piątek, 3 czerwca 2016

Rozdział XXIV — Jack Frost, król mazgajów

Emma powtarzała Jackowi, jak doszło do tego, że rozmawiała z Berthą.
 — Wypsnęło mi się, a ona obiecała, że nigdy tego nie wyciągnie — wymamrotała jedenastolatka.
 — Ale napisała, co za zaskoczenie! — odburknął kąśliwie Jack, wkładając dłonie do kieszeni. — Co ci do głowy strzeliło, aby w ogóle o tym mówić z Berthą?
Emma zrobiła się bordowa na twarzy. Jedenastolatka przed momentem wyznała, że Bertha Moore przeprowadziła z nią wywiad jeszcze w poprzednim semestrze. To dlatego w pierwszym swym artykule dziennikarka już wspominała o tym, że Jack nie ma ojca. 
 — Myślałam, że Bertha nic nie napisze, przecież przyrzekła — jęknęła Emma.
Gryfon zastanawiał się, jak można być tak naiwnym, aby zaufać dziennikarzowi, który szuka wyłącznie sensacji. Emma często okazywała się łatwowierna, dlatego nieraz padała ofiarą dowcipów Jacka. Mimo naiwności siostry,chłopak zdziwił się, że całkowicie zaufała obcej osobie.
 — Skąd miałam wiedzieć, że ona taka jest? — westchnęła ciężko Emma, opadając na pufa. — Była taka miła, trochę nieśmiała. Jadłyśmy razem Fasolki Wszystkich Smaków. Myślałam, że ta „Wiedźma” to jakaś lokalna gazeta.
 — „Czarownica”, bezmózgowcu — poprawił ją Jack.
Chłopak rozsiadł się na drugim pufie. 
Ogień wesoło trzaskał w kominku. Jack widział, jak blask płomieni odbija się na zmartwionej twarzy siostry. Gryfon przypomniał sobie, jak wyglądała jego pierwsza rozmowa z Berthą. Dziennikarka początkowo wydawała się nieśmiała, potem zbyt pewna siebie, ale ciągle miła. Chłopak czuł, że Emma mogła się nabrać na to, jaka wydawała się Bertha. 
Jackowi minęła częściowo złość.
 — Dobra, nic się nie stało, głupolu. — Jack uśmiechnął się pokrzepiająco w stronę siostry i poczochrał jej włosy. — Ale następnym razem użyj tego małego, różowego czegoś w twojej głowie, co nazywa się mózg, zanim zaczepi cię jakaś idiotka pokroju Berthy, dobra?
Emma uśmiechnęła się niepewnie.
 — Jeszcze raz przepraszam — powiedziała dziewczynka, zapatrując w kominek.
Mimo że Gryfon porozmawiał z siostrą, to dalej był poirytowany nowym artykułem Berthy. Jack aż nie mógł się doczekać, gdy „Czarownica” trafi w ręce jego znajomych. Już dawno pogodził się ze śmiercią ojca, ale nie mógł znieść myśli, że jakaś dziennikarka zabrała się za temat zmarłego taty. Anthony'emu Frostowi przydarzył się okropny wypadek, gdy wpadł na wyjątkowo głupi pomysł, aby skrócić sobie drogę, idąc przez zamarznięte jeziorko. Bertha nie powinna tego opisywać, ani tym bardziej tego, jak wyglądało po śmierci mężczyzny życie Jacka. Chłopak nie ukrywał przygnębienia agresją i nerwami jak napisano w artykule, tylko starał się uśmiechać i żartować.
Jack postanowił, że przyszedł czas na słodką zemstę na Hansie. Od początku roku Gryfon śnił o tym, jakie świństwo zrobi Ślizgonowi. Teraz nadszedł na to czas.
Emma po jakimś czasie i wielu zapewnieniach Jacka, że co było — minęło, zabrała się za pisanie eseju na historię magii. Jack, jako przykładny brat, powinien z poczucia obowiązku zacząć odrabiać zadania domowe, będąc dobrym wzorem dla siostry. Jednak chłopak miał w poważaniu, czy dostanie order idealnego brata.
Frost zabrał z kufra swoją starą miotłę, której dość dawno nie doglądał, wrócił do salonu i usiadł przy Emmie.
Wiekowa Zmiotka 999 powinna już dawno robić za drewno na opał. Nie miała prawa nawet zmiatać kurzu z podłogi, a tym bardziej latać. Można uznać za cud to, że Jack utrzymywał miotłę w jednym kawałku. Chłopak troszczył się o sprzęt sportowy tradycyjnymi metodami: wymieniał witki, polerował rączkę; ale także wyszukiwał różne zaklęcia. Czary chłopaka wzmacniały Zmiotkę, czyniły ją bardziej stabilną, zwiększały prędkość, choć dalej nie mogła, nawet wzmocniona magią, konkurować z Nimbusem 1700 Meridy czy Wirującym Słońcem Edwarda Pottera. Jack nie naprawiał tylko swojej miotły, bo kilka razy zdarzyło mu się zreperować wyposażenie sportowe innych członków gryfońskiej reprezentacji quidditcha. Jack mógł śmiało powiedzieć, chociaż nigdy tego nie robił, że był dobry w naprawie mioteł — przynajmniej w tym.
Im dłużej Frost siedział nad Zmiotką, czarując ją, tym bardziej jego myśli zaczęły uciekać w różne strony. Zazwyczaj to się nie zdarzało — gdy tylko złapał się za miotłę, mógł udoskonalać ją godzinami, zapominając o całym świecie. Nawet o jedzeniu! Jack nigdy nie potrzebował zmuszać się do skupienia, gdy ulepszał miotły. Tym razem nie umiał myśleć wyłączenie o zaklęciu potrzebnym do reperowania Zmiotki. Coraz częściej powracał do przedpremierowego specjalnego wydania „Czarownicy”, które trafiło w jego ręce za pośrednictwem Elsy i Roszpunki. Jack, może za szybko odpuścił czytanie, bo w dalszej części Bertha mogła napisać jeszcze gorsze rzeczy o nim. Gryfon dopiero teraz zorientował się, że zupełnie nie wie, co dziennikarka nawymyślała o przebiegu Turnieju Trójmagicznego, Elsie i innych reprezentantach.
W kominku trzasnęło głośniej. Chłopak dostrzegł, że zaklęcie nie działa.
Skup się — nakazał sobie w myślach.
Frost trochę żałował, że tak szybko uciekł ze spotkania z Elsą. Miał nadzieję, że się nie obraziła, ona była okropna, gdy się dąsała, wówczas nie krzyczała, a stawała się chłodna i nieskora do rozmów. Gdyby nie „Czarownica”, mógł nakłonić dziewczynę, aby pozbyła się tych idiotycznych rękawiczek...
Skup się — otrząsnął się. — Czemu ci tak na tym zależy?
Jack mógłby po prostu olać to, że Elsa chodzi ciągle w rękawiczkach, gdyby nie wiedział, czemu one służą. Chłopaka irytowało, że tak inteligentna osoba jak ta Krukonka może wierzyć, że jakieś głupie rękawice pomagają jej w kontrolowaniu mocy. Frost był pewny, że Elsa świetnie poradziłaby sobie sama, bez wymyślonych wspomagaczy. Właściwie, według Jacka, to dziewczyna ciągle radziła sobie samodzielnie ze swoimi zdolnościami, bo rękawiczki wcale nie pomagały. Problem był w tym, że nie umiał przekonać jej do tego, aby nareszcie uwierzyła, że sama potrafi kontrolować zimowe moce. Od pierwszego zadania turnieju zimowe czary Elsy nie dały o sobie znać (oprócz nielicznych sytuacji, gdy na przykład oszraniała sztućce podczas posiłków), więc czemu ona ciągle tak ich, swoich mocy, się bała?
A czemu ty się tym interesujesz — skarcił się Jack w myślach, wiedząc, że bez skupienia nie może nic wyczarować.
Chłopak obrócił Zmiotkę, wycelował w nią różdżką i wymamrotał pod nosem formułkę czaru, który nieco odświeży miotłę. Emma skrobała głośno piórem po pergaminie.
Jack znowu powrócił myślami do biblioteki i przypomniał sobie, że nie zabrał rzeczy.
 — Przypilnujesz tego? — zwrócił się w stronę siostry ochrypniętym głosem.
 — Mhm... — wymamrotała Emma, ssąc koniec pióra.
 — Tylko pamiętaj, jeśli chociaż na nią spojrzysz, dotkniesz, a tym bardziej pozwolisz komuś innemu dotknąć, nie mówiąc już o lataniu, to obudzisz się z pijawkami w pościeli — ostrzegł Jack.
Emma spojrzała z błyskiem w oku na starą miotłę, którą Jack położył obok niej Dziewczyna najwyraźniej potraktowała poważnie ostrzeżenie brata, bo z wyraźną niechęcią wróciła do robienia pracy domowej.
Chłopak wyszedł z ciepłego, przytulnego dormitorium na zimne korytarze i ruszył w drogę, śledzony przez zardzewiałe zbroje i postacie z obrazów. Jack wszedł do biblioteki, na szczęście, omijając nawiedzoną panią Ferryl — bibliotekarkę. Mijał wysokie regały i prosił w myślach, aby jego rzeczy dalej były przy stoliku lub zostały zabrane przez Elsę. Wolał nie narażać się ponownie pani z biblioteki, która, gdy jadł niedawno w czytelni, zdzieliła go ogromną księgą po głowie, wrzeszcząc przy tym (o ironio!): BIBLIOTEKA MA TRZY GŁÓWNE ZASADY! NIE KRZYCZEĆ! NIE NISZCZYĆ KSIĄŻEK! NIE JEŚĆ! TO NIE DOCIERA DO TWOJEGO MAŁEGO MÓŻDŻKU?!
Przy stoliku, który zazwyczaj zajmowali Jack z Elsą, nikt nie siedział, ale nie było także rzeczy chłopaka. Gryfon już zaczął zastanawiać się, czy pójść na pewną śmierć i zagadać do bibliotekarki.
 — Elsa zabrała już twoje rzeczy — odezwała się Olivia Jackson z sąsiedniego stolika.
 — Dzięki — odparł Jack, uśmiechając się do niej.
Olivia mruknęła pod nosem coś, co brzmiało jak nie ma sprawy. Ukryła twarz za ogromną książką.
Jack odetchnął z ulgą; mógł zapomnieć o wysłuchiwaniu wrzasków pani Ferryl. Bibliotekarka zabiłaby go, gdyby dowiedziała się, że zgubił jakąś książkę, a tym bardziej wypożyczoną (nawet jeśli było to w czytelni)! Już miał skierować się do wyjścia, ale wzrok chłopaka przykuł niedbale rozwalony pergamin pod stolikiem.
Jack pomyślał, że Elsa w zmęczeniu mogła zapomniała zabrać notatek lub pracy domowej. Schylił się, złapał pergamin w dłonie i rozwinął. Frost od razu rozpoznał schludne, ozdobne pismo Elsy, ale nie pasowały do niego liczne skreślenia. Zaczął zaczytywać się, coraz bardziej marszcząc brwi. To stanowczo nie były notatki potrzebne do korepetycji, ani praca domowa.
 — Zamykam teraz! — zaskrzeczała bibliotekarka, która znikąd jak jakiś upiór pojawiła się nad Jackiem i dyszała mu na kark.
 — Nie, pani teraz wrzeszczy mi do ucha — odpowiedział chłopak pierwsze, co przyszło mu na myśl.
Puchoni, którzy okupowali największy stolik, zaczęli zbierać swoje rzeczy, widząc, jak pomarszczona twarz pani Ferryl przybiera nowego, bardziej intensywnego odcienia czerwieni.
 — Jak śmiałeś... ty... mały... WON STĄD! I ŻEBYM CIĘ NIGDY TU NIE WIDZIAŁA! — wrzasnęła pani Ferryl, plując niekontrolowanie śliną.
Jack ze wstrętem otarł twarz wierzchem dłoni.
 — Do widzenia — pożegnał się grzecznie chłopak z bibliotekarką.
Wyszedł z biblioteki, słysząc, jak pani Ferryl wrzeszczy na resztę uczniów.
Śledzony przez obrazy, wczytywał się w zapiski. Początkiem notatek była lista książek, wśród nich: Najmroczniejsze klątwy X wiekuNajbardziej dotkliwe urokiStarożytni czarnoksiężnicy i ich czaryNajpowszechniejsze złe klątwy. Większość tytułów była wykreślona. Pod listą znajdowały się komentarze pełne skreśleń i zmian — nazwy klątw, a obok tytuły ksiąg i zapisane numery stron. Niektóre z zapisanych przekleństw Jack kojarzył.
Jack zastanawiał się, po co Elsie znajomość wyjątkowo paskudnych klątw. Nawiedziła go niemiła myśl, że Krukonka interesuje się czarną magią. To wyobrażenie było tak okropnie głupie, że Frost uznał się za idiotę. Prędzej on dostanie Wybitny z eliksirów niż Elsa zacznie uprawiać mroczne czary. Jack przypomniał sobie sytuację, gdy Krukonka chciała wypożyczyć coś z działu ksiąg zakazanych, speszenie, gdy chłopak zobaczył w jej rękach Najpowszechniejsze złe klątwy. Przecież Elsa wyszukiwała złych czarów wyjaśniających zimowe zdolności! Jack zapomniał o tym, bo ostatnio zaprzątał sobie głowę turniejowym zadaniem, ojcem Czkawki i Berthą Moore. Frost nie wiedział, jak Elsa po szlabanie u Salieta mogła mieć ochotę na przeszukiwanie ksiąg. Chłopak dziwił się, że chciała tak bardzo dowiedzieć się, co to za klątwa, nie pragnąc spróbować żyć z nią normalnie.
 — Hasło? — spytała Gruba Dama.
 — Śmierdzibąki — odparł Jack.
Gruba Dama skinęła pulchną głową i ukazała wejście do dormitorium Gryfonów.

~*~*~*~ 

Gąbka przeleciała przez całą długość sali, pacnąłszy w policzki kilku rozgadanych, nieuważnych uczniów i zaczęła samodzielnie ścierać tablicę, na której znajdowały się notatki z poprzedniej lekcji, gdy obronę przed czarną magią mieli drugoklasiści. 
 — Poprosiłbym teraz o wyłożenie na stoły wypracowań o przystosowaniu wampirów do życia w czarodziejskiej społeczności — powiedział profesor Dreamchild, uśmiechając się do klasy.
Kilka osób jęknęło niezadowolonych. Wkrótce wypracowania prawie wszystkich uczniów pojawiły się na blatach stołów. Nauczyciel smagnął różdżką, a kilkanaście rulonów pergaminu z pracą domową wzbiło się w powietrze i pofrunęło na biurko.
 — Znakomicie. — Profesor rzucił wzrokiem na stertę wypracowań. — Znakomicie. Jeśli ktoś nie oddał dzisiaj wypracowania, poprosiłbym go na słówko po lekcji.
Merida cicho jęknęła i wlepiła wzrok w pióro, które obracała w palcach. 
 — Wasze prace domowe będą oceniane według standardów oceniania na tegorocznych egzaminach, SUM-ach. Będziecie mogli zdać sobie sprawę, czy powinniście bardziej przyłożyć się do nauki — poinformował Dreamchild.
To wypracowanie było najlepszym, jakie do tej pory napisał Jack (chociaż mogłoby być lepsze, gdyby przyjaciele pozwolili spisać wstęp, ale Gryfon nie skarżył się).
 — Dostanę kolejny szlaban — wymamrotała Merida, schylając głowę tak, że całą twarz przesłoniła burza rudych loków — już trzeci raz nie oddałam pracy domowej.
 — Mogliśmy razem to napisać albo zmusić Czkawkę lub Roszpunkę, aby dali odpisać — szepnął Jack.
Merida nie odpowiedziała. Położyła podręczniki jeden na drugi i oparła podbródek na stosie książek.
 — Do SUM-ów pozostały nam dwa działy. Ten, który zaczniemy omawiać dzisiaj, jest jednym z ważniejszych omawianych od początku roku — oznajmił profesor Dreamchild, z jego twarzy spełzł śmiech.
Jack skrobał bezmyślnie piórem po pergaminie, ale nadstawił uszu i podniósł wzrok na kazalnicę, za którą stał nauczyciel.
 — Dzisiejszy temat lekcji to: Zaklęcia Niewybaczalne — podyktował mężczyzna. 
Uczniowie naskrobali piórami te dwa słowa. Część klasy była nieco cichsza niż zazwyczaj.
 — Może najpierw spytam, czy znacie kogoś, kto się z nimi zetknął? — spytał Dreamchild.
Klasa ucichła. Rękę powoli podniósł Asterion Chalkeje — piegowaty, czarnowłosy Puchon. Nauczyciel skinął na ucznia.
 — Mój dziadek został zaatakowany Cruciatusem — powiedział niepewnie Asterion. — Długo leżał w Świętym Mungu.
Nauczyciel pokiwał w milczeniu głową.
Rękę podniosła jakaś pulchna Ślizgonka.
 — Mój wuj, Regulus Greengrass, pracuje w Ministerstwie Magii i kilka razy zetknął się z osobami pod wpływem zaklęcia Imperio — opowiedziała z przejęciem Ślizgonka.
 — Świetnie — stwierdził Dreamchild — naprawdę świetnie, że podzieliliście się z nami tymi informacjami. Po pięć punktów dla Hufflepuffu i Slytherinu! To może ktoś teraz opowie dokładniej o Zaklęciach Niewybaczalnych?
Ręce niektórych uczniów wystrzeliły w górę gwałtownie jak pociski.
 — Proszę, panno Blumen. — Nauczyciel posłał subtelny uśmiech Roszpunce.
Długowłosa dziewczyna, która razem z Czkawką siedziała w ławce przed Jackiem, wzięła głęboki wdech:
 — Mianem Zaklęć Niewybaczalnych określamy trzy bardzo groźne zaklęcia, które w Wielkiej Brytanii i większości krajów są karane dożywotnim więzieniem. Do zaklęć niewybaczalnych zalicza się zaklęcia Imperius, Cruciatus oraz klątwa Avada Kevadra.
 — Dobra definicja, pięć punktów dla Krukonów. — Nauczyciel pokiwał głową. — Zaklęcia Niewybaczalne są tak nazywane, ponieważ nie da się zapomnieć, co się odczuwa się pod ich wpływem. Tak samo świadkowie użycia klątw nie są w stanie wyrzucić z pamięci tych wspomnień. Nawet najsilniejsze czary zapomnienia nie zdeformują tych cieni przeszłości. Nie da się wybaczyć, jeśli ktoś użyje Zaklęć Niewybaczalnych. Wynotujcie najważniejsze informacje o Zaklęciach Niewybaczalnych. Znajdziecie je na stronie dwusetnej w podręczniku.
Uczniowie notowali, a profesor przeszedł do szczegółowego omawiania poszczególnych zaklęć.
Jack, gdy inni wypisywali informacje o klątwie Cruciatus, rozejrzał się po klasie. W ławce naprzeciwko siedzieli Hans i Hyperion, którzy nie pisali, a czytali z uśmiechami jakieś kolorowe pisemko.
 — Patrz, nasza gwiazdeczka się na nas patrzy — syknął Hyperion, szturchając Hansa w ramię.
Ślizgoni spojrzeli z chytrymi uśmieszkami na Jacka, ale powrócili do lektury.
 — Nie przejmuj się nimi — mruknęła Roszpunka przez ramię do Jacka.
 — Nie przejmuję — odparł Frost obojętnie, wracając do notowania.
Jack był pewien, że kolorowe pisemko, które czytali Malfoy i Jung to „Czarownica”. Frost nie mógł się doczekać aż Ślizgoni zaczną bawić się jego kosztem.
Lekcja dobiegła końca. Zanim uczniowie zaczęli wychodzić na korytarz, profesor Dreamchild zdążył zadać pracę domową. Jack miał zatrzymać Elsę, aby oddać jej listę, którą zgubiła, ale dziewczyna wyparowała z sali z prędkością światła.
 — Nie idziesz? — zapytał Czkawka Meridę, gdy pakował swoje rzeczy.
 — Nie napisałam wypracowania, muszę zostać na pogadankę z Dreamchildem. — Merida wepchnęła podręcznik do torby.
Oprócz Meridy do biurka nauczyciela podeszli Julia Zabini, Karol Weasley i jakiś Puchon.
 — Poczekamy na ciebie — obiecał Jack rudowłosej przyjaciółce, opuszczając klasę wspólnie z Roszpunką i Czkawką.
Udało im się znaleźć mniej zatłoczone miejsce na zapełnionym korytarzu. Roszpunka pośpiesznie zbierała włosy z podłogi, żeby nie podeptał ich tłum.
 — Jak tak dalej pójdzie, to Merida nie zdobędzie żadnego suma i nie zda! — stwierdziła z zaciętą miną długowłosa.
 — A co się dzieje, jak nie zdobędzie żadnego suma? — spytał Jack.
 — Wtedy się kibluje — odparł Czkawka. — Do tej pory w Hogwarcie kiblowały zaledwie dwie osoby. Roszpunko, Meridzie to nie grozi. Musiałaby nie mieć połowy mózgu, aby nie zdać.
Roszpunka skrzywiła się.
 — Patrz, jak chodzisz! — warknęła do jakiegoś małego Krukona, który nadepnął jej na włosy.
Tłum się przerzedzał. Przed klasą obrony przed czarną magią stali Hyperion Malfoy i Hans Jung, ciągle zaczytani w kolorowym pisemku — teraz Jack już miał pewność, że to „Czarownica”. Rudzielec uchwycił spojrzenie Jacka i zamaszyście zamknął gazetę. Dwójka Ślizgonów ruszyła skocznym krokiem w stronę Frosta i jego przyjaciół. Czkawka szturchał niezbyt subtelnie Jacka w ramię, jakby spodziewał się kłopotów, ale Gryfon nawet się nie poruszył.
 — Czytałeś już, Frost? — spytał Hans ze złośliwym uśmieszkiem, rzucając Jackowi gazetę.
 — Och, wszyscy czytaliśmy — odezwała się Roszpunka pewnym głosem. — Jest bardzo ciekawa. Szczególnie przepis na babeczki.
Malfoy zmierzył Roszpunkę chłodnym, zdystansowanym spojrzeniem, jakby była czymś zgniłym. Jack odrzucił gazetę Hansowi.
 — Miałem na myśli coś ciekawszego niż jakieś ciastka, chociaż trudno powiedzieć o nim — powiedział Hans, spoglądając na Jacka z pogardą — ciekawy. Takie zaskoczenie! Biedny Jack Frost, nie ma tatusia i jest takim beztalenciem!
 — Zazdrościsz, że o tobie nie piszą? — wymamrotał Czkawka. Zwrócił się do przyjaciół: — Chodźmy stąd, Merida nas dogoni.
Jack i Hans mierzyli się wrogimi spojrzeniami, jakby chcieli tylko za ich pomocą pozabijać się nawzajem.
 — Nawet w gazetach piszą, Frost, że miałeś zwykłego farta podczas turnieju — powiedział Malfoy, uśmiechając się i pokazując rząd bielutkich zębów. — My już wiedzieliśmy to od dawna, co nie, Hans? Ale i tak kibicujemy Hogwartowi! Zobaczcie.
Hyperion sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej plakietkę, na której widniało logo Hogwartu i napis POWODZENIA. Roszpunka spojrzała zdziwiona na przyjaciół. Jack obdarzył plakietkę krótkim spojrzeniem.
 — Co to ma niby być? — spytał Frost, marszcząc brwi.
 — Już, pokazuję — odrzekł Hyperion, przeczesując palcami swoje jasne włosy.
Nacisnął plakietkę. Obrazek na niej się zmienił. Teraz na tarczy widniała zniekształcona, usmarkana, rozpłakana twarz Jacka, a powyżej napis: FROST — KRÓL MAZGAJÓW.
Czkawka poczerwieniał. Jack poczuł, że coś w nim się gotuje na widok swojej karykatury znajdującej się na okropnych plakietkach Ślizgonów.
 — Nie stać było was na coś bardziej oryginalnego? — wydusił Frost, próbując zachować spokój.
 — Najlepsza jest klasyka, a poza tym, to dopiero prototyp — stwierdził z dumą Hans. — Mamy tyle zamówień na te plakietki, że czas nas nagli, musimy szybko je udoskonalić i dorobić! Aha, macie, za darmo, na koszt firmy. Ciebie, Frost, na pewno nie stać
Okazało się, że kieszenie szaty Hansa były wypchane plakietkami typu FROST — KRÓL MAZGAJÓW. Rzucił po jednej ozdobie Jackowi, Roszpunce i Czkawce. Frost od razu zmiażdżył swoją w dłoni.
Z klasy obrony przed czarną magią wyszła właśnie Julia Zabini, na którą najwidoczniej czekali Jung i Malfoy.
 — Chodź, idziemy — zwrócił się Hans do Hyperiona. — Frost chyba chce popłakać z przyjaciółmi nad losem swojej żałosnej rodzinki.
Ślizgoni odeszli, zaśmiewając się i próbując wcisnąć jakiemuś pierwszorocznemu plakietkę. Jack już wyciągał różdżkę. Czkawka i Roszpunka spojrzeli z niepokojem na siebie nawzajem.
 — Zabiję go — syknął Jack.
 — Jack, będą problemy — stwierdził Krukon.
Gryfon celował różdżką w plecy Hansa. Idealnie. Nikt i nic nie zasłaniało celu.
Zobaczymy, kto będzie płakał — pomyślał mściwie Frost.
Roszpunka znów spojrzała błagalnie na Czkawkę. Razem z Krukonem zaczęła szarpać się z Jackiem, aby odebrać mu różdżkę.
 — Nic mnie to nie obchodzi! Już nikt nie nastawi za mnie karku. — Jack wyrwał się z uścisku przyjaciół, chociaż Roszpunka dalej próbowała odciągnąć jego rękę. — Ante-
 — Nie!
 — ...-oculatia! — dokończył Jack.
Gdyby Czkawka w ostatniej chwili nie spróbował powstrzymać Jacka, wszystko poszłoby zgodnie z planem Gryfona. Krukon, niestety, szturchnął przyjaciela tak, że Frostowi zadrżała ręka. Czar ze świstem odbił się od zbroi stojącej przy ścianie. Rozbłysło pomarańczowe światło. Kilka osób krzyknęło.
Zaklęcie rąbnęło Roszpunkę.
Dziewczyna potknęła się o własne włosy. Zatoczyła się do tyłu. Upadła na posadzkę.
Uczniowie wracali się lub przystawali, aby zobaczyć, co się stało.
 — O rany! Przepraszam! — wyjąkał przerażony Jack.
Cała złość w sekundzie uszła z chłopaka, gdy zaklęcie trafiło jego przyjaciółkę. Gdzieś z oddali dobiegł chichot Hyperiona Malfoya.
 — Frost, chyba będę musiał odjąć Gryffindorowi punkty! — zarechotał Hans, wracając się do klasy, gdzie piątoklasiści mieli przed chwilą lekcje.
Jacka nie obchodziło to, co mówił ten idiota. Frost nogi miał jak z waty, gdy patrzył na oszołomioną przyjaciółkę.
 — Roszpunko, wszystko w porządku? — spytał Czkawka, kucając przy Roszpunce.
Dziewczyna ściskała się mocno za głowę.
Spomiędzy jej palców zaczęło coś rosnąć. Kilka zainteresowanych zamieszaniem dziewcząt pisnęło. Po dwóch stronach głowy Roszpunki rosły dwa cosie. Stawały się coraz większe, wyginały, rozgałęziały.
 — Co wy jej zrobiliście! — odezwała się Merida, wypadając z sali obrony przed czarną magią. — Zostawić was samych na pięć minut!
 — Roszpunko... — wydusił Jack, chowając zawstydzony różdżkę, gdy zebrali zaczęli pokazywać na niego palcami.
Cosie na głowie Roszpunki ciągle rosły i rosły. Merida przykucnęła przy Roszpunce. Gryfonka i Czkawka złapali poszkodowaną pod ręce.
 — Kto jej wyczarował gałęzie na głowie? — spytała zdezorientowana Merida, próbując zmusić Roszpunkę do wstania.
 — To nie są gałęzie... — wymamrotał Czkawka.
 — Merlinie, kto wyczarował tej dziewczynie poroże? — Z klasy obrony przed czarną magią wypadł Dreamchild.
Zaraz za nauczycielem wyszedł Hans z triumfalnym uśmiechem na twarzy.
 — Mówiłem panu, panie psorze, Frost celował we mnie! — powiedział z oburzeniem Ślizgon, chociaż wyglądał na zadowolonego. — Ale jego zdolności są tak marne...
 — Już cicho, Jung — uciszył go krótko Dreamchild, podchodząc do Roszpunki.
Hans zacisnął zęby. Kiwnął głową go Hyperiona i Julii, których niezwykle bawiła zaistniała sytuacja. Troje Ślizgonów odeszło.
Dreamchild zmusił Roszpunkę, aby wstała i zabrała ręce od głowy. Długowłosa, drżąc, pokazała skutek zaklęcia Anteoculatia. Kilka osób wybuchnęło śmiechem. Inne zakryły usta dłońmi. Jackowi bynajmniej nie było do śmiechu, chociaż gdyby nie on zaczarował przyjaciółkę, pewnie by się śmiał. Roszpunka nosiła na głowie ogromne poroże, którego nie powstydziłby się żaden jeleń. Na nieszczęście, tej dziewczynie do jelenia było daleko.
 — Fajne rogi — bąknęła Merida, uśmiechając się niepewnie.
Roszpunka spojrzała ze złością na przyjaciółkę.
 — Trzeba ją zaprowadzić do skrzydła szpitalnego — stwierdził Dreamchild. — Tak, pani Kelly szybko to usunie. Merido, Czkawko, moglibyście zaprowadzić Roszpunkę do pielęgniarki?
Merida i Czkawka zgodzili się. Jack ruszył za nimi.
 — Jack, mógłbym cię prosić na słówko? — spytał Dreamchild z grzeczności; przecież Jack nie mógł odmówić.
Jack, w towarzystwie buczenia kilku uczniów, powlókł się do gabinetu opiekuna domu, profesora Dreamchilda.

~*~*~*~ 

Do przerwy obiadowej każdy wiedział o wypadku, który wydarzył się przed klasą obrony przed czarną magią. Roszpunka już nie miała rogów, ale niektórzy uczniowie, widząc ją, przykładali palce do głowy tak, że przypominały poroże. Jack długo wysłuchiwał pouczeń Dreamchilda. Chłopak czuł się żałośnie, bo jeden z jego ulubionych profesorów bardzo się zawiódł na nim. Mężczyznę najbardziej rozsierdziło to, że jego podopieczny rzucił na kogoś zaklęcie, gdy ten ktoś stał odwrócony plecami. Nauczyciel, mimo że unikał karania uczniów, teraz był bezwzględny: wysłał sowę do matki Jacka, a delikwentowi kazał stawić się na szlabanie w weekend. Oprócz tego, Dreamchild, z wielkim żalem, odjął Gryffindorowi dziesięć punktów
Mimo że jelenie poroże Roszpunki całkowicie zniknęło, a dziewczyna po krótkim czasie boczenia się wybaczyła Jackowi, to Frost czuł się okropnie. Gryfon był na siebie wściekły, że nie wyczuł prowokacji Ślizgonów. Gdyby nie dał się ponieść emocjom, nie doszłoby do tego zdarzenia. Chciał  nawet rzucić na kogoś zaklęcie, gdy ten ktoś stał do niego plecami! Chłopak nigdy nie zachowywał się tak okropnie, jak określił to Dreamchild: niehonorowo. Może „Czarownica” miała rację, określając Jacka wybuchowym i niestabilnym emocjonalnie? Chłopak nie był w stanie myśleć o tym, że jego matka znowu odbierze sowę, która przyniesie list ze skargą. Tym większe miał poczucie winy, że Roszpunka, przypadkowa ofiara, jeszcze go pocieszała. Ilekroć Jack patrzył na przyjaciółkę, mechanicznie widział ją oczyma wyobraźni z rogami na głowie.
Do południa w Hogwarcie zapanowała nowa moda. Większość Ślizgonów i nieliczni uczniowie innych domów nosili plakietki FROST — KRÓL MAZGAJÓW. Jung, Malfoy, Julia Zabini oraz kilka ich najbliższych znajomych mieli nowe wersje: z jelenimi rogami dorysowanymi do karykatury Jacka. Nosiciele plakietek cytowali w obecności Frosta urywki z ostatniego artykułu Berthy Moore, szczególnie lubiąc: Nie umiejąc poradzić sobie z emocjami, Johnny maskował swój wewnętrzny ból niewybrednymi żartami i nerwowym zachowaniem oraz Frost nie jest specjalnie utalentowanym uczniem, o czym świadczą jego marne stopnie. Gryfon przestał reagować na zaczepki, mimo że coraz bardziej go irytowały. Po porannym wypadku, nawet nie śmiał spojrzeć na różdżkę i wypowiedzieć jakiegokolwiek zaklęcia, jeśli nie wymagała tego lekcja.
 — Zrobimy własną akcję z plakietkami — obiecała Jackowi Roszpunka, gdy wchodzili z ostatnich zajęć. — Zabiorę się za to już zaraz. Szczęki im opadną!
Pomysł Roszpunki był fatalny, ale Jack wymusił uśmiech. Przynajmniej starała się poprawić chłopakowi humor.
 — To chyba nie najlepszy pomysł, ale dzięki — odparł Jack szczerze, wodząc wzrokiem za dwójką drugoklasistek, które dumnie nosiły przypięte na piersiach plakietki wyrobu Junga i Malfoya.
 — Zapomną o tym szybciej niż myślisz — stwierdziła Merida, wzruszając ramionami. — Hej, ale przynajmniej nasza kochana Bertha nie napisała o tym, że cierpię po rozstaniu z tobą!
Kolejna przyjaciółka próbowała pocieszyć Jacka, ale to, co powiedziała, było prawdą. Frost doczytał artykuł specjalny „Czarownicy” do końca.
Czkawka parsknął śmiechem.
 — Nie martw się, Merida, Bertha w kolejnym napisze, że już się kimś pocieszyłaś — powiedział Krukon.
 — Może Potterem? — Roszpunka poruszyła śmiesznie brwiami.
Merida zrobiła się czerwona na twarzy. Nabijanie się z Gryfonki przywracało Jackowi dobry humor. Frost, podobnie jak Czkawka i Roszpunka, parsknął śmiechem.
 — Ja i on? Proszę was — parsknęła Merida.
 — Kto się czubi ten się lubi — odcięła Roszpunka.
 — Wcale się nie czubimy i wcale się nie lubimy! Naprawdę wam się nudzi.
Skierowali się w stronę schodów prowadzących na parter.
 — Jasne. — Jack uśmiechnął się półgębkiem do Meridy.
 — Zakochana para Potter i Merida! Siedzą na miotle — zanuciła Roszpunka pod nosem — i...
Nagle między przyjaciółmi pojawiła się Elsa Vintersen, ratując ich od usłyszenia dalszej części piosenki o Potterze i Meridzie. Najwidoczniej Krukonka musiała za nimi biec, bo była nieco czerwona na twarzy.
 — Cześć — przywitała się Elsa ze wszystkimi, chociaż patrzyła wyłącznie na Jacka. — Zapomniałeś zabrać rzeczy. Przyniosłam ci książki.
Zatrzymali się w połowie schodów. Roszpunka dalej nuciła pod nosem melodię zaskakująco podobną do tej towarzyszącej piosence o Potterze i Meridzie siedzących wspólnie na miotle. Elsa wygrzebała z torby stare, poniszczone podręczniki — oczywiście, nie należały do niej, ale do Jacka. Dziewczyna oddała rzeczy właścicielowi.
 — Jak mogłeś zapomnieć tylu rzeczy? — zaciekawił się Czkawka.
 — Musiałem szybko wyjść z biblioteki — odparł krótko Jack, chowając podręczniki do torby. Zwrócił się do Elsy: — Dzięki.
 — Farciarz — burknął Czkawka. — Mnie bibliotekarka by zabiła.
Roszpunka uśmiechnęła się współczująco, najwidoczniej wiedziała, do czego jest zdolna pani Ferryl.
 — Idziesz z nami do Wielkiej Sali? — spytała Elsę długowłosa.
 — Nie mam za bardzo czasu. Korki ze starożytnych run — odparła Elsa, powoli wchodząc po schodach na górę.
 — Przecież jesteś z tego dobra — stwierdził Jack, ale Elsa już była na piętrze. Nagle chłopak przypomniał sobie o pergaminie który zgubiła. Spojrzał na przyjaciół i wytłumaczył: — Muszę jeszcze coś załatwić. Idźcie do Wielkiej Sali, za chwilę będę.
Merida tylko wzruszyła ramionami i razem z Czkawką i Roszpunką zeszła na dół. Jack wspiął się prędko po schodach i dogonił Elsę. Złapał ją za ramię.
 — To chyba twoje. — Wyciągnął z torby pergamin i wręczył go Elsie.
Dziewczyna spojrzała zaskoczona najpierw na to, co wręczył jej Jack, a potem na niego.
 — Jak mogłam to zgubić? — wymamrotała. — Dziękuję.
 — Szukałaś wczoraj jeszcze jakiś ksiąg o klątwach? — spytał Jack.
Nie zważał na to, że Elsa widocznie się śpieszyła, nawet jeśli faktycznie chciała spotkać się z nauczycielem starożytnych run, aby z bardzo dobrej uczennicy stać się idealną.
 — Tak — odparła krótko Elsa. — Naprawdę się śpieszę.
Jack ją jeszcze przytrzymał.
 — Może ci pomogę? — palnął.
Elsa spojrzała na niego powątpiewająco, ale też z pewnym zdziwieniem.
 — Miło z twojej strony, ale teraz naprawdę nie mam czasu. — Przestąpiła nerwowo z nogi na nogę.
Elsa ruszyła żwawym krokiem przez korytarz, a Jack przez chwilę obserwował, jak znikała w tłumie. Gryfon ciągle dziwił się, czemu nie chce przyjąć jego pomocy.
Może faktycznie nie ma teraz czasu — pomyślał.
Jakaś ślizgońska nosicielka plakietki FROST — KRÓL MAZGAJÓW zachichotała, gdy przeszła obok Jacka, wtedy się otrząsnął. Chłopak wrócił do przyjaciół, jak obiecał.

~*~*~*~

Elsa razem z Jackiem rozrysowywała wyjątkowo skomplikowaną mapę nieba na astronomię. Dziewczyna kreśliła kolejne linie na pergaminie, musiała posiłkować się książkami częściej niż zazwyczaj. Jack natomiast, rozluźniony i skupiony na pracy, w wyjątkowo dobrym tempie robił zadanie domowe. Elsa czasem przyłapywała się na tym, że zapatrywała się ze zdziwieniem na chłopaka.
Krukonka kilka razy powracała myślami do tego, jak idąc do biblioteki, zobaczyła na korytarzu kłócących się Hansa i Annę. Kiedy ujrzeli Elsę, zamilkli, jednak gdy skręciła, powrócili do wykłócania. Krukonka, z tego co usłyszała, wywnioskowała, że przyczyną sporu były plakietki stworzone przez Hansa i kolejna wypowiedź Ślizgona w artykule Berthy. Elsa czuła zadowolenie, bo siostra postanowiła zwrócić uwagę swojemu chłopakowi — nawet jeśli przerodziło się to w kłótnię. Krukonka miała lekkie poczucie winy, chociaż tłumaczyła sobie, że to bezsensowne. Wiedziała, że nie była odpowiedzialna za kłótnię Anny i Hansa; równie dobrze Gryfonka mogła zignorować rady starszej siostry i akceptować Ślizgona, pomimo jego okropnego światopoglądu.
Elsa w milczeniu kończyła rozrysowywać kolejne ułożenia planet. Zdała sobie sprawę, że słyszy przewracanie stron książek przez osoby z innych stolików oraz skrobanie wyłącznie własnego pióra. Przerwała rysowanie i spojrzała na mapę Jacka. Wydawała się skończona. Krukonka podniosła wzrok na towarzysza pracy, który obracał coś w dłoni i patrzył na to z lekkim uśmiechem.
Jack zorientował się, że Elsa na niego patrzy.
 — Czkawka pomagał mi zacząć pracę domową na przerwie obiadowej — powiedział Frost.
Elsa dostrzegła, że tym, co Gryfon obracał w dłoniach, była plakietka roboty Hansa.
 — Miło ze strony Czkawki — stwierdziła dziewczyna. Spojrzała na plakietkę i dopowiedziała z większym zainteresowaniem: — Nie mów, że kupiłeś to od Hansa.
 — Oczywiście, że nie. Dostałem w gratisie. Wiesz, gdyby nie ja, ten gamoń nie rozkręciłby żadnego interesu — parsknął śmiechem Frost.
Elsa nie spodziewała się, że Jack będzie mówił o Hansie tak spokojnie. Nawet trochę niepokoiło ją to, że Gryfon wydawał się nie przejmować akcją z plakietkami. Dziewczyna mogła przysiąc, że jeszcze dzień przedtem Frost był u skraju wytrzymałości, aby nie rzucić zaklęcia gorszego od Anteoculatia i trafić tym razem w Hansa. 
 — Nie złościsz się na Hansa? Ani troszeczkę? — spytała zdezorientowana Elsa.
 — Nie — odparł od razu Jack — co prawda, gdyby nie on, Roszpunce nie wyrosłyby rogi...
 — To ty rzuciłeś zaklęcie.
 — Miało trafić w Hansa. — Frost nacisnął plakietkę. Zniknęła jego rozbeczana karykatura i pojawił się napis POWODZENIA nad logiem Hogwartu. — Bądź co bądź, już nie jestem na niego zły. Jak to się mówi... zemsta smakuje lepiej na słodko.
 — Na zimno — poprawiła go Elsa.
Jack obojętnie wzruszył ramionami i odłożył plakietkę na stół, zakrywając ją notatkami. Elsa miała niemiłe wrażenie, że chłopak planował wpaść w kolejne kłopoty. W ostatnim czasie udało mu się uniknąć szlabanu u Salieta, ale zarobił przypadkowo karę od Dreamchilda. Tym razem Frost sam chciał sobie zaszkodzić.
 — Jack, odpuść. Wiem, łatwo tak mówić — dodała szybko, widząc spojrzenie chłopaka. — Ale będziesz miał kolejne problemy.
 — Nie zrobię niczego niezgodnego z regulaminem, ani  nie będę rzucał na nikogo zaklęć! — odparł Jack z łajdackim błyskiem w oku.
Elsa nie była przekonana. Nie chciała, aby Jack wpakował się w kolejne kłopoty, chociaż Hansowi rzeczywiście należała się porządna nauczka. Krukonka pomyślała, aby powiadomić nauczycieli o planach Frosta i uchronić go przed realizacją pomysłu na zemstę. Uświadomiła sobie, że nie dałaby rady donieść na Jacka. Powstała jakaś blokada, która sprawiała, że dziewczyna nawet nie wyobrażała sobie pójścia do nauczycieli i opowiedzenia o planach chłopaka.
 — Tak naprawdę, to się nie dziwię, że chcesz mu dopiec — stwierdziła Elsa. — Ta akcja z tym, to przegięcie. — Wskazała na plakietkę. — Ale, proszę cię, Jack, następnym razem nie próbuj rzucać na niego żadnych zaklęć, nawet jeśli stworzy markę FROST — KRÓL MAZGAJÓW i zacznie sprzedawać koszulki.
Jack zaśmiał się na samą myśl.
 — Wiesz, gdyby nie palnął tego ostatniego o płakaniu nad losem mojej żałosnej rodzinki, to przemyślałbym tę akcję z porożem — przyznał Jack.
Elsa poczuła jeszcze większą antypatię do Berthy Moore. Przejaskrawiony artykuł dziennikarki znowu posłużył jako podstawa do nabijania się z Jacka, chociaż tak naprawdę rodzina chłopaka nie była powodem do kpin, przynajmniej według Elsy. Dziewczyna pomyślała, że może tym razem Jack odpowie jej konkretnie na pytanie, czy w „Czarownicy” napisano prawdę o Frostach.
 — Czyli artykuł Berthy jest kłamliwy? — spytała Elsa.
 — Nie... znaczy... większość rzeczy to prawda — przyznał Jack.
 — Czyli? — Elsa nie chciała być wścibska, ale to pytanie wyszło za szybko z jej ust. Dodała skruszona: — Przepraszam. Jeśli nie chcesz mówić...
 — Nic nie szkodzi — przerwał Jack, lekko się uśmiechając. — Mogłem ci to wyjaśnić już dawno, ale wiesz... nie bardzo lubię to rozgadywać. Powiedziałbym ci to przedwczoraj, ale zachowałem się jak debil i wyparowałem tak szybko z biblioteki, bo musiałem udusić Emmę albo wyjaśnić z nią, czemu gadała z Berthą. Tak, mój ojciec nie żyje, zmarł tak, jak opisała Moore.
Dziewczyna z sąsiedniego stolika odwróciła na chwilę głowę w stronę Elsy i Jacka, ale widząc ich wzrok, natychmiast spojrzała gdzie indziej. 
Frost powiedział ostatnie zdanie w taki sposób, że wprawił Krukonkę w zakłopotanie.
 — Och. Bardzo mi przykro. — Tyle zdołała wydusić Elsa.
 — Jakoś się z tym pogodziłem i nie zachowywałem się tak, jak napisała to Moore — powiedział Jack, ciągle się uśmiechając, chociaż nie był to uśmiech radości. — Bertha zrobiła ze mnie rozpłakanego, agresywnego debila. Dobra, debilem czasem jestem. — Uśmiechnął się szerzej. — Ale nie aż tak, jak ona napisała, no, ludzie!
Elsa odetchnęła z ulgą. Krukonkę ucieszył ją fakt, że Jack nie odczuwał żadnych negatywnych emocji spowodowanych śmiercią ojca. Dziewczyna wcześniej obawiała się, że może Jack, tak naprawdę, ciągle przeżywał brak taty, chociaż wydawało się to jej mało prawdopodobne, sądząc po tym, jak chłopak się zachowywał.
 — Emma też jest wkurzona na Berthę — powiedział chłopak. — Dzisiaj rano pokazała mi list, który chce wysłać do Moore. Naprawdę, chyba powinienem nakablować nauczycielom, jakich ona słów używa. Czkawka tylko czeka, aż jego ojciec przeczyta tę gazetę. — Uśmiechnął się dziwnie, jakby coś go zmartwiło.
Elsa wróciła do kończenia pracy domowej z astronomii. Po kilku minutach, gdy Jack zapełnił arkusz pergaminu bazgrołami, dorysowała ostatnią linię. Krukonka dokładnie obejrzała swoją mapę i z zadowoleniem stwierdziła, że nareszcie skończyła.
 — No to teraz szukamy mrocznych klątw — zapowiedział Jack, z entuzjazmem zacierając dłonie.
Dziewczyna zmarszczyła brwi, nie bardzo rozumiejąc, co chłopak ma na myśli. Po chwili do niej dotarło.
 — Nie mówiłeś, że chcesz, abym poduczyła cię czegoś z obrony przed czarną magią — odpowiedziała Krukonka. — Mamy trochę czasu, możemy pójść po książki...
 — Nie chodzi mi o lekcje — przerwał dziewczynie Frost. — Mówiłem, że pomogę ci szukać w tych książkach z twojej listy.
Elsa się nie poruszała, jedynie obserwowała Jacka. Nigdy nie pomyślała, aby kogoś poprosić o wsparcie. Poczuła się bardzo miło, gdy chłopak zaoferował pomoc, ale nie chciała go bardziej mieszać do swoich spraw. Nawet jeśli do tej pory jej poszukiwania okazywały się nieudane.
 — Dziękuję, ale nie chcę cię w to wciągać — odpowiedziała dziewczyna, uśmiechając się lekko. — W każdym razie bardzo dziękuję.

~*~*~*~

Merida odetkała flakonik. Z naczynka buchnął kłąb pomarańczowego dymu.
 — Nie pij tego — odradziła Roszpunka.
Uczyli się wspólnie do sprawdzianu z eliksirów, siedząc razem w Wielkiej Sali. Na blacie stołu rozwalone były notatki.
Merida wywróciła oczami, delikatnie potrząsając buteleczką z eliksirem Mózgowiec.
 — Dlaczego nie? Roszpunko, SUM-y za kilka miesięcy, zostało mało czasu. Trzeba wypróbować wszystkie wspomagacze i znaleźć coś dobrego, zanim wzrosną ceny! To kupiłam tylko za galeona. — Gryfonka zaciągnęła się dymem Mózgowca i skrzywiła się z niesmakiem, ale pewność siebie nie schodziła z jej twarzy. — Ponoć jeden z lepszych. Polepsza pamięć, wspomaga logiczne myślenie, niweczy stres, dodaje energii. — Odczytała nalepkę na buteleczce. — Wy sobie zakuwajcie, denerwujcie się, złośćcie, ale wiecie, złość piękności szkodzi.
 — Więc nie masz nic do stracenia, złoszcząc się — wymamrotał Jack mimochodem.
 — Mogłabyś się podenerwować, ucząc się normalnie, nie zaszkodziłoby ci to — rzekł Czkawka do Meridy. 
Rudowłosa obdarzyła chłopców nadąsanym spojrzeniem.
 — Odezwali się misterzy „Czarownicy” — burknęła kąśliwie dziewczyna.
Jack zastanawiał się, czy namówić Meridę, aby dała mu spróbować trochę eliksiru. Jednak pomyślał, że ten Mózgowiec może być zwykłym picem na wodę. W zeszłym roku, gdy kupił podobny wspomagacz przed egzaminami, okazało się, że wciśnięto mu najprzeciętniejszy sok jabłkowy. Sprzedawca obudził się następnego ranka z robalami w łóżku.
 — Merida, nie wiesz, co to może być — powiedział Czkawka, sceptycznie patrząc na nabytek przyjaciółki. — Równie dobrze może to być trucizna!
 — Albo syrop na rozwolnienie — wtrącił uprzejmie Jack.
Merida pokiwała z niedowierzaniem głową.
 — Jasne, najwyżej urośnie mi poroże — powiedziała z ironią i kąśliwością Gryfonka. 
 — To było niemiłe — stwierdziła Roszpunka. — Poza tym, nie można tego kupować, handel wspomagaczami jest zakazany.
Gdy Merida zaczęła sprzeczać się z Roszpunką i Czkawką o to, czy warto przejmować się regulaminem, Jack zwrócił głowę w stronę drzwi, gdzie usłyszał głos Hansa. Frost poczuł, że nadeszła pora zrealizować swój plan. Zaczął grzebać w torbie.
 — Ten cały Julian ze Slytherinu ma dobre rzeczy!
 — ...ale jestem prefektem, muszę pilnować, aby nikt głupi tego nie pił, nawet jeśli nie zrobi nikomu krzywdy! — zaperzył się Czkawka.
 — Jeśli masz jej zabrać Mózgowca, to zrób to teraz, bo za chwilę zrobi to Hans — powiedział Jack Krukonowi, skinąwszy głową na wejście.
Merida szybko zatkała buteleczkę, wcisnęła ją do torby. Jack wymienił z rudowłosą znaczące spojrzenia; tylko ona wiedziała o planie zemsty na Hansie. Czkawka i Roszpunka wrócili do nauki, pomrukując coś o głupocie.
Jack wyciągnął z torby pudełko po Mordoklejkach Sana — ulubionych słodyczach chyba każdego Hogwartczyka (zanim zostały zakazane i zaprzestano ich produkcji). Nikt nie mógł oprzeć się tym słodkościom. Jack wyjął dwa specjalnie oznaczone cukierki, jednym poczęstował Meridę, a drugi zjadł sam. 
 — Mogę jedną? — spytał Czkawka, patrząc łakomie na cukierki.
 — Nie — odparli jednocześnie Gryfoni.
 — Dlaczego, przecież masz jeszcze pół paczki?!
Jack zignorował to pytanie i śledził Hansa, który dumnie prezentował na piersi plakietkę własnej roboty, idąc przez całą salę, aby dołączyć do swoich znajomych na końcu stołu Slytherinu.
Jack już czuł słodki smak zemsty, który na pewno nie był smakiem mordodklejki. 
Gdy Hans spojrzał przypadkiem w stronę Frosta, Merida, będąc idealną aktorką, ostrzegawczo szturchnęła przyjaciela w ramię. Upewniając się, że Ślizgon zobaczył pudełko z nielegalnymi słodyczami, Jack, niby ze strachem, schował je pod ławkę. 
Hans uśmiechnął się drwiąco. Ruszył w stronę Jacka, Meridy, Czkawki i Roszpunki. Ślizgon połknął haczyk.
 — Frost, przecież dobrze wiesz, że Mordoklejki Sana są zakazane w Hogwarcie! — powiedział z oburzeniem Hans, chociaż ciągle się uśmiechał.
 — Jakie mordoklejki? — spytał niewinnie Jack.
Hans parsknął śmiechem. Kilka osób w Wielkiej Sali już przyglądało się pogawędce Ślizgona i Jacka.
 — Te, które jedliście i te, które są na siedzeniu obok, idioto. — Hans pokręcił głową. — Accio mordoklejki!
Pudełko poderwało się z krzesła i poszybowało prosto w dłonie Ślizgona. 
 — Wy, Gryfoni, nie umiecie kłamać... — westchnął Hans, łakomie patrząc na pudełko z cukierkami. — Haddock, powinieneś odjąć swojemu żałosnemu koleżce punkty za trzymanie nielegalnych rzeczy! Powiem to nauczycielowi, ot co!
Czkawka zacisnął dłonie na pergaminie, spoglądając to na Jacka, to na Hansa.
 — Nie mógłbyś odpuścić? To tylko cukierki! — oburzyła się Roszpunka, mówiąc do Junga.
 — Ale Frost nie szanuje żadnych zasad! Nie można tego tolerować. Odejmuję punkty Gryffindorowi, dziesięć punktów. Nie, czekajcie. Ty, Brave, też jadłaś mordoklejki. Odejmuję dwadzieścia — zarechotał Hans.
 — To niesprawiedliwe! — oburzyła się Merida. 
Jack musiał przyznać, że jego przyjaciółka miała niezły talent aktorski, bo jej zbulwersowanie wyszło bardzo naturalnie.
 — Nie mnie oceniać, czy coś jest sprawiedliwe — westchnął Hans. — To teraz pójdę pozbyć się tych mordoklejek... tylko się nie popłacz, Frost.
Jung odszedł do przyjaciół z pudełkiem mordoklejek pod pachą. Jack i Merida nadal nie pozwolili sobie na otwarte szczęście, chociaż byli pewni, że Hans i jego kumple nie oprą się zakazanym cukierkom
Kilka osób, które obserwowały rozmowę Ślizgona z Jackiem, powoli powracało do swoich zajęć. 
Hans usiadł przy Hyperionie, Julii i kilku innych uczniach domu Salazara. 
 — Hans, on miał taką minę, jak mu kazałeś to oddać! — zaszczebiotała Zabini.
Ślizgoni rechotali głośno na całą Wielką Salę, ciągle wyśmiewając Jacka i jego przyjaciół, gdy Hans otworzył z satysfakcją pudełko z mordoklejkami i poczęstował każdego.
 — Raz... — zaczął odliczać Jack.
 — Dwa... — kontynuowała z szatańskim uśmieszkiem Merida. 
 — Trzy! — powiedzieli jednocześnie.
 — Hej, Jung! — zawołał na całą Wielką Salę Jack, podnosząc się z miejsca. Każdy na niego patrzył. Doskonale. — Rozmawiałem z twoim starszym bratem, ponoć dłubiesz w nosie!
Ślizgoni zarechotali, myśląc pewnie, jak bardzo żałosny jest Jack. Hans otworzył usta, aby odpowiedzieć:
 — KWA! — wykrztusił.
Wielka Sala ryknęła śmiechem. Hans zzieleniał na twarzy.
 — Kwa! Kwa! Kwa! — zakwakał ponownie.
Julia Zabini wyglądała na przerażoną. Położyła dłoń na ramieniu Hansa.
 — Muu? — Zakryła sobie usta dłonią. Potem spróbowała coś jeszcze powiedzieć. Z jej ust wypadało jedynie głośne, niekontrolowane muczenie powodujące kolejne wybuchy śmiechu.
 — Patrzcie, oni odkryli kim naprawdę są! — ogłosił Jack zebranym.
Grupka Ślizgonów bezskutecznie próbowała odzyskać swój dawny głos. Zwierzyniec przy stole Slytherinu muczał, kwakał, gęgał, piał, szczekał, miauczał ku uciesze uczniów. Niektórzy zebrani aż dusili się ze śmiechu, nawet dwaj starsi bracia Hansa.
Przyjaciele młodego Junga razem z nim wybiegli z Wielkiej Sali. Nie mogli znieść upokorzenia. Bordowi na twarzach, gęgali i szczekali na siebie nawzajem i tych, którzy się śmiali — czyli na prawie każdego.
 — KWA! — rzucił Hans Jackowi pełne gniewu kwaknięcie, gdy wybiegał na korytarz za Julią, która kryła twarz w dłoniach.
Jacka bolały policzki ze śmiechu. 
Zebrani zaczęli klaskać w podziękowaniu za rozrywkę. Niektórzy podchodzili i gratulowali Jackowi. Chłopak nigdy przedtem nie czuł się się tak zadowolony.
 — Byłeś niesamowity! — przyznała Emma.
 — Stary, skąd ty masz te cukierki? — Julian Fitzherbert poklepał Jacka po plecach.
 — Musisz częściej im tak robić — stwierdził jakiś młodszy Puchon.
Jack spojrzał na stół Krukonów. Na widok klaszczącej, rozbawionej Elsy był jeszcze bardziej dumny i poczuł, jakby złote znicze latały mu w żołądku.
Do tłumu gratulującego Jackowi podeszła profesor Ambler. Kilka osób jęknęło. Kobieta splotła ręce na piersiach.
 — Jack, czy to są Mordoklejki Sana? — spytała z powagą nauczycielka
Śmiechy w Wielkiej Sali ucichały.
 — No to wtopa... — mruknęła Merida tak cicho, że tylko Jack i Roszpunka zdołali ją usłyszeć.
Frost poczuł suchość w ustach, ale nic nie było w stanie osłabić jego radości. Mógł ponieść konsekwencje — czuł, że było warto.
 — Nie — odparł szczerze chłopak.
 — Jesteś pewien? — spytała nauczycielka.
 — Oczywiście, proszę pani. To cukierki mojej roboty.
Profesor Ambler zmrużyła oczy, a potem rozłożyła ręce.
 — Więc nie widzę problemu — odpowiedziała, nieskutecznie hamując uśmiech cisnący się na jej twarz.
Nauczycielka odeszła, śmiejąc się pod nosem. Jack znów był do dyspozycji fanów jego żartu.

~*~*~*~

Cześć!
Czy ktoś już czuje zapach lata i wakacji? Tak? Jakie to wrażenie? Ja jeszcze nie czuję wolnego.
Nareszcie nowy rozdział. Przyznam szczerze, że jestem zadowolona z jego długości.
Pozdrawiam!


17 komentarzy:

  1. PIERWSZA!
    Hahahahhahahah! Dobrze tak głupim Ślizgonom :)Należało im się. Biedna Roszpunka (ale i tak się śmiałam) Ej -.- Za mało Jelsastycznych momentów - potrzebuje miłości!!
    WENY!!
    Susan ♥
    pimicmaradon.blogspot.com
    thestoryofnewgeneration.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć :)
      Faktycznie, Ślizgonom się należało! Roszpunka ucierpiała, ale cóż, zdarza się. Wiem, Jelsy jest póki co mało (nie wiem, może jestem zbyt powolna i powinnam rozgrywać niektóre akcje prędzej).
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Zgadzam się w 100% z Susan Kelley za mało jelsy. Ja myślałam że Wlsa go przytuli albo nie wiem pogłaszcze po główce !!!!!!!!! (Boże moja wyobraźnia mnie dobija);)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, wiem, mało jej...
      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Genialne. Głupi Ślizgoni. Weny!

    OdpowiedzUsuń
  4. Genialne. Głupi Ślizgoni. Weny!

    OdpowiedzUsuń
  5. Oczywiście jak dla mnie za mało Jelsy,ale i tak super,mam nadzieję,że Jack będzie robił więcej żartów Hans owi i jego bandzie,bo są cudowne:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej :)
      Wiem, mało Jelsy. Może wezmę to pod uwagę i szybko coś zdziałam. Żarty na znienawidzonych osobach zawsze są najlepsze!
      Pozdrawiam!

      Usuń
  6. Jak zwykle mnie zatkało (oczywiście z wrażenia). Mam do Ciebie pytanie. Posiadasz jakąś betę ? Obecnie sama poszukuję i tak jakby szukam chętnych.
    Pozdrawiam
    PS. Życzę weny i zapraszam do mnie :DD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć! :D
      Nie, nie posiadam bety. Staram się raczej sama poprawiać moje teksty. Możesz poszukać na grupach na facebooku, tak jest mnóstwo osób, które zasady interpunkcji, ortografii, poprawnego pisania mają w małym palcu ;)
      Powodzenia w szukaniu!

      Usuń
  7. Wreszcie jestem ehhh przepraszam, że dopiero teraz ale miałam wiele na głowie :(
    Rozdział bardzo fajny a zemsta na Ślizgonach - miazga! Więcej takich akcji proszę <3 Może i mało Jelsy ale i tak były urocze momenty *.* hmm ciekawe po kim siostra Jacka jest taka pyskata? (chodzi mi o list do tej dziennikarki)
    oczywiście czekam na next i życzę weny
    Pozdrawiam
    Arcanum Felis
    zapraszam na nowy rozdział
    http://ingis-at-glacies-dramione.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej :)
      Bardzo się cieszę, że podoba Ci się rozdział. Ślizgoni dopiero się rozkręcają... Jeśli chodzi o Emmę — cóż, może towarzystwo idealnego brata zrobiło swoje :D
      Bardzo dziękuję, pozdrawiam!

      Usuń
  8. No i udało się! Nadrobiłam wszystko i z czystym sumieniem, mogę zabrać się do komentowania. Przede wszystkim jestem zaskoczona przydzieleniem bohaterów do określonych domów. Dla mnie Jack zawsze był Ślizgonem, ale to jak przedstawiłaś jego postać oraz historię sprawia, że kupuję go w całości. :) Poza tym Czkawkę zawsze widziałam jako takiego Puszka... No i oficjalnie - nie lubię Meridy!
    Podają mi się relacje, które stworzyłaś w całej paczce oraz związek między Anną i Elsą, chociaż tej pierwszej współczuję naiwności i... Hansa.
    No i w ogóle serduszko mnie boli, że Ślizgoni to tacy łajdacy i są fuj, ble i w ogóle okropni. Sama przynależę do tego domu...
    A skoro już wspomniałaś o wakacjach - ja swoje mam od maja i nadal ich nie czuję! ;)

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć! :D
      Bardzo fajnie, że przeczytałaś całość! :D
      Wiem, troszkę inaczej przydzieliłam bohaterów, niż to się robi zazwyczaj. Kiedyś pisałam bloga o podobnej tematyce (totalny gniot, tak dodam) na nim i Jack, i Elsa byli w Slytherinie. Tutaj raczej chciałam przede wszystkim zwrócić uwagę na pochodzenie Jacka i jego odwagę (troszkę lekkomyślność), poza tym, wiadomo, że mugolaków w domu Salazara raczej nie ma. Merida to dość specyficzna postać. Wzoruję ją na pewnej mojej znajomej (czasem ją uwielbiam, innym razem mam ochotę udusić). Cóż, tak upartą osobę lepiej mieć za przyjaciela niż wroga. Hans to faktycznie ktoś, kogo lepiej nie spotkać na swojej drodze. Jeśli chodzi o Ślizgonów, to tutaj faktycznie są tymi „złymi”, ale za kilka rozdziałów wprowadzę kilku, którzy okażą się w porządku.
      Wakacji chyba nigdy się nie czuje... :/
      Pozdrawiam!

      Usuń
  9. Boże padłam! Brawo Jack! Tylko tak dalej! Jeszcze raz!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jackowi faktycznie należą się oklaski! :D

      Usuń