sobota, 23 lipca 2016

Rozdział XXVIII — Pożegnania nie tylko z egzaminami

Elsie wydawało się, że czas przyśpieszył i zrównał się prędkością z bardzo szybką miotłą często zachwalaną przez Jacka. Dziewczyna miała wrażenie, że dopiero co wstała z łóżka, a już siedziała w pogrążonej nocnym mrokiem sypialni, zakuwając ile sił do SUM-ów i studiując księgi przydatne w ostatnim turniejowym wyzwaniu.
Konkurenci z Beauxbatons i Durmstrangu często włóczyli się po Hogwarcie, co nieco irytowało Elsę. Jack hamował się i ograniczał jedynie do zgrzytania zębami, gdy widywał rywali. Ona czuła, że oprócz kontynuowania dotychczasowych przygotowywań, muszą zadowolić się jedynie księgami o zagranicznych szkołach magii. Frustrowało ją to, jak mało było napisane o Durmstrangu i Beauxbatons. W bibliotecznych lekturach dało się znaleźć suche, mało odkrywcze opisy tych placówek. Dziewczyna kilka razy pokusiła się o stwierdzenie, że autorzy tych dzieł nawet nie widzieli żadnej z opisywanych czarodziejskich szkół na oczy. Bardziej pomogły mniej popularne książki, które przesłali jej rodzice. Krukonka liczyła na to, że ojciec będzie wiedział coś o Durmstrangu — jego dziadkowie się tam uczyli — ale, niestety, przeliczyła się.
Ilekroć Elsa i Jack przyswajali nowe zagadnienia, które mogłyby pojawić się w trzecim zadaniu, dziewczyna zawsze czuła niedosyt. Dręczyło ją nieustanne przeczucie, że nie umieją czegoś, co okaże się śmiertelne ważne w ostatnim etapie turnieju.
Nie tylko przygotowania do trzeciego zadania zajmowały myśli Elsy. SUM-y stały się przerażającą rzeczywistością. Do skrzydła szpitalnego trafiło sześcioro uczniów z załamaniem nerwowym, kilkoro z chronicznym brakiem snu, siedmioro z objawami nadmiernego stresu i kilka osób popijających za dużo napojów kofeinowych. Elsa siedziała po nocach, próbując zapamiętać cały materiał przerabiany od początku nauki. Czuła się beznadziejnie. Zmęczenie towarzyszyło jej ciągle. Całą siłą woli powstrzymywała się od przysypiania na lekcjach.
Jack i Anna ciągle mówili Elsie, aby trochę przystopowała. To było idiotyczne. Krukonka czuła, że jeśli choć trochę odpuści przypominanie wiadomości, to dostanie z każdego przedmiotu negatywną ocenę. Co wtedy? Nie zda! Nie mogła sobie na to pozwolić.
Oprócz spraw powiązanych z turniejem i egzaminami, Elsa próbowała zdecydować się na to, aby powiedzieć Annie prawdę o zimowych mocach i zmienionych wspomnieniach. Ilekroć choć trochę zbliżała się do celu, cały plan ułożony w głowie zaczynał się mieszać. Krukonka po wielu niepowodzeniach stwierdziła, że porozmawia z siostrą na trudny temat zaraz po SUM-ach i ostatnim zadaniu turnieju. Elsa łudziła się, że może wtedy uporządkuje myśli.
Jakby Krukonka miała dość stresów, to ilekroć znalazła chwilę na sen, nawiedzały ją koszmary.

~*~*~*~

— Ty w ogóle spałaś? — zapytał zaniepokojony Jack.
Elsa rzuciła mu zmęczone spojrzenie znad książki.
— Tak, spałam — odpowiedziała sucho.
Jack przyjrzał się jej badawczo. Od dłuższego czasu pod oczyma miała niezdrowe, fiołkowe cienie. W zestawieniu z bladą skórą, jasnymi włosami i przenikliwym spojrzeniem upodobniały one Elsę do zjawy, bardzo śpiącej, ledwo trzymającej się na nogach zjawy, która wolała całą noc zakuwać niż pozwolić sobie na sekundę snu.
— Nie sądzę — stwierdził Jack.
Elsa-zjawa westchnęła przeciągle. Przetarła oczy dłonią i dalej zagłębiała się w lekturze, podczas gdy Jack jadł powoli kanapki, przeglądając notatki i od czasu do czasu zerkając na to, co działo się w Wielkiej Sali.
Na razie niewielu uczniów wywlekło się z dormitoriów na śniadanie. Stoły oblegały małe grupki, których rozmowy w większości koncentrowały się na temacie SUM-ów zaczynających się tamtego dnia. Jacyś szóstoklasiści głośno wyrażali swoje współczucie wobec o rok młodszych kolegów. Aaron i Tobias, dawni przyjaciele Emmy siedzieli jak najdalej od Jacka, gadali ożywieni o tym, że egzaminy piątoklasistów nie mogą być tak okropne. Edward Potter, który podobnie jak Frost nietypowo wstał rano, siedział całkowicie wyluzowany wśród kilku Puchonów. Olivia Jackson nerwowo przeglądała książki.
Jack nie czuł się ani okropnie jak Olivia, ani zbyt dobrze jak Potter. Gryfon wydawał się spokojny jak Bulstrode, gdy nie widywał Frosta i jego znajomych na swoich zajęciach. Chłopak, w gruncie rzeczy, był z siebie zadowolony, bo nie dał porwać się ostatniej nocy zakuwania do egzaminów. Przed położeniem do łóżka wybrał się do pani Kelly i użebrał trochę eliksiru słodkiego snu. Jak się spodziewał, bez przeszkód i zbędnych snów przespał całą noc i wstał nad ranem, zanim większość Gryfonów się pobudziła, wyspany, gotowy do egzaminu.
Frost przejrzał ostatni raz notatki. Popodkreślane na kolorowo pojęcia migały mu przed oczyma.
Złożył pergamin i wsunął do kieszeni.
— Wykryją tę ściągę, Jack — poinformowała chłodno Elsa.
— To nie ściąga — zaprzeczył z uśmiechem Jack.
Elsa przez chwilę wyglądała na zdziwioną, co napawało go satysfakcją. Zaskakiwanie, oczywiście pozytywne, Krukonki sprawiało Frostowi niewytłumaczalną radość.
Dziewczyna szybko przyswoiła fakt, że Jack nie włożył do kieszeni ściągawki. Obojętnie wzruszyła ramionami.
— Po dzisiejszych egzaminach idziemy na boisko — poinformował Jack.
— Myślałam, że idziemy uczyć się do egzaminu z transmutacji — odparła z wyrzutem Elsa.
Jack powstrzymał się ze zdradzeniem Elsie swoich planów, bo do Wielkiej Sali wczołgała się Merida. Włosy Gryfonki nawet nie sprawiały pozorów uczesanych. Guziki miała nierówno pozapinane, skarpety nie do pary, a niebieskie oczy otoczone ciemnymi cieniami zmęczenia.
— Nic nie umiem — wymamrotała Merida na dzień dobry, opadając na miejsce obok Jacka. — Zawalę egzaminy i będzie ze mnie zimny trup.
— Od niezdania egzaminów się nie umiera — pocieszył ją Jack. Elsa rzuciła mu takie spojrzenie, jakby szczerze wątpiła w jego słowa.
Merida nalała sobie mleka do miski.
— Jasne, że się nie umiera — odparła Gryfonka cichym, chrapliwym głosem. — Matka mnie zabije, oskóruje i powiesi moją skórę nad kominkiem, jako przestrogę dla braci, aby się uczyli do egzaminów.
Elsa zacisnęła mocno usta. Jack znał tę minę. Oznaczała ona, że dziewczyna powstrzymuje się od jakiegokolwiek komentarza.
— Wracając do tematu, Jack — powiedziała Elsa, ignorując wypowiedź Meridy — nie spotykamy się dzisiaj, tak?
Jack uśmiechnął się, co wyraźnie zbiło Krukonkę z tropu.
— Wcale tak nie powiedziałem. Pomyślałem, że powinnaś wreszcie podszkolić cię w lataniu na miotle — powiedział Frost.
— Jack, musimy się teraz uczyć do egzaminów — napomknęła Elsa.
— Będziemy się uczyć, ale chyba powinnaś się trochę odstresować.
— Odstresować? Bardzo mi przykro, ale ten dzień spędzam wyłącznie na nauce, nie na lataniu pod twoim okiem.
— To chociaż pójdź spać tej nocy. Już jednego umarlaka mamy. — Wskazał na Meridę.
Merida nie zwróciła uwagi na słowa Jacka, pilnowała, aby włosy nie powpadały jej do miski.
Wielka Sala powoli zapełniała się uczniami. Do Jacka, Meridy i Elsy dołączyli Czkawka oraz Roszpunka, którzy bez ustanku przepytywali siebie nawzajem.
Po pełnym nerwów, łez i przeczytanych podręczników śniadaniu nadszedł czas na egzaminy z zaklęć.
Egzamin pisemny, mimo że obszerny, poszedł Jackowi dobrze. Praktyka odbywała się w małej komnacie przy Wielkiej Sali. Uczniowie wchodzili do pomieszczenia w czteroosobowych grupkach, według kolejności alfabetycznej. Jackowi towarzyszyli Patrick Edgecombe, Julian Fitzherbert i Chione Greengrass. Każde z nich miało wykonać zadanie wyznaczone przez egzaminatora. Grupa Frosta musiała zaczarować solniczkę i pieprzniczkę tak, aby odśpiewały hymn szkoły, a potem zatańczyły ze sobą. Jackowi udało się zmusić swoje pojemniczki do śpiewu — chociaż w porównaniu do tych Patricka okropnie fałszowały — a następnie zaczarował je tak, że zatańczyły wolnego. Pieprzniczka Juliana pląsała tak niemrawo, jakby do marsza pogrzebowego. Chione przypadkiem wysypała zawartość solniczki na egzaminatora.
Następnego dnia, gdy nadszedł czas egzaminu z transmutacji, Jack miał wrażenie, że Elsa znowu nie przespała nocy. Chłopakowi nie udało się porozmawiać z Krukonką. Część pisemna egzaminu była trudna. Frost nie napisał definicji prawa Zanne Collinsuz, a to zadanie, według Czkawki i Roszpunki, mogło być wysoko punktowane. Jack przy kilku pytaniach zamkniętych strzelał z odpowiedziami. Na części praktycznej, egzaminatorzy zażyczyli sobie, aby uczniowie zmienili swój kolor włosów. Jackowi, pomimo początkowych trudności, udało się zmienić barwę swojej czupryny na białą. Największą sensacją okazała się Roszpunka, której długie włosy mieniły się wszystkimi kolorami tęczy, gdy wyszła z sali. Meridzie nie poszło najlepiej, udało jej się jedynie wyprostować rude loki.
Zielarstwo poszło Jackowi źle. Czuł, że mógł spodziewać się najwyżej Z.
Przynajmniej nie będę widywał Salieta — pocieszał się Frost.
Czwartego dnia przyszła pora na obronę przed czarną magią. Dla Jacka teoria okazała się nie trudniejsza niż zaklęcia. Tamtego dnia miał wyjątkowe szczęście, bo popisał się na części praktycznej. Bez problemu poskromił rozrabiające chochliki kornwalijskie. Wystarczyło zaklęcie oziębiające, a nieodporne na zimno stworzonka poopadały na blat ławki i się pokuliły. Egzaminator był zadowolony i w sekrecie przyznał, że po występie pewnej uczennicy — oczywiście Meridy — stracił wiarę w możliwości młodzieży.
W piątek odbywał się egzamin ze starożytnych run. Część uczniów, wśród nich Roszpunka i Merida, miała wolne. Pozostali musieli zdawać kolejny sprawdzian. Jack nie był pewien, czy dobrze przetłumaczył tekst, główne zadanie na egzaminie. Jego tłumaczenie nie pokrywało się z tłumaczeniem Elsy i Czkawki. Krukon zdawał popołudniu mugoloznawstwo.
W weekend Jack postarał się poduczyć z pozostałych przedmiotów, ale nie tak szalenie jak doprowadzona na skraj rozpaczy Merida czy Elsa. W niedzielny wieczór udało mu się nawet trochę posiedzieć przy miotle i trochę o nią zadbać.
Nowy tydzień zaczął się eliksirami. Jack nie spodziewał się dobrych wyników z tego egzaminu. Pocieszał się tak jak w przypadku zielarstwa — nie będzie musiał w szóstej klasie chodzić na lekcje do nielubianego nauczyciela.
We wtorek uczniowie zdawali opiekę nad magicznymi stworzeniami. Egzamin praktyczny był dla Jacka największą porażką. Chłopak został pożądlony przez żądlibąki. Zawroty głowy dałoby się jeszcze znieść, gdyby nie to, że zaczął lewitować. Wylądował w skrzydle szpitalnym i przez kilka godzin trzymał się kurczowo ramy łóżka, zanim antidotum sporządzone przez Bulstrode'a i panią Kelly skutecznie sprowadziło go na ziemię. Jack zaczął nabierać przekonania, że pierwszy tydzień SUM-ów poszedł mu o wiele lepiej niż drugi.
W środę rano miał miejsce egzamin teoretyczny z astronomii. Popołudnie Jack miał wolne i spędził je wyłącznie z Meridą, ponieważ Roszpunka zdawała wróżbiarstwo, a Elsa oraz Czkawka numerologię. Późnym wieczorem odbył się egzamin praktyczny z astronomii. Na nim Jack przynajmniej nie został przez nic pożądlony.
Przyszedł czas na ostatni egzamin.
Jack stukał nerwowo knykciami w blat stołu.
Kiedy mógł zostać podpisany ten traktat zakazujący polowań na mugoli? W 1303 roku? Nie.
Chłopak wykreślił datę 13 marca 1303. Obok skreślenia zapisał: 13 marca 1603.
Spojrzał na swoje żałosne wypociny na temat rebelii goblinów. Pominął cztery pytania.
Podniósł głowę i wyłapał zdesperowane spojrzenie Meridy. Dziewczyna poruszała bezgłośnie ustami, zerkając ukradkowo na egzaminatora bacznie obserwującego klasę. Jack nawet nie wiedział, co mógłby jej podpowiedzieć, nawet jeśli okoliczności byłyby lepsze. Sam ledwo co odpowiedział na pytania.
— Odłóżcie pióra — oświadczył egzaminator.
Po klasie przebiegł cichy szmer. Uczniowie poodkładali pióra.
Nareszcie koniec — pomyślał Jack, żegnając się z SUM-ami raz na zawsze.

~*~*~*~

— Popatrz, Frost, co powróciło do mody!
Jack zacisnął dłonie w pięści tak mocno, aż pobielały mu knykcie. Elsa spojrzała na chłopaka błagalnie.
— Nie daj się w to wciągnąć — szepnęła cicho, widząc jego niepokojący wyraz twarzy.
Chłopak odetchnął głęboko. Rozluźnił uścisk dłoni i przestał zaciskać usta, chociaż brwi ciągle miał ściągnięte. Atmosfera zagęściła się, rozmowa urwała.
Elsa żywiła nadzieję, że Ślizgoni poprzestaną na tej jednej odzywce.
Pomyliła się.
Wyjątkowo radosny Hans i jego banda zrównała chód z nimi. To, w jaki sposób Julia Zabini, brunetka o wiecznie skwaszonej minie, obejrzała Elsę, stanowczo nie podobało się Krukonce. Ślizgonka patrzyła na nią jak na stare skarpety, próbując osądzić, czy powinno się wyrzucić je do śmieci.
W zielonych oczach Hansa tańczyły iskierki rozbawienia, gdy wskazał na plakietkę FROST — KRÓL MAZGAJÓW przypiętą do koszuli. Julia i Hyperion ze złośliwymi uśmiechami wypięli dumnie piersi, prezentując identyczne przypinki.
Elsa profilaktycznie przybliżyła się do Frosta. Widziała, z jaką złością patrzył na Ślizgonów i nie dziwiła mu się.
Od niecałego tygodnia prawie wszyscy należący do domu Salazara i kilka osób z innych dormitoriów nosili okropne plakietki ośmieszające Jacka. Frost starał się nie zwracać na to uwagi. Prawda była taka, że nie dało się ignorować czegoś tak nieznośnego. Elsa uważała wznowienie akcji z plakietkami za wielkie paskudztwo. Zastanawiała się, jak to możliwe, że nauczyciele nic nie zauważyli. Kilka razy rozważała pójście do nich. Jack stanowczo się nie zgodził. Poprosił ją nawet, aby tego nie robiła. Powiedział wtedy, że po trzecim zadaniu Ślizgonom przejdzie szał na jakiekolwiek plakietki. Elsa ciągle pilnowała jednak, aby Jack nie wplątał się w problemy. Hans i jego paczka nie byli warci tego, aby mieć przez nich kłopoty.
— Nie cieszysz się, Frost? Znowu jesteś na ustach wszystkich — powiedział z chytrym uśmiechem rudzielec.
— Drugoklasiści zaczęli robić baner, aby cię dopingować! — dodał Malfoy z miną mówiącą, że transparent niekoniecznie przypadnie Frostowi do gustu.
Policzki Jacka zrobiły się czerwone. Całą siłą woli powstrzymywał się od jakiejkolwiek reakcji na słowa Hansa. Elsa popatrzyła błagalnie na Gryfona. Nie chciała, aby odpowiadał na zaczepki Ślizgonów.
Hans nie doczekał się żadnego słowa od Jacka. Julia prychnęła pod nosem zniesmaczona. Jung postanowił zagrać inaczej:
— Może ty, Elso, kupiłabyś taką plakietkę? Specjalnie dla ciebie mogę zrobić w twoim ulubionym kolorze. Z promocją dla ciebie... — zachęcił Jung.
Elsa nie zaszczyciła Hansa i jego znajomych nawet spojrzeniem.
— Wytłumacz mi, jak ty i twoja siostra możecie tak żałośnie dobierać sobie znajomych? — prychnął Jung z irytacją.
— Właśnie się nad tym zastanawiam, gdy przypominam sobie, że chodziłeś z Anną — odparła Elsa.
Malfoy zachichotał. Julia zaszczuła go spojrzeniem. Umilkł, czerwieniąc się po uszy.
— Cieszcie się, póki możecie. Połowa Slytherinu obstawiła, że zginiesz podczas trzeciego zadania, Frost. — Hans zostawił w tyle swoich przyjaciół.
Julia i Malfoy pobiegli za rudowłosym jak para wiernych piesków.
Elsa obserwowała, jak Jack się rozluźnia. Na twarz Gryfona zaczął powracać cień dawnego uśmiechu, co Elsa przyjęła ze szczerą ulgą. Frost, nie uśmiechając się, nie był sobą.
— Nie przejmuj się nimi — doradziła dziewczyna.
— Niby mają mnie gdzieś, a poświęcają czas na robienie transparentów, plakietek i obstawianie, w której minucie turnieju zginę — zauważył Jack, parskając śmiechem.
Elsie nie podobała się sama myśl, że ktoś mógłby obstawiać, kto, kiedy i w jaki sposób umrze podczas Turnieju Trójmagicznego.
Wbiła wzrok w wydeptaną, szeroką ścieżkę prowadzącą do magicznej wioski.
Dziewczyna właśnie wyobrażała sobie jakiegoś miłośnika zakładów zyskującego mnóstwo pieniędzy, bo obstawił i się nie pomylił, że ona poważnie pokiereszuje się w ostatnim zadaniu. To wyobrażenie wcale nie poprawiło jej humoru. Przestała odczuwać przyjemność płynącą z wystawiania twarzy na przyjemne, ciepłe promienie czerwcowego słońca.
Odkąd wyszli z zamku, Jack usilnie się starał, aby Elsa zapomniała o nadchodzącym wyzwaniu. Czasami chłopakowi się udawało i na tyle ją zagadywał, że zamartwiania schodziły na dalszy plan. Krótka konfrontacja ze Ślizgonami też na chwilę oderwała dziewczynę od rozmyślań. Jednak gdy Hans i jego paczka zniknęli, niepokój o jutrzejszy dzień powrócił do Elsy ze zwielokrotnioną mocą.
Dziewczyna układała w myślach tysiące scenariuszy — najszczęśliwszy z nich zakładał wyjście z turnieju cało, ale nie zwycięsko. Większość domysłów przybierała ciemne barwy. Elsa przypominała sobie najgorsze wypadki, o których czytała, mające miejsce na zawodach i za każdym razem widziała zranionych siebie lub Jacka. Drżała na samą myśl, że nazajutrz mogło stać się coś o wiele gorszego.
— Wszystko w porządku? — spytał nagle Jack.
Elsa otrząsnęła się. Podniosła wzrok na jego twarz, w brązowych oczach widać było niepokój.
Krukonka nie chciała psuć dobrego humoru Jacka, jednak czuła, że okłamywanie go nie ma żadnego sensu.
— Myślę o jutrze — westchnęła ciężko. — Nie bez powodu przerwali rozgrywanie Turnieju Trójmagicznego na trzydzieści lat... — Zasępiła się. Jack nic nie mówił, tylko uważnie patrzył, czekając na kolejne słowa. — Boję się, że stanie się coś złego. W każdej chwili może wydarzyć się nawet głupi wypadek.
Jack ze ściągniętymi brwiami kopnął kamyczek leżący przed nim, posyłając go kilka metrów dalej.
— Staram się nie myśleć, co będzie jutro. Wiem, że przygotowałaś nas bardzo dobrze i nic złego się nie stanie — powiedział Jack. Mówił to tak pewnie, jakby stwierdzał powszechnie znany fakt. — A jeśli coś się skomplikuje, to sobie z tym poradzimy.
Dobitnie brzmiące słowa chłopaka uspokajały.
— Zamiast martwić się o sam przebieg wyzwania, pomyśl, że możemy wygrać! Powiedz, co zrobiłabyś z tym tysiącem galeonów nagrody — zaproponował Jack.
— Nie zastanawiałam się nad tym — przyznała szczerze Elsa. Nie chciała, aby zabrzmiało to tak, jakby gardziła nagrodą, więc dodała: — Skupiałam się głównie na tym, aby jak najlepiej przygotować się na turniej i go przeżyć. Nie zakładałam, że wygramy.
— Aż tak w nas nie wierzyłaś? — Jack udał oburzenie. Sympatyczny uśmiech szybko popsuł efekt.
Elsa lekko się uśmiechnęła.
Nigdy nie zastanawiała się, co zrobiłaby z turniejową nagrodą. Prawda była taka, że nie miała upatrzonego niczego kosztownego, na co przeznaczyłaby całą albo część wygranej.
— Będę się nad tym zastanawiała, jeśli uda nam się wygrać — odpowiedziała z namysłem Elsa. — Zgaduję, że ty już masz jakieś plany powiązane z tymi pieniędzmi.
— Jakieś tam mam — przyznał Jack, parskając śmiechem. — Myślałem trochę o nowej miotle...
Spodziewając się zejścia na temat miotlarstwa, ostrzegła:
— Nie mów mi nazw! Dobrze wiesz, że ich nie spamiętam. — Uśmiechnęła się.
— Ty nie spamiętasz? Okej. — Zaśmiał się. Oczy błyszczały mu od entuzjazmu. — Myślałem trochę o tym, aby kupić sobie dobrą miotłę, lepszą przynajmniej od mojej Zmiotki... och, miałem nie mówić nazw. Serio, nie udawaj, że ich nie spamiętasz!
Rzucił Elsie karcące spojrzenie. Ona tylko wzruszyła ramionami, nie mogąc powstrzymać kolejnego uśmiechu cisnącego się jej na usta.
— Niekoniecznie z salonu — kontynuował z chęcią Jack. — Może ktoś odsprzedałby mi zepsutą miotłę za półdarmo. Niektórzy wyrzucają najnowsze modele, bo lakier się zarysował!
Jack w najlepsze rozgadywał się, jaką miotłę by sobie kupił. Dziewczyna słuchała uważnie, ale wszystkie nazwy i atrybuty sprzętu do latania, które padały z ust chłopaka, po pewnym czasie zaczęły jej się mieszać.
Gdy Frost znęcał się nad tym, czemu miotła Gromowładny C. jest niewarta uwagi, dotarli do celu swej podróży, czyli gospody Pod Jedną Miotłą. Weszli do knajpy, gdzie mieli spotkać się z Roszpunką, Meridą, Czkawką i Anną.
— Jesteśmy pierwsi — zauważył Jack, rozsiadając się beztrosko przy wolnym stoliku.
Krukonka przypomniała sobie ostatnie spotkanie z Jackiem w tej gospodzie. Wtedy Roszpunka uknuła intrygę, aby pogodzić ją, Elsę, z Frostem. Skończyło się na niemiłej wymianie zdań. Elsa, wychodząc wówczas z knajpy, żywiła same negatywne uczucia względem Jacka, nie wspominając już, jak bardzo gardziła Meridą. Nie wyobrażała sobie, że mogliby współpracować podczas turnieju.
W ten ciepły, letni przeddzień ostatniego turniejowego zadania z chęcią przyszła w towarzystwie Jacka do Jednej Miotły. Dziewczyna już nie traktowała go jak zło konieczne ani wyłącznie współuczestnika zawodów. Elsa czuła, jakby od okresu, w którym szczerze nie lubiła się z Jackiem, upłynęły lata. Tamte czasy wydawały się bardzo nierealne.
— Pójdę coś zamówić — otrząsnęła się. — Co chcesz?
Wysłuchawszy Jacka, podeszła do barmana i zamówiła dwa kufle piwa kremowego. Chwilę stała przy barku, a gdy wróciła do stolika, przy Gryfonie siedziały już Merida i Roszpunka.
— Hej. Nie zauważyłam was wcześniej — przyznała szczerze Elsa. — Mogę pójść zamówić coś dla was.
— Ja już to zrobię — zasugerowała Merida, podrywając się z siedzenia.
Elsa odprowadziła wzrokiem rudowłosą i usiadła na wolnym miejscu.
Roszpunka wydawała się lekko zestresowana. Nadmiar włosów ułożyła na kolanach jak kota.
— Anna i Czkawka trochę się spóźnią. Jak tam przed turniejem? — zachichotała długowłosa.
Elsa miała już pewność, że Roszpunkę coś trapi. Spojrzała na Jacka, który bacznie przyglądając się długowłosej, wzruszył ramionami w odpowiedzi na pytanie.
Merida wróciła z napojami dla niej i Roszpunki. Postawiła z impetem kufle na stole i usiadła w niedbałej pozie, rozdzielając Jacka i Elsę.
— Powiedziałaś im? — rzuciła Gryfonka w stronę Roszpunki.
Krukonka teatralnie wywróciła oczami.
— Dopiero co spytałam, co u nich — odparła z wyrzutem.
— Co miałyście nam powiedzieć? — zaciekawił się Jack.
Dziewczęta wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. Roszpunka zrzuciła część włosów na podłogę, posadziła na kolanach torbę i zaczęła w niej grzebać.
— Już, momencik...
Po potyczce z nieprzeniknionymi czeluściami torby dzierżyła triumfalnie w dłoniach tajemniczą płaską rzecz owiniętą bielutkim materiałem. Długowłosa ostrożnie odwinęła tkaninę i oczom zebranych ukazało się lusterko — zwykłe, powyszczerbiane na jednej krawędzi zwierciadło bez trudu mieszczące się w dwóch dłoniach.
Jack uśmiechnął się łobuzersko. Elsa spojrzała na niego pytająco.
— Dwukierunkowe lusterko — wyjaśnił krótko Gryfon. — Przydało nam się kilka razy. — Puścił oczko do Meridy.
Rudowłosa uśmiechnęła się zadziornie i popatrzyła na Elsę niepokojąco.
— Bez problemu można kontaktować się przez nie z posiadaczami innych lusterek — pośpieszyła z dalszymi wyjaśnieniami Roszpunka. — Początkowo miałam jedno lusterko, ale trochę mi się potłukło... i mam dwa, jedno dałam Meridzie. Już ci pokażę, Elso, jak działa. Merida Brave — powiedziała do lusterka.
Powierzchnię zwierciadła pokryła mgiełka oddechu. Roszpunka przekazała lusterko Elsie. Krukonka spodziewała się zobaczyć w odbiciu swą bladą twarz, ale nie ona ukazała się w tafli.
W zwierciadle widoczny był nieco zagracony pokój, w którym znajdowało się sześć kompletów identycznych mebli — łóżek z baldachimami i komódek obok nich. Niedomknięte drzwiczki szafy ukazywały ubrania mniej lub bardziej porządnie powieszone na wieszakach. W nogach łóż stały kufry, niektóre poniszczone i poobklejane naklejkami, inne w stanie idealnym.
Elsa podniosła wzrok na Roszpunkę, dalej ściskając lusterko.
— Co to za miejsce? — spytała Elsa.
— Nasz pokój — odparła niedbale Merida. — Tak właściwie, to mój i pozostałych Gryfonek z piątej klasy.
Elsa, słysząc to, dokładniej przyjrzała się widokowi ukazanemu w zwierciadle. Dopiero teraz dostrzegła szkarłatno-złoty szalik wystający z szafy i różne dodatki powiązane z Gryffindorem dekorujące pomieszczenie.
— Dziękuję za wyjaśnienia, ale po co pokazujecie nam te dwukierunkowe lusterka? — Elsa położyła ostrożnie zwierciadełko na stole.
Jack także wydawał się ciekawy.
Merida zaczęła:
— Wpadłyśmy na ten pomysł z Czkawką...
— Tak właściwie, to on to wymyślił — wtrąciła Roszpunka.
— To może ty to opowiesz?
— Dobra, już siedzę cicho.
Gryfonka westchnęła przeciągle.
— W każdym razie, to Czkawka wpadł na ten pomysł. — Gryfonka spojrzała surowo na Roszpunkę. — Pomyśleliśmy, że przydałoby się wam lusterko podczas jutrzejszego zadania. My mielibyśmy drugie. Moglibyście nam od czasu do czasu powiedzieć, że nic wam nie jest... albo że Durmstrang lub Beauxbatons nie dał rady.
Jack spojrzał na Elsę.
— Naprawdę dzięki — zwrócił się do pozostałych dziewcząt i szczerze się uśmiechnął.
— Tylko nie zapomnijcie o nim... od czasu do czasu, gdy pokonacie jakieś chimery, dajcie znać, że jeszcze żyjecie — rzuciła Roszpunka głosem, w którym śmiech mieszał się z troską.

~*~*~*~

— Och, moja droga! — Nixon podskoczył do Atalanty. Powitał ją nietypowo zbolałym wyrazem twarzy. — Tak mi przykro, dziecko, z powodu tego, co cię spotkało!
Atalanta wyraźnie zmieszała się nagłym wybuchem współczucia ze strony dyrektora Departamentu Magicznych Gier i Sportów. Większość uczniów odwróciła się w ich stronę, z zaciekawieniem czekając na dalszą rozmowę.
— Znałem twoich rodziców. To byli wielcy czarodzieje... Byłem z twoim ojcem w wakacje na finale Mistrzostw Świata w Quidditchu... — kontynuował Nixon, łzy napłynęły mu do szarych oczu.
— Nie miałam o tym pojęcia — przyznała szczerze zdziwiona Atalanta.
Nixon w ojcowskim geście objął ją ramieniem. Pełnym emocji głosem zaczął opowiadać o Hestii i Gideonie Tempusach, wyprowadzając córkę tych czarodziejów z Wielkiej Sali.
Roszpunka szturchnęła Meridę.
— Nie gap się tak na nich — syknęła długowłosa.
— Jack też na nich patrzy — odparła z wyrzutem Gryfonka — i ty też!
— Ale my taktowniej!
Elsa prawie się uśmiechnęła. Bez przekonania powróciła do bezsensownego dźgania swojego obiadu widelcem. Odkąd profesor Dreamchild zabrał Annę od stołu Gryfonów, straciła resztki i tak nikłego optymizmu.
Jack, pomimo lekkiej niepewności, czuł się lepiej, niż się spodziewał. Po raz pierwszy od rozpoczęcia turnieju był tak blisko wygranej. Do tego miał przewagę zagwarantowaną największą ilością punktów! Już wyobrażał sobie, jak sięga po puchar...
Przy Jacku i Elsie siedziała spora grupka najwierniejszych kibiców i najbardziej ciekawskich uczniów. Wielu z nich, jak Merida i Edward, wręcz kipieli z ekscytacji. Olivia Jackson, która rzadko kiedy odzywała się do kogokolwiek, rozmawiała zawzięcie z Czkawką, Roszpunką i innymi Krukonami o tym, co czeka uczestników zawodów podczas zadania. Poorana pryszczami i drobnymi bliznami twarz Jane Cleese uśmiechała się do Frosta z naprzeciwka. Jack z małym przerażeniem zdał sobie sprawę, że Puchonka przypatruje mu się z rozmarzeniem w oczach, a Elsę obdarza niemiłymi, zazdrosnymi spojrzeniami. Rudowłosy Karol Weasley, Bennedict Wood oraz Adrian Kelly wesoło paplali, że sprowadzili niesamowite fajerwerki na przyjęcie z okazji zwycięstwa w dormitorium Gryfonów. Jednak Jack odczuwał wyraźnie nieobecność siostry, która wcześniej nie opuszczała go na krok.
Do reprezentantów Hogwartu podchodziło wiele osób. Kristoff Anderson, jasnowłosy szóstoklasista o postawie skarlałego trolla górskiego, ale o miłym wyrazie twarzy, życzył Jackowi i Elsie powodzenia w imieniu puchońskiej drużyny quidditcha. Julian Fitzherbert i jakaś dziewczyna o nieprzyjemnej minie, jako jedyni Ślizgoni, wyrazili nadzieję, że Frost i Vintersen wyjdą cało z turnieju. Byłoby to nawet miłe, gdyby nie to, że Julian dodał: Serio, ludzie, przeżyjcie to. Wiecie, ile mnie będzie kosztowało, jeśli zginiecie? Postawiłem na was całe swoje oszczędności! Profesor Ambler szczerze pożyczyła im szczęścia. Podobnie zrobił profesor Saliet, choć nie tak entuzjastycznie, i profesor Meadows, nauczycielka wróżbiarstwa. Jakieś dziewczyny z Durmstrangu mruknęły do Jacka i Elsy coś, co brzmiało jak zniekształcone obcojęzycznym akcentem słowo powodzenia.
W Hogwarcie kręciło się mnóstwo obcych osób, co wzmacniało atmosferę ostatniego etapu turnieju. Oprócz Nixona, który zniknął gdzieś z Atalantą, oraz Smitha, kilka nieznanych osób mignęło Jackowi przed oczyma. Na pierwszym piętrze widział Stoicka Haddocka. Czkawka nie miał pojęcia, że jego ojciec pojawi się w szkole. Okazało się, że pan Haddock dostarczył kilka niespodzianek na Turniej Trójmagiczny i zostanie aż do końca zawodów.
Przerwa obiadowa minęła szybciej niż zazwyczaj, ale uczniowie nie rozchodzili się do klas. Niektórzy poszli do dormitoriów. Kilka osób wytrwale towarzyszyło uczestnikom turnieju. Resztę lekcji tamtego dnia odwołano. Jack spodziewał się, że za niedługo pojawi się profesor Dreamchild i zaprowadzi do miejsca, gdzie przygotowują się uczestnicy turnieju.
Chłopak nie mylił się — zaledwie kilka minut po tym, jak zabrzmiał gong kończący przerwę, do Wielkiej Sali wszedł opiekun Gryfonów w towarzystwie profesora Clevesa.
Dreamchild miał mały element świadczący o jego poparciu dla Elsy i Jacka; do szaty przypiął dwie plakietki, jedną z herbem Gryffindoru, drugą z Ravenclawu, na pierwszy rzut oka podobne do przypinek złośliwych Ślizgonów. Cleves nosił na piersi identyczne ozdoby co drugi nauczyciel.
Po dłużących się pożegnaniach Jack opuścił swoich znajomych z uśmiechem. Oni byli niesamowici. Elsa natomiast wyglądała tak, jakby szła na szlaban do Bulstrode'a.
Opiekunowie Ravenclawu i Gryffindoru zaprowadzili dwoje uczestników turnieju do jednej z komnat, do których uczniowie wcale nie zaglądali. Nauczyciele życzyli powodzenia swoim podopiecznym.
Jack, wszedłszy do pomieszczenia, był okropnie skołowany.
Dopiero po chwili dotarło do niego, że jego mama, jego mugolska mama, ściska go tak mocno, aż zapiera mu dech w piersiach.
Puściła syna i spojrzała na niego z troską w szarych oczach. Wtedy zdał sobie sprawę, że się stęsknił, mimo że od ostatniej wizyty w domu upłynęły jakieś dwa miesiące.
Jane Frost była o wiele niższa od syna. Jasnobrązowe włosy połyskujące gdzieniegdzie nitkami siwizny zebrała w luźnego koka. Na okrągłej twarzy, w kącikach ust i oczu mała lekkie zmarszczki, ale według Jacka, to ją wcale nie postarzało.
Frost nie był w stanie zrozumieć, jakim sposobem jego mama była tutaj, w Hogwarcie. Odkąd poznał świat magii, tkwił w przekonaniu, że mugole nie mogą oglądać nic powiązanego z czarami, tym bardziej placówki, gdzie ich nauczano.
— Mamo, jak ty się tu dostałaś? — zapytał zdziwiony. Cieszył się, że ją zobaczył.
— Dyrektor szkoły napisał do mnie tydzień temu — odparła kobieta. — Uznał, że pewne reguły w przypadkach takich jak ten można nagiąć. — Uśmiechnęła się.
Dopiero gdy do Jacka i jego mamy dołączyła Emma, zdał sobie sprawę, że nie tylko oni byli w tym pomieszczeniu. Profesorowie wyszli z dużej, jasnej komnaty, najwidoczniej chcąc dać uczestnikom trochę prywatności podczas spotkania z rodzinami. Potężna kobieta w średnim wieku przyciskała Lavransa do wydatnej piersi, a mizerny czarodziej klepał go po ramieniu. Starsza czarownica czule szarpała policzek zawstydzonego Samunda, który bełkotał coś pod nosem, podstarzały mężczyzna przyglądał się temu ze zmieszaną miną. Rodzina Ernesta, czyli para w średnim wieku i dwoje małych bliźniaków, patrzyło na niego jak urzeczeni. Claudia z radością witała identycznie piękne rodzeństwo oraz dumnych jak pawie rodziców.
Jack zwrócił większą uwagę na rodzinę Elsy. Gdyby nie to, że matka dziewczyny liczyła więcej lat i miała ciemnobrązowe włosy, prawie niemożliwe byłoby odróżnienie jej od obu córek. Między panem Vintersenem a dziewczętami także dało dostrzec się podobieństwo. Anna miała identycznie rude włosy jak on. Gdy mężczyzna spojrzał na Jacka swym chłodnym spojrzeniem, chłopak przypomniał sobie te nieprzyjemne momenty, gdy Elsa patrzyła na niego z dokładnie takim samym zimnem w oczach.
Ani matka, ani ojciec nie przytulili Elsy. Anna w przypływie radości uścisnęła matkę i ojca mocno, starsza siostra tylko się temu przyglądała. Krukonka nie reagowała, miała obojętną minę, ale Jack mógł przysiąc, że to tylko pozory. Rodzina Vintersenów pogrążyła się w rozmowie.
Jane Frost zaczęła swoją standardową rozmowę po rozłące z synem:
— Czemu pisałeś do mnie tak rzadko, Jack? — spytała z wyrzutem kobieta. — Trzy tygodnie nawet słowem się nie odezwałeś, młody człowieku...
Och, nie! Niech tylko nie wyjeżdża z „młodym człowiekiem”... — prosił w myślach nieco zażenowany Jack.
— ...zeszłabym na zawał, gdyby nie to, że Emma do mnie pisała!
Jack musiał tłumaczyć, dlaczego zapominał pisać listów, dokładnie i ze wszystkimi szczegółami opowiedzieć, jak poszło mu na SUM-ach. Mama dopytywała, dlaczego nie nosi swetra, który mu przesłała na Święta — nie przyjmowała wymówki, że był czerwiec. Potem wypytywała o to, czy dobrze się zachowywał (tak, oczywiście... jasne, mamo, byłem grzeczny...). Kolejne pytanie okazało się najgorsze. Jack myślał, że zapadnie się pod ziemię, gdy Jane Frost, przypatrując się niedyskretnie Elsie, spytała głośno:
— Jack, Emma mi mówiła, że podoba ci się ta dziewczyna...
— Mamo — jęknął Jack — ona mi się wcale...
— Jest bardzo ładna.
Gryfon posłał Emmie nienawistne spojrzenie, ale ona tylko uniosła ręce w obronnym geście i parsknęła przyduszonym śmiechem.
Jane Frost, na szczęście, urwała temat Elsy, zaczynając roztrząsać Turniej Trójmagiczny. Wyglądała na bardzo zmartwioną. Jack chciał ją przekonać, że nie musi się bać, przecież wiedział, w co wchodził, wrzucając swoje nazwisko do Czary Ognia.
Po jakimś czasie sielankową scenę spotkania z rodzinami przerwali sędziowie turnieju.
— Niestety, ale musimy państwa wyprosić — zaszczebiotał Nixon. Nie było w nim ani kropli tego żalu, który okazywał podczas wyprowadzania Atalanty z Wielkiej Sali. — Zobaczycie się z zawodnikami po turnieju, a wtedy oddacie się radosnemu świętowaniu! — Spojrzał rozmarzonym wzrokiem po wszystkich, jakby nie mógł się tego świętowania doczekać.
Matka Jacka uścisnęła starsze dziecko mocno, jakby żegnała się z nim na zawsze. Gdy puściła syna, ciągle trzymając dłoń na jego twarzy, powiedziała cicho:
— Uważaj na siebie.
Jack nagle poczuł wyrzuty sumienia, że nie pisał do mamy częściej. Uśmiechnął się do niej.
— Będę uważał — odparł — miewałem gorsze kłopoty.
Widział, że to nie poprawiło humoru mamy i nie rozwiało jej obaw. Jednak rodziny uczestników turnieju zaczęły się rozchodzić. Emma szybko uścisnęła Jacka.
— Powodzenia! — powiedziała o wiele raźniej niż matka.
Jack rzucił ostatni uśmiech swojej rodzinie, zanim opuściła komnatę. Nie chciał, aby Emma i mama się martwiły. Nie miał zamiaru poranić się podczas zadania turniejowego. Jego planem było zwycięstwo!
— Powodzenia! — rzuciła Anna, wychodząc wspólnie z rodzicami.
W pomieszczeniu pozostali jedynie uczestnicy i sędziowie turnieju. Nadszedł czas na ostatnie instrukcje. Spotkanie z mamą, świadomość, że za niedługo rozpocznie się ostatnie wyzwanie, wywoływały u Jacka dreszcze ekscytacji i niepokoju jednocześnie.
Samund nieudolnie ścierał rękawem szminkę, którą pozostawiła na jego policzku babcia. Na twarzy Ernesta gościł uśmiech. Elsa mocno zaciskała usta, trudno było zgadnąć, jak się czuje po spotkaniu z rodzicami.
Nixon i Smith rozmawiali ze sobą szeptem, odbywali ostatnią naradę, a wśród pozostałych — i dyrektorów szkół, i zawodników — rosło napięcie.
— Mon Dieu, l'araignée! — wrzasnęła przeraźliwie Claudia.
Wzrok wszystkich przeniósł się na nią. Dziewczyna, zwykle obojętna na wszystko, chowała się za Samundem i Lavransem. W jej oczach czaiła się panika. Drżącym palcem wskazywała na Nixona. Mężczyzna patrzył się na pozostałych ze zdumieniem.
— Aleksandrze... chyba chodzi o tego małego rozrabiakę, który plecie sieć na twoim kapeluszu — zauważył Morozow, uśmiech ginął w gęstwinie jego srebrnej brody.
Jack dopiero teraz dostrzegł powód, dlaczego Francuzka wydała z siebie tak histeryczny pisk. Po ogromnym kapeluszu Nixona spacerował sobie malutki, nieszkodliwy, przerażający pajączek.
— Ona bardzo boi się pająków — wyjaśnił Ernest, jakby to nie było oczywiste.
Nixon, uśmiechając się pod nosem, wyrzucił pajączka za okno. Claudia wyglądała na bardzo zakłopotaną. Po jej niespodziewanym ataku atmosfera nieco się rozluźniła. Jack nie mógł powstrzymać uśmiechu.
Smith odchrząknął. Tego dnia wydawał się wyjątkowo ożywiony. Zazwyczaj nie okazywał więcej życia niż krzesła w klasie transmutacji. Wyciągnął zza pazuchy różdżkę i wykonał nią zamaszysty ruch w stronę Nixona, w którego dłoniach zmaterializował się zwinięty w rolkę pergamin.
— Jak wiecie z ostatniego naszego spotkania, będziecie przemierzać swego rodzaju labirynt powstały z połączenia pewnych części Hogwartu, Beauxbatons i Durmstrangu — zaczął Smith. — Jak już wspomniano, obszar rozgrywek — arena — zostanie magicznie zwielokrotniony. Będą na was czekać pułapki, przeszkody i różnorakie utrudnienia. Reprezentanci Hogwartu, jako że zdobyli najwięcej punktów podczas dotychczasowej rywalizacji, otrzymają mapę, która pomoże im się poruszać po arenie.
Nixon wręczył Jackowi pergamin. Chłopak, nie czekając na dalsze wyjaśnienia, rozwinął go i pokazał Elsie, chroniąc przed wścibskimi spojrzeniami pozostałych uczestników turnieju. Gdy rzucił okiem na niezrozumiałą plątaninę korytarzy i pomieszczeń, szybko zwinął pergamin w rulon.
— Przejdźmy do sedna — odezwał się Nixon. — Waszym zadaniem będzie zdobycie... — zrobił pauzę, wyjmując z worka chorągiewkę z herbem Beauxbatons — chorągiewki z godłem waszej szkoły. Oprócz tego, że musicie ją znaleźć, musicie ją dostarczyć bezpiecznie do miejsca, skąd wyruszycie i wręczyć ją sędziom. Jest haczyk: każda drużyna wspólnie musi wrócić z chorągiewką! Jeśli sami, bez partnera pojawicie się z flagą na linii mety, zostaniecie zdyskwalifikowani.
— Może się zdarzyć tak — kontynuował Smith — że któraś drużyna zechce się wycofać...
Claudia prychnęła kpiąco pod nosem. Jack nawet nie chciał słyszeć o wycofaniu się z rywalizacji.
— ...wtedy użyjecie zaklęcia Ardricha Danriora.
Na twarzy Elsy pojawiła się mina, która świadczyła, że dziewczyna zna ten czar. Jack jednak nie miał zielonego pojęcia, co to za zaklęcie.
— Gdy użyjecie tego zaklęcia — ciągnął mężczyzna — do sędziów trafi komunikat, że chcecie się wycofać. Będziemy przez cały czas monitorowali, gdzie się znajdujecie, więc po użyciu zaklęcia, bardzo proszę, abyście nigdzie się nie przemieszczali. Panie Degas, mógłby pan pokazać uczestnikom turnieju, jak działa zaklęcie Danriora?
Degas elegancko skinął głową. Morozow rozłożył ogromną mapę Hogwartu z rozłożeniem najważniejszych korytarzu i sal, wśród nich właśnie tej komnaty, w której przebywali. Na pergaminie pojawiły się nazwiska sędziów.
Dyrektor Beauxbatons wyciągnął różdżkę, wykonał nią półobrót, a następnie gwałtownie skinął. Rozległ się dźwięk równie głośny jak szkolny gong. Na mapie pojawiła się świetlista kropka przy nazwisku Ludwik Degas.
— Jeśli zgłosicie chęć rezygnacji z rywalizacji, na obserwowanej przez sędziów mapie areny zostaną wyróżnione wasze nazwiska, przemieszczające się po pergaminie zgodnie z waszymi ruchami. Rozlegnie się identyczny dźwięk, więc nie sposób będzie nie wiedzieć, o tym, że któraś z drużyn zechce się wycofać. Na pomoc nie będziecie czekać dłużej niż dziesięć minut — dodał Smith.
Jack przestał obawiać się, że nieznajomość zaklęcia Danriora jest czymś strasznym. Pomyślał, że musiałby stracić rozum, aby zrezygnować z turnieju.
Chłopak, tak czy siak, musiał nauczyć się czaru. Degas cierpliwie wyjaśnił uczestnikom zawodów, jak użyć zaklęcia Danriora, pokazał w zwolnionym tempie ruch różdżką. Elsa i Samund poradzili sobie perfekcyjnie, dłonie nawet im nie zadrżały, pozostali też dość szybko się nauczyli. Dyrektor Beauxbatons i reszta komisji kilka razy sprawdzali, czy reprezentanci umieliby wezwać pomoc.
Sędziowie wyszli, aby zająć miejsca dla komisji i upewnić się, czy wszystko jest gotowe. Reprezentantów na linię startu miał zaprowadzić pracownik Departamentu Magicznych Gier i Sportów.
Uczestnicy turnieju pozostali sami. Claudia i Ernest rozmawiali ze sobą, Francuz wyraźnie podśmiewał się ze swojej znajomej. Samund i Lavrans przypominali sobie jakieś zaklęcia. Elsa bawiła się rękawiczkami.
Krukonka podniosła się powoli i spojrzała na Jacka, jakby czegoś oczekiwała. Skierowała się do Samunda i Lavransa, którzy nagle przerwali ćwiczenia. Elsa ponownie spojrzała na Frosta wymownie. Zrozumiał, że także miał podejść do uczniów Durmstrangu.
Jackowi nie podobało się, jak patrzyło na nich dwoje obcokrajowców. Lavrans i Samund sprawiali wrażenie, jakby oczekiwali niespodziewanego ataku.
— Chcielibyśmy — zaczęła Elsa, zerkając na Jacka — życzyć wam powodzenia w kolejnym zadaniu.
Samund i Lavrnas spojrzeli na nich uważnie. Odbąknęli powodzenia. Lavrans nawet odważył się wymienić z Jackiem chłodny uścisk dłoni. Frost zrozumiał, co Elsa zamierzała osiągnąć: pokazać rywalom, że pragną sprawiedliwej konkurencji, przynajmniej w tym wyzwaniu. Jack, oczywiście, pochwalał szlachetne zachowanie dziewczyny, ale prawdę mówiąc, był gotowy skopać tyłki Samunda i Lavransa w ostatnim zadaniu.
Ernest i Claudia nie byli tak idiotycznie ostrożni jak reprezentanci Durmstrangu. Francuz wymienił serdeczne uściski dłoni z Elsą i Jackiem. Francuzka wydawała się zapomnieć o spotkaniu z pająkiem, może stres bardzo wpłynął na jej zachowanie, bo z przyjacielskim uśmiechem życzyła powodzenia ekipie Hogwartu. Jack rozmawiał z Ernestem, który okazał się zagorzałym fanem quidditcha. Francuz miał w planach w lecie, czyli po ukończeniu szkoły, dostać do jakiejś drużyny. Gryfon chętnie wdał się w pogawędkę na temat najlepszych zawodników z ostatnich Mistrzostw Świata w Quidditchu. Odciągało to uwagę od oczekiwania na rozpoczęcie zadania.
Gdy Ernest nakreślał sytuację mającą miejsce w dziewiętnastej minucie finałowego meczu, do pomieszczenia wszedł łysiejący mężczyzna — pracownik Departamentu Magicznych Gier i Sportów. Jack natychmiast przestał myśleć o brutalnym faulu na boisku.
Teraz liczył się wyłącznie turniej.
Pracownik Ministerstwa wyprowadził zawodników z komnaty. Pochód uczestników turnieju wiódł początkowo przez nietypowo wyludnione części zamku. Jackowi przyśpieszyło tętno. Ciszę zakłóconą jedynie odgłosem kroków zaczęły niszczyć coraz głośniejsze dźwięki setek, a może tysięcy ludzi. Czy to rozbrzmiewała orkiestra? O, Jack mógł przysiąc, że usłyszał głos Harry'ego Browna — komentatora szkolnych meczów quidditcha.
Jeszcze jeden zakręt. Pochód uczestników wyszedł na dziedziniec zamknięty od początku przygotowań do trzeciego zadania Turnieju Trójmagicznego. Nagle stało się jasne, czemu pozostałe, zwykle pełne życia korytarze świecą pustkami.
Brown oświadczył wszystkim swoim magicznie wzmocnionym głosem, że uczestnicy już przybyli. Zebrani na placu ryknęli tak głośno, aż dzwoniło w uszach. Jack, pomimo że ledwo co wytrzymywał czekanie na zadanie, nie mógł się nie uśmiechnąć. Pomachał do kilku osób. Claudia posłała całusy znajomym ze szkoły. Samund i Lavrans szli z dumą na twarzy, jakby doping Durmstrangu uczynił ich jakimiś bóstwami. Elsa kroczyła prosto, z wysoko uniesioną głową. Udało jej się przybrać coraz rzadziej widywaną u niej twarz niezdradzającą żadnych emocji.
Stroje uczniów Hogwartu mieniły się czerwienią i złotem oraz błękitem i brązem. Nad tłumem Hogwartczyków górowały zagrzewające do walki transparenty. Większość Ślizgonów ograniczyła się do kibicowania wyłącznie Elsie. Jack jednak nie przejmował się kilkumetrowym banerem, powiększoną wersją motywu FROST — KRÓL MAZGAJÓW, ani tym, że większość osób ze Slytherinu nosiło plakietki Hansa. Gryfon zaśmiał się w duchu, słysząc, że zaczęli na niego buczeć. W porównaniu do Hogwartczyków, gości z Beauxbatons i Durmstrangu było mało, ale z równie wielkim sercem dopingowali reprezentantów swoich szkół. Nie tylko uczniowie zebrali się na dziedzińcu: pracownicy Hogwartu, ludzie z Ministerstwa Magii, ważne osobistości, dziennikarze — a wśród nich najgorsza hiena, Bertha Moore — rada nadzorcza, rodziny zawodników.
Pracownik Ministerstwa zatrzymał pochód uczestników przed specjalnie wybudowanym podwyższeniem. W otoczeniu osób pilnujących przebiegu zadania znajdowali się na nim wyraźnie podekscytowani sędziowie turnieju. W niewielkim oddaleniu od nich siedział Harry Brown, komentator wydarzenia. Z tego, co wywnioskował Jack, miał wgląd do niektórych map i mógł na żywo opowiadać, co działo się z uczestnikami.
Frost nie potrafił skupić się na powitaniach dyrektora Morozowa. Formalności ciągnęły się niemiłosiernie, chłopak tracił nadzieję na to, że ostatnie zadanie kiedykolwiek się rozpocznie. Pocieszało go to, że on niejeden był zniecierpliwiony paplaniną o czarodziejskiej solidarności, grze zgodnej z zasadami i innych ładnie brzmiących, ale i okropnie nudnych rzeczach. Kibice zachowywali się coraz niespokojniej. Jack odnalazł Emmę w tłumie i uśmiechnął się do niej.
Wygramy to — pomyślał. To było pewne. — Musimy wygrać.
— …więc najwyższa pora rozpocząć ostatnie zadanie Turnieju Trójmagicznego! — zakończył z szerokim uśmiechem Morozow. Widownia wiwatowała.

~*~*~*~

Cześć! Co u Was? Ile to już nie pisałam? Dwa tygodnie? Usprawiedliwienia brak. Jakoś tak wyszło... — lepsza taka wymówka niż żadna.
W każdym razie nareszcie doszłam do trzeciego zadania! Teraz tylko wystarczy nie spaprać tego!
Zapraszam do czytania!
Pozdrawiam!

9 komentarzy:

  1. Teraz to z niecierpliwością czekam na następny rozdział :DDD
    Zaciekawiła mnie ta mała modyfikacja szablonu ;)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnie zadanie już w następnym rozdziale! A jednak ktoś zauważył zmianę!
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Dawaj następny bo umrę z ciekawości!!!!
    Weny
    Susan ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z Susan tak się wciągnęłam że jak był koniec to smutno mi się zrobiło XXXXXDDDDDD;)

      Czekam na next!!!

      Usuń
    2. Najpierw trzeba napisać :D
      Postaram się dodać najszybciej, jak mogę.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  3. Jestem i komentuję! Rozdział bardzo fajny i taki długi ;) Fajnie, że wszyscy przetrwali SUM-y. Ciekawe tylko czy wszyscy zdadzą :D
    Coraz bardziej podoba mi się relacja Jacka i Elsy. Oczywiście jestem ciekawa ostatniego zadania turnieju!
    Czekam z niecierpliwością i życzę weny!
    Pozdrawiam
    Arcanum Felis
    PS. Niby mała modyfikacja nagłówka, ale robi wrażenie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej!
      Wiadomo, że zawsze lepiej zdać egzaminy, no, ale nie każdemu się udaje. Ostatnie zadanie już w następnym rozdziale!
      Pozdrawiam.

      Usuń
  4. Jaaaa, extra! Rozdział niesamowity, zresztą nie ma na tym blogu nie niesamowitego rozdziału xD
    Podziwiam poświęcenie Elsy do SUM-ów. Ja w tym roku mam egzamin trzecio klasisty i mam dziwne wrażenie, że też będę się tak zachowywać xD Ale wolę podejść do tego jak Jack ^^
    Wiii, ostanie zadanie turnieju! O Boże, ale emocje. Naprzód Hogwart! Zabić wrednych ślizgonów! Dajesz Jack! Dajesz Elsa! Chodź niestety mam złe przeczucie, że stanie się coś złego....no cóż, lecę się o tym przekonać czytając czekający juz na mnie next.
    Lecę go przeczytać i skomentować ^^
    Pozdrawiam i całuski :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :D
      Ja w tym roku także mam egzamin... coś czuję, że mogłabym nawet wypruwać sobie flaki, a i tak wyjdzie z tego jedno, wielkie nic (jak w przypadku Meridy 😃).

      Usuń