czwartek, 7 lipca 2016

Rozdział XXVII — Nawet najodważniejsi się boją

Przez ferie wiosenne myślała, że już zapomniała, jak przyjemna jest ulga. Krukonce, gdy pogodziła się z Jackiem, wydawało się, jakby po długim przebywaniu na mrozie wypiła kubek słodkiej, gorącej czekolady z bitą śmietaną i cynamonem.
Elsa ściskała chłopaka mocno. Pomyślała, że później poczuje się nieswojo i pomartwi tym uściskiem.
Usłyszała kroki i wraz z nimi niepewne kaszlnięcie. To ją skutecznie otrzeźwiło. Odskoczyła od Jacka jak oparzona. Czuła piekące policzki. Prosiła w myślach, aby to nie oznaczało tego, że się zaczerwieniła.
Roszpunka podeszła skocznym krokiem do Jacka i Elsy. Długowłosa na ich widok próbowała powstrzymać uśmiech. Wyglądała na zaaferowaną. Przeszyła analizującym wzrokiem Jacka, a potem przyjrzała się Elsie, zupełnie jakby próbowała wyobrazić sobie, co działo się przed jej przybyciem.
Frost wydawał się lekko zmieszany.
Elsa miała nadzieję, że Roszpunka nie skomentuje tego, co zobaczyła. Na szczęście, długowłosa wydawała się posiadać jakiś poważny, niecierpiący zwłoki powód, aby znaleźć Jacka.
— Ekhem... — odkaszlnęła Roszpunka. — Merida ma problemy.
— Merida? W co się znowu wpakowała? — otrząsnął się Jack.
— Mądrze gada! — odparła z przerażeniem.
Elsie nie wydawało się, aby mądre gadanie było jakimkolwiek problemem. Chociaż u Meridy wydawało się dość nietypowe.
Jack ściągnął brwi.
— Przyszłaś tu specjalnie po to, aby powiedzieć mi ten kiepski żart? — odpowiedział z zadziornością w głosie.
Roszpunka przewróciła oczami.
— Wcale nie żartuję! — odparła niecierpliwie dziewczyna. — Już, chodźcie!
Roszpunka popchnęła lekko Jacka. Elsa miała nadzieję, że Meridzie nie stało się nic poważnego. Vintersen wiedziała, że Frost bardzo martwi się o przyjaciółkę. Mimo to wolałaby jej nie odwiedzać.
— Może zobaczymy się później — zasugerowała nieśmiało Elsa w stronę Jacka.
— O, nie! — zaprotestowała Roszpunka. Złapała Jacka i Elsę za ręce. Pociągnęła ich za sobą. — Na pewno Merida poczuje się lepiej, gdy przyjdziemy do niej wszyscy razem, we troje!
Oczywiście — pomyślała z ironią Elsa. Dziewczyna nie potrafiła sobie wyobrazić pozytywnej reakcji zranionej lub chorej Meridy na jej widok.
— Czkawka? Nie idziemy po niego? — zaciekawiła się Elsa.
Roszpunka spojrzała na Jacka wyraźnie zmieszana. Nie odpowiedziała.
Elsa chciała porozmawiać z Frostem na wiele tematów, ale wiedziała, że jakiekolwiek osobiste rozmowy z chłopakiem musiały poczekać. Gryfon był zbyt zaoferowany chorą przyjaciółką.
Roszpunka nie potrafiła racjonalnie wytłumaczyć, co przytrafiło się Meridzie. Długowłosa bełkotała o podręcznikach, gadulstwie i nauce.
— Sami zobaczycie. — Roszpunka poddała się i nie podejmowała kolejnych prób tłumaczenia.
W przedsionku do sali chorych dreptał nerwowo rudowłosy chłopak, mamrocząc coś pod nosem. Elsie jego słowa podejrzanie przypominały dodatkowy rozdział z podręcznika od numerologii.
Elsa, Jack i Roszpunka we troje wparowali bezceremonialnie do sali chorych.
Ręce dwóch Puchonek pokrywała paskudna wysypka, na którą wystarczyło jedynie zerknąć, aby wiedzieć, że powodowała okropny ból. Jasnowłosy chłopiec wymiotował; zawartość jego żołądka miała nietypowy, różowo-niebieski kolor. Reszta pacjentów w skrzydle szpitalnym, a było ich całkiem sporo, bełkotało nieskładnie, zasłaniało usta dłońmi, przywoływało gestami krzątającą się między nimi, zestresowaną panią Kelly.
Pielęgniarka, niosąc ogromną plastikową tacę z lekarstwami, zatrzymała się w pół kroku, widząc troje przybyłych. Rzuciła gwałtownie paterę na jedną z szafek. Kobieta podbiegła ku Jackowi, Elsie i Roszpunce, wycierając uprzednio dłonie w fartuch. Pacjenci zaciskali mocno usta i machnięciami dłoni próbowali przywołać pielęgniarkę.
— Merlinie, nie mówcie, że was też to złapało! Nie, czekajcie. Lepiej nic nie mówcie. Nie zniosę kolejnej dawki faktów! — powiedziała nerwowo pani Kelly. W matczynym geście położyła dłoń na czole Jacka, sprawdzając, czy chłopak ma temperaturę.
— Wszystko w porządku, proszę pani — zapewniła Roszpunka.
Jack i Elsa przytaknęli. Pani Kelly cicho odetchnęła z ulgą.
— Posiekać skórkę boomslanga, wrzucić do wywaru i gotować na wolnym ogniu do uzyskania zielonego koloru! — zawołał jakiś dzieciak.
Do Elsy nagle dotarło, że wszystkie głosy chorych rozbrzmiewające w sali to cytaty z podręczników. Wydawało się to bardzo przerażające.
Jack i Roszpunka się rozglądali. Elsie wydawało się, że w sali nie zauważyła nikogo o rudej, gęstej czuprynie, jaką posiada Merida. Gryfonka mogła leżeć na którymś z łóżek pozasłanianych parawanami.
— Chcielibyśmy tylko spytać — zaczął Jack — czy Merida Brave...
— Jeśli nic wam nie jest, to zmykajcie — odparła pani Kelly, nieudolnie siląc się na przyjazny ton. Kropelki potu lśniły na jej czole.
— My tylko chcemy wiedzieć, co się z nią dzieje. — Roszpunka nie ustępowała. — Ją chyba też złapała ta epidemia mądrości. Kiedy Merida wydobrzeje? Kiedy możemy ją odwiedzić? Może pani ją dzisiaj wypuści?
— Potem ją odwiedzicie! — warknęła pani Kelly.
Jakiś chłopak jęknął i wypsnął mu się opis zaklęcia przywołującego.
Pani Kelly wypchnęła gości na przedsionek i zanim trzasnęła drzwiami, do sali chorych wślizgnął się chłopak recytujący urywki z podręcznika od numerologii.
— Epidemia mądrości — westchnęła Roszpunka. — Tego jeszcze nie grali.
— Da się tym zarazić wyłącznie na okres SUM-ów? — zaśmiał się cicho Jack.
Dziewczęta uśmiechnęły się niepewnie.
— W co ona się wpakowała? — spytała Elsa.
— I czemu nie ze mną? — dodał Jack.
— Mam niemiłe wrażenie, że może to mieć coś wspólnego z Mózgowcem — stwierdziła Roszpunka.
Pomysł, że za stan wielu uczniów mógł odpowiadać magiczny napój, wydawał się Elsie logiczny. Spodziewała się, że Mózgowiec prędzej czy później ujawni swoje efekty uboczne. Ilość jego ofiar — a zarazem ignorantów łamiących nagminnie szkolny regulamin — była nieco przerażająca dla dziewczyny. Tyle osób oszukiwało w nauce?
— Może skoczymy po Czkawkę i zaczekamy tu, aż Kelly nas wpuści? — zaoferowała Roszpunka.
Jack wydawał się dość sceptycznie nastawiony do tego pomysłu. Elsa wiedziała, że Czkawka i Merida się pokłócili. Krukonka poczuła, że lepiej będzie, jeśli nie zacznie mieszać się w przyjacielskie porachunki Jacka, Roszpunki, Meridy i Czkawki.
— Pójdźcie po niego sami — powiedziała Elsa.
— Weź, chodź z nami! — zaprotestowała Roszpunka. — Merida naprawdę się ucieszy, jeśli we czwórkę ją odwiedzimy!
Jack prychnął pod nosem powątpiewająco.
— Sama nie wiem, czy mój widok ją ucieszy — stwierdziła Elsa. — Nie żebym nie interesowała się Meridą — dodała szybko. — Pozdrówcie ją ode mnie.
Roszpunka wydawała się niezadowolona, że Elsa ich opuszczała, ale nie protestowała. Dziewczęta rzuciły sobie nawzajem krótkie cześć.
— Zobaczymy się potem — powiedział Jack na pożegnanie.

~*~*~*~

Samo to, że Merida zaledwie dwa dni po feriach wiosennych wpakowała się w kłopoty, było dość niezłym wynikiem. Jack nie powiedział tego na głos. Roszpunka chyba nie uznałaby wpadanie w problemy za dobrą dyscyplinę sportową.
Roszpunka dreptała po przedsionku. Gładziła dłońmi swoją złotą czuprynę, nawijała pasma na palce, plotła warkoczyki. Bawiła się włosami zawsze, gdy się czymś denerwowała — taki jej nawyk.
— Jak myślisz, powinniśmy tam wejść? — Roszpunka pochyliła się przy drzwiach i przystawiła oko do dziurki od klucza.
— Pięć minut temu pytałaś Kelly, czy możesz odwiedzić Meridę. Wygoniła cię za drzwi — odparł niechlujnie Jack — ale jeśli chcesz, to próbuj. Chętnie zobaczę, jak Kelly spełnia groźby i szczuje cię Upiorogackiem.
Roszpunka nadąsała się i odszedłszy od drzwi, posłała Jackowi urażone spojrzenie.
Chłopakowi wydawało się, że musieli długo czekać na wizytę u Meridy, ponieważ pani Kelly miała wielu pacjentów i Gryfonka mogła jeszcze czekać na swoją porcję uzdrawiających czarów. Jack był pewien, że u jego przyjaciółki wystąpiły niepożądane działania Mózgowca, jak wcześniej zasugerowała Roszpunka. Jack zastanawiał się, jaki sposób na bezproblemową naukę wymyśli Merida, gdy wyjdzie cało z epidemii mądrości. Podejrzewał, że raczej nie kupi już nic u Juliana ze Slytherinu. Frosta ciekawiło, co czeka tego Ślizgona. Gryfon był pewien, że szybko się wyda, kto rozprowadzał Mózgowca po Hogwarcie. Jack już współczuł Julianowi.
Do pani Kelly stawiło się jeszcze kilkunastu uczniów, ofiar magicznego wspomagacza. Tylko Cynthia Longbottom nie była nowym pacjentem dotkniętym epidemią mądrości, dziewczyna miała coś z nadgarstkiem.
Długowłosą najwidoczniej rozbolały nogi, bo przestała dreptać. Opadła obok Jacka na długą ławkę ustawioną pod ścianą.
— Wiedziałam, że będą problemy z Mózgowcem — westchnęła Roszpunka. Zwracała się bardziej do siebie niż do Jacka. — Wszyscy wiedzieli! Wystarczyło, żeby normalnie się pouczyła, ale ona: nieee! Po co się uczyć?!
— Stało się. — Jack wzruszył obojętnie ramionami.
Roszpunka przez kilka minut ciągle narzekała na Meridę i jej zachowanie, Mózgowca, Tego-Idiotę-Juliana oraz panią Kelly. Jack nie przeszkadzał przyjaciółce w biadoleniu, a kiedy tego oczekiwała, potakiwał.
Do sali chorych weszli dwaj zaniepokojeni opiekunowie domów — Slytherinu i Hufflepuffu. Najwidoczniej wieść o epidemii mądrości dotarła do uszu nauczycieli.
Roszpunce w pewnym momencie zabrakło sił na dalsze marudzenie.
Nagle w oczach Roszpunki pojawił się tajemniczy błysk, a na twarzy zakwitł niepokojący, łobuzerski uśmieszek.
— Skoro mamy trochę czasu... — powiedziała długowłosa, przeciągając każdą sylabę — to może mi opowiesz, co tam u ciebie i Elsy?
Jack nienawidził, gdy Roszpunka wypytywała o jego znajomości z kimkolwiek. Na drugim roku długowłosa usilnie próbowała wmówić mu, że jest chłopakiem Anatolii Tanaki — rówieśniczki o orientalnym wyglądzie — bo wyjątkowo pracował z Anatolą przy jednym stanowisku na eliksirach. W czwartej klasie Roszpunce wydawało się, że Frost i Casimir McMillan bardzo się nie lubią, a pewnego dnia umawiają na bijatykę po zajęciach. Prawda była taka, że Jack miał obojętny stosunek do Casimira i jedynie przypominał McMillanowi o terminie kwalifikacji do domowej drużyny quidditcha.
— Co ma być u nas? — Głos Jacka zabrzmiał mniej obojętnie, niż chłopak zakładał. — To co zwykle.
— To co zwykle. — powtórzyła Roszpunka. — Nie wiem...a nie uścisnęliście się?
— Niczego nie sugerujesz? — Silił nonszalancki ton. — Coś ci się przywidziało, Roszpunko.
Dziewczyna parsknęła śmiechem.
— Wymigujesz się, Jack — Dźgnęła niedelikatnie palcami chłopaka pod żebrami. — Wy-mi-gu-jesz. — Dźgała z każdą wypowiadaną sylabą i powiększającym się, szatańskim uśmieszkiem na twarzy. — Dokładnie wszystko widziałam!
Jack odsunął się nieco od Roszpunki.
— Och, oczywiście. Moja przyjaciółka leży chora w skrzydle szpitalnym, a ja bawię się w jakieś gierki i wymiguję od głupoty, którą mi wmawiasz — powiedział z ironią Jack. — Naprawdę, mam większe zmartwienia na głowie — skłamał. Tak naprawdę nie bardzo martwił się o Meridę, przecież wychodziła zdrowa z gorszych urazów. Epidemia mądrości nie wydawała się groźna. Frost chciał jedynie, aby Roszpunka odpuściła temat, bo czuł się nieswojo.
— Masz rację! — Roszpunka zignorowała ironię w głosie przyjaciela. — Uścisnęliście się, widziałam! Godziliście się, prawda?
— Wcale się nie kłóciliśmy, a tym bardziej nie godziliśmy się — odparł stanowczo Jack.
— Jasne — prychnęła powątpiewająco Roszpunka. Dodała głośniej: — Ale się uścisnęliście, tak?
Jack chciał ponownie zaprzeczyć, ale do pomieszczenia wparował Czkawka. Krukon policzki miał różowe, a półdługie, brązowe włosy nieco rozczochrane. Wyglądał tak, jakby biegł.
— Coś się stało Meridzie — wydyszał.
— Wmawiaj sobie Jack, że to nie był uścisk. — Roszpunka skończyła, na szczęście dla Jacka, temat jego relacji z Elsa. Posłała Frostowi spojrzenie mówiące: nie odpuszczę ci, wrócimy do tej rozmowy później.
— Merida chyba przedawkowała Mózgowca. — Jack zwrócił się do Czkawki.
Krukon nie wydawał się ani trochę spokojniejszy. Skoczył ku drzwiom i już kładł dłoń na klamce, ale Roszpunka go powstrzymała:
— Kelly cię wygoni, jeśli nie zaraziłeś się epidemią mądrości. Mnie groziła już Upiorogackiem.
— Epidemią Mądrości? — powtórzył zdziwiony Czkawka.
Przyjaciele przedstawili mu swoje domysły, co odpowiada za stan Meridy — właściwie to byli pewni, że magiczny wspomagacz — oraz to, jakie prawdopodobnie dziewczyna ma dolegliwości. Czkawka wysłuchał Jacka i Roszpunki niecierpliwie. Jedyne pytanie, jakie zadał, brzmiało: Czy to jest coś poważnego?
— Może teraz spróbujemy spytać Kelly, czy Merida dzisiaj wyjdzie? — zaproponowała Roszpunka.
Chłopcy się zgodzili.
— To który idzie? — spytała niewinnie Roszpunka. — Niech pomyślę... Czkawka!
— Przecież mówiłaś, abym tam nie wchodził, bo Kelly jest nie w humorze — zaprotestował Krukon.
— Ale ty jesteś świeżak. Ja i Jack już pytaliśmy.
Jack pokiwał twierdząco głową.
— Ty nie. To chyba logiczne, że teraz twoja kolej — zakończyła Roszpunka.
Krukon poddał się. Zapukał do drzwi. Czkawka rzucił przyjaciołom pełne poczucia niesprawiedliwości spojrzenie.
W ostatniej chwili się odsunął, inaczej otwierane drzwi zrobiłyby z jego nosa rozkwaszonego pomidora.
Roszpunka poderwała się z siedzenia.
— Nic ci nie jest? — spytała z troską. Nie zwracała się do Czkawki.
Merida, która wyszła z sali chorych, wyglądała zaskakująco normalnie. Rude loki sterczały jej na wszystkie strony. Szatę miała niechlujnie zarzuconą na ramiona.
— Co ma mi być? — zapytała Merida chłodno.
— Wydawało nam się, że Mózgowiec ci zaszkodził — westchnął Czkawka.
Gryfonka obrzuciła Krukona zimnym spojrzeniem.
— Sylabiarusz Spe-... — wyrwało jej się. Musiała częściowo pozostawać pod wpływem epidemii mądrości. — Ach, tak. Już mi przechodzi. Zadowoleni?
Przyjaciele spojrzeli po sobie ze zdziwieniem.
— Z czego mamy być zadowoleni? — Jack ściągnął brwi.
— No, dalej! Powiedzcie to! — jęknęła Merida. — Wykonać lekkie skinięcie nadgarstkiem i wypowiedzieć formułę czaru. Na gacie Merlina, zamknij się! — mruknęła sama do siebie.
— Co mamy powiedzieć? — spytała długowłosa.
Merida westchnęła ciężko.
— Nabijacie się ze mnie, tak? — oskarżyła ich. — No, dalej, powiedzcie to: A nie mówiliśmy?
Jack myślał już, że Merida oczekuje czegoś poważniejszego.
— To żałosne, że myślisz, że sprawi mi to satysfakcję — powiedział Czkawka.
— W innych okolicznościach... — westchnął Jack. W jego oczach pojawił się błysk. Chłopak zwrócił się do Meridy: — Ale skoro tego oczekujesz, to spełnię życzenie mojej biednej, chorej przyjaciółki. A nie mówiłem?!
— Ty akurat mało miałeś do Mózgowca — przypomniała Roszpunka.
Wspólnie udali się do Wielkiej Sali, mając nadzieję, że zdążą na kolację. Jack z radością zauważył, że Czkawka i Merida zaczęli się do siebie odzywać, nawet jeśli było to koleżeńskie przekomarzanie.

~*~*~*~

— Co zaleciła jej pani Kelly? — spytała Elsa.
— Ma odłożyć czytanie i naukę na co najmniej tydzień. Ona się załamie! — odparł z uśmiechem Jack — Jeśli zastosuje się do zaleceń, to już w weekend przestanie nawijać tekstami z podręczników. Kurczę, Kelly nawet nauczycielom powiedziała, aby nic jej nie zadawali! Zaczynam żałować, że nie wypiłem tego magicznego napoju.
Pogoda była zbyt idealna, aby siedzieć w zamku. Jack i Elsa wzięli więc podręczniki, zamiast zajmować miejsce w bibliotece, wybrali się nad jezioro i rozłożyli się na pomoście. Niebo przybrało jasnoniebieski kolor, snuły się po nim białe chmury. Wiał lekki, ciepły wiatr. Statek Durmstrangu kołysał się delikatnie na ciemnej wodnej toni. Elsa głęboko oddychała zimnym, rześkim powietrzem. Uwielbiała bibliotekę, panujący tam zapach pergaminu i ciepłe, miękkie światło sączące się leniwie z lamp, jednak tamtego dnia ciągnęło ją na zewnątrz.
Zamysł był taki, że mieli uczyć się na świeżym powietrzu.
Prędko wyszło na jaw, że Jack nie zrobił żadnej rzeczy z listy, którą Elsa przekazała mu przed feriami. Nie powtórzył żadnego zaklęcia. Nie przeczytał liczącej zaledwie pięćset stron książki, którą dziewczyna mu pożyczyła.
Elsie wydawało się, że gdy wspólnie zabiorą się do podręczników, to chłopak szybko nadrobi zaległości. Jednak Jack, siedząc na pomoście, był bardzo rozkojarzony, jego myśli błądziły jak najdalej od tematu nauki. Gryfon nachylał się nad tonią jeziora, maczał ręce w zimnej wodzie, rozglądał się wokoło, przewracał bez zainteresowania strony książki, zwracał uwagę na wszystko, tylko nie na zaklęcia obronne, którymi się zajmował z dziewczyną. Oprócz tego ciągle zagadywał Elsę.
Krukonka po jakimś czasie przestała zmuszać chłopaka do nauki. Prawdę powiedziawszy, było tyle tematów do rozmowy, że sama niezbyt chętnie wertowała kolejne rozdziały Najskuteczniejszej Obrony Przed Czarną Magią autorstwa K. J. Ingrowl.
— Pewnie Merida bardzo się cieszy, że ma przerwę od nauki — stwierdziła zgryźliwe Elsa, odgarniając jasne włosy z twarzy. — Dobrze, że nie stało jej się nic złego. Całe szczęście, że tylko cytuje książki. Nie sądzę, aby więcej sięgnęła po jakiś nielegalny wspomagacz. Może nareszcie wyciągną konsekwencje wobec tego, kto rozprowadzał Mózgowca? Właśnie. Nie wiesz, kto go sprzedawał?
Jack zrobił niewinną minę. Elsa po niej domyśliła się, że znał tego, kto handlował Mózgowcem. Odłożyła książkę na bok.
— Niech ci będzie, powinni Julian-... tego ktosia, którego nie znam, wtrącić za karę do najgorszego więzienia. Hm... wyszłoby na to samo, gdyby ten ktoś wpadł w ręce twoje i innych prefektów — odpowiedział Jack z zadziornością w głosie.
Elsa posłała chłopakowi chłodne spojrzenie.
— Jak minęły ferie? — zmienił temat Frost.
Kilkoro dzieciaków biegło przez zieleniące się błonia. Jeden z nich trzymał coś, co podejrzanie przypominało miotłę. Elsa mogła przysiąc, że byli to pierwszoklasiści. Oni kategorycznie nie mogli posiadać miotły! Elsa zmrużyła oczy i ich obserwowała, zapominając o wszystkim. Jeśli wpadłoby pierwszakom do głowy, aby latać na miotle, mogłaby się stać tragedia! Nie bez powodu nie mogli posiadać sprzętu do latania.
— O nie, nawet o tym nie myśl! — Elsę z zamyślenia wyrwał ostry głos Jacka.
— Zrobią sobie krzywdę — odparła usprawiedliwiająco dziewczyna, nie odrywając wzroku od pierwszoklasistów
— Daj spokój, mają po jedenaście lat, nie cztery.
Elsa spojrzała surowo na Jacka. On był taki lekkomyślny...
— Powiedz to Dennisowi Bloxowi — powiedziała nadąsanym głosem.
— Komu? Nie słyszałem o kimś takim. — Jack znowu nachylił się nad jeziorem i wsadził dłoń do wody.
Elsa dziwiła się, że nie słyszał o Dennisie Bloxie.
— Chodził do szkoły z moimi rodzicami, byli na tym samym roku. Blox należał do Slytherinu. Uwielbiał się popisywać. — Miała ochotę dodać zupełnie jak ty, ale zrezygnowała. — W każdym razie, jeszcze przed pierwszą lekcją latania każdemu się chwalił: Umiałem latać, zanim nauczyłem się chodzić. Chyba domyślasz się, ile było w tym prawdy. Poszedł z kumplami na błonia, wsiadł na miotłę i...
— I... — Jack usiadł prosto na pomoście.
— No cóż. Według rodziców, do tej pory leży w Mungu.
Jack patrzył na nią, uśmiechając się szeroko.
— Pewnie nie wiedział, jak odpowiednio siedzieć na miotle. Poza tym, to wydaje się naciągane.
Elsa zacmokała i wzruszyła ramionami. Wróciła spojrzeniem na błonia, ale grupki pierwszoklasistów nie było na nich.
— Gdzie oni się podziali? — Dziewczyna zmarszczyła brwi.
Zaczęła się podnosić. Jack złapał ją za rękę i ściągnął na twarde deski mola.
— Odpuść. Nic im nie będzie. Najwyżej nabiją sobie guza — odpowiedział spokojnie Jack.
Elsa nie rozumiała, dlaczego chłopak był tak wyluzowany. Przecież kilkoro jedenastolatków mogło podzielić los Dennisa Bloxa.
— Nie, Jack. Stanie się coś złego, ja to czuję — upierała się Elsa.
— Daj spokój, Strażniczko Regulaminu. W razie czego wezmę to na siebie i powiem, że nic nie wiedziałaś. Poza tym, widziałem jak tamci uczyli się latać pod okiem Ambler. Ten, który niósł miotłę, ma niezłe szanse na zostanie graczem quidditcha. Nieźle trzyma się na miotle. Ma pewny chwyt. Może namówię tego chłopaka, aby zgłosił się na obrońcę za rok. — Jack próbował złagodzić sytuację. Mówił o wszystkim z lekkością.
Elsa ciągle rzucała ukradkowe spojrzenia na błonia.
— Dobra, ale nie odpowiedziałaś na moje pytanie. Jak ci minęły ferie? — zapytał Jack.
— Zwyczajnie — odparła szczerze Elsa.
Jack patrzył na Elsę wyczekująco. Dziewczyna westchnęła w duchu. Musiała się nauczyć, żeby nie zbywać chłopaka krótkimi, mało mówiącymi odpowiedziami.
— Moi rodzice byli w domu przez cały czas — opowiadała Elsa. — Pytali często o turniej. Oni bardzo się niepokoją. Ciągle próbują wyjaśnić, czemu zostałam zgłoszona. Pytali o wiele rzeczy. Musiałam ich zapewniać, że ciągle pilnuję się, aby nie zrobić krzywdy Annie.
Jack zaciskał mocno usta.
— O ciebie też pytali. — Przypomniała sobie dziewczyna.
— Milutko — parsknął śmiechem. — O co dokładnie? Kim jest ten przystojny, tajemniczy, niesamowicie utalentowany obiekt westchnień wszystkich dziewcząt z Hogwartu przedstawiony na ilustracjach przy artykułach Berthy Moore?
Elsa uśmiechnęła się pod nosem.
— Pytali, czy udało mi się z tobą dogadać odnośnie turnieju. Aha, jeszcze chcieli wiedzieć, czy to prawda, co napisała Bertha Moore o nas w „Czarownicy” — odparła.
— Co im odpowiedziałaś? — zaciekawił się Jack.
— Odnośnie domysłów, że jesteśmy razem — absolutnie zaprzeczyłam. Przez chwilę przestraszyłam się, że naprawdę pomyśleli, że jesteśmy parą.
Jack parsknął śmiechem podobnie jak Elsa. Gdy siedziała z chłopakiem na pomoście, mówiła o tym tak lekko, bez żadnego problemu. Historia wymyślona przez Berthę o związku Elsy i Jacka, wydawała się Krukonce tak żałosna, że aż zabawna.
— Czytali też artykuł z twoją historią. — Dziewczyna uśmiechnęła się. — Zapytali tylko, czy to prawda, co napisała Bertha. Udałam, że sama nie wiem.
Elsa znowu spojrzała na błonia. Bardzo uważała przy rodzicach, aby nie wspominać za wiele o Jacku.
— Myślałaś już nad tym, co zrobić z Anną i swoimi mocami? — zapytał Frost.
Owszem, Krukonka myślała nad tym często. Jednak za każdym razem, gdy powracała do tego tematu, wszystko stawało się coraz bardziej skomplikowane.
— Ja... sama nie wiem, co robić — westchnęła cicho Elsa.
— Może pogodzisz się z Anną i wszystko jej wyjaśnisz? Rodzice nie muszą o niczym wiedzieć — zaproponował śmiało Jack.
Elsa zadrżała. Nagle zalała ją fala zimna. Dziewczyna bawiła się rękawiczkami.
— Coś się stało, tak? Powiedziałem coś źle? — zapytał zaniepokojony Jack. Musiał wyczuć ten chłód.
— Nie, wszystko dobrze. Przepraszam za to oziębienie — westchnęła Elsa.
Wydawało się, że zimno wyczuwalne w powietrzu powoli odpuszczało. To, które Krukonka czuła, wcale nie ustąpiło.
— Ja... ja się boję — wyznała cicho dziewczyna. — To... to okropnie głupie.
— To wcale nie jest głupie. Nawet najodważniejsi się boją. Każdy się boi. — Jack uśmiechnął się pokrzepiająco. — Razem to obmyślimy, dobra?
Elsa nie potrafiła określić, jak wielką wdzięczność czuła wobec chłopaka za wsparcie, które jej okazywał.
Jak ja mogłam w ogóle pomyśleć, że lepiej byłoby, gdybyśmy się nie przyjaźnili? — pomyślała dziewczyna.
— Dziękuję — wydukała.
Jack w odpowiedzi posłał jej kolejny uśmiech. Gryfon nagle złapał Elsę za ręce, co naprawdę zbiło ją z tropu. Policzki dziewczyny pozazdrościły szkarłatnej barwy elementom na szacie chłopaka.
Krukonka nawet nie spostrzegła, kiedy Jack zdążył ściągnąć rękawiczki z jej bladych dłoni.
— Najpierw musimy się tego pozbyć. — Podszedł na skraj pomostu.
Własne, blade, nieokryte rękawiczkami dłonie były jedną z najbardziej niepokojących rzeczy, jakie Elsa ujrzała, a widziała profesora Bulstrode'a po ciężkiej lekcji z pierwszymi klasami, na której jakiś uczeń wylał kociołek ze żrącą substancją na kolegę z ławki naprzeciwko.
Krukonka oczyma wyobraźni już widziała, jak szron pnie się po deskach pomostu, jezioro pokrywające się lodem i co gorsza, stan osób, które doświadczyłyby negatywnych działań jej zdolności.
Frost teatralnym gestem wrzucił rękawiczki do wody. Kołysały się leniwie na ciemnej toni. Nagle coś podejrzanie przypominającego oślizgłą, olbrzymią mackę pochłonęło je w jeziorne odmęty.
— To nie była jedyna para rękawiczek, jaką posiadam — poinformowała Elsa.
— Wiem — odpowiedział Jack z irytacją.
— Skoro już utopiłeś tę parę, to chyba muszę iść do dormitorium po drugą — stwierdziła Elsa. Dłonie miała zimne. Czuła, jakby malutkie igiełki wbijały się w opuszki jej palców.
Frost złapał ją za rękę i powstrzymał w pół kroku. Jack miał stalowy uścisk.
Elsa czuła, jakby ktoś potraktował ją zaklęciem powodującym dreszcze. Chłopak stanowczo nie powinien chwytać jej za dłonie, tym bardziej, gdy nie nosiła rękawiczek. Oddech dziewczyny nieznacznie przyśpieszył.
— Chociaż spróbuj — poprosił Jack.
— Zrobię ci coś złego — wydukała Elsa. Zdziwiła się, gdy usłyszała, jak słabo brzmiał jej głos. Po jej palcach przechodziły fale nienaturalnego zimna. Jack na pewno to wyczuł
— To groźba? — Chłopak chciał rozładować napięcie. Mówił łagodnym, uspokajającym głosem: — Ty mi nic nie zrobisz. Jestem tego pewny. Kiedyś musisz spróbować żyć z tym normalnie, więc czemu nie teraz?
Dziewczyna błądziła wzrokiem po twarzy Jacka. Wydawał się pewny tego, co powiedział.
Uścisk Gryfona złagodniał, Elsa wyrwała więc dłoń. Może Jack nie obawiał się zdolności dziewczyny, ale ona tak. Nie wyobrażała sobie, żeby sytuacja sprzed lat mogła się powtórzyć i tym razem ofiarą mocy mógł stać się on.
W stronę zamku właśnie wracała grupka pierwszoklasistów z miotłą. Szli skocznym, energicznym krokiem, radośnie rozmawiając. Jack miał rację. Żadnemu z nich nic poważnego się nie stało.
Może Jack nie myli się także z tą pewnością, że ja nic mu nie zrobię — pomyślała dziewczyna.
Z trudem usiadła znowu na pomoście.
— Dobrze, zostanę. — Elsa ciężko przełknęła ślinę.
Jack wydawał się wyjątkowo zadowolony z siebie. Uśmiechał się od ucha do ucha, jakby dokonał nie lada wyczynu.
— Nie wiem, jak się czujesz ze swoimi mocami i jak one działają... — przyznał Jack.
— Ja sama do końca nie wiem — wyznała Elsa.
— Może skoro do tej pory nie wypaliło przejmowanie się nimi, to spróbuj teraz o nich zapomnieć? Przynajmniej teraz, taki eksperyment... — zamyślił się. — Wiesz... to tak jak latanie! Kiedy lecisz, wcale nie myślisz, jak wysoko znajdujesz się nad ziemią i nie pamiętasz o tym, że jeśli spadniesz, to możesz się zabić.
— Kiepskie to porównanie. Podczas pierwszego zadania turnieju trudno było zapomnieć, że lecisz dziesiątki stóp nad taflą jeziora.
— Ja mogłem o tym zapomnieć — pochwalił się Jack.
— Bo ty nie leciałeś.
Jack nie dał za wygraną, tylko podjął zamiar przekonania Elsy, że latanie jest najcudowniejszą — zaraz po Mordoklejkach Sana i gorącej czekoladzie — rzeczą na świecie.
— W takim wypadku, musisz kiedyś przyjść na mecz quidditcha. Nie rozumiem, jak to możliwe, że nie widziałaś żadnych rozgrywek. Powiedziałbym, że mogłabyś spróbować dostać się do drużyny Krukonów, ale... latasz okropnie — stwierdził Jack.
— Jesteś bardzo miły, Jack — odparła dziewczyna. — Dobra, masz rację.
— Albo nie. Zgłoś się. Jakbyś się zgłosiła, mielibyśmy większe szanse na wygraną z Ravenclawem na meczach!
Elsa nie potrafiła się nie uśmiechać. Nagle uderzyło ją, że wytrwała kilkanaście minut bez rękawiczek i nikomu nie zrobiła krzywdy. Dziewczyna nawet nie zauważyła, kiedy myśli o jej mocy zeszły na dalszy plan. Pogawędka z chłopakiem całkowicie zajęła uwagę Krukonki. Faktycznie, gdy nie myślało się o sobie jak o maszynie do zamrażania, nic się nie działo.
— Nie interesuję się quidditchem, ale im dłużej z tobą rozmawiam, tym bardziej jestem za drużyną Ravenclawu. Mam nadzieję, że skopią ci tyłek podczas najbliższego meczu — stwierdziła dziewczyna.
Jack nie wydawał się ani trochę urażony tym stwierdzeniem.
— To może tak z innej beczki... może nauczyłabyś Emmę jakichś zaklęć obronnych? — zapytał Jack.
— To jej się raczej nie przyda na zajęciach — zdziwiła się Elsa.
Jack pokiwał twierdząco głową.
— Wiem — powiedział. — Jednak, tak sobie myślę, że na pewno się jej przydadzą.
Elsa nie przypuszczała, o co chodziło Jackowi, dopóki nie wyjaśnił jej, w jakie problemy wpakowała się jego siostra.
— Jasne, pomogę Emmie nauczyć się tych czarów. Tylko dopilnuj, aby nie wpakowała się w większe kłopoty — ostrzegła Elsa.

~*~*~*~

Elsa z każdym krokiem coraz bardziej żałowała, że zechciała zrealizować plan, który ustaliła wspólnie z Jackiem. Odwrotu nie było, skoro udało jej się odkleić Annę od Adriana i namówić na wspólny wypad do Hogsmeade — chociaż namówić to zbyt mocne słowo, wystarczyła mała wzmianka o wspólnym wyjściu, a Gryfonka od razu się zgodziła.
Rudowłosa, idąc ramię ramię z Elsą w stronę wioski, wydawała się bardzo podekscytowana. Krukonka była zestresowana — miała zamiar wyznać Annie prawdę, opowiedzieć o swoich mocach i zmianie wspomnień. Chciała najpierw spędzić z siostrą miło dzień, jak poradził Jack.
— Och, już jesteśmy! — pisnęła Anna.
Przed nimi znajdowało się Hogsmeade.
Anna była niezmiernie zachwycona tym, że wspólnie z siostrą zwiedzała magiczną wioskę. Wykazywała wszystkim ogromne zainteresowanie, jakby po raz pierwszy widziała dobrze znane witryny sklepowe. Zachowywała się jak dziecko, co wydawało się dość urocze. Gryfonka ciągle paplała, pytała Elsę o różne rzeczy. Krukonka momentami oddawała się czasowi spędzonym z siostrą, jednak nieustający uścisk w żołądku i dreszcze zimna przypominały o rozmowie, którą miała przeprowadzić z Gryfonką.


W Jednej Miotle panowała radosna, gwarna atmosfera, co podobało się Elsie. Krukonka czuła, że dobry humor udzieli się i jej, i Annie, co pomoże w kłopotliwej rozmowie. Elsa usiadła przy wolnym stoliku. Gryfonka poszła coś zamówić.
Krukonkę zaczęły dopadać wątpliwości. Tak miło spędzała dzień, a mogła go popsuć jedną rozmową. Mimo że Jack wcześniej przekonał dziewczynę, że Anna zrozumie to, dlaczego była okłamywana, to Elsa miała niemałą ochotę uciec lub nawet schować się pod stołem.
Oddychaj — nakazała sobie Krukonka. Nawet ta czynność w tamtym momencie była nienaturalnie trudna.
Elsa dudniła nerwowo palcami w blat. Tamtego dnia znów włożyła rękawiczki. Gdyby była w Hogsmeade z Jackiem, oczywiście nie robiłaby tego, ale przy Annie czuła się bardzo niepewnie.
Krukonka wypuściła głośno powietrze i rozejrzała się po pomieszczeniu. Kilkoro znajomych z Hogwartu postanowiło spędzić ten wieczór w knajpie.
Wzrok dziewczyny przykuła spora grupka siedząca w drugim kącie sali. Tamten stolik zajmowali Jack, Roszpunka, Czkawka i Merida oraz obcy Gryfoni. Wszyscy wydawali się bardzo weseli, słychać ich było na cały pub. Czkawka opowiedział jakiś żart. Merida śmiała bardzo, aż piwo kremowe poszło jej nosem. Nieważne, jak bardzo było to obrzydliwe, przyjaciele rudowłosej uznali to za okropnie zabawne i wybuchnęli śmiechem.
Jack w wyśmienitym humorze, wyłapał spojrzenie Elsy. Chłopak nieco spoważniał, przystawił kufel do ust i upijając trochę piwa kremowego, przez chwilę patrzył na nią, jakby mówił: nie wycofuj się. Roszpunka potrząsnęła go za ramię i powiedziała coś. Odstawił kufel, rękawem starł piankę z twarzy i powrócił do rozmowy ze znajomymi.
Elsa wcisnęła się bardziej w kanapę. Anna wróciła z dwoma kuflami pełnymi pysznego piwa kremowego.
Teraz. Powiedz to — nakazała sobie Elsa. — Powiedz jej prawdę.
Anna usiadła obok Elsy i chwyciła swój kufel.
— Myślę, że Adrian się ucieszy z prezentu! — stwierdziła z promiennym uśmiechem Anna. — Gdybyś nie zauważyła tego zestawu, pewnie nic bym nie kupiła, ale to strzał w dziesiątkę! Muszę jeszcze jakoś ładnie to zapakować i będzie prezent marzeń!
Elsa uśmiechała się sztucznie na tę wieść. Była pewna, że cokolwiek Anna dałaby swojemu chłopakowi, on się bardzo ucieszy. Nie odrywał od swojej sympatii wzroku.
Uśmiech Krukonki zbladł szybciej niż się pojawił.
— Coś się stało? — zmartwiła się Anna. W jej oczach było widać prawdziwą troskę. — Ja wiem, że pewnie nie tak wyobrażałaś sobie to wyjście... — przyznała z goryczą.
Krukonka była szczerze zdziwiona tym, co powiedziała Anna. Nie chciała, aby siostra odniosła takie wrażenie.
— Ania, naprawdę nie o to chodzi...
— Nie kłam, Elsa. Odkąd wyszłyśmy, prawie się nie odzywałaś, chodzisz markotna, jesteś jakaś nieobecna — westchnęła Anna.
— Naprawdę, doskonale się z tobą bawię — zapewniła gorliwie Elsa.
Anna odetchnęła z ulgą i upiła trochę piwa kremowego. Pod nosem zostało nieco słodkiej pianki.
— Chodzi o Jacka — uznała odkrywczo Anna.
Spojrzała przez ramię na stolik, przy którym siedział Jack.
Edward Potter właśnie zabawiał swoich znajomych zabawą mam twój nos. Chłopak dosłownie zabierał nosy z twarzy kolegów. Nieznany Elsie blondyn głośno domagał się zwrotu ukradzionej części ciała.
— Nie, Anna, nie chodzi o Jacka — zaprzeczyła Elsa.
Anna spojrzała na nią jak na dziecko próbujące okłamać rodziców, że nie zjadło ciastek, chociaż na twarzy miało okruszki świadczące jednoznacznie o winie. Gryfonka lekko uniosła brew.
— Ściemniasz — parsknęła śmiechem rudowłosa.
— Wcale nie — zapewniła Elsa.
— Zarumieniłaś się, gdy spojrzałaś na niego!
— Nie zarumieniłam się. To wina światła.
Anna zachichotała.
— Oj, siostra, tak wina światła! — powtórzyła z ironią w głosie. — Ciągnie was do siebie!
Elsa pokręciła przecząco głową. Wypiła trochę swojego napoju.
Anna dała za wygraną.
— Skoro nie chodzi o Jacka, więc o co?
Elsa odstawiła kufel na stół. Przez chwilę nieco lepiej się poczuła, gdy rozmowa zeszła na temat Jacka. Nerwy powróciły ze zdwojoną siłą.
— Chodzi o to, że... ja już odkąd wyszłyśmy z Hogwartu... chciałabym z tobą porozmawiać...
Ścisnęło jej gardło.
Anna mogła znienawidzić starszą siostrę, gdy dowie się prawdy. Lata okłamywania, życia z fałszywymi wspomnieniami — to nie było czymś, czego oczekuje się usłyszeć od rodzeństwa. Istniała możliwość, że Gryfonka, przypomniawszy sobie o wypadku, znienawidzi siostrę, wystraszy się jej zimowych zdolności.
Elsa z tego wszystkiego zdawała sobie sprawę.
Powiedz to — pomyślała — już.
Ania przyglądała się siostrze z wyrazem łagodnego zdziwienia na twarzy. Lekko przechyliła głowę. Wśród jej rudych włosów wyróżniało się siwe pasemko, pamiątka po oberwaniu lodowym promieniem. Anna nie miała pojęcia, skąd ono pochodzi.
Elsa czuła, jakby tonęła. Tonęła w trwającym latami kłamstwie, otaczały ją odmęty tajemnic. Wypłynięcie na powierzchnię było trudne, wydawało się dziewczynie wręcz niemożliwe.
— Co chciałabyś mi powiedzieć? — spytała Anna. Wydawała się spokojna. Nieświadoma, że tyle wydarzeń z przeszłości było owianych sekretami.
— J-ja... — zaczęła Elsa. Widziała szron pnący się po jej kuflu.
Nie myśl o tym — przypomniała sobie radę Jacka. Nawet nie patrzyła na piękne, szronowe zawijasy pnące się po szkle.
 — C-chciałabym... — wydusiła — żebyś wiedziała, że bez względu na wszystko, co między nami było i będzie... że naprawdę cię kocham. — Uśmiechnęła się, kąciki ust jej drżały.
Na twarzy Anny tuż pod wąsami z pianki zagościł uśmiech.

~*~*~*~

Elsa nie potrafiła ukryć, że była bardzo zawiedziona nieudaną próbą wyznania Annie prawdy. Jack zauważył to od razu, gdy siostry Vintersen dołączyły się do jego paczki podczas powrotu z wioski. Gryfonka wydawała się zbyt wyluzowana.
Tamtego wieczora Jackowi udało się tylko chwilę pogadać z Elsą. Jego przypuszczenia potwierdziły się — Krukonka nie powiedziała Annie prawdy.
— Nie dałam rady. — W głosie Elsy słychać było gorycz. — Zablokowało mnie. Ten dzień wypadł tak dobrze, Anna miała taki dobry humor... nie chciałam tego popsuć — powiedziała szeptem.
— Nie poddawaj się — poradził Jack cicho. Jego przyjaciele z oddali przysłuchiwali się jego rozmowie. — Za niedługo spróbuj ponownie. Do trzech razy sztuka.
Problem w tym, że powoli robiło się do pięciu razy sztuka, do siedmiu razy stuka...
Elsa wielokrotnie próbowała opowiedzieć Annie o zmienionych wspomnieniach i swoich mocach. Jednak Krukonka najbliżej powiedzenia prawdy była podczas pierwszej próby, która miała miejsce w Hogsmeade. Z każdą kolejną porażką, dziewczyna wydawała się trochę zniechęcona. Jack nie mógł pozwolić, aby Krukonka odpuściła. W chwilach słabości dbał o to, aby jej upór nie osłabł. Widział, że Elsa chciała zmienić obecne relacje z siostrą. Jak to określiła — chcę się z nią przyjaźnić. Bez kłamstw. Jack cicho podziwiał Elsę, że zdecydowała się na zmianę.
Vintersen, jak obiecała, nauczyła Emmę kilku zaklęć obronnych. Jack dorzucił do tego kilka własnych trików. Odkąd siostra nareszcie wyznała mu prawdę o jej relacjach z dwojgiem drugoklasistów, Aaronem Ceritto i Tobiasem Jonesem, czuł, że musi nauczyć ją, jak bronić się przed takimi typkami.
Początkowo pseudoprzyjaciele Emmy byli dla niej wyjątkowo mili. Oprowadzali ją po szkole, zapoznawali z innymi uczniami. Nic dziwnego, że dziewczynie podobało się zainteresowanie starszych kolegów. Potem nauczyli ją grać w Eksplodującego Durnia, grywali w to prawie codziennie.
Wkrótce znudziła im się normalna znajomość z młodszą dziewczyną. Grając w Eksplodującego Durnia, ustalili, że zwycięzcy mogą dowolnie ukarać przegranego. Tak się złożyło, że Emma nie widziała w tym nic dziwnego. Wiele razy zakładała się z Jackiem i przegrywała (w tej kwestii Frost miał ogromne wyrzuty sumienia). Problem w tym, że kary Aarona i Tobiasa były wyjątkowo dotkliwe, zapraszali na egzekucje swoich kolegów z klasy. Emma wkrótce stała się obiektem drwin dawnych znajomych i nie potrafiła wyrwać się z ich towarzystwa.
Jack czuł się okropnie, gdy to usłyszał. Obiecał mamie przed wyjazdem do szkoły, że zaopiekuje się Emmą i dopilnuje, aby dobrze żyło się jej w Hogwarcie. Poza tym, sam czuł taki obowiązek. Jakkolwiek Emma irytowała, to Frost był jej starszym bratem. Jak mógł tak oślepnąć i nie zauważyć, że starsi uczniowie prawie od początku nauki nękają jego siostrę?
Transmutacja Emmy w satyra, oczywiście, była sprawką właśnie dwojga drugoklasistów. Chcieli zamienić jedenastolatkę w kozę i pokazać wszystkim w pokoju wspólnym, ale czar nie wyszedł im do końca. Uciekli, bo jedenastolatka zagroziła, że pójdzie do nauczycieli i wszystko powie.
Jack, słysząc opowieść siostry, z miejsca był gotów, aby osobiście policzyć się z Aaronem i Tobiasem. Nie obchodziło go, że byli młodsi i słabsi. Nie chciał bawić się w żadne podstępy. Miał zamiar potraktować ich najgorszymi czarami, jakie znał. Ignorował to, że za takie coś mógł wpaść w poważne kłopoty. Za długo był ślepy i nie widział, co działo się jego siostrze.
Emma jednak zdołała przekonać brata, aby nie robił niczego głupiego. Wtedy narodził się pomysł nauki zaklęć obronnych, aby mogła uchronić się przed ewentualnym atakiem Aarona i Tobiasa. Jack, chociaż niechętnie, przystał na to.
— Tylko pamiętaj. W każdej chwili mogę im dać nauczkę — zapewnił Jack Emmę.
Okazało się, że Emma doskonale przyswoiła zaklęcia obronne. Nie minął tydzień, a dwaj oprawcy z drugiej klasy wylądowali w skrzydle szpitalnym. Ogromne, oślizgłe ślimaki wylatywały im z ust, nozdrzy, uszu i innych bardziej kłopotliwych miejsc, o których lepiej nie wspominać. Chłopcy nie powiedzieli, skąd wzięły się ich dolegliwości. Wyszłoby wówczas na jaw, że zamierzali użyć ślimakowego czaru na młodszej dziewczynce.
Jack, pomimo obietnicy siostrze, dorzucił swoje trzy grosze do zemsty na drugoklasistach. Chłopcy codziennie budzili się z krzykiem w łóżkach pełnych okropieństw — glizd, larw, ropuch, ślimaków, nawozu. Aaron i Tobias znajdowali ślimaki w jedzeniu. Obślizgłe bezkręgowce wiły się w ich torbach z podręcznikami. Chłopcy uciekali z piskiem z sali lekcyjnych, gdy chcieli wyciągnąć książki. Byli bliscy obłędu.
Emma okazała się bohaterką kilkorga pierwszaków, którzy także pozostawali pod wpływem Aarona i Tobiasa, między innymi niegdyś półrybiego chłopca, którego Jack zauważył w skrzydle szpitalnym, gdy jego siostra stała się półkozłem.
Terminy SUM-ów i Okropnie Wyczerpujących Testów Magicznych przybliżały się, o czym świadczyły ilość uczniów zatopionych w podręcznikach i rosnąca liczba pacjentów w skrzydle szpitalnym z objawami załamania nerwowego. Czkawka był jednym z tych, który musiał odwiedzać panią Kelly po środki uspakajające. Lista przedmiotów, które Jack powinien zdać z jak najlepszymi wynikami, aby zostać renowatorem mioteł, majaczyła mu przed oczyma, gdy zakuwał po nocach. Elsa uczyła się całymi dniami, chociaż ona, według Jacka, miała jak w banku Wybitne ze wszystkiego. Roszpunka starała się zachować swój optymizm, chociaż wydawała się nieco poddenerwowana. Ciągle chodziła z fiszkami z historii magii i zielarstwa w dłoni. Jednak to Merida miała najgorzej. Wiedza, którą przyswoiła dzięki Mózgowcowi całkowicie wyparowała z jej umysłu. Jackowi pozostało jedynie współczuć przyjaciółce.
Sensacją Hogwartu na jakiś czas stał się Julian Fitzherbert, który ku zdziwieniu wielu osób, nie został wywalony za rozprowadzanie środka wspomagającego.
Potem pojawił się nowy artykuł Berthy, którym żyła spora część szkoły. Dziennikarka-krwiopijca zabrała się za Nixona. Napisała o nim dość kontrowersyjnie, opisując to, że jest mieszańcem — dzieckiem wiedźmy i czarodzieja.
Jednak prawdziwą sensacją okazało się nieszczęście, które dotknęło Atalantę Tempus. Nie dość, że niedawno straciła rodziców, to gazety zaczęły huczeć, bo jej babka, jedyna pozostała rodzina, została zamordowana podobnie jak matka i ojciec dziewczyny. Atalanta nie miała już nikogo. Ten temat nie schodził z ust uczniów tygodniami. Wszyscy patrzyli na dziewczynę jak na kogoś z innej planety.
Nastał ciepły maj niosący po błoniach zapach świeżych kwiatów. Nauka do egzaminów w tym miesiącu okazała się jeszcze większą męczarnią niż w kwietniu. Jack, siedząc nad książkami, chwilami nienawidził błękitnego nieba, delikatnego wietrzyku i odpowiedniej temperatury — perfekcyjnych warunków do utęsknionego quidditcha.
Uwagę uczniów zaczęły przykuwać nietypowe zdarzenia mające miejsce w Hogwarcie: pozamykane korytarze, a nawet całe sektory zamku i kręcący się po szkole obcy ludzie.
— Nie martwcie się — uspokajał profesor Dreamchild, gdy specjalnie odwiedził Gryfonów w pokoju wspólnym — ludzie, którzy obecnie przebywają w Hogwarcie są z Ministerstwa Magii, pracują oni nad trzecim zadaniem Turnieju Trójmagicznego. Bardzo prosiłbym, abyście nie przeszkadzali im w przygotowaniach. Jasne, panie Ceritto?
Dzięki tej wiadomości Jackowi ciężej się spało w nocy, chociaż i tak sypiał coraz krócej. Nawiedzały go okropne koszmary, a jednym z nich był Dreamchild oświadczający, że Frost zostaje zdyskwalifikowany z dalszej rywalizacji. Chłopak każdego ranka wstawał naładowany energią z myślą, że tego dnia dowie się, co czeka go w trzecim zadaniu. Im więcej dni maja upływało, tym Jack coraz mniej umiał skupić się na nauce (chociaż SUM-y się przybliżały) i odpływał w domysłach...
Całe to rozmarzenie osłabiła piątkowa lekcja eliksirów, ostatnie zajęcia chłopaka tego dnia.
Wystarczyła chwila nieuwagi.
Bum.
Maź z kotła Jacka wylądowała na ziemi. Substancja zwiększyła swą objętość w locie i obryzgała całą podłogę. Nie mówiąc już, że maź zaczęła wydzielać duszący gaz. Uczniowie z piskiem rzucili się ku wyjściu. Malfoy na chwilę omdlał.
Uczniowie zostali zwolnieni kilka minut wcześniej. Wszyscy z wyjątkiem Frosta.
Po wywietrzeniu klasy, na podłodze której ciągle zalegała jadowicie zielona maź, Bulstrode poprosił Jacka na rozmowę. Dostanie szlabanu i odjęcie Gryffindorowi pierdyliarda punktów skutecznie sprowadziło chłopaka na ziemię. Nawet przez myśl nie przeszły mu rozmyślania na temat turnieju, gdy Bulstrode się na nim wyżywał.
— Jeszcze jeden taki wyskok, Frost, a osobiście zamienię cię w szczotkę do mycia toalety! — zagroził nauczyciel. Powieka mu niebezpiecznie drgała.
— Nie musi się pan fatygować, panie profesorze — odpowiedział słodkim głosikiem Jack i się uśmiechnął.
Bulstrode'a wyraźnie zirytował uśmiech ucznia. Tik w prawej powiece przybrał na sile.
— Klasa ma lśnić.
— Panie psorze, ale jest już po zajęciach. Mam czas wolny — zauważył ryzykownie Jack — a szlaban, jeśli się nie mylę, mam dopiero w sobotę.
Jack wiele ryzykował, mówiąc to. Nauczyciel mógł wpaść w szał. W oczach mężczyzny czaiła się żądza mordu. Przed zabiciem aroganckiego ucznia powstrzymywało go to, że w Hogwarcie już nie wolno było mordować podopiecznych.
— Więc odrobisz go teraz — stwierdził z roztargnieniem Bulstrode. — Bez magii.
Jack ugrał przynajmniej wolny weekend.
Nauczyciel machnął różdżką, a na ławce obok ucznia pojawiły się wiadro po brzegi napełnione wodą oraz stara, śmierdząca ścierka.
Bulstrode usiadł za biurkiem i zajął się czytaniem wyjątkowo opasłej księgi, którą z pewnością nie pogardziłaby Elsa. Z zadowoleniem wygłaszał uwagi typu: przyłóż się, nauczysz się szacunku do pracy, Frost, tam coś pominąłeś!
Ręczne zmywanie mazi było o tyle trudne, że znajdowała się ona wszędzie. Po zetknięciu ze skórą powodowała bolesne bąble.
Myśl o quidditchu. Wcale nie czujesz, jak ta maź wyżera ci skórę. Wcale — powtarzał w myślach chłopak. Przeciągnął się. Miał wrażenie, jakby Irytek robił mu paskudny żart i wbijał szpilki w kręgosłup. — Myśl o słodkich, krwiożerczych chimerach. O tym, że Malfoy zemdlał. Słodycze. Miotły. Tysiące galeonów. Emma kopiąca tyłki grubego Aarona i chudego Tobiasa. Elsa. — Zatrzymał się dłużej przy tej myśli.
Jack pokręcił głową. Nie mógł się aż tak zamyślać.
Po kilku godzinach, a może wieczności pucowania podłogi, rozległo się energiczne pukanie do drzwi.
— Proszę — odparł głośno Bulstrode, wychylając nos znad księgi.
Drzwi uchyliły się, w szparze ukazała się promieniejąca, pyzata twarz profesora Dreamchilda.
— Dobry wieczór, Orionie — przywitał się opiekun Gryfonów. — Widzę, że tutaj praca pełną parą... — Obdarzył ucznia krótkim spojrzeniem. Kontynuował: — Jednak muszę porwać Jacka na moment... dobrze, trochę dłuższy moment. Potem odeślę go do ciebie z powrotem.
— Och, nie widzę potrzeby, aby Frost wracał — odparł niechlujnie Bulstrode.
Machnął różdżką. Reszta mazi, z którą Jack użerałby się pewnie do rana, zniknęła w sekundzie. Chłopak zacisnął mocno usta. Gdyby mógł używać magii, mógłby skończyć sprzątanie w kilka chwil!
W milczeniu jednak ruszył za profesorem Dreamchildem, rzucając Bulstrode'owi ostatnie, nienawistne spojrzenie.


Wieść o wizycie w gabinecie dyrektora była dla Jacka okazją do zrobienia rachunku sumienia. Prześledził wszystkie swoje uczynki z ostatniego miesiąca. Nie nabroił aż tak, aby stanąć przed profesorem Morozowem.
Przecież za spowodowanie ślimakowej fobii u dwojga żałosnych drugoklasistów nie idzie się na dywanik! — myślał Jack z rosnącym poczuciem niesprawiedliwości.
Chłopak uspokoił się nieco, gdy okazało się, że nie taki był powód wizyty w gabinecie dyrektora. W pomieszczeniu zebrali się dyrektorzy wszystkich trzech europejskich szkół magii, Nixon, profesor Cleves oraz uczestnicy Turnieju Trójmagicznego.
Elsa spojrzała z niepokojem na dłonie Jacka.
Jack zdał sobie sprawę, że nadszedł czas poznania trzeciego zadania turniejowego. Przestały go obchodzić bolesne bąble na rękach.
— Chyba wszyscy już są — zauważył Degas.
Nixon odchrząknął.
— W takim wypadku nie trzymajmy naszych najodważniejszych w niepewności — odparł Nixon. — Kolejne, finałowe zadanie odbędzie się w Hogwarcie, w zamku. Osoby przygotowujące je, stworzą na obecnie pozamykanych, szkolnych korytarzach specjalną symulację będąca połączeniem wszystkich trzech szkół biorących udział w Turnieju Trójmagicznym: Beauxbatons, Hogwartu i Durmstrangu.
Jack znał Hogwart jak własną kieszeń. Mógłby lunatykować, a i tak potrafiłby dojść, gdziekolwiek by zechciał. Problem stanowiło to, że znane mu części zamku będą pomieszane z obcymi Beauxbatons i Durmstrangiem.
— Jednak nie dajcie się zwieść — kontynuował jak zwykle uśmiechnięty Nixon, jakby czytał Jackowi w myślach. — Wszystko zaplanowane zostało tak, że możecie zgubić się w miejscu, które powinniście znać. Korytarze, którymi chodzicie codziennie, mogą wyglądać całkowicie inaczej. Obszar, na którym będziecie się poruszać, zwielokrotnimy czarami. Na każdym kroku będą czyhać zasadzki sprawdzające waszą wiedzę, spryt, moralność, umiejętności oraz odwagę. Będziecie musieli odnaleźć pewien przedmiot.
— Tylko tyle? — oburzyła się Claudia.
Nixon przyjrzał jej się, jakby dziwiło go, że chciała poznać szczegóły.
— Panienko, więcej informacji udzielę tuż przed wyzwaniem — odparł z uśmiech mężczyzna.
Nixon wyglądał gorzej. Skórę miał poszarzałą, włosy mu lekko odstawały i przypominały siano. Biedak — pomyślał Jack. — Najwidoczniej Bertha prawie go wykończyła tym artykułem.
— To możemy chociaż dowiedzieć się, kiedy odbędzie się trzecie zadanie? — prychnęła urażona Claudia ze swym nieodłącznym, francuskim akcentem.
— Trzecie zadanie odbędzie się piętnastego czerwca — poinformował Nixon.
Jack już nie wiedział, czym ma się stresować w czerwcu: SUM-ami czy ostatnim zadaniem turnieju, które odbędzie się zaledwie kilka dni po egzaminach.

~*~*~*~

Dzień dobry! Co u Was?
Jeszcze na początku czerwca myślałam: Rany, w wakacje będę publikowała rozdziały częściej!
Ha, ha, ha...
Nie.
Okazało się, że pomimo większej ilości czasu wolnego wcale nie przyśpieszyłam z pisaniem. Dobra (albo i nie) wiadomość jest taka, że ten rozdział jest jednym z dłuższych (a może najdłuższy) bo liczy czternaście stron, ponad siedem tysięcy znaków! Byłby dłuższy, gdybym nie wycięła jednej sceny. Tutaj mam pytanie do Was, czytelnicy. Czy, według Was, rozdziały długości 9-15 stron mają odpowiednią długość? Może lepiej by było, gdybym wróciła do zasady sześciu stron?
Mnóstwo czasu zajęło mi sprawdzanie, siedziałam nad poprawkami dwa dni. Jednak pewnie i tak walnęłam gdzieś okropnego byka. Poprosiłabym spostrzegawczych o pomoc w znalezieniu tych kleksów.
Pozostaje mi tylko pozdrowić Was i zapytać, jak podobał się Wam rozdział :).

13 komentarzy:

  1. No co mam napisać ? Dobrze, super, extra ? Przecież ty już to wiesz :D

    Spodobał mi się anagram od imienia i nazwiska autorki podręcznika obrony przed czarną magią ;)

    Mam do Ciebie małą prośbę. Ponieważ dajesz naprawdę dobre rady to czy mogłabyś jakoś w weekend wpaść na mojego bloga i ocenić nowy rozdział ?
    Właśnie wtedy wstawię nowe opowiadanie po długiej przerwie, która dała mi coś do myślenia i chciałabym wiedzieć czy idę w lepszą stronę.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej :)
      Bardzo fajnie, że podoba Ci się rozdział! A jednak dało się zauważyć, że pożyczyłam nazwisko Rowling.
      Nie wiem, czemu uważasz, że daję dobre rady (wszyscy mówią, że kiepski ze mnie radca),ale doceniam to. Oczywiście, wpadnę ;) Kiedy mogę się spodziewać tego rozdziału?
      Pozdrawiam.

      Usuń
    2. Prawdopodobnie w niedziele. To z nazwiskiem Rowling mnie rozwaliło :D

      Hermiona-Kochać to niebezpieczna rzecz

      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Długość rozdziału jest mi obojętna, przyznaję. Czyta mi się leciutko i przyjemnie, więc przede wszystkim pisz, jak jest Ci wygodniej ;)
    A co do fabuły... Bardzo podoba mi się sposób, w jaki opisujesz zmiany na linii Elsa-Jack. No i wreszcie Merida dostała po nosie! Ha, czekałam na ten moment już od kilku rozdziałów. Poza tym zapowiada się, że wkrótce będziemy mieli opis trzeciego zadania... A te zapowiada się niesamowicie dziwnie. Czy wkrótce rozszyfrujemy, jak Elsa została zgłoszona? Przyznam się, że strasznie mnie to gryzie.

    Pozdrawiam!
    http://aldehyd-walerianowy.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć.
      Bardzo dziękuję za opinię :).
      Meridzie faktycznie się należało... zdradzę, że jeszcze wiele razy będzie dostawała po nosie :D. Za niedługo rozdziały, w których będzie opisane trzecie zadanie i wówczas wiele rzeczy wyjdzie na jaw.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  3. Wszystko cud miód i malina ;) Jak dla mnie im dłuższy rozdział tym bardziej mogę się wczuć w czytanie .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej.
      Bardzo dziękuję i za komentarz, i za opinię :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Wczoraj znalazłam twój blog i powiem ci że jest świetny, mimo iż nie przepadam za Harrym Potterem. Świetnie piszesz i zostanę na tym blogu już do końca. Co do rozdziałów mnie obojętnie :-). Opisujesz miejsca uczucia tak dobrze że bez problemu można sobie wszystko wyobrazić i wczuć się w bohaterów. Powinnaś napisać książkę i ją wydać. Ja chętnie zakupię. XD
    Pozdrawiam
    Czytelniczka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej! :D
      Bardzo fajnie, że wpadłaś, pomimo że nie przepadasz za Harrym Potterem. Miło mi, że opowiadanie Cię zainteresowało <3
      Oj, z wydaniem książki to się powstrzymam.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  5. Rozdział przeczytałam od razu jak go dodałaś, ale oczywiście zapomniałam skomentować. Eh, przepraszam!
    Bardzo fajny rozdział. Podoba mi się to, że Jack i Elsa się pogodzili i są tak jakby przyjaciółmi ;) Najbardziej rozśmieszyła mnie Merinda i jej akcja z Mózgowcem. Kto by pomyślał, że nadmiar wiedzy szkodzi? :D
    Komentarz krótki, ale czas mnie niestety goni
    Czekam na dalszy ciąg i życzę weny
    Pozdrawiam
    Arcanum Felis

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej :)
      Bardzo się cieszę, że Ci się spodobał rozdział. Nauka zawsze potrafi wyjść bokiem.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  6. O kurcze, super! Wszystko zaczyna się zmieniać na lepsze! Elsa chce się zmienić i zbliżyć do Anny, Czkawka pogodził się z Meridą, Jack coraz częściej myśli o Elsie (xD). Ale dziewczyno, muszę cię pochwalić, gdyż pięknie opisałaś tą sytuację nad jeziorem. Jack postąpił bardzo mądrze. Coraz bardziej przekonuję się, że jest z niego świetny Gryfon, tiara nie pomyliła się w najmniejszym stopniu. Aż mi się łezka w oku zakręciła :') Ta sytuacja jest moją ulubioną z tego rozdziału. Ten rozdział napełnił mnie taką.....pozytywną energią? Zwiększył mój i tak wysoki optymizm do stanu wybuchowego? Jeszcze lepszym spojrzeniem na świat? Tak, to się zgadza <3 I fajnie użyłaś nazwiska Rowling :) Oj, mogę śmiało powiedzieć, że ten rozdział jest tak bardzo niesamowity, że mój mózg zaraz wybuchnie tęczą i pozytywną energią. Ojjj, aż mam ochotę cię przytulić ^^
    Jestem potwornie ciekawa dalszej akcji, nie mogę się doczekać nexta ^^
    I jeśli ci się chce, to zajrzyj na poprzednie posty, bo nadrobiłam z czytaniem i ponieważ każdy rozdział wywoływał u mnie dużo emocji wszystkie skomentowałam :) zacznij od rozdziału który jest zaraz po rozdziale ,,Jack Frost król mazgajów (chyba tak brzmiał tytuł xD),,
    Czekam na next i pozdrawiam cię cieplutko kochana ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej! :D
      Faktycznie, wszystko między bohaterami zaczyna wracać do normy... bo ile można się kłócić? Zaczynając to opowiadanie, miałam wątpliwości, czy nie umieścić Jacka w Slytherinie, ale stwierdziłam, że po prostu mi nie pasował. Cieszę się, że spodobał Ci się rozdział!
      Poprzednie komentarze widziałam, już odpowiedziałam :)
      Pozdrawiam.

      Usuń