sobota, 13 sierpnia 2016

Rozdział XXX — Dementor w kapeluszu

Jack, gdy nagle poczuł grunt pod stopami, ledwo utrzymał się na nogach. W głowie mu wirowało. Z marnym skutkiem walczył z mdłościami. Po jakimś czasie wyprostował się roztrzęsiony i lepki od potu. Rozluźnił uścisk obolałych palców zaciskających się na chorągiewce z herbem Hogwartu.
Chłopakowi plątały się myśli, nie miał pojęcia, co się stało. W rozpoznaniu nie pomogło nawet rozejrzenie się po okolicy.
Znajdował się w spowitej mrokiem, okrągłej grocie. Wychodziło z niej kilkanaście korytarzy, tak przynajmniej Jack uznał, czując ziąb napływający stamtąd. Niedaleko niego Elsa wyczarowywała światło; niebieski blask nadawał jej przerażonej twarzy upiorny wygląd. Dziewczyna trzymała rozłożoną mapę i patrzyła wokół.
— Gdzie my jesteśmy? — spytał chrapliwym głosem.
Elsa przeszła kilka kroków, zerkając na pergamin
— Nie wiem — odpowiedziała dziewczyna wyraźnie zdumiona. — Nic się tutaj nie zgadza.
Jak ona może nie wiedzieć, gdzie jesteśmy? — zdziwił się Jack. Zorientował się, o co chodzi, gdy spojrzał na mapę. Wśród plątaniny korytarzy i pomieszczeń nie było ich nazwisk.
— Może to dalsza część turnieju? — zasugerował Jack. Chciał robić dobrą minę do złej gry, mimo że przed chwilą wydarzyło się coś okropnie dziwnego: przenieśli się w bardzo niemiły sposób do ciemnej groty.
— N-nie. Nie wydaje mi się — odparła Elsa. Próbowała zapanować nad drżącym głosem. — Liczyłam na to, że nazwiska się pojawią, ale ich ciągle nie ma. — Rozejrzała się. —  Chciałam znaleźć to miejsce na mapie, ale nie ma na niej zaznaczonego żadnego okrągłego pomieszczenia, z którego odchodziłoby trzynaście korytarzy.
Dziewczyna wzięła głębszy wdech. Widać było, że walczyła ze zdenerwowaniem.
— Ta chorągiewka to świstoklik.
Jack spojrzał na małą, niepozorną flagę, która miała zagwarantować im wygraną w turnieju, jeśli wrócą z nią na linię mety w odpowiednim czasie. Chorągiewka wyglądała tak niepozornie.
Chłopak jednak wolał wierzyć, że cała zaistniała sytuacja to wymysł sędziów i organizatorów zawodów:
— Pewnie to dalsza część zadania — stwierdził niezbyt pewnie. Nie chciał wierzyć, że coś poszło nie tak i mogli wpakować się w poważne kłopoty albo gorzej: dać wygrać ekipie Durmstrangu. — Może... może to taki test. Pewnie chcą zobaczyć, jak sobie radzimy w trudnych sytuacjach... Przyznam, sędziowie mają pomysły, chociaż na takich nie wyglądają!
Jack starał się wykrzesać choć odrobinę optymizmu i liczył, że Elsa podzieli jego zdanie. Ona jednak pokręciła przecząco głową.
— Sam w to nie wierzysz, prawda? Chciałabym tak myśleć, ale to nie jest logiczne, Jack. Organizatorzy musieliby z góry ustalić godzinę zniknięcia świstoklika. Nie mieli pojęcia, kiedy go znajdziemy, a musieliby mieć pewność, że złapiemy go w odpowiednim czasie. Nie zapominając, że powinniśmy złapać chorągiewkę jednocześnie. Mogliby go jeszcze włączyć bezpośrednio...
— Może to właśnie zrobili? — łudził się Jack.
Elsa westchnęła. Na pewno oceniała, czy może on mieć rację.
— Teoretycznie mogliby tak zrobić — powiedziała powoli Krukonka. — Wydawało mi się... że ktoś przy nas był, gdy weszliśmy do Wielkiej Sali. Ta osoba była niewidzialna. Gdy złapałeś chorągiewkę, poczułam oddech tej osoby. — Wzdrygnęła się.
— Czyli to mógł być któryś z sędziów.
— Jack, pomyśl. Ta osoba, zanim aktywowała świstoklik, popchnęła cię, abyśmy oboje dotknęli chorągiewki. Sędziowie znaleźliby inny sposób, abyśmy zrobili to jednocześnie.
Frost nie wyczuł obecności żadnej osoby, gdy znajdowali się w Wielkiej Sali. Jednak ten moment, gdy niespodziewanie coś go popchnęło... mogło okazać się, że nie cośktoś. Musiał się zgodzić z Elsą, że raczej nie była to żadna z pracujących przy turnieju osób.
Krukonka ściągnęła brwi. Jack znał tę minę. Domyślił się, że dziewczyna namyślała się, czy powiedzieć mu coś jeszcze. Nagle lekko potrząsnęła głową, najwidoczniej zrezygnowała. Nie nalegał.
— Co teraz robimy, Elso? — spytał Jack. Miał nadzieję, że ona coś wymyśli, przecież była tą od myślenia.
— Powinniśmy się wycofać — powiedziała po chwili namysłu — chociaż spróbować, nie wiem czy zaklęcie Danriora...
— Nie ma mowy! — oburzył się.
Nie wyobrażał sobie poddania się. Nawet podróż świstoklikiem do jakiejś ciemnej, nieznanej groty nie mogła go zmusić do wycofania się z zawodów. Przypuszczał, że jeśli Durmstrang nie zrezygnował, to prawdopodobnie oni, Jack i Elsa, mogą pożegnać się z wygraną.
Żegnajcie, tysiące galeonów!
— Nie możemy się wycofać! Sędziowie pewnie nie wezmą pod uwagę tego, że wywiało nas nie wiadomo gdzie i pewnie Durmstrang...
— Ciszej, Jack — syknęła Elsa.
— ...PEWNIE DURMSTRANG... — Jack specjalnie powtórzył głośniej. Elsa nie mogła go uciszać, bo się z nim nie zgadzała.
Elsa spojrzała na Jacka z wyrzutem:
— Proszę cię, mógłbyś być na chwilę cicho? — Zmroziła go spojrzeniem.
Jack zamilkł. Ona nawet nie była łaskawa zwrócić uwagi na jego naburmuszoną minę.
— Lusterko. Jack, wyciągnij lusterko.
Przez chwilę był kompletnie skołowany. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że w jego kieszeni spoczywa zwierciadło owinięte zaczarowanym materiałem chroniącym przed połamaniem. Wyciągając dwukierunkowe lusterko, zaczęły dochodzić do niego ciche głosiki, których wzburzony nie mógł dosłyszeć — w przeciwieństwie do Elsy.
Jack nie zauważył w odbiciu siebie, ale mistrzowsko wymalowaną w barwy Gryffindoru i Ravenclawu twarz Roszpunki, w rogu zwierciadła kołysały się rude loki niewątpliwie należące do Meridy.
— …Merido, jeśli jesteś taka mądra, to sama coś zrób, skoro Jack wcale nie wyciągnął lusterka — powiedziała zgryźliwie Roszpunka do Meridy.
— Ej, patrzcie — odezwała się Anna, która pojawiła się w tafli.
Jack zauważył, jak zaniepokojenie w oczach Elsy topnieje.
Dziewczęta ustawiły lusterko tak, że było widać je wszystkie. Wyglądały na uspokojone widokiem uczestników turnieju. Z ich strony zwierciadła dobiegały odgłosy zamieszania.
— Hej — bąknął Jack w stronę przyjaciółek, uśmiechając się niepewnie.
— Co tam się dzieje? — spytała bez ogródek Elsa. Wydawała przejmować się jedynie zamieszaniem po drugiej stronie lusterka.
— Lepiej powiedzcie, co się z wami dzieje — odparła Anna. Czerwono-złota farba zmyła się częściowo z piegowatych policzków. — Nikt nie wie, gdzie jesteście. Rozpłynęliście się w powietrzu!
— Rozpłynęliśmy się? Powiedzcie dokładnie, o co chodzi — poprosiła spokojnie Elsa.
Roszpunka zabrała się za wyjaśnienia:
— Właśnie wrócił Lavrans...
— Sam? — spytał Jack.
— Tak, wrócił sam. Zaatakował go smok... ponoć nawet nie zbliżył się do chorągiewki Durmstrangu, bo to ją miał znaleźć, co nie? Przynajmniej tak tłumaczył Harry. Samund gdzieś przepadł. Harry zajął się gadaniem o was. Pokonaliście zbroje...
— Tak w ogóle to nieźle sobie z nią poradziłaś, siostro — wtrąciła Anna.
Na twarz Elsy wpełzł rumieniec, ale minę dalej miała zaciętą i czekała na wyjaśnienia.
— Znaleźliście się w Wielkiej Sali... — próbowała kontynuować Roszpunka.
— Założę się, że oni nie żyją! — krzyknął ktoś w oddali.
— W każdym razie — ciągnęła zniecierpliwiona długowłosa. — Weszliście do Wielkiej Sali. Jack, już miałeś tę chorągiewkę... Wszyscy okropnie się cieszyliśmy!
— Żałujcie, że tego nie widzieliście! Czyste szaleństwo — dopowiedziała Anna. — Nie mieliście rywali, wystarczyło, że wrócicie...
Jack poczuł się nagle okropnie. Mieli prostą drogę do zwycięstwa, oczywiście nie licząc drobnych pułapek podczas drogi powrotnej jak ziejące ogniem smoki czy mordercze rośliny.
— Nagle Harry ucichł — poinformowała Roszpunka.
— Trochę to trwało, zanim zorientowaliśmy się, jaki bałagan panuje u sędziów — opowiadała Merida z przejęciem. — Nixon, Morozow i część ludzi z Ministerstwa nie wiadomo kiedy zniknęli. U reszty panowało okropnie zamieszanie, nic o was nie było słychać, zaczęliśmy się niepokoić. Wysłaliśmy Czkawkę na przeszpiegi. Zniknęliście! Nie chcieli tego ogłaszać, aby nie budzić paniki! Jednak jak na moje oko, głupio było im przyznać, że coś wyrwało się spod ich kontroli. Czkawka teraz próbuje razem z ojcem dowiedzieć się czegoś więcej.
Elsa miała rację, sędziowie nie planowali, aby w trzecim zadaniu użyto świstoklika. Myśli chłopaka pędziły jak szalone. Co się tu odprawia?
— Niektórzy już myślą, że zginęliście — powiedziała Roszpunka dramatycznym tonem.
— Słyszeliśmy — parsknął Jack.
— Co wam się w ogóle stało? Gdzie jesteście? — dopytywała Anna.
Elsa opowiedziała jak najbardziej treściwie o tajemniczym człowieku, który stworzył świstoklik, opisała także grotę, gdzie znajdowała się z Jackiem.
— Dziewczyny, najważniejsze jest, abyśmy skontaktowali się z sędziami — powiedziała rzeczowym tonem do koleżanek. — Mogłybyście zanieść do nich lusterko? Za chwilę ta sprawa na pewno się wyjaśni. — Głos jej nieznacznie zadrżał.
Roszpunka pokiwała głową. Twarze dziewcząt zniknęły. Teraz w lusterku widniały kołyszące się smugi czerwieni i złota oraz błękitu i brązu — widowni. Z tafli dobiegały odgłosy zaniepokojonych widzów.
— Za chwilę wszystko się wyjaśni. — powtórzył Jack. Namyślił się. — Jak myślisz, mamy szansę wygrać? Przecież Durmstrang i Beauxbatons się wycofały...
— Jack, jak ty możesz o tym myśleć w takiej chwili? — skarciła go Elsa. Spojrzała na niego lodowato.
Chłopak uśmiechnął się przepraszająco. Uznał, że może to nieodpowiedni moment na snucie domysłów o wygranej. Przecież musieli najpierw wrócić do gry. Jednak wyraz twarzy dziewczyny nieco złagodniał, gdy Frost się uśmiechnął.
— Wiesz... tylko my mamy chorągiewkę, jedynie my nie wycofaliśmy się z rywalizacji i zdobyliśmy najwięcej punktów w poprzednich zadaniach. Tak, mamy jakieś szanse — odpowiedziała cicho Elsa.
Jack poczuł się o wiele lepiej, gdy to powiedziała.
Stwierdził, że w grocie zrobiło się jakby ciemniej. Zaświecił światło na końcu swojej różdżki.
Przez lusterko ciągle przemykały smugi kolorów. Jack próbował wśród nich rozróżnić swoich znajomych.
Cisza zdawała się wwiercać się do mózgu przez uszy, gdy czekali bezczynnie, aż Roszpunka, Merida i Anna przebiją się przez tłum i dotrą do sędziów. W grocie panował nieprzyjemny chłód, Jack już po chwili zaczął tęsknić za okropnym swetrem, o którym przypominała mu mama podczas ostatniego spotkania. Spojrzał zazdrośnie na Elsę, ale gdy zobaczył, że obejmowała się, przypomniał sobie, że ona zazwyczaj także odczuwa zimno.
Czekali, widzieli, jak Roszpunka kłóci się z jakimś dzieciakiem z Hufflepuffu, który nie chciał jej przepuścić. W sektorze Slytherinu ktoś prawie wytrącił dziewczynom lusterko. Jack był pewny, że przez moment widział Hansa — Ślizgon wcale nie wydawał się zaniepokojony zniknięciem zawodników Hogwartu. Frost mógł przysiąc, że w marzeniach Junga zmarł już bolesną śmiercią.
Robiło się coraz zimniej. Jack mimowolnie szczękał zębami.
— Roszpunko, długo to potrwa? — warknął poirytowany do lusterka.
Roszpunka nie mogła go usłyszeć i dobrze o tym wiedział.
Oddechy zamieniały się w parę.
Nienaturalne zimno dalej atakowało. Przenikało boleśnie kości, wnikało bez przeszkód do ciała, wydawało się, że chciało wycisnąć życie z dwojga zawodników. Jack dreptał w miejscu, pocierał dłonie, nie pomagało to jednak się rozgrzać. Jego oddech zamieniał się w kłęby białej pary wirującej w świetle różdżek.
Chłopaka dopadła okropna beznadzieja, miał wrażenie, że jego przyjaciółki nigdy nie dotrą do sędziów i on oraz Elsa już na zawsze pozostaną w tej okropnej, ciemnej jaskini.
— Elso, mogłabyś nas nie pozamrażać? — spytał; w jego głosie brzmiała pretensja, chociaż tak naprawdę nie był zły na Krukonkę. Nie mógł jej winić za to, że straciła władzę nad swoimi zdolnościami. Po prostu mróz dawał mu w kość.
Dziewczyna cała drżała.
— Jack, to nie ja — odpowiedziała cicho — naprawdę, to nie ja.
W takim wypadku, kto lub co było odpowiedzialne za to zimno?
Jack nie potrafił wykrzesać z siebie ani krztyny optymizmu. Radosne rozmyślania o wygranej całkowicie wyparowały z jego głowy. Pozostała niemiła mieszanina smutku i strachu. Nikt im nie pomoże. Czy zostaną w tej ciemnej grocie na zawsze albo dopóki nie wykończy ich zimno? Jack drżał, nie wiedząc, czy bardziej z mrozu czy niepewności.
— Ignist Parvustio. — Bladoniebieskie światło na końcu różdżki Elsy zniknęło zastąpione drobnymi płomyczkami. Ogień wisiał w powietrzu zgodnie z wolą dziewczyny.
Jack szybko poszedł w jej ślady i wyczarował własne płomienie. Przybliżył się do nich najbliżej, jak mógł, ale plecy ciągle oblepiały mu nieprzyjemne macki zimna.
— Już, za chwilę będziemy. — Z lusterka dobiegł stłumiony głos Meridy.
Elsa nagle podskoczyła.
Po podłodze pełzł szron, lał się po niej jak woda. Jack chciał wyjaśnić to mocami Elsy, ale przecież powiedziała mu, że nie jest za to odpowiedzialna. Mróz zetknął się z ich butami, w sekundzie wspiął się na skraje ich szat. Lusterko pokryły drobne kryształki lodu. Oddechy dwojga zawodników parowały.
Jack wolałby nie słyszeć świstu dochodzącego z jednego z trzynastu tuneli. Chłopak spojrzał na Elsę. W jej oczach odbijały się przerażenie i złote błyski ognia. Frost czuł, że zwariuje, jeśli nie sprawdzi, co czai się w świszczącym tunelu.
Nie ma się czego bać — pomyślał — zobaczę, uspokoję się.
— Finite. — Płomienie, które wyczarowywał, zniknęły, a wraz z nimi ciepło. — Lumos.
Ruszył powoli w stronę tunelu, czując na sobie spojrzenie Elsy.
— Tylko coś sprawdzę — powiedział usprawiedliwiająco. — Zaraz będę.
Zostawił ją ściskającą oszronione lusterko i wkroczył w ciemny korytarz. Odwracał się co kilka kroków, jakby okrągła grota oraz Elsa miały zniknąć.
Świst był urywany, przypominał oddech. Ciemność gęstniała z każdym krokiem, światło z różdżki ginęło. Dziwny odgłos narastał, zagłuszał głośne bicie serca chłopaka.
Z mroku wyłoniła się paskudna dłoń — szarawa, koścista, pokryta odbarwieniami. Jack zareagował z opóźnieniem, dopiero gdy od jego twarzy dzieliły ją milimetry. Cofnął się i runął na ziemię.
— Expelliarmus! — rzucił drżącym głosem.
Łapsko zniknęło w mroku. Jack podniósł się na nogi. Czuł, że niebezpieczeństwo nie minęło.
— Jack, co się dzieje?
Odwrócił się gwałtownie. Miał już rzucić zaklęcie. Celował w nią różdżką, na zaniepokojoną, przywołującą światło Elsę. Natychmiast opuścił dłoń, czując niemiły uścisk w żołądku.
— To tylko ty — wymamrotał.
Znów z głębi tunelu zaczęły dobiegać świsty narastające do ryku.
Z mroku wypełzły najgorsze istoty, jakie Jack kiedykolwiek widział. Strach paraliżował jego ciało na widok człekokształtnych stworzeń ubranych w czarne, przypominające dym szaty. Na głowy narzucone miały kaptury, nieosłonięta pozostawała jedynie dolna część twarzy ukazująca potworne usta. Nie, to nie były usta, a otwór, przez który wydobywał się ten przerażający świst — oddech istot. Potwory unosiły się nad ziemią jak widma.
Powykręcana łapa potwora wychyliła się do Elsie. Długie szpony zacisnęły się na koszuli dziewczyny. Krukonka była sparaliżowana paniką, oddychała szybko.
Jack miał ochotę, jak wówczas, gdy był małym dzieckiem, zniknąć pod kołdrą, ukryć się tam przed potworami z koszmarów.
Mała, dzielnie walcząca ze strachem część umysłu Jacka krzyczała słabo, że chłopak musi coś zrobić.
Bestia, zaciskając długie palce na koszuli Elsy, uniosła ją do góry na wprost swej okropnej twarzy. Świszczący oddech potwora omiatał policzki dziewczyny, nadając im trupią, bladą barwę. Istota obracała z zaciekawieniem łeb, jakby powstrzymywała się od złożenia pocałunku na posiniałych, drżących wargach ofiary.
Łapska pozostałych stworzeń wędrowały ku Jackowi.
Chłopak patrzył na Elsę. Cokolwiek ta bestia chciała jej zrobić, będzie to okropne.
Wtedy zrobił wszystko, na co pozwolił mu konający głosik odwagi w umyśle.
Wycelował w potwora, który ściskał Elsę. Rzucił zaklęcie i potraktował nim także pozostałe upiory. Stworzenia runęły na ściany tunelu. Krukonka, dygocząc, upadła na ziemię.
Instynkt przejął władzę nad Jackiem. Złapał Elsę za nadgarstek. Miotając zaklęcia na potwory, zmusił oszołomioną dziewczynę do wstania. Puścił się biegiem, ciągnął za sobą Elsę, która zupełnie straciła orientację w sytuacji. Wbiegli do okrągłej komnaty.
— Już się pozbierały?! — przeraził się Jack, widząc nadciągające potwory w czarnych szatach.
Zrozumiał, że jego zaklęcia spowolniły je tylko na krótką chwilę.
Frost rzucił się z Elsą do przypadkowego tunelu. Czuł świszczące oddechy potworów na plecach jak smugi lodowatego deszczu.
— Expulso! — Wycelował w widma. Zaklęcie chybiło.
Elsa odzyskała całkowitą świadomość. Miotała zaklęcia. Nic jej nie wychodziło albo nie trafiała w napastników.
— Rictusempra! — Nic się nie stało. — Expelliarmus! — Zaklęcie odbiło się od ściany tunelu.
— Elsa, twoja moc!
Jack zerknął przez ramię, widmowa ręka sunęła ku niemu...
Między opuszkami kościstych palców, a jego twarzą wyrosła półprzeźroczysta ściana. Rozpędzone potwory runęły na przeszkodę. Popękała jak szyba, odłamki lodu posypały się na ziemię.
— Elsa, powtórz to! — rzucił Jack błagalnie do dziewczyny.
Bieg zapierał mu dech. Skoro nie mogli odpędzić potworów, musieli się od nich odgrodzić. Tylko Elsa mogła to zrobić. Gdyby tylko udało się jej stworzyć mocniejszą barierę!
— Ja... ja nie wiem, czy mi się uda! — wydyszała.
Odwróciła się i skierowała drżące dłonie ku potworom.
Na oczach Jacka w ciągu kilku sekund z podłogi aż do sklepienia wyrosła cienka warstwa lśniącego lodu. Wokół palców Elsy kręciły się małe śnieżynki. Bariera stawała się coraz grubsza. Bestie się zbliżały, a dziewczyna nie przestawała.
Krukonka zamknęła oczy, ciągle kontynuując pracę, Jack celował różdżką w stronę potworów. Serce biło mu szybko, gdy widział nadciągające czarne postacie. Czy przebiją lśniący szronem mur? To była ich jedyna nadzieja w tamtej chwili. Nie mogli uciekać w nieskończoność. Ucieczka przed Akromantulami wydawała się miłym spacerkiem.
Potwory nie próbowały sforsować bariery. Po prostu wisiały w powietrzu spokojnie. Jack tego nie rozumiał. Nie chciały ich dopaść? Zrozumiały, że nie pokonają lśniącego szronem muru? Nie opuszczał dłoni, w której ściskał różdżkę. Oczekiwał, że podczas chwili nieuwagi bestie spróbują w jakiś sposób ich dorwać.
Jednak postacie w czarnych szatach były nieruchome, wydawało się, że spokojne. Jakby postanowiły bez zbędnych nerwów czekać, aż ich niedoszłe ofiary same wpadną w ich paskudne łapy.
Elsa opuściła dłonie. Mróz krążący wokół jej palców zniknął, chociaż dalej otaczało ją zimno. Oparła się ciężko o ścianę, obejmując ramionami, spuściła głowę.
Jack nie musiał widzieć jej twarzy, aby wiedzieć, że z dziewczyną było kiepsko.
Sam czuł się bardzo źle, chyba nigdy przedtem nie miał tak okropnego samopoczucia. Chociaż nie. Może istniał jeden dzień, w którym czuł się prawie tak źle jak teraz.
Chłopak nie miał pojęcia, co powiedzieć, a tym bardziej, co zrobić. Bezradność po przegranym meczu quidditcha nijak równała się temu, co czuł po ucieczce przed zakapturzonymi bestiami.
— Elsa, lepiej chodźmy jak najdalej od tych potworów — zasugerował cicho.
— Dementorów — wyszeptała drżącym głosem
— Czego?
Uniosła głowę. Oczy miała lekko zaczerwienione.
— D-dementorów — powtórzyła. Próby ukrycia strachu w głosie nijak jej wychodziły. — Te stworzenia to dementorzy. Pisaliśmy o nich wypracowanie na obronie przed czarną magią.
Jack dopiero teraz przypomniał sobie, że te potwory to dementorzy. Uświadomił sobie to tak późno, bo myślami był daleko od prac domowych.
— Skoro tak, to lepiej chodźmy jak najdalej od nich — powiedział Jack.
Elsa chyłkiem ocierała łzy. Chciała je ukryć.
— Za niedługo wyciągną nas z tego. — Gryfon nie miał pojęcia jak ją pocieszyć. Sam zresztą czuł się koszmarnie. Dołująca obecność dementorów odbierała mu chęci do działania.
Jack i Elsa zajęli się jeszcze murem, ale potwory nawet nie drgnęły, odkąd oddzieliła je bariera. Krukonka oraz Gryfon nałożyli kilka zaklęć, ale czary szły im wyjątkowo kiepsko. Moce dziewczyny były wyjątkowo kapryśne — mróz pokrywał wszystko, tylko nie mur oddzielający ich od dementorów.
Ruszyli jak najszybciej. Dokąd? Jak najdalej od dementorów. Jackowi ciągle wydawało się, że słyszał i czuł na plecach przeraźliwy świst oddechów potworów.
Elsa wyciągnęła dwukierunkowe lusterko. Przetarła je rękawem, pozbywając się szronu.
— Merida Brave — powiedziała cicho. Jej oddech zamglił taflę.
W zwierciadle pojawił się Smith. Krzątał się nerwowo na stanowisku sędziowskim, ludzie do niego podbiegali, mówili coś, on odpowiadał im rozkazami.
— Panienko, ja nie mam czasu na jakieś idiotyczne luster-
— Już są! — krzyknęła Merida.
Mężczyzna poprawił okulary na nosie, cała złość wyparowała z jego twarzy, gdy ujrzał Elsę i Jacka w zwierciadle. Wyrwał dziewczynie lusterko, przybliżył do siebie tak bardzo, że chłopak dostrzegł jego paskudne włosy w nosie.
— Przekaż Kriosowi, że mamy kontakt z zawodnikami. — Smith zwrócił się do młodego chłopaka w mundurze Ministerstwa Magii.
Jack wziął na siebie opowiedzenie w jak największym skrócie tego, co przytrafiło się im, odkąd weszli do Wielkiej Sali. Nie pisnął ani słowem o mocy Elsy, powiedział, że wyczarowała lodowy mur różdżką.
Smith podczas opowieśći wydawał podwładnym nowe rozkazy, narzekał na nieobecność Nixona. Dyrektor Morozow wysłał Roszpunkę, Annę i Meridę, aby poinformowały rodziców Elsy i Jacka o tym, co dzieje się z zawodnikami.
— Chcę się widzieć z moją córką. — Frost usłyszał oddalony, zdeterminowany głos.
— Proszę pana, to nie możliwe — odpowiedział ktoś.
Morozow i Smith odłożyli lusterko i wdali się w zażartą rozmowę z mężczyzną.
Elsa zagryzła wargę.
— To mój tata — szepnęła dziewczyna do Jacka, gdy sędziowie zajęli się zamieszaniem, które wszczynał pan Vintersen. Jack mógł się domyślić, że słyszał jej ojca.
Nagle na chłopaka spłynęło nienaturalne zimno. Przeszły go ciarki. Od razu wiedział, co się szykuje. Spojrzał na Elsę w poszukiwaniu zrozumienia. W jej spojrzeniu czaiła się panika — najwidoczniej Krukonka także wyczuwała powrót potwornych znajomych.
Rozumiejąc się bez słów, przyśpieszyli kroku. Okropne szpony mrozu zacieśniały się na ich skórze. Jack odwracał się z niepokojem, ale za jego plecami pozostawała jedynie ciemność.
Mróz się wzmagał. Do lusterka powrócił jedynie Smith. Nie słychać było już pana Vintersena.
Wtedy powrócili. Dementorzy. Jack nie chciał uwierzyć, że zabrały się za rozwalanie bariery, dopiero gdy on i Elsa odeszli. Widząc ich ilość, zrozumiał, że czekali na posiłki.
Zaklęcia błyskały wokół. Grzmoty czarów zagłuszały świszczące oddechy bestii. Dementorów nic nie zniechęcało. Z lusterka dochodziły ciche głosiki, ale ani Elsa, ani Jack nie mieli czasu przejmować się nimi.
Sędziowie turnieju nie mogli im za bardzo pomóc. Zanim potwory wznowiły pościg, Smith i Andersen idealnie podsumowali sytuację zawodników:
— Nie martwcie się — powiedział Smith. — Co prawda nie znacie zaklęcia Patronusa, a tylko to skutecznie odpędza dementorów...
— Liczcie na łut szczęścia, że dementorzy się wami znudzili — dopowiedział dyrektor Durmstrangu.
Okazało się, że szczęście nie sprzyjało Jackowi i Elsie.
— Expulso! — Elsa idealnie wycelowała. Miał wrażenie, że odkąd usłyszała w lusterku znajome głosy, zebrała się w sobie.
Siła zaklęcia odepchnęła upiory. Dało to zawodnikom kilka dodatkowych sekund, podczas gdy potwory się przegrupowywały.
Tunel gwałtownie opadał, otwierając się na ogromną pieczarę. Czy tam było jezioro? Tak, tam znajdowało się jezioro. Jack i Elsą wypadli na bardzo wąski pas kamienistej plaży.
Chociaż raz mogłoby coś pójść łatwiej! — pomyślał Jack z wyrzutem.
Nie mieli jak uciec. Plaża ciągnęła się tylko przez kilka metrów po obu ich stronach, a jezioro dalej otaczały tylko ciemne ściany groty. Nie dało się go obejść. Drugiego brzegu zbiornika nie było widać, bo nad tonią unosiła się gęsta mgła.
Jack wpadł na pomysł, aby płynąć. Wydawało mu się, że dobrze pływa, w końcu od małego próbował. Bardziej martwił się o Elsę, która raczej nie umiała radzić sobie w wodzie. Nadciągający dementorzy nie polepszali pływackich umiejętności obojga zawodników.
Upiory już były blisko, Elsa tworzyła lodowy mur w wyjściu z tunelu, ale miała marne szanse, aby zdążyć. Jack myślał gorączkowo i wtedy zobaczył na ciemnej toni jeziorka wybawienie. Od razu rzucił się w tamtą stronę. Przy brzegu znajdowała się mała, drewniana łódka, której stan wydawał się nieco niepokojący, jednak nie bardziej niż dementorzy.
— Elsa, wsiadaj! — rzucił do dziewczyny.
— Chyba żartujesz, że mamy wsiąść do czegoś takiego! To się zaraz rozwali! — odkrzyknęła Elsa.
— To dementorzy rozwalą nas, jeśli nie wejdziemy do tej łódki!
Krukonka zawahała się przez moment.
Z kwaśną miną wpakowała się razem z Jackiem do łajby, która niebezpiecznie zatrzeszczała, gdy usiedli na ławeczkach. Odbili od brzegu. Chłopak chwycił wiosła. Wydawało mu się, że Elsa powinna zająć się zaklęciami. Wiosłował najszybciej jak mógł, obserwując ze strachem pęknięcia w lodowej barierze.
Dementorzy przedarli się przez przeszkodę z lodu. Ich przebrzydłe twarze zwrócone były w kierunku odpływających zawodników. Elsa ściskała wycelowaną różdżkę mocno, ale dłoń lekko jej drżała. Upiory zawisły nad kamienistym brzegiem.
To, co się stało, całkowicie zbiło Jacka z tropu, chociaż powinien się cieszyć. Dementorzy zawrócili.
— Nareszcie ci piękni inaczej nas zostawili! — powiedział z ulgą.
Elsa jednak nie poddała się radości. Ciągle celowała w mroczne wyjście z tunelu, chociaż upiory już w nim zniknęły.
— Dziwne, że dalej za nami nie lecą — stwierdził Jack. Czuł, jak powróciła do niego cała energia, strach ustępował. — Nie, żebym chciał, aby dalej nas męczyli. Mogli przecież lecieć nad powierzchnią jeziora. No, ja tak bym zrobił, gdybym był cuchnącym potworem w czarnej szacie.
Dziewczyna nie zwracała uwagi na paplaninę przyjaciela, czujnie patrzyła na oddalającą się plażę.
Wpłynęli na wody osnute mgłami i brzeg całkowicie zniknął pod białym woalem.
Elsa uparła się, aby pomóc w wiosłowaniu. Okazała się sprytniejsza i użyła czarów. Wykonywała różdżką półkola, a wiosła odpowiadały na zaklęcie, samodzielnie przedzierając się przez spokojne wody jeziora. Było tak cicho, że Jack słyszał szum krwi w uszach.
Nagle rozległo się chrobotanie o dno łodzi. Elsa wstrzymała czary. Łajba zatrzymała się, otoczona mgłą. Jack ściskał mocno różdżkę w dłoni. Tylko do czego miał celować? Elsa chciała sprawdzić, czy przypadkiem nie zbliżają się do brzegu. Wychyliła się lekko za burtę.
Płynięcie przez jezioro — pomysł tysiąckroć gorszy od przesadzania Łodygopierdziawek pod okiem Salieta.
Woda bulgotała wściekle. Wynurzyło się z niej kilka widmowych dłoni równie paskudnych jak łapska dementorów. Uniosły się nad powierzchnię osadzone na chwiejnych jak makaron palikach wyglądających jak nienaturalnie długie i giętkie przedramiona.
Dłonie chwyciły nachyloną Elsę. Pociągnęły do siebie.
— Ręce przy sobie! — warknął Jack.
On i Elsa jednocześnie wypuścili w atakujących grad zaklęć. Dłonie zniknęły w toni, cicho piszcząc. Czy dłonie mogą piszczeć? Elsa opadła na pokład, łódka się zakołysała.
Jackowi coś podpowiadało, że to nie koniec problemów z dłońmi. Byłoby zbyt pięknie.
Mógłby powiedzieć a nie mówiłem, gdyby nie to, że miał ważniejsze sprawy na głowie.
Dłoni ukrytych w wodzie było więcej. Kilkadziesiąt, setki, może tysiące? Łapały się burt, rozkołysały łódkę.
Elsa i Jack musieli uważać, rzucając zaklęcia. Nie mogli zatopić swojego okrętu, tylko ułatwiliby robotę paskudnym dłonią. Odczepiali oślizgłe paluchy z krawędzi ich dogorywającej łajby.
Łódka wylądowała do góry dnem. Elsa i Jack wpadli do wody.
Kontakt z zimną tonią początkowo wstrząsnął chłopakiem, ale nie na tyle, aby wypuścił powietrze z płuc. Ręce odsuwały się od nich, wirując jak paskudne wodorosty.
Chłopak wypłynął najprędzej jak mógł na powierzchnię, plując wodą.
— Lumos!
Blask padł na pomarszczoną, ciemną taflę.
Elsa. Gdzie ona jest?! Rozglądał się przestraszony. Łódka zniknęła. Jednak bardziej przejmował się zniknięciem dziewczyny.
— Elsa! — wydyszał spanikowany.
Pojawiła się, kaszląc ciężko i z trudem utrzymując głowę na powierzchni. Jack nie myślał o tym, że paskudne, oślizgłe paluchy smyrają podeszwy jego butów. Już myślał, w którą stronę powinni popłynąć, aby dotrzeć do jakiegoś brzegu.
Elsę nagle zniknęła. Woda rozżarzyła się czerwonym blaskiem, jakby wybuchły pod nią fajerwerki. Głowa dziewczyny tylko na kilka sekund pojawiła się na powierzchni, to wystarczyło na to, aby wzięła krótki wdech. Krukonkę znowu niespodziewanie wciągnięto pod wodę. Nie pojawiło się czerwone światło.
Jack bez zastanowienia zanurkował.
Gdy tylko zanurzył głowę, ogarnęła go silna senność. Nie był ten rodzaj znużenia, który odczuwa się po zjedzeniu porządnego posiłku i wylegiwaniu przy kominku. Chłopaka opanowało przytłaczające zmęczenie, takie jak odczuwa się po ciężkim, pełnym stresu dniu.
Woda wyciszała dźwięki. Nieprzyjemne zimno wzmacniało ochotę zwinięcia się w kłębek i zaśnięcia. Powieki leniwie się unosiły...
Nie, ocknij się. — Pokręcił głową. Musiał pomóc Elsie.
Zbiornik nie był głęboki, miał około czterech metrów głębokości. W świetle różdżki Jack dostrzegł rozmyty obraz Elsy na dnie. Ospale szamotała się z wodorostami-rękoma. Chłopak płynął ku niej.
Nie zamykaj oczu.
Unoszenie powiek było trudne, wydawało się niemożliwe. Jack dziwił się, mimo że nie przebywał długo pod wodą, bo wcale nie odczuwał potrzeby zaczerpnięcia powietrza.
Gryfon dopłynął do dziewczyny. Wzdrygnął się, widząc, że dłonie odpowiedzialne za wywrócenie ich łódki były przytwierdzone do dna jak roślinność wodna. Oślizgłe palce owijały się wokół Elsy, nie pozwalając choćby o centymetr zbliżyć się do powierzchni.
Ręce-wodorosty zainteresowały się także Jackiem. Chłodne paluchy pokryte zgrubieniami owinęły się wokół nadgarstków chłopaka. Senność stała się nie do wytrzymania...
Kolejne dłonie łapały go i przytwierdzały do dna. Z obrzydzeniem zdzierał je z siebie. Nie mógł wydobyć głosu, ale mimo to próbował czarować. Podczas treningu do trzeciego zadania uczyli się zaklęć niewerbalnych. Elsa często go karciła, mówiąc, że mruczy pod nosem formuły czarów. Twierdziła, że powinni przerabiać ten materiał dopiero w szóstej klasie, ale mógł okazać się przydatny w turnieju. I faktycznie, przydałby się, tylko że senność wypierała wszelkie myśli z głowy Jacka i nie pozwalała się skupić.
Chłopak zdał sobie sprawę, że już dawno wypuścił resztki powietrza z płuc. Najwidoczniej na jezioro rzucono jakiś czar umożliwiający oddychanie pod wodą. Jack przynajmniej nie miał możliwości się utopić, dobre i to. Śmierć przez utonięcie przyprawiała go o dreszcze, nawet jeśli wydarzyła się tylko we śnie.
Poczuł wokół nadgarstka kolejną dłoń. Jego otępiały mózg nie zwróciłby na nią uwagi, gdyby nie to, że się wyróżniała — była delikatna, bez zgrubień, nieoślizgła i znajoma. Otworzył z największym trudem oczy, ale wzrok miał zamglony, widział tylko niewyraźne kontury rąk-wodorostów w blasku światła z jego różdżki.
Wyróżniające się palce wsunęły się w jego dłoń. Miał ochotę ją zacisnąć, ale one zniknęły, zabierając mu różdżkę. Nie zauważył w tym nic dziwnego. Na granicy świadomości żałował tylko, że utracił tę dłoń, znajomy element.
Huknęło zdrowo. Wodorosty-ręce pokuliły się na dnie. Jack nagle poczuł się, jakby wypił eliksir dodający wigoru. W sekundzie odzyskał jasność umysłu, senność przestała istnieć. Oślizgłe palce zniknęły, uparte niedobitki chłopak bez problemu zdarł z siebie. Zauważył Elsę, była tuż obok.
Wypłynęli na powierzchnię. Jack holował Elsę przez osnute mgłą jezioro, dziewczyna ledwo co utrzymywała się na powierzchni. Z wielką ulgą powitał kamieniste dno. Przez woal cienkiej mgły widzieli brzeg. Jack i Elsa brodzili w wodzie. Wyszli z niej drżący z zimna i nerwów. Chłopak pomyślał, że gdy wróci do Hogwartu, to przez długi czas nawet nie spojrzy na jezioro.
Po drugiej stronie szerokiej plaży czarnych kamieni widać było tunel szerszy i wyżej sklepiony niż te, przez które uciekali przed dementorami.
Elsa cała roztrzęsiona oddała Jackowi różdżkę. To ona mu ją zabrała. Krukonka uratowała ich przecież przed rękoma-wodorostami.
— A gdzie twoja różdżka? — spytał, patrząc na jej puste, blade dłonie.
Elsa nic nie powiedziała, usta jej drżały. Wskazała głową na jezioro.
— Zabrały — szepnęła słabo. Jack ledwo co ją słyszał. — Różdżkę. Eliksir. Lusterko. Wszystko zabrały.
Jack poczuł ucisk w żołądku.
Dłonie zabrały różdżkę Elsie, jej skuteczną broń. Eliksir, ich gwarancję, że pozostaną zdrowi. I lusterko — jedyny kontakt ze światem poza grotami i tunelami.
Jack z trudem skupił się na tych rzeczach.
— Accio eliksir.
Wpatrywał się w osnute mgłą jezioro. Elsa wyglądała, jakby straciła nadzieję. Wśród białego woalu błysnęło coś na złoto. Jack wyciągnął dłoń i zręcznie złapał fiolkę z eliksirem słońca.
— Widzisz, nie jest tak źle! — rzucił do Elsy pocieszająco. — Accio lusterko.
Tutaj nie poszło tak dobrze. Lusterko pojawiło się na plaży w setkach kawałeczków. Chłopak scalił je zaklęciem. Wypowiedział imię Roszpunki. Nic się nie stało. Meridy — zero reakcji. Smitha, Andersena, każdego znajomego z Hogwartu, ale za każdym razem nic się nie wydarzyło. W lusterku widział jedynie swoją twarz, oczy pełne przerażenia, posiniałe usta i ociekające wodą, pozlepiane w strąki włosy.
— Moje zaklęcie musiało uszkodzić lusterko — stwierdziła z przygnębieniem Elsa.
— Roszpunka cię zabije. Ale zawsze możemy się poprzeglądać — stwierdził Jack, parskając wymuszonym śmiechem.
Zwierciadło straciło swoje magiczne możliwości. Jack nie miał serca go wyrzucić. Wyciągnął z kieszeni namoknięty, delikatny materiał, który jakimś cudem uchował się przed łapskami, owinął w niego lusterko i schował je. Tkanina sprawiała, że wcale go nie czuł.
Jack przywołał różdżkę Elsy. Gdy pojawiła się, widział w jej oczach strach. Wypróbował na różdżce każde zaklęcie naprawiające, które znał. Efekt był gorszy niż na lusterku. Ono przynajmniej złączyło się w całość.
— Elso... — zaczął Jack niepewnie. Czuł się tak, jakby nie naprawiał różdżki, a próbował wyleczyć żywe stworzenie, zwierzątko, które należało do Elsy. — Ona chyba nie...
— Nie da się jej naprawić — powiedziała głucho Elsa.
Patrzyła bezradnie na dwie połówki swojej przełamanej różdżki.

~*~*~*~

Jack lekko obracał różdżkę. Płomienie pod jego kontrolą drgały, rzucały na około ciepły, złoty blask, walczyły z nieprzyjemnym chłodem i ciemnością korytarza.
Gryfon i Krukonka rozsiedli się w tunelu w odległości około dziesięciu metrów od plaży. Było tu znacznie wygodniej i wydawało się, że bezpieczniej niż na kamienistym brzegu jeziora.
Jack, idąc wcześniej korytarzami, napotkał dementorów, a gdy płynęli łódką, zaatakowały ich ręce-wodorosty, więc postanowili po prostu czekać. Bezczynność wydawała się lepszym rozwiązaniem.
Minął może kwadrans i dalej się sprawdzała. To chyba był dobry znak.
Jack obserwował Elsę. Rozplatała warkocz, suszyła mokre, jasne włosy w blasku ognia. Drżała, siedziała skulona i niezmiernie skupiona na rozczesywaniu palcami splotu. Widział, że próbowała zachować kamienną twarz, pokazać, że spotkanie z potworami oraz utracenie różdżki i kontaktu ze światem zewnętrznym nie robiło na niej wrażenia.
Oczywiście, udawała.
Wystarczyło dokładniej jej się przyjrzeć. Palce jej dygotały, gdy przeczesywała nimi włosy. W oczach widniał niepokój. Chłopak miał przeczucie, że przechodzące ją dreszcze nie są spowodowane wyłącznie zimnem, ale także strachem.
Adrenalina opadła, przez co mnóstwo pytań bez odpowiedzi stało się jeszcze bardziej męczących. Co to za miejsce, czemu tu trafili? Czy osoba, która ich tu wysłała, wiedziała, że napotkają takie okropności jak dementorzy? Jack wyobraził sobie, co zrobiłyby potwory, gdyby nie zatrzymały się przed jeziorem i dopadły jego oraz Elsę.
Czuł się paskudnie i wcale nie wyglądał lepiej.
Był mokry od stóp do głów, ale powoli suszył się przy ogniu. Czasami przez jego ciało przebiegały dreszcze zimna. Bolały go wszystkie mięśnie. Był zmęczony. I głodny. Jego żołądek wydawał okropne, tęskne posiłku dźwięki. Irytkowi spodobałyby się te żałosne odgłosy.
— Jak myślisz, kiedy nas stąd wyciągną? — zagadnął Jack. Irytowała go cisza, poza tym liczył na to, że Elsa odpowie choć na część męczących go pytań.
— Nie mam pojęcia — odparła bezbarwnym tonem, jakby myślami była gdzieś bardzo, bardzo daleko. — Mam nadzieję, że to miejsce znajduje się na terenie objętym kontrolą naszego Ministerstwa Magii...
— Nie myślisz chyba, że wyniosło nas za granicę — parsknął śmiechem Jack.
— To jest możliwe. Lepiej, jeśli nie wyniosło. Na to miejsce może jest rzucone zaklęcie utrudniające wykrycie i mnóstwo czarów utrudniających wejście tutaj, inaczej byliby przy nas przy pierwszym zaklęciu, które rzuciliśmy tutaj. Oby tylko szybko przełamali magię tego miejsca...
Jack wiedział, że nie mógł się spodziewać żadnej konkretnej odpowiedzi.
Elsa wystawiła dłonie do ognia. Wokół jej palców wirowały śnieżynki, które ginęły w płomieniach.
— Zastanawiałam się nad tym... — Zawahała się. — Wydaje mi się, że kojarzę osobę, która nas tutaj sprowadziła świstoklikiem.
Jack nagle się ożywił.
— Mówisz dopiero teraz, że znasz tę osobę?! — wypalił.
— Jack, ja nie mogę sobie jej przypomnieć. Wiem tylko tyle, że kojarzę ten głos. — Odpowiedź Elsy sprawiła, że z Jacka w ciągu sekundy uszło całe poruszenie. Tak naprawdę tą osobą mógł być każdy, kogo dziewczyna znała!
Oparł się ciężko o ścianę. Gdybał, ile będą musieli czekać w tunelu. Nie mieli niczego, po czym mogliby osądzić, ile czasu minęło.
Elsa wyciągnęła z kieszeni szczątki swojej różdżki, których nie miała serca wyrzucić. Obracała je w palcach, pokrywając drewno szronem. Jack czuł poczucie winy.
— Może, gdy wrócimy, to ją jakoś naprawią... — powiedział — skoro potrafią poskładać takiego Kristoffa Andersona, który rok temu na meczu połamał sobie dwadzieścia trzy kości...
— Mylisz się, Jack. Wiem, że próbowałeś ją naprawić, ale nikt nie dałby rady... — odparła smętnie. — Próbuję zrozumieć, o co chodziło dementorom i tym dłoniom z jeziora. — Jack zauważył w jej oczach jeszcze gorsze zmartwienie niż to, które pojawiało się, gdy zazwyczaj nie potrafiła rozwikłać jakiejś zagadki. — Dementorzy oczywiście mogli wykończyć nas na miejscu, złożyć pocałunek, powysysać nasze dusze... Mieli nas jak na dłoni, przynajmniej mnie... — Wzdrygnęła się na samo wspomnienie. Zacisnęła mocno powieki. Gdy znów otworzyła oczy, były szkliste od powstrzymywanych łez. — Gdybyś wtedy nie zareagował...
Otarła rękawem oczy. Jack pamiętał to paskudne uczucie, gdy stanęli twarzą w twarz z dementorami. Strach, który wówczas odczuwał, ogłupiał go. Elsa znalazła się bliżej potworów, Jack nawet nie próbował wyobrazić sobie, jak się wtedy czuła. Widział jednak, jak ogarnęła ją panika, nie mogła się ruszyć, gdy patrzyła w paskudną twarz potwora.
Do Elsy powróciło echo tych paskudnych wydarzeń, które miały miejsce tamtego dnia. Zabrakło jej głosu. Odwróciła głowę od Jacka. Mimo to dokładnie widział, jak ociera łzy rękawem, ale niepotrzebnie, bo zaraz pojawiały się nowe.
Jack nie bardzo wiedział, co zrobić. Po spotkaniu z dementorami także miał ochotę popłakać się jak małe dziecko. Nie rozumiał, czemu chciała ukryć, że płacze.
Złapał ją za wolną dłoń. Palce miała lodowate. Dziewczyna po chwili słabo odwzajemniła uścisk.
— T-te dłonie... — kontynuowała Elsa roztrzęsionym, cichym głosem — one nie chciały nas potopić...
— Też mi się tak wydawało — powiedział Jack.
— O-one chciały nas uśpić... — Ciężko przełykała ślinę i wpatrywała się załzawionymi, zaczerwienionymi oczyma w ogień. — D-de... dementorzy zawrócili tak nagle, jakby coś ich odwołało... Bardzo nie podoba mi się to, co tutaj się dzieje...
— Możemy poczuć się wyjątkowo, może te atrakcje przygotowano specjalnie dla nas? — parsknął śmiechem Jack.
Dopiero gdy to powiedział, zdał sobie sprawę z tego, jak upiornie to zabrzmiało.
Czy twórca świstoklika wybrał specjalnie ich, Elsę i Jacka, aby wylądowali w grocie z potworami? Chłopak wolałby myśleć, że stali się przypadkowymi ofiarami. Owszem, znał osoby, które szczerze za nim nie przepadały. Jednak nie sądził, aby Hans, Bulstrode czy inni Ślizgoni zafundowaliby im tak okropne przeżycia — chociaż wielu z nich pewnie chciałoby.
— Wolę, żeby okazało się, że jesteśmy tylko przypadkowymi szczęściarzami — wymamrotała Elsa. Jej dłoń i dłoń Jacka ciągle były splecione ze sobą.

~*~*~*~

Tysiące ciemnych dementorów kłębiło się wokół zamrożonego jeziora gotowe na widowisko. Wszystkie rozsiewały fale zimna i strachu. Jeden upiór nosił duży, komiczny kapelusz z motywem FROST — KRÓL MAZGAJÓW, ale nie wydawał się ani trochę mniej przerażający niż pozostałe.
Jack nachylił się nad lśniącą powierzchnią jeziora i prawie krzyknął, widząc siebie w odbiciu. Znowu był niskim, chudym, niechlujnie ubranym jedenastolatkiem z ostającymi uszami. Pewnie gdyby się odezwał, okazałoby się, że ma okropnie piskliwy głos.
Czuł, jak coś przewraca mu się w żołądku. Jego przyśpieszony, głośny oddech ginął w świstach wydawanych przez dementorów. Miał ogromną ochotę uciec, gdzie pieprz rośnie, ale nogi odmawiały mu posłuszeństwa.
— Śpiesz się, chłopcze — zagrzmiał nieznajomy, lodowaty, przepełniony rozbawieniem głos w głowie Jacka. Czaszkę chłopaka przeszył ból, nogi stały się jak z waty, po plecach przeszły ciarki. — Śpiesz się, Jack, po nagrodę! Chyba nie powiesz mi, że jesteś tchórzem i nie przejdziesz przez to jezioro, aby im pomóc?
Po drugiej stronie jeziora dostrzegł swoją rodzinę — mamę, Emmę... i tatę. Byli tam we troje, otoczeni przez dementorów.
Nie był tchórzem. Uratuje rodzinę, chociaż stał się na powrót jedenastolatkiem, drżał ze strachu i nie miał przy sobie nawet różdżki.
Czując ucisk w gardle, wstąpił na trzaskającą przy każdym jego kroku taflę jeziora. Pęknięcia pojawiały się pod jego stopami.
Znalazł się na samym środku zbiornika. Czuł na sobie spojrzenia dementorów. Lód wydawał coraz głośniejsze trzaski, rysy stawały się coraz bardziej widocznie.
Jack poczuł przypływ odwagi, gdy spojrzał przez ramię i zauważył, że przeszedł połowę drogi. Zrobił krok do przodu.
Wszystko stało się szybko.
Skóra w kontakcie z lodowatą wodą paliła. Płuca bolały. Wierzgał nogami, wyciągał ręce w górę, aby wypłynąć na powierzchnię, ale w miejscu, gdzie powinna być szczelina, znajdowała się gruba warstwa lodu.
Na taflę weszło kilka osób. Jack widział ich buty. Tłukł pięściami w lód. Czemu oni nie zauważyli, że wpadł pod wodę?! Czemu nie pomagają?!
— ...nie mam zamiaru go szukać! — Usłyszał pełen wyrzutu głos Meridy. — Nie mam zamiaru mu pomagać, skoro sam nie chce sobie pomóc!
Jak to nie chciał sobie pomóc? Przecież ze wszystkich sił dawał znać, że jest blisko, potrzebuje pomocy, inaczej zginie!
— Merida, ty się przecież nigdy nie poddajesz — odparł drugi głos. Roszpunka.
— Może Merida ma rację... — przyznał Czkawka.
Jack słyszał kolejnego przyjaciela. Żaden z nich nie pośpieszył mu z pomocą. Czuł, jak pochłaniają go odmęty.
Ledwo co usłyszał ostatnie słowa Krukona:
— ...Elsa, nie ma co szukać, daj sobie spokój...


Nagle spłynęła na niego świadomość, że znajduje się w ciemnym, zimnym korytarzu, przed nim kołysze się ogień, a tuż obok siedzi Elsa.
Okropny głos, jego bezradne, jedenastoletnie ja, tonięcie i porzucenie przez przyjaciół było paskudnym, realistycznym snem. Tak prawdziwym, że ciągle miał wrażenie, jakby otaczała go lodowata woda.
— Podtrzymywałam ogień — wyjaśniła Elsa. Spojrzała na swoją dłoń, w której trzymała różdżkę Jacka.
Jack półprzytomnie pokiwał głową. To go akurat najmniej martwiło. Elsa i tak zwróciła mu różdżkę, roztargniony prawie ugasił ogień.
— Ile właściwie spałem? — spytał, czując, że zaschło mu w gardle.
— Trudno określić — odpowiedziała dziewczyna. — Dwie godziny. Może trzy.
— Mogłaś mnie obudzić...
— Gdyby coś się działo, na pewno bym cię obudziła. Jednak nic się nie działo.
Jack po nieplanowanej drzemce czuł się jeszcze bardziej zmęczony i obolały. Wydawało mu się jednak, że nie zmruży ponownie oka po tym koszmarze.
— Chcesz się zmienić? — zapytał.
Elsa wyglądała na padniętą.
— Nie wiem, czy tutaj w ogóle dam radę usnąć — stwierdziła. — Jednak obudź mnie w razie czego.
Nie miała racji. Ułożyła się najwygodniej, jak można było w takich warunkach i już po chwili jej oddech się uspokoił. Zasnęła.
Jack zastanawiał się, jak Elsa wytrzymała, gdy on spał.
Nie wiedział, ile czasu minęło, ale już szlag go trafiał. Nie miał za wiele do roboty oprócz pilnowania płomieni i rozglądania się po ciemnym tunelu. Elsa usnęła, więc siedział cicho. Po raz pierwszy, odkąd rozpoczęło się trzecie zadanie turnieju, doskwierała mu nuda, chociaż o wiele bardziej wolał nudzić się niż spotkać z dementorami.
Bawił się płomieniami, sprawiał, że przybierały najróżniejsze kształty, ale szybko stracił tym zainteresowanie. Wyciągnął lusterko z kieszeni, mając nikłą nadzieję, że może samo się naprawiło. Niestety, w odbiciu widział jedynie swoją twarz — rozczochrane do granic możliwości włosy i podkrążone oczy. Nie bardzo przejmował się swoim wyglądem, ale gdyby pojawił się w Hogwarcie, wszyscy uznaliby go za zjawę.
Jack zastanawiał się, jak długo potrwają poszukiwania. Pragnął jak najszybciej wydostać się z jaskini. Marzył o powrocie do Hogwartu, ponownym spotkaniu z przyjaciółmi i rodziną, zjedzeniu ciepłego posiłku, wykąpaniu się, przebraniu w czyste ciuchy i zaśnięciu w wygodnym łóżku. Już nawet mógłby nie wygrać turnieju.
Kiedy wreszcie pojawią się ci ludzie z Ministerstwa?
Może panie od papierkowej roboty nie wyraziły zgody na poszukiwania, bo najpierw mają regulaminową przerwę na lunch — myślał poirytowany, chociaż Elsa wyjaśniała mu, czemu lokalizowanie ich może długo potrwać.
Po ścianie śmignął cień.
Jack przetarł oczy. Może przywidziało mu się od zbyt długiego gapienia w ognisko.
Chłopak jednak uważniej obserwował tamto miejsce.
Tym razem nie miał wątpliwości. Znów przemknął przez nie cień wielkości człowieka.
Frost podniósł się nieco, cały zesztywniał. Elsa mruknęła coś. Miał już wrażenie, że się obudziła, ale ona dalej spała. Cień znajdował się kilka metrów dalej, przybrał człowieczą sylwetkę. Machał do Jacka ponaglająco swoją ciemną dłonią.
Chłopak zamierzał już zbadać, co się dzieje. Jednak przypomniał sobie, że miał obudzić Elsę, jeśli coś go zaniepokoi.
— Elsa... — Potrząsnął nią lekko. Drgnęła niespokojnie. — Hej, obudź się!
— Co? — wybąkała zaspana.
— Dzień dobry... a może dobry wieczór? Miałem cię budzić, jeśli coś będzie nie tak. Patrz.
Elsa podniosła się na łokciach i popatrzyła w miejsce wskazane przez Jacka. Zmrużyła oczy.
— Jack, tam nic nie ma... — powiedziała. — Chcesz się zmienić, tak?
— Nie widzisz tego? Tam jest cień, facet... — odpowiedział chłopak. Człowiek-cień pomachał dłonią w stronę Elsy.
Dziewczyna wytężyła wzrok.
— Nic tam nie ma... — powtórzyła.
Jack nie mógł uwierzyć, że ona nie widzi tego cienia.
— Jak to nie ma?! — Wstał i ruszył w stronę cienia.
Gdy znalazł się blisko, człowiek-cień zaklaskał. Najdziwniejsze było to, że odgłos braw był słyszalny. Elsa podniosła się na równe nogi, już przekonana, że coś nie grało.
Wtedy nagle między dziewczyną a Jackiem wyrosła ciemna, gruba ściana.
— Elsa?! — zawołał chłopak, tłukąc boleśnie pięściami w ścianę. Bezskutecznie.
Rzucał na barierę zaklęcia, od których ściana bez problemu powinna zostać unicestwiona, ale to nic nie dawało. Pozostawała nieruchoma i uchodziła bez szwanku.
Jack ponawiał rozpaczliwe próby zniszczenia bariery. Nie mogli zostać z Elsą oddzieleni od siebie.
Gdy zaklęcie odrzuciło go do tyłu i wylądował boleśnie na podłodze, zauważył, że ktoś mu się przygląda.
Duch. Nie. Cień.
Umknął w ciemność.
Wszystkie myśli odeszły na bok. Nic się nie liczyło. Jack zapomniał o wszystkim: o Elsie, dementorach, złych snach. Nic nie istniało.
Jack ruszył za nim. Za Anthonym Frostem.

~*~*~*~

Cześć!
Na wstępie piszę: nie wiem, jak to będzie z rozdziałami w najbliższym czasie. Wyjeżdżam, wracam dopiero trzy dni przed rozpoczęciem roku. Raczej znajdę dostęp do internetu. Nie mam jednak pojęcia, czy znajdzie się jakiś komputer, na którym będzie możliwość pisania. Jeśli nie znajdę, będę musiała zapisywać wszystko tradycyjnie — w zeszytach. Zobaczymy, jak to będzie.
Co sądzicie o tym rozdziale? Dementorzy dali Elsie i Jackowi w kość, co nie? Jednak spokojnie, wszystko przed nimi!
Znając życie, pewnie coś mi umknęło, jakiś okropny błąd.
Co sądzicie o rozdziale? Podobał się?

Pozdrawiam, życzę miłych wakacji!

15 komentarzy:

  1. Brak słów nie są się opisać jak ty możesz pisać tak dobrze i jeszcze pamiętając o uczuciach, akcji i wszystkich szczegółach złączonych z tłem i pomieszczeniem :-| nie wiem jak to nazwać
    Życzę dużo dużo weny i udanych wakacji !!!
    PS: Myślę że następny rozdział będzie jak najszybciej się tylko będzie dało!!!
    Pozdrawiam Lulek!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Och, bardzo dziękuję ♥
    Następny rozdział pojawi się prawdopodobnie we wrześniu.
    Pozdrawiam, także życzę Ci udanych wakacji!

    OdpowiedzUsuń
  3. Końcówka zdecydowanie najciekawsza. Chociaż reszta też niczego sobie.

    Życzę miłych wakacji.

    Pozdrawiam i zapraszam do mnie na rozdział.
    http://hrhczylimagicznaspolka.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że się spodobało :)
      Pozdrawiam i także życzę dobrych wakacji.

      Usuń
  4. Rozdział przeczytałam dawno temu ale nie skomentowałam! Eh przepraszam widocznie mam słabą pamięć -.-
    Merlinie, co tu się działo! Taka akcja, że woah. Przyznam szczerze, że miałam ciarki czytając ten rozdział. Cieszę się, że mieli te lusterka, dzięki nim wszyscy wiedzą, że żyją. Ale to końcówka była tu najlepsza i dzięki niej mam ochotę na więcej!
    Czekam na dalszy ciąg i życzę weny
    Pozdrawiam
    Arcanum Felis

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic się nie stało! :D
      Mam nadzieję, że uda mi się szybko zaspokoić Twoją ochotę na nowy rozdział.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  5. Hej opowiadanie świetne , nie wiem co jeszcze dodać :) przez to opowiadanie obejrzałem "Frozen" heh skończyłem przed momentem czytać ostatni dodany rozdział. Pierwsze "Potterowskie" opowiadanie bez Pottera :) czekam z niecierpliwością, na dalszy rozwój sytuacj :)
    Pozdrawiam, Pplferius

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję ☺. Nie obrazisz się, jeśli usunę drugi komentarz? (Chyba dodał się dwa razy przypadkowo).
      Pozdrawiam!

      Usuń
  6. Pewnie, że się nie obrażę ;) a kiedy następny rozdział?
    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurczę... z następnym rozdziałem to naprawdę nie wiem. Póki co mam napisaną jakąś połowę rozdziału ;)

      Usuń
  7. Oki, dzięki za odpowiedź :) trzymam kciuki i życzę weny :) po obejrzeniu "Frozen" non stop łażę i śpiewam mam te moc XD aż się udzieliło jednej osobie :P

    OdpowiedzUsuń
  8. *pisk ekstytacji* Boże, jakie to było cudne! Przysięgam, gdy czytałam go prawie bez dechu. Naprawdę, w tym rozdziale jest tyle akcji, że WooooW XD To, jak ty opisujesz każdy moment akcji, rozmowy bohaterów, miejce akcji....Jezus, ty normalnie masz wielki talent! Błagam, zostań w przyszłości pisarką! Założę się, że twoje książki staną się tak sławne jak Rowling!
    Teraz to ja naprawdę się boję. Jack z Elsą są rozdzieleni, a Jack idzie gdzieś za ZMARŁYM ojcem O.O Serce mi bije jak szalone! Lecę czytać next, bo naprawdę musze wiedzieć co się teraz stanie!
    Pozdrawiam i całuję :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeju, naprawdę dziękuję! Do pisarki i opowieści pokroju dzieł Rowling jednak mi brakuje :p
      Zapraszam do czytania kolejnych rozdziałów!
      Pozdrawiam!

      Usuń