na środek areny, aby stanąć naprzeciw loży sędziowskiej. Elsa zauważyła rozłupane skały i przypalone mury, których nie było, podczas gdy ona i Jack walczyli z potworami.
Claudia osłaniała się przed spojrzeniami zebranych. Samund pomagał iść Lavransowi. Kibice z Durmstrangu i Beauxbatons wyglądali na trochę zawiedzionych.
Jack pomachał dłonią do widowni, szczerząc zęby. Wśród uczniów Hogwartu wybuchła ogłuszająca wrzawa. Czerwono-złoty sektor Gryfonów zajmujących ostatni rząd ryknął z radości tak głośno, że chimery poruszyły się nerwowo we śnie. Ze strony Krukonów — ubranych na niebiesko — także dało się słyszeć okrzyki entuzjazmu. Elsa wyszukała wśród czerwono-złotego zamieszania Gryfonów rudowłosą dziewczynę, która piszczała z radości. Anna wymachiwała ożywiona flagą Gryffindoru obok rozweselonej Meridy, pokazując palcem na arenę.
Elsa miała wrażenie, że za chwilę oderwie się z radości od ziemi. Po raz pierwszy od dawna chimery całkowicie ulotniły się z myśli Krukonki. Dziewczyna czuła ciepło w sercu, jakiego nie odczuwała od wielu dni. Od dłuższego czasu męczył ją okropny mróz odbierający wszelkie chęci do działania. Jednak gdy Elsa zauważyła rozweseloną twarz siostry, zimno całkowicie zniknęło.
Uczestnicy turnieju stanęli na środku areny przed obliczem sędziów. Claudia próbowała zasłonić jakoś swoje nadpalone włosy, ale jej to nie wychodziło. Wrzawa dalej nie ucichała, pomimo że reprezentacje szkół czekały na wyniki.
Elsa podobnie jak Jack rozglądała się po widowni z uśmiechem. Jej wzrok długo spoczywał na Annie, która ciągle podskakiwała z radości. Krukonka potem zerknęła na roześmianą Emmę Frost, która wraz z kilkoma pierwszorocznymi trzymała w górze transparent z napisem NAPRZÓD HOGWART!. Roszpunka wymachiwała planszą, na której naprzemiennie pojawiały się godło Hogwartu oraz wizerunki orła i lwa. Do loży sędziowskiej próbowała dostać się jakaś młoda brązowowłosa kobieta ściskająca notatnik, ale profesor Cleves blokował jej drogę. Wzrok Elsy nareszcie spoczął na sędziach, którzy toczyli żywą dyskusję.
 — Chyba mają problem z punktacją — mruknął Jack.
Elsa bezgłośnie przyznała mu rację.
Profesor Morozow wstał. Wyciągnął z kieszeni różdżkę i przyłożył ją sobie do krtani.
 — Sonorus — mruknął dyrektor Hogwartu. Jego słowa stały się tak głośne, że potoczyły się echem po okolicy, uciszając hałaśliwą widownię. — Przyszła pora na oceny występów poszczególnych reprezentacji!
Przez widownię przebiegła fala poruszenia.
 — Najpierw ocenimy występ reprezentacji Hogwartu — ogłosił profesor Morozow. — Panie Smith, jeśli mógłby pan zacząć...
Smith kiwnął głową, ale minę miał taką, jakby ocenianie uczestników turnieju było niezwykle nudnym zadaniem. Mężczyzna uniósł różdżkę do góry, a z jej końca wystrzeliła srebrna dziesiątka. Potem oceniał Nixon. Uśmiechając się szeroko, wystrzelił w powietrze srebrną liczbę... dziesięć.
U hogwartczyków zawrzało. Elsa nie spodziewała się tak dobrych ocen, ale było to bardzo miłe zaskoczenie.
Degas przyznał Hogwartowi osiem, chociaż długo zwlekał z przyznaniem punktów.
 — Jeśli wszyscy nas tak ocenią, to może wyprzedzimy Durmstrang! — powiedział Jack podekscytowany.
Andersen przyznał siódemkę. Ostatni oceniał Morozow — dał swojej szkole dziewięć punktów, chociaż Jack twierdził, że mężczyzna nie dał maksimum tylko po to, aby nie został oskarżony o faworyzację swoich uczniów.
 — Czterdzieści cztery punkty — wymamrotała do siebie Elsa.
Zanim uczniowie Hogwartu przestali klaskać, minęło kilkanaście minut. Krukonka w pewnym momencie zaczęła się niecierpliwić, chcąc poznać oceny innych szkół. Jack nerwowo przeskakiwał z nogi na nogę.
Następnie został oceniony Durmstrang. Sądząc po ocenach, poszło im o wiele gorzej niż Elsie i Jackowi — Samund i Lavrans nie otrzymali żadnej dziesiątki. Beauxbatons zebrało jeszcze mniej punktów.
 — W tym zadaniu zwyciężyła drużyna Hogwartu — oznajmił profesor Morozow; jego wzmocniony zaklęciem Sonorus głos ledwo co przedarł się przed wybuch entuzjazmu — zdobywając czterdzieści cztery punkty. Drugie miejsce zajął Durmstrang z trzydziestoma sześcioma punktami. Beauxbatons zdobyło trzecie miejsce, zebrawszy dwadzieścia osiem punktów. Punktacja za pierwsze i drugie zadanie turniejowe wygląda w następujący sposób: Beauxbatons — pięćdziesiąt osiem punktów, Durmstrang — siedemdziesiąt siedem punktów, Hogwart — osiemdziesiąt dwa punkty. To, ile punktów zebraliście, może pomóc lub zaszkodzić wam w następnym zadaniu, o terminie którego poinformujemy uczestników turnieju w maju.

~*~*~*~ 

 — Próbowali zaklęcia Accio, ale nic im z tego nie wyszło — opowiadał Czkawka, relacjonując występ Durmstrangu. Chłopak niespokojnie rozglądał się po widowni. Wyglądał na zdenerwowanego, ale Jack nie zauważył w tym nic dziwnego. — Potem próbowali unieruchomić chimery Drętwotą, ale znowu im nie wyszło! Jedna chimera rzuciła się na Lavransa, przygniotła go, ale użył jakiegoś zaklęcia, że zaczęła się śmiać! Samund wtedy próbował rozwalić drzwi, nie udało się, musieli na nie nałożyć jakiś czar... 
Urok rzucony na baner Roszpunki zaczął się wyczerpywać. Teraz na planszy widniał herb Hogwartu z dziwną hybrydą orła i lwa. 
 — Wie ktoś, jak to naprawić? — spytała długowłosa, stukając knykciem w baner. — Przyda nam się na kolejne zadanie! Będę musiała domalować mordoklejki...
Jack uśmiechnął się. Wraz z przyjaciółmi i Elsą siedział na powoli wyludniających się trybunach, czekając, aż tłum się rozproszy. Omawiali drugie zadanie turnieju, chociaż co chwilę ktoś podchodził i gratulował Jackowi oraz Elsie.
 — ...bardzo mocny czar... — kontynuował Czkawka — ale potem Lavrans i Samund...
 — Jack, nie zostało ci trochę tych cukierków? — wtrąciła Merida. — Może skleimy szczęki tej tam? — Wskazała podbródkiem w stronę loży sędziowskiej kilkanaście rzędów niżej.
Sędziowie turnieju próbowali wydostać się ze szponów osoby, której Jack nie miał najmniejszej ochoty widzieć. Bertha Moore paplała żarliwie z Nixonem, Smithem i dyrektorami szkół, ciągle pisząc coś w swoim nieodłącznym notatniczku. Cierpliwość sędziów zaczęła się wyczerpywać, gdy dziennikarka próbowała zatrzymać przy sobie Nixona, ciągnąc go za rękaw kolorowej szaty. Jurorzy ruszyli w stronę wyjścia, a Bertha pomknęła za nimi niewzruszona.
 — To jest Bertha? Założę się, że napisze o Nixonie coś okropnego — oświadczyła Elsa, nie spuszczając wzroku z dziennikarki. — Chyba pójdę napisać do rodziców o drugim zadaniu, zanim dowiedzą się czegoś z „Czarownicy”.
Krukonka wstała z ławki i ruszyła z tłumem w stronę wyjścia. Wmieszała się z wychodzącymi z trybun, Jack prawie od razu stracił ją z oczu. Gryfon zapatrzył się w miejsce, gdzie zniknęła Elsa. Zastanawiał się, czy on także nie powinien napisać listu do mamy jak najszybciej. W ostatniej sowie pani Frost prosiła syna, aby nie trzymał jej w niepewności, bo bardzo się o niego martwi.
Ktoś trącił Jacka w ramię. Gryfon wyrwał się z otępienia i spojrzał przed siebie. Zanim ogarnął wzrokiem całą osobę, która stanęła przed nim, minęło kilka sekund. Przed Jackiem znajdował się facet o figurze niewielkiego trolla górskiego — jak na człowieka był ogromny. Krótkie, muskularne ręce kołysały się przy jego bokach. Mężczyzna nosił szmaragdową szatę przepasaną skórzanym pasem z klamrą, na której wygrawerowany był smoczy łeb, na ramionach facet miał grube futro. Twarz tego człowieka częściowo przesłaniała gęstwina kasztanowobrązowej brody zaplecionej gdzieniegdzie w warkoczyki. Pod krzaczastymi brwiami znajdowały się małe, ale przerażające oczka o wodnistozielonej barwie.
 — Ty jesteś Jack Frost? — zadudnił basem mężczyzna.
Jack miał ochotę odpowiedzieć: Nie, to nie ja. Ten gość kojarzył mu się z opryszkami, którzy przesiadywali w gospodzie Pod Świńskim Łbem. Jeśli tacy szukają ciebie, to znaczy, że prawdopodobnie skończysz marnie w ciągu kilku godzin.
 — Tak — wymamrotał Jack, przebiegając wzrokiem po twarzach swoich znajomych. Roszpunka przyglądała się z obojętnością mężczyźnie, Merida nieco zmrużyła oczy, Anna zainteresowała się swoim szalikiem, a Czkawka jakby skurczył się w sobie. — A pan to...
 — Stoick Haddock — odpowiedział olbrzym pogodnie i capnął swą ogromną łapą dłoń Jacka. Zamiast potrząsnąć ręką chłopaka, potrząsnął nim całym, jakby nie miał czucia. — Ojciec Czkawki. Chyba mój nicpoń mówił ci, że jego stary będzie na turnieju. Mówił? — Rzucił synowi mordercze spojrzenie.
Trudno było pomyśleć, że Czkawka i ten mężczyzna to rodzina. Jedyne, co ich łączyło, to duże, okrągłe nosy, wodniste oczy i brązowe włosy. Krukon, jedno z największych chucher w szkole, nie przypominał w niczym muskularnego hodowcy smoków — swojego taty.
Czkawka nawet się nie poruszył, kiedy ojciec się do niego zwrócił.
 — Oczywiście, że mówił — odparł Jack, dyskretnie rozmasowując rękę, którą uścisnął pan Haddock.
Anna bąknęła coś, że woła ją Hans. Popędziła w stronę wyjścia.
 — Nieźle ci poszło, młody — pan Haddock zwrócił się do Jacka luźnym, nawet trochę ojcowskim tonem. Położył Gryfonowi dłoń na ramieniu. — Te chimery, skurczybyki... specjalnie wybrałem najbardziej rozwścieczone, abyście mieli pod górkę, a wy i tak sobie poradziliście! Nie karmiliśmy ich przez kilka dni, aby dodać smaczku wyzwaniu — zarechotał, chociaż ani Jackowi, ani Czkawce, ani dziewczynom do śmiechu z tego powodu nie było. — No, ale widać, że wystarczy mocny charakter, aby sobie poradzić.
Pan Haddock, pomimo że teoretycznie zwracał się do Jacka, to świdrował spojrzeniem Czkawkę. Krukon patrzył buntowniczym wzrokiem na swojego ojca. Gryfon nigdy przedtem nie czuł się tak dziwne, jak w tym momencie.
 — Musisz chyba być nieustraszony, skoro zgłosiłeś się do turnieju — powiedział pan Haddock. 
 — Albo głupi... — burknął pod nosem Czkawka.
 — Jakoś tak się złożyło... — powiedział Jack. 
 — Nie miałeś chyba problemu z tym, że to niebezpieczne, że można zginąć, co? Czkawka mi pisał, że grałeś w quidditcha, a to dość niebezpieczna gra... jesteś szukającym, zgadza się? Ponoć dobrze grasz, co się można dziwić, Gryffindor zawsze wybiera najlepszych do drużyny! Ach, gdyby to moje dziecko grało w quidditcha, byłbym taki dumny... Ja zawsze chciałem w to grać, ale rozmiar nie ten! Nie pasowałem na żadną miotłę... W każdym razie zachowałeś zimną krew i zgłosiłeś się do turnieju! Ty byś nie napisał swojemu ojcu, że się boisz i nie masz zamiaru brać udziału w dziecinadzie. Pan Haddock wypluł to słowo, jakby było czymś okropnym. — Ćwiczyłeś, trenowałeś, zahartowałeś się... jak prawdziwy mężczyzna, aby przynieść honor rodzinie!
Pan Haddock zwęził oczy, ciągle patrząc na syna. Jack zrozumiał, że mimowolnie jest wplątany w potyczkę między Czkawką a jego ojcem. Dziewczyny przyglądały się rozmowie z widocznym niepokojem. Gryfon zauważył, że Krukon zacisnął pięści, ciągle obserwując ojca.
Jack nie odpowiedział na to pytania pana Haddocka, mając nadzieję, że mężczyzna odpuści temat.
 — Nie powiedziałbyś staremu ojcu, gdybyś oglądał wyzwanie z trybun, że chimery to głupota. Zero współczucia dla potworów, to dobre podejście. Bez żadnego: Tato, to obrzydliwe! Jak tak możesz? Nie wydłubuj im oczu! To żywe stworzenia! Nie piszczałbyś jak dziewczyna, widząc jak ojciec ściąga skórę ze smoków. Twój ojciec chyba musi być z ciebie dumny, co? — Pan Haddock uśmiechnął się do Jacka i poklepał go po plecach tak mocno, że obił chłopakowi żebra. — Niech skonam, ja byłbym!
 — Ta... byłby — odparł Gryfon, obserwując to pana Haddocka, to Czkawkę.
Atmosfera była napięta. Coś musiało się zdarzyć, kiedy Czkawka i jego ojciec obserwowali drugie wyzwanie z trybun.
 — No, ale wystarczy gadania — stwierdził pan Haddock — pora obejrzeć Hogwart. Dawno tu nie byłem, pora zobaczyć, co się pozmieniało. Dalej serwują takie dobre żarełko w Wielkiej Sali? Jeszcze uczy ten skurczybyk Stuart? Niech skonam, chętnie powtórzyłbym ten kawał z transmutowaniem jego tupeciku w mysz... Jack, może oprowadziłbyś mnie i opowiedział, co się zmieniło?
 — Chyba nie... — próbował odpowiedzieć Gryfon
 — Och, Jack naprawdę chciałby — wtrąciła Roszpunka. — Ale jest naprawdę bardzo zmęczony... pewnie pan zrozumie, chimery zabierają dość dużo energii...
Roszpunka była wybawieniem dla Jacka. Chłopak czuł, że gdyby spędził z panem Haddockiem jeszcze moment, to wisząca w powietrzu burza między ojcem a synem rozpętałaby się na dobre. Pomimo wszystko Gryfon poczuł się miło, kiedy pan Haddock mówił o nim jak o swoim dziecku. Jack bardzo się tego zawstydził.
On chce tylko Czkawkę sprowokować — pomyślał Gryfon, wyzbywając się tego miłego uczucia, co przyniosło mu wielką ulgę.
Gryfon pokiwał głową twierdząco.
 — Och... rozumiem — odparł pan Haddock. W jego głosie dało się słyszeć nutę zawodu, co nie spodobało się Jackowi. — Ale może zobaczymy się przy kolacji? Opowiedziałbyś mi trochę o quidditchu...  Zostaję w Hogwarcie na do jutra, więc jest trochę czasu. Musimy zebrać chimery, a to wymaga chwili. Teraz uśpiliśmy je eliksirem, który podrzuciliśmy do mięsa. Nie nakarmiliście ich podczas turnieju, ha! Sprzedamy je potem do Magicznego Cyrku Braci Hood. To jeśli nie Jack... może ty, mój synu, pokażesz mi Hogwart? 
Czkawka bordowy na twarzy ruszył za ojcem.
 — Do widzenia — pożegnały pana Haddocka dziewczyny.
Przez chwilę panowało niezręczne milczenie.
 — Przypadkowo podjudzałeś ojca Czkawki... to się źle skończy — burknęła Merida, gdy pan Haddock i jego syn zniknęli w wyjściu.
 — Przepraszam, co? Wcale go nie podjudzałem! — odparł Jack.
 — Ale nie zaprzeczałeś, gdy cię chwalił.
Chłopak zupełnie nie rozumiał, o co chodzi Meridzie. Roszpunka westchnęła.
 — Nie, to nie wina Jacka... ty nie słyszałeś pogawędki Czkawki i jego ojca na trybunach. — Jej wzrok na chwilę stał się nieco pusty, jakby wróciła do tego wspomnienia. — To, co teraz powiedział, było w porównaniu do tamtego bardzo delikatne. 
 — Ale to nie moja wina — powtórzył Jack.
Wstali z ławek i ruszyli w stronę wyjścia.
 — Oczywiście, że nie — potwierdziła Roszpunka. — Chodzi o to, że cały czas porównywał Czkawkę do ciebie, twierdził, że jesteś lepszy...
Jack zachłysnął się powietrzem. Nikt nigdy szczerze nie powiedział, że jest w czymś nawet średni!
 — Ja? Lepszy? Przecież ledwo co zdałem egzaminy — wydusił Jack. — Nie potrafię napisać wypracowania z eliksirów i dostać z niego ocenę lepszą niż O. Od pierwszej klasy zaliczyłem więcej bójek niż jestem w stanie zliczyć... a o szlabanach nawet nie wspomnę. W czym niby jestem lepszy od Czkawki?
 — Dla ojca Czkawki jesteś lepszy. Jesteś dobry w sporcie, podejmujesz otwarte ryzyko, bierzesz udział w turnieju, nie obchodzi cię to, co myślą nauczyciele — wyjaśniła Roszpunka. — Tak według ojca Czkawki powinien zachowywać się chłopak w naszym wieku. Czkawka nie chciał wziąć udziału w turnieju, a dla pana Haddocka to wielka obraza. Jak jego syn nie wziął udziału w śmiertelnym wyzwaniu, które mogłoby przynieść sławę rodzinie i zahartować chłopaka? To, że Pan Haddock odzywał się co ciebie w ten sposób, to tylko dlatego, aby wzbudzić w Czkawce zazdrość...
Jack teraz już wcale nie czuł się miło, wspominając ojcowski ton pana Haddocka. Poczuł się głupio, jakby zdradził przyjaciela. Gryfon był pewny, że nie chce spotkać się ponownie z panem Haddockiem.
Miał przynajmniej nadzieję, że jego przyjaciel jakoś zniesie wizytę ojca.

~*~*~*~ 

Gdyby nie Jack Frost, ten chłopak, który także bierze udział w Turnieju Trójmagicznym, mogłoby być źle. Na szczęście miał przy sobie mordoklejki, którymi skleiliśmy szczęki chimerom. Zdobyliśmy odpowiedni klucz. Nie martwcie się, nic mi się nie stało. Wszystko ze mną dobrze. Mój problem nie ujawnił się podczas drugiego zadania.  

Pióro na chwilę zawisło nad powierzchnią pergaminu. Elsa, pisząc mój problem miała oczywiście na myśli swoją moc. Wiedziała, że rodzice na pewno chcieliby wiedzieć, czy jej zdolności pokazały się.

Zdobyliśmy najwięcej punktów w tym wyzwaniu! Wysunęliśmy się na przód tabeli, ponoć mamy mieć jakieś ulgi w trzecim zadaniu turniejowym, którego szczegółów jeszcze nie poznaliśmy. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli skonfrontować się ponownie z chimerami. Jeśli dowiedziałabym się czegoś nowego, to od razu napiszę do Was.
Pozdrawiam,






Listy Elsy do rodziców zazwyczaj wyglądały inaczej. Nie powstawały w pośpiechu i napływie emocji, nie były nieskładne ani tworzone na kolanie. Dziewczyna najczęściej pisała do rodziców wiadomości, znajdując ciche, ustronne miejsce. Dokładnie opisywała, co się działo, szczególnie to, jak radzi sobie z mocą i co u Anny.
Teraz jednak, po drugim wyzwaniu, emocji było tak wiele, że Krukonka musiała od razu wysłać sowę rodzicom.
Dziewczyna jeszcze raz zerknęła na swój krótki nieskładny list. Wiedziała, że za kilka godzin mogłaby napisać go lepiej. Jednak nie zważała na to i stwierdziła, że ta niedługa wiadomość jest całkiem w porządku.
Elsa wstała i poczuła, że za długo tkwiła w jednej pozycji, bo jej kolana zareagowały okropnym bólem. Przez chwilę stała w połowie schylona. Gdy ból ustał, odłożyła list na parapet i przycisnęła go kałamarzem, aby wiatr wiejący z nieoszklonych okien go nie porwał.
 — Och, tutaj jesteś! — odezwał piskliwy, nieco schrypnięty dziewczęcy głos.
Elsa odwróciła się, odkładając pióro obok kałamarza. O futrynę drzwi stała oparta młoda brązowowłosa kobieta ściskająca w dłoni notatnik. Okulary zsuwały się z jej długiego, zaczerwienionego z mrozu nosa. Elsa poznała tę osobę. Jack powiedział, gdy byli na trybunach, że to jest Bertha Moore.
 — Bertha Moore, „Czarownica” — przedstawiła się dziennikarka. — Nie jesteś w skrzydle szpitalnym? Wszystko w porządku?
Elsa zdziwiła się, gdy usłyszała pytania Berthy. Jack powiedział Krukonce, że dziennikarka od razu przeprowadziła wywiad z nim. Mimo to dziewczyna uznała, że powinna zachować czujność i nie dać kobiecie materiału na kolejny artykuł.
 — Tak, dziękuję — odparła Krukonka chłodnym, obojętnym głosem.
 — To bardzo dobrze — stwierdziła dziennikarka — widziałam cię na arenie, wręcz zdumiewające, że wyszliście z Jackiem Frostem bez szwanku.
 — Och... dziękuję — odpowiedziała mechanicznie dziewczyna, przebiegając wzrokiem po wnękach, w których spoczywały sowy.
Przez chwilę panowała cisza. Dziewczyna odeszła od okna. Szukała wśród uczniowskich i szkolnych sów swojego pupila — Śnieżycy. Zauważyła ptaka; spał z głową wetkniętą pod skrzydło w jednej z najwyżej położonych wnęk w ścianie.
 — Śnieżyca! — zawołała Elsa.
Sowa leniwie wytknęła głowę spod skrzydła. Otworzyła żółte jak lampy oczy i zleciała na wystawioną rękę właścicielki wyraźnie zirytowana pobudką.
 — Bardzo ładna sowa — stwierdziła Bertha. — Rzadko spotykana... ale nie przyszłam o tym rozmawiać. Znowu opuściłaś arenę wcześniej niż inni uczestnicy turnieju...
 — Naprawdę? — powiedziała ironicznie Elsa. Zorientowała się, że Bertha Moore nie stoi oparta o wejście do sowiarni, ale przy parapecie; różdżka wystawała kobiecie z kieszeni.
 — Och, dowiedziałam się, że od razu opuściłaś arenę po poprzednim wyznaniu... — oznajmiła tajemniczym głosem dziennikarka, otwierając swój notatnik. Jedna kartka musiała być doklejona, bo częściowo wystawała poza okładkę. — Nie zostałaś ranna... Musiałaś się czegoś obawiać, prawda? A może chodzi o Jacka Frosta?
 — Nie mam zamiaru odpowiadać na pani pytania — odparła Elsa. 
Bertha przez chwilę wpatrywała się w notatnik.
 — Rozumiem... dobrze, to w takim wypadku... do zobaczenia. Mam nadzieję, że spotkamy się niebawem — odparła Bartha.
Dziennikarka zamknęła głośno swój notatnik i uśmiechając się pod nosem wyszła z sowiarni. Elsa przez chwilę wpatrywała się w wyjście. Czy to możliwe, że dziennikarka tak po prostu odpuściła? Dziewczynie wydawało się, że to niemożliwe.
List — pomyślała. — Przecież Bertha była blisko niego.
Dalej ze Śnieżycą na ręce, podeszła do parapetu. Z ulgą stwierdziła, że kałamarz i pióro nie zostały przesunięte chociaż o cal, a list został nietknięty.
Elsa dała sowie wiadomość i puściła zwierzę na zimowe powietrze. Śnieżyca leciała przed siebie, stając się małym punkcikiem w oddali.
A tymczasem, w zupełnie innej części zamku, Czkawka Haddock przeżywał katusze, będąc w towarzystwie swojego ojca.
~*~*~*~ 

Cześć! 
Co u Was? Jak minęła majówka? Ja na szczęście mam wolne do końca tygodnia, więc mam trochę luzu... całe szczęście. 
Ta część miała pojawić się wczoraj. Przysiadłam wtedy do komputera, pewna, że wystarczy tylko sprawdzić tekst. Potem rozbudowałam rozmowę z Stoickiem Haddockiem... i zeszło cztery godziny. Dopiero dzisiaj wszystko poprawiłam. W tym rozdziale mało Jelsy — wiem, ja w tego typu wątkach jestem powolna. Zdradzę Wam, że niedługo będzie więcej. Wprowadzę trochę historii Czkawki. Co sądzicie o tym pomyśle?
Bardzo dziękuję za wszystkie głosy w ankiecie na Blog Miesiąca organizowanej przez Księgę Baśni. Hogwart skuty lodem — Jelsa fanfiction zajął drugie miejsce! Bardzo Wam dziękuję za wszystkie czterdzieści dziewięć głosów! 
Pozdrawiam!

8 komentarzy:

  1. Gratuluję drugiego miejsca! <3
    Co do rozdziału, to wyszedł ci świetnie! Martwi mnie jednak Bertha. Niby nie dotykała listu, ale.....co jeśli jakimś zaklęciem go skopiowała i zapisała w swoim notesie!? To by było creeeepy!!!
    Tak czy siak czekam na next, życzę weny i pozrawiam! ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję :)
      Bertha trochę namiesza... jednak nie będę mówiła w czym dokładnie.
      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Bertha niefajna :D Strasznie mnie wnerwia, ale cóż, mószą być takie postacie...

      Usuń
  2. Gratuluję drugiego miejsca :) Oczywiście zasłużone!
    Rozdział bardzo fajny. Przyjemnie się czytało. Szkoda mi tej Francuski, no ale co poradzić, tak już czasem bywa. Ojciec Czkawki niezbyt przypadł mi do gustu. Porównywanie syna do Jacka było hmm chamskie :/ Mam nadzieje, że jakoś sobie z nim poradzą :D
    Oczywiście czekam na dalszy ciąg i życzę weny!
    Pozdrawiam
    Arcanum Felis

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję :D
      Szczerze mówiąc, to zastanawiałam się, czy nie oszczędzić Claudii, ale pomyślałam sobie, że przecież na Turnieju Trójmagicznym krew się leje strumieniami... Stoick faktycznie nie jest ojcem roku, porównywanie swojego dziecka do innych to najgorsza rzecz, jaką może zrobić rodzic...
      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Czkawka, Czkawka, Czkawka <3 Uwielbiam Czkawkę :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem za-chwy-co-na!
    Ale należy mi się pstryczek w nos, ponieważ z początku podchodziłam dość sceptycznie do crossoveru "Harry'ego Pottera" z Disneyem. Cud, że przeczytałam zapowiedź tego rozdziału na jednym z katalogów, od razu mi się spodobało i nie mogłam sobie darować przeczytania całości.
    Turniej Trójmagiczny to zdecydowanie jeden z moich ulubionych pomysłów potterowskiej sagi, dlatego chętnie czytam o nim w fanfikach, szczególnie gdy autorzy sami wymyślają zadania. Chimery - strzał w dziesiątkę! Jak tylko skończę pisać ten komentarz, lecę czytać resztę, aby być na bieżąco, zresztą strasznie mnie ciekawi, co było w pierwszym zadaniu. :D
    I przyznam, że "Frozen" niezbyt mi się podobało, jednak dopasowanie postaci do realiów świata magii wyszło ci genialnie. A że jest tu Roszpunka, tym bardziej zostaję i się rozpływam, uwielbiam ją. :D
    Bertha Moore i ojciec Czkawki zasługują na potraktowanie ich Jęzlepem, serio.
    Z rzeczy mniej przyjemnych, w kilku miejscach pojawiały się powtórzenia i brakowało przecinków, ale nie były to na tyle rażące błędy, aby przeszkadzały w czytaniu. Ot, nie może być zbyt idealnie!. Jestem zazdrosna. :D Wszystko u ciebie jest bardzo płynne, plastyczne i tylko śmieszy mnie, że widzę narysowane postacie na realnych trybunach, muszę przestać sobie wyobrażać to w ten sposób...
    Wybacz, że wyszło tak chaotycznie, ale nadal nie mogę wyjść z podziwu. Kończę zatem i pozdrawiam!

    milksop

    PS. Zapraszam również do mnie. :D [http://restless-dramione.blogspot.com/]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej! :D
      Bardzo fajnie, że przekonałaś się do tej kategorii i trafiłaś na mojego bloga. Bardzo dziękuję za wszystkie miłe słowa *rozpływam się jak masełko na patelni :D*. Jeśli chodzi o przecinki i powtórzenia... cóż, to moja zmora. Ciągle mi się plącze w głowie, kiedy odpowiednie znaki, a niektóre słowa mi umykają — jestem bardzo rozkojarzona. Staram się z tym walczyć.
      Pozdrawiam!

      Usuń