niedziela, 18 września 2016

Rozdział XXXI — Zmarły, zdrajca i morderca

Malutkie śnieżynki wirowały między jej palcami, rzucając błękitny blask. Mogła się starać, ale światło było słabe i ledwo przedzierało się przez ciemność.
Z okropnym zamętem w głowie, udało jej się przypomnieć o eliksirze słońca. Zdenerwowanie paraliżowało ją, czuła się tak, jakby wpadła znów do zimnej wody jeziora. Z trudem panując nad odruchami, wyciągnęła z kieszeni fiolkę, która natychmiast rozproszyła mrok ciepłym, złotym blaskiem.
— Jack?! — zawołała Elsa, chociaż strach zaciskał mocno palce na jej gardle.
Odpowiedziała głucha, dzwoniąca w uszach cisza. Trwała i trwała, chociaż dziewczyna nasłuchiwała i ciągle miała nadzieję, że usłyszy cokolwiek poza hałaśliwym łomotaniem własnego serca. Starała się nawet nie oddychać, bo obawiała się, że jej oddech zagłuszy głos Jacka.
Czas płynął.
Kolejne uderzenie serca, następne setki myśli pełnych trwogi. I tak sekunda za sekundą. Minęła już minuta? Dwie? Może wieczność? Dalej nie było żadnego znaku życia ze strony Jacka.
Nie panikuj.
Podeszła do zimnej ściany, która w mgnieniu oka oddzieliła ją od przyjaciela. Oglądając mur w świetle leczniczego eliksiru, zyskała pewność, że przeszkoda była solidna, może także dźwiękoszczelna. Jednak dziewczyna wiedziała, że Jack dałby radę rozwalić tę barierę zaklęciem...
Tylko, czy nie zrobiłby tego od razu, gdy zostali rozdzieleni?
Elsa stwierdziła, że na mur mogły zostać rzucone jakieś zaklęcia wzmacniające. Jednak pomyślała o innym powodzie, dlaczego Jack nie forsuje przeszkody. Chłopak mógł nie być w stanie tego zrobić. Dziewczyna zadrżała. Przypomniała sobie człowieka-cienia, którego widział tylko jej przyjaciel. Niektórzy czarodzieje posiadali umiejętność zmieniania się w półmrok, jednak gdyby to mag stał za ich kłopotami, ujrzeliby go oboje. Krukonce przyszło na myśl jedno stworzenie magiczne umiejące stać się cieniem widocznym tylko dla wybranych — przyszłych ofiar.
Elsa miała przykrą świadomość, że jej przyjaciel najprawdopodobniej był w śmiertelnym niebezpieczeństwie, a ją oddzielała od niego ściana, której nie potrafiła za nic sforsować. Jej moce w żaden sposób nie mogłyby pomóc. Jack może właśnie ginął z rąk tego paskudnego potwora. Prawdopodobnie wydawało mu się, że widzi bliską, zmarłą osobę jako cień. Może bestia zrobiła już krok dalej i zaczęła kusić chłopaka pod postacią wyjątkowo pięknej dziewczyny? Elsa tylko miała nadzieję, że zanim kreatura przejdzie do rzeczy, minie trochę czasu. Empuza lubiła najpierw pobawić się swoimi ofiarami, sprawić, że bezgranicznie jej zaufają, zanim je zaatakuje.
Dziewczyna nigdy przedtem nie czuła się tak bezbronna: nie posiadała działającej różdżki, została sama w ciemnościach, wiedząc, że Jack pewnie jest mamiony przez potwora.
Nie miała planu ani nawet przeczucia, co powinna robić. Czekać? Oczywiście, że nie! Próbować zniszczyć mur? Nie, to niemożliwe. Widziała tylko jedną, bardzo ryzykowną opcję, która przy sprzyjających wiatrach dawała i tak nikłe szanse na odnalezienie Jacka. Nienawidziła ryzykować. Unikała tego za wszelką cenę, ale teraz nie miała wyboru. Czekanie w strachu i liczenie na to, że Gryfon jakimś cudem przeżyje i jeszcze ją odnajdzie, nie wchodziło w grę.
Zawróciła na sztywnych nogach w stronę jeziora. Nie dotarła jednak do kamienistej plaży, tylko stanęła w połowie drogi do niej tuż przed ogromną dziurą w ścianie ukazującą kolejny tunel. Z nieznanego korytarza dpchodziło mroźne, kąsające twarz powietrze. Elsa objęła się ramionami, ale to wcale nie pomogło się rozgrzać. Jej moc powodowała, że zimno stawało się tysiąckroć bardziej nieznośnie. Czuła ciepło jedynie w dłoni, w której ściskała promieniującą złotem fiolkę.
Pokrzepiona jedynie blaskiem eliksiru, starając się zbędnie nie zastanawiać, najpewniej jak umiała, zrobiła krok w ciemny, nieznajomy korytarz, licząc na to, że on poprowadzi ją do Jacka.
Mrok i zimno przytłaczało, sprawiało, że traciła orientację, gdy tunel wił się, unosił i opadał. Zaciskała palce na buteleczce tak mocno, jakby od tego zależało jej życie. Ciągle wyobrażała sobie przerażające postacie dementorów, które wyłaniają się z ciemności. Nie dałaby rady przetrwać kolejnego spotkania z nimi. Jedynie ze swoją mocą, bez Jacka czuła, że od razu poddałaby się nawet bez walki. Sama myśl o takim obrocie wydarzeń napawała mocnym niepokojem.
Cisza dzwoniła w uszach. Dziewczyna, idąc przed siebie, myślała o przyjacielu i tym, co ich spotkało, odkąd rozpoczęło się trzecie zadanie turnieju. Nie potrafiła zrozumieć zaistniałej sytuacji i to przerażało ją jeszcze bardziej.
Tunel wydawał się nie mieć końca. Mrok cały czas był gęsty, zimno bez przerwy dokuczało. Elsa z każdym krokiem czuła się coraz bardziej bezsilna i sfrustrowana. Szczerze powiedziawszy, wolałaby nie myśleć o niczym w tamtym momencie. Niestety, niechciane rozmyślania jeszcze bardziej pobudzały nieprzyjemne uczucia.
Co, jeśli Empuza już skończyła z Jackiem?
Nie myśl tak — nakazała sobie dziewczyna.
Co, jeśli odnajdziesz Jacka, ale wtedy będzie już nieżywy? Martwy?
Ta myśl sprawiła, że zimno przeniknęło boleśnie jej kości. Nie mogła wyzbyć się tej wizji z głowy. Mimowolnie przypomniała sobie chłopaka pod wpływem jadu Akromantul. Nie wiedziała, czy zniosłaby widok ponownie rannego Jacka, a gdyby okazało się, że przyszła za późno...
Ignorując dławiący ucisk w gardle i zaciskając mocno usta, szła przed siebie, rozsiewając po podłożu gołoledź.
Tunel się rozszerzył. Elsa nawet nie zwróciła uwagi, kiedy wkroczyła do niewielkiej, okrągłej groty — rozwidlenia korytarza. Pod ścianą stał ustawiony duży kamień. Zaciskała mocno palce na eliksirze, gdy w jego świetle przyglądała się dwóm przejściom. Wyglądały identycznie.
Nie potrafiła wstąpić w żaden tunel. Nie miała pojęcia, co w nich czeka i czy którykolwiek zaprowadzi ją do Jacka. Może pójdzie złym, podczas gdy drugim mogłaby dotrzeć do przyjaciela? Może oba pomogą jej dojść do celu... Ale jeśli żaden nie zaprowadzi jej tam, gdzie pragnęłaby być?
— Wybrałbym korytarz po prawej — rozległ się cichy, przeszywający głos.
Elsa zesztywniała. Zacisnęła mocno powieki. Czy tkwiła w ciemnościach tak długo, że zaczyna mieć przesłyszenia?
Korytarz po prawej nagle wydał jej się jaśniejszy i mniej chłodny. Jego koniec był bliżej, niż zakładała. Migotał tam kształt, sylwetka człowieka — niewysokiego, żylastego chłopaka. Uchylał się przed drugą postacią.
Byli tam — Jack i Empuza.
Elsa chciała natychmiast popędzić w ich stronę, pomóc przyjacielowi, który może paść ofiarą potwora. Jednak powstrzymała się przed tym.
Nigdy przedtem nie była w takiej sytuacji, ale wiedziała, że raczej nie ufa się tajemniczym, bezcielesnym głosom. Co, jeśli widok przyjaciela to tylko halucynacja? Co, jeśli ona, Elsa, zaczyna wariować?
— Spokojnie, dziewczyno. Nie martw się, z twoją głową wszystko w porządku, ręczę za to — powiedział aksamitny, miły głos. Dochodził zewsząd. Słowa wypowiadał tak, że Elsa przestała niepokoić się o swoje zdrowie psychiczne. Uwierzyła, że głos istnieje naprawdę. Według niej byłby on idealny do czytania książek. Wciągnąłby w najnudniejszą lekturę nawet najbardziej krnąbrnego przeciwnika czytania.
Mimo to pozostała czujna. Nie rzuciła się do jaśniejącego korytarza.
— Kim jesteś? — zwróciła się do bezcielesnego głosu, zachowując nieufny ton.
Głos zaśmiał się. Nigdy przedtem nie słyszała tak idealnego śmiechu, był on jak śmiech osoby, której można bezgranicznie zaufać, a jednak kryło się w nim coś nierealnego. Przypominał chichot kogoś, komu zależy tylko na poznaniu sekretów drugiego człowieka, niekoniecznie zachowaniu ich dla siebie.
— Och, różnie mnie nazywają... niektórzy określają mnie mianem przyjaciela, przewodnika lub doradcy, ale są tacy, a jest ich mniej, którzy nazwą mnie wrogiem. Wszystko zależy od tego, jak dobrze mnie poznają — odparł tajemniczo głos, wyraźnie ucieszony pytaniem dziewczyny.
Elsa dosłyszała, że bezcielesny głos mówił z lekkim słowiańskim akcentem.
Ponownie przetwarzała informacje. Bezcielesny głos... przyjaciel... wróg... przewodnik... — to wydawało się znajome. Sugestia, który korytarz wybrać... Ten słowiański akcent... Fakty dość opornie ułożyły się w całość.
— Wiem, kim jesteś. Na pewno nie jesteś przyjacielem — powiedziała chłodno. — Jesteś Bełtem, zgadza się?
— Gratulacje. Niewielu czarodziejów poza tymi z moich stron mnie kojarzy. Muszę szczerze przyznać, jestem pod wielkim wrażeniem twojej wiedzy...
Bełt powiedział to w taki sposób, że Elsa naprawdę poczuła się dumna, że odgadła jego tożsamość. Zaraz zrobiło jej się bardzo, bardzo głupio.
— Skoro ty odgadłaś moje imię, to może w ramach rekompensaty, odpłacę ci się dobrą radą — odpowiedział Bełt. — Powinnaś iść prawym korytarzem. Mimo że miło mi się z tobą rozmawia, to nie będę cię zatrzymywał. Przyjaciel — wypowiedział to słowo tak, jakby mogło mieć tysiące znaczeń — cię potrzebuje.
Elsa zawahała się. Rozmówca był miły, miał przyjazny ton głosu, sprawiał wrażenie, że naprawdę chce zrewanżować się dobrą radą. Dziewczyna uwierzyłaby mu, gdyby nie przypomniała sobie, że ten demon nigdy nie ma na względzie dobra innych.
— Oszukujesz mnie — powiedziała surowo. — Chcesz, abym wpadła w pułapkę.
— Skąd taki wniosek? — spytał niewinnie Bełt. — Pewnie masz na względzie te plotki, które o mnie rozsiewają ludzie... Prawda jest taka, że nie mam żadnej uciechy z pokazywania innym złej drogi. Ten stereotyp narósł przez pijaków, którzy wracając nietrzeźwi do domu, nie chcieli słuchać moich dobrych rad i błądzili... Oczywiście o swoje problemy oskarżyli i do tej pory oskarżają mnie. — W jego głosie brzmiała gorycz.
Elsie zrobiło się szkoda demona. Sama wiedziała coś o krzywdzących plotkach.
On gra na twoich uczuciach — pomyślała. Aksamitny, przekonujący głos na nią działał... a może Bełt mówił prawdę? Może tak naprawdę jest on ofiarą fałszywych oskarżeń, które powtarzane są od setek, może tysięcy lat?
Dziewczyna zerknęła na eliksir, jego złoty blask migotał. Odgoniła od siebie współczucie.
— Nie, nie wybiorę tej drogi — powiedziała uparcie Elsa.
Zrobiła krok w stronę ciemnego tunelu. Czyżby był on bardziej mroczny i zimniejszy niż przedtem? Wydawało się logiczne, że Bełt uatrakcyjni ten korytarz, który doprowadzi ją do zguby. Dlatego to ponure przejście wydawało się dobrą drogą.
— Twój wybór... — westchnął demon. — Nie będę cię powstrzymywał, jeśli chcesz wejść w ten ciemny korytarz...
Elsa zatrzymała się. Może Bełt specjalnie nie zatrzymywał jej przed wejściem w ciemny korytarz? Czy chodziło mu o to, aby na przekór wybrała ten mroczny tunel?
— Dobrze radzę, abyś się pośpieszyła... — powiedział Bełt. — Moja przyjaciółka za chwilę zajmie się twoim przyjacielem...
— Kłamiesz! — krzyknęła bezsilnie. Nie potrafiła powiedzieć, czy demon powiedział jej prawdę, czy skłamał. Chciała wierzyć, że kłamał. Wybór ją przytłaczał.
— Szkoda chłopaka, naprawdę...
Elsa zacisnęła palce na buteleczce. Nie mogła dać się omamić. Nie mogła słuchać dłużej Bełta.
— Wybór korytarza jest chyba prosty, nieprawdaż? — stwierdził demon. — Mimo że jesteś naprawdę uzdolniona, nie sądzę, abyś poradziła sobie z tym, co czeka w lewym korytarzu...
Jak na zawołanie ze wspomnianego przejścia wyłoniło się tysiące kreatur. Elsa od razu wystrzeliła w ich stronę lodowe promienie. Widziała tylko kryształy lodu oblepiające czarne, włochate cielska.
Znowu Akromantule!
Nadciągały kolejne. Nie wiedziała, jak to możliwe, ale ją otoczyły. Strzepywała pająki, ale one uparcie wspinały się po niej.
Akromantule atakowały w ciszy. Elsa krzyczała na pomoc. Oczywiście nikt nie mógł jej usłyszeć. Czuła na sobie okropne pajęcze ciałka.
— Pomóż mi! — pisnęła do Bełta. Tak naprawdę nie mogła liczyć na cokolwiek z jego strony — Błagam!
— Przepraszam — odparł demon, wzdychając. — Jak widzisz, mogę ci udzielić wsparcia jedynie w postaci mojego głosu...
Pająki wchodziły do ust, plątały się we włosach, drapały odnóżami po powiekach. Na oślep próbowała je zamrażać. W ułamku sekundy uwalniały się z lodu, nie zwracały uwagi na szron i zimno.
Upadła. Akromantule nie odpuszczały. Chociaż, na szczęście, nie kąsały
To Elsę zastanowiło, pomimo że bała się nie na żarty. Te potwory najpierw użyłyby swojego jadu, aby osłabić ofiarę.
Odważyła się otworzyć oczy. Ze zdziwieniem zdała sobie sprawę, że pająki nie robiły jej żadnej krzywdy. Spojrzała na dłoń, w której trzymała magiczną miksturę. W zasięgu najsilniejszego blasku Akromantule znikały, rozpływały się w powietrzu jak dym. Poświeciła eliksirem na drugą rękę — pająki znajdujące się w świetle stawały się niewidzialne.
Uspokoiła się nieco. Widok pajęczaków budził w niej dyskomfort, ale tylko dyskomfort. Zrozumiała, że pająki to kolejna sztuczka Bełta — halucynacja, podobnie jak widok Jacka i Empuzy w jednym z korytarzy.
Złoty eliksir rozsiewał nierównomierne promienie. Blask jakby kierował się w jedną stronę.
Bełt ponownie się odezwał:
— Uważaj na...
— Dość! — powiedziała hardo Elsa. — Nie chcę twoich rad.
Skupiła się na blasku eliksiru. Promienie uginały się, kierując ku ciemnej ścianie. Podeszła bliżej.
Było tam inne przejście. W blasku mikstury dostrzegła kolejną drogę, którą tak skrupulatnie ukrywał przed nią demon. Jak mogła być taka ślepa? Jak mogła nie dostrzec jeszcze jednego wyjścia? Wierzyła, że jest ono poprawne, inaczej Bełt by go nie ukrywał.
— Nie idź tam! — krzyknął demon. Pewność siebie i aksamitny ton zniknęły z jego głosu zastąpione przez desperację.
Nowe przejście przykrył mrok, ale ona wiedziała, że na pewno tam było. Bełt ukazywał szkarłatną krew wypływającą ze szczelin ścian. Ze szczękoczułek pająków skapywał jad. Sylwetka Jacka migocząca na końcu jednego tunelu wyciągała ku niej błagalnie ręce. Elsa jednak wiedziała, że te wszystkie paskudne rzeczy to tylko sztuczka Bełta, który pragnie ją za wszelką cenę odciągnąć od tunelu, który ukrywał.
— Dziewczyno — odezwał się Bełt — tam nie ma żadnego tunelu, rozum płata ci figle...
— To zabawne — parsknęła Elsa. — Jeszcze niedawno mówiłeś, że z głową mam wszystko w porządku.
Nie zwracała uwagi na słowa demona. Zrobiła śmiały krok w korytarz wskazany przez eliksir słońca. Opanowała ją cisza, już nie słyszała błagań Bełta. Spojrzała przez ramię na grotę — nie dostrzegła tam żadnej krwi spływającej ze ścian ani pająków.
Ruszyła przed siebie; ten korytarz był niemniej zimny i mroczny od pozostałych. Blask eliksiru wzmacniał odwagę Elsy. Wiara w złote światło mikstury wydawała się naiwna, jednak naprawdę dodawała siły do działania. Dziewczyna uważała to za idiotyczne, ale nie chciała wątpić w eliksir, który wyleczył Jacka z pajęczego jadu i pomógł znaleźć jej odpowiednią drogę.
Droga nie była długa. Koniec tunelu przybliżał się. Migotało tam blade światło.
I wtedy zobaczyła scenę, której miała nadzieję nie ujrzeć.
Empuza uśmiechała się szaleńczo, zlizując szkarłatną posokę ze szponów, obserwując, jak Jack chwieje się na nogach w przesiąkniętej czerwienią koszuli. W coraz bardziej zamglonym spojrzeniu chłopaka czaił się strach, ale także niedowierzanie.
Elsa bała się, ale jednocześnie rósł w niej gniew. Czuła zimno przenikające przez dłonie, gdy widziała okropny uśmiech potwora.
— Patrzcie, kogo my tu mamy — zarechotała Empuza w stronę Elsy, ukazując przy tym swoje idealnie białe zęby zabarwione szkarłatem. — Nie kombinuj, dziewczynko, a nic ci nie zrobię.
Te słowa powinny wzbudzić w Elsie strach i faktycznie tak było. Jednak Empuza nie przewidziała tego, że zamiast odstraszyć, zmotywuje dziewczynę do działania.
Elsa nigdy przedtem nie znajdowała się w takim stanie. Jej ubrania łopotały na wietrze. Wszechobecny szum narastał do ryku. Śnieżyca przesłoniła wzrok, ale ona dokładnie wyczuwała, gdzie znajdowała się bestia.
Zimno ją przenikało, stało się częścią niej.

~*~*~*~

Jedenastoletni Jack nie wiedział, dokąd w ogóle biegł. Nie pamiętał, jak długo pędził przed siebie. Mróz palił skórę. Pęd wydzierał powietrze z płuc, bolało go w boku, dławiło w gardle. Przełykał łzy, gdy brnął przez gęsty las.
Chłopak runął na ziemię.
Debilny korzeń.
Jack klął tak paskudnie jak nigdy, bardziej niż szalony pijak Bob, kiedy zabrakło mu alkoholu lub gdy ktoś zakłócił jego spokój. Jedenastolatek robił to nie tylko dlatego, że wylądował na ziemi twarzą w błocie. Wszystkie paskudne słowa, które wylatywały z jego ust, wzięły się z całej tej frustracji, która nagromadziła się w nim w krótkim czasie. Myśli plątały się. Uczucia mieszały. Czuł, jakby przez cały ten smutek, gniew i niedowierzanie miał stanąć w ogniu.
Podniósł się roztrzęsiony. Polanka, na którą nieświadomie trafił, wyglądała niesamowicie. Drzewa rzucały długie cienie w promieniach zachodzącego słońca. Biały śnieg się iskrzył. Staw pokrywał lód. Jack bywał już w tym miejscu, kiedy włóczył się sam lub ze znajomymi, wiedział że w lecie wyglądało ono piękniej. Teraz miał ochotę roznieść tę polankę w drobny mak i zniszczyć wszystkie miłe wspomnienia powiązane z nią. Nic nie mogło być szczęśliwe, podczas gdy on dowiedział się o śmierci ojca.
Wszystkie dobre chwile, które ostatnio się wydarzyły, opłynęły w niebyt.
Najszczęśliwsze urodziny Jacka mające miejsce zaledwie pięć dni temu przestały się liczyć. Właśnie wtedy rodzinę Frostów odwiedziła tajemnicza kobieta, przedstawiając się jako Helena Ambler i przekazując nierealną wiadomość o istnieniu świata magii. Po początkowym niedowierzaniu Anthony Frost nie posiadał się z radości, ciągle powtarzając, że jego syn jest wyjątkowy. Wyblakło wspomnienie, w którym ojciec, wychodząc rankiem do pracy, przypominał Jackowi, że wybiorą się nazajutrz do Londynu po spóźniony prezent urodzinowy — wymarzone łyżwy. Przy okazji planowali zastanowić się, gdzie znajduje się ta słynna, czarodziejska ulica Pokątna, na której mieli za niedługo zrobić szkolne zakupy z profesor Ambler. Znikła z pamięci popołudniowa bitwa na śnieżki i chwila, gdy Jack przypadkowo trafił śnieżką prosto w twarz schlanego prawie do nieprzytomności pijaka Boba. Stan pijaczyny poznawał mu tylko na wybełkotanie kilku gróźb śmierci.
Jack nie wiedział, jak długo siedział na polanie. Pamiętał jedynie ten okropny stan, gdy targały nim sprzeczne emocje. Chwilami brał wszystko za żart, by potem stać się rozgoryczonym i pewnym, że tata naprawdę odszedł, utopił się. Smutek, gniew i poczucie niesprawiedliwości sprawiały, że czuł okropną pustkę.
— Tutaj jesteś, bachorze! — Jack usłyszał okropny, pełen pretensji głos starszego kuzyna.
— Weź, spadaj, Joe — burknął jedenastolatek.
Jak na zawołanie, na ramię kuzyna pacnęła paskudna ptasia kupa. Po ciemniejącym niebie nic nie leciało.
Oczywiście, pojawienie się znikąd ptasiego łajna nie było przypadkiem. Zdarzało się, że osobom, za którymi Jack nie przepadał, przytrafiały się drobne, niewyjaśnione nieprzyjemności. Chłopaka otaczały tajemnicze przypadki i zbiegi okoliczności, które ratowały go niejednokrotnie z kłopotów. Po rozmowie z profesor Ambler okazało się, że za tymi niesamowitościami stała magia.
Joego jednak nie obchodziły ptasie łajno na ramieniu i protesty kuzyna. Był starszy od Jacka, znacznie silniejszy i tak samo nieustępliwy. Złapał jedenastolatka za fraki, na siłę prowadząc w stronę wioski.
— Zostaw mnie! — charczał Jack. Głos odmawiał mu posłuszeństwa. Próbował wyrwać się z uścisku krewniaka.
Zatrzymali się dopiero na ganku przed domem jedenastolatka. Wokół panowało wyjątkowe poruszenie. Grupka ludzi wystających niedaleko rozpoczęła żywe rozmowy, patrząc na kuzynostwo Frostów zbolałym wzrokiem.
Jack posłał kuzynowi nienawistne spojrzenie. Joe zaciskał ciągle palce na jego koszuli.
— Po co mnie tu przyprowadziłeś?! — burknął młodszy.
— Nie myślisz chyba, że pomożesz nam, szwędając się po lesie nocą — warknął Joe. W jego głosie pobrzmiewał moralizatorski ton. Wziął głęboki wdech. — Twoja matka okropnie się o ciebie martwi. Pomyślałeś o niej? O Emmie?
Jack ciężko oddychał. Miał ochotę przywalić w twarz temu zarozumialcowi. Pomyślał o Emmie i mamie. Co czułby, gdyby to on czekał w domu zrozpaczony po wiadomości o śmierci Anthony'ego Frosta, nie wiedząc, dokąd one uciekły?
Nie przyznał racji kuzynowi. Nie przeszło mu to przez gardło. Wyszarpał się z  uścisku i wszedł niepewnie do domu. Była tam część ich rodziny.
Ciotka Adela, zwykle surowa i nieczuła, delikatnie obejmowała zapłakaną Jane Frost, na której kolanach spoczywała głowa skulonej Emmy.
Matka odsunęła chustkę od nosa. Spojrzała zaczerwienionymi oczyma na syna. Wyciągnęła ku niemu ręce. Oczekiwała, że ją uściśnie. Jack czuł łzy napływające do oczu. Wiedział, że jeśli odpowie na propozycję mamy, to rozpłacze się przy nich wszystkich. Obecność znajomych, bliskich osób nie pomagała zachować mu twarzy. Obawiał się, że jeśli pozwoli, aby okropne uczucia wyszły na zewnątrz, to później nad nimi nie zapanuje i do końca życia pozostanie nieszczęśliwy. Nie czuł się na siłach, aby się z tym mierzyć.
— Baliśmy się, że coś ci się stało — powiedziała ciotka Adela. Jack nigdy nie słyszał, aby mówiła w ten sposób: bez jakichkolwiek pretensji.
— Spokojnie, jestem cały — odparł chłopak.
Uśmiechnął się, chociaż dławiło go w gardle. Może to właśnie był dobry sposób? Uśmiechać się? Inni będą myśleli, że jakoś sobie radzi z paskudną sytuacją i nie będą starali się go pocieszać?
Wszedł do drugiego pomieszczenia, nie mówiąc nic. Nie klął. Nie denerwował się na kuzyna. Po prostu przechadzał się od ściany do ściany, próbując to wszystko zrozumieć.
Dlaczego Anthony Frost postanowił skrócić sobie drogę przez jezioro? Czy, gdyby ludzie wystarczająco szybko zareagowali, dałoby się go uratować? Nawet jeśli wydostaliby go z lodowatej wody na czas, to czy przeżyłby ewentualne powikłania po tej zimnej kąpieli?
Teraz gdy Jack szedł za Anthonym Frostem przez ciemne tunele, pragnął zadać te wszystkie pytania ojcu.
— Za... zaczekaj wreszcie... — wydyszał chłopak, ugięty podpierając dłonie na kolanach.
Anthony Frost tylko odwrócił się i przez ramię posłał synowi irytujący uśmiech. Jack mógł się tego domyślić — oczywiście, że nie zaczeka.
Gryfon nie rozumiał, jak było możliwe to, że ojciec pojawił się przy nim. Tak naprawdę wcale go to nie interesowało, nie dziwiło, ani nie wzbudzało żadnych podejrzeń. Nie liczyło się nic oprócz tego, aby podążać za nim i przekonać, aby z nim porozmawiał albo chociaż zwrócił uwagę.
Jednak chwilami, gdy odwracał wzrok od taty, miał nikłe przeczucie, że coś jest nie w porządku. Zdawało mu się, że ojciec od razu zatrzymałby się, słysząc jego nawoływania albo chociaż wytłumaczył, dokąd idą. Zaczynał mieć wątpliwości, czy dobrze robi, włócząc się za nim. Już nawet przypominał sobie, że przecież Anthony Frost nie żyje. Czuł się, jakby coś wpływało na jego myśli. Coś stanowczo było nie w porządku.
Mężczyzna spojrzał na niego ponaglająco. Przemyślenia rozwiały się.
Anthony Frost okazał się wyjątkowo sprawny. Mimo że jego ruchy były takie, jakby spokojnie spacerował, to poruszał się tak prędko, że Jack ledwo za nim nadążał. Chłopak nie wiedział, jak daleko zaszli, ale był zlany potem i ledwo łapał oddech.
Jack wsparł dłonie na kolanach. Nigdy nie narzekał na swoją kondycję, ale w tamtym momencie nie czuł się na siłach, aby ganiać za kimś po ciemnych tunelach.
Podniósł się.
— Lumos Maxima. — Światło oderwało się od różdżki i w postaci błyszczącej kuli zawisło pod wysokim sufitem groty. Zakamarki i tak pozostały mroczne i nieprzyjazne.
Z ogromnej i mrocznej jaskini wychodziło kilka niemniej ciemnych korytarzy. Przy jednej ze ścian piętrzył się ogromny głaz, a wokół niego pobladłe patyki. Jack przyjrzał się dobrze i aż włosy zjeżyły mu się na karku. To nie były kijki, tylko kości. Prosił w myślach, aby nie okazały się ludzkie.
Ich widok skutecznie go otrzeźwił. Rozejrzał się. Był sam, nie licząc cieni przemykających po ścianach i świetlistej kuli wiszącej tuż nad jego głową. Ciężko przełykał ślinę, czując narastającą gorycz w ustach. Jack został oszukany. Omamiony. Uwierzył, że jego ojciec przeżył i prowadzi go przez ciemne tunele. Tak naprawdę już przed pogrzebem Anthony'ego Frosta pogodził się z tym, że tata odszedł i nic nie przywróci mu życia. Chłopak czuł, że powinien wyczuć niebezpieczeństwo, przecież odkąd trafili z Elsą do ciemnych tuneli ciągle coś grało na ich uczuciach, chcąc wciągnąć ich w pokręcone gierki. Dał się porwać pięknemu kłamstwu, które odebrało mu rozum.
W takim razie kto stał za stworzeniem wizji jego ojca? To musiał być człowiek-cień. Dlaczego to zrobił? Dlaczego nagle zniknął, pozwalając mu na odzyskanie zdrowego rozsądku? Jack zorientował się, że wcześniej bezmyślnie schował różdżkę do kieszeni. Człowiek-cień mógłby go zabić, zanim w ogóle chłopak zorientowałby się, gdzie ona jest! Dlaczego facet-półmrok tego nie zrobił? Może nie zależało mu, aby wykończyć Gryfona? Chłopak przypomniał sobie podejrzenia Elsy, że ani dementorzy, ani dłonie-wodorosty raczej nie chcieli ich zabić, najwyżej pozbawić duszy albo poważnie skrzywdzić, jakby to było pocieszające. Może człowiek-cień miał podobne zamiary?
Świadomość, co zrobił i jakie są tego konsekwencje, spłynęła na Jacka jak strużki lodowatego deszczu. Został wywleczony przez plątaninę tuneli, nie potrafił wrócić do punktu wyjścia. Zostawił Elsę samą — przerażoną, zestresowaną, bez różdżki. Poczuł się, jakby oberwał w żołądek, oczywiście na własne życzenie. Przecież wiadome było, że mieli trzymać się razem, powinni pilnować się wzajemnie. Zawiódł. Strach o dziewczynę ściskał mu gardło.
I właśnie ten niepokój, zawód samym sobą sprawiły, że poczuł zastrzyk energii. Musiał działać.
— Myślałam, że już nigdy nie zobaczę nikogo żywego. A tu proszę... trafił mi się niezły kąsek. — Usłyszał dziewczęcy głos stanowczo nienależący do Elsy; brzmiał w nim smutek, ale i nuta figlarności. Określenie niezły kąsek wydawało się kiczowate, ale ton sprawił, że prezentowało się jako niesamowity komplement.
Z ciemnej ściany wyszła, tak, dosłownie wyszła najpiękniejsza dziewczyna, jaką Jack kiedykolwiek widział; jedna z tych ślicznotek, które zaledwie jednym miłym spojrzeniem potrafią załatwić sobie, że ich koledzy odrabiają za nie wszystkie prace domowe do końca szkoły. Większość chłopców na widok takiej piękności zaczęłaby się nieprzytomnie ślinić. Ta Afrodyta #2 wyglądała tak niesamowicie, że Jack nie umiał zapamiętać nawet, jaki kolor włosów czy oczu miała.
Wewnętrzny system ostrzegania przed problemami, chociaż ostatnio uśpiony i wadliwy, zaczął podpowiadać Jackowi, że coś jest nie w porządku. Jeśli niesamowicie ładna dziewczyna nazywa przeciętnego chłopaka dobrym kąskiem, pomimo że wcześniej się nie poznali, to na pewno czegoś oczekuje. Poza tym nie podobało mu się, że wyszła ona prosto z ciemnej ściany jak duch.
— Jestem żywy w przeciwieństwie do tych. — Jack wskazał na kości piętrzące się przy skale.
Dziewczyna nie była speszona tym, że nastolatek celował w nią różdżką. Szczerzyła zęby w idealnym, promieniejącym bielą uśmiechu.
— Ach, oni — westchnęła, patrząc na gnaty. W jej oczach czaił się dziwny błysk. — Zwariować można, jak się na niej dłużej patrzy... tylko one mi towarzyszą.
Zachichotała posępnie. Wydawała się miła, ale to jeszcze bardziej wzbudzało czujność Jacka. Powinien szukać Elsy, ale pomyślał, że lepiej będzie, jeśli upewni się, czy zainteresowana nim piękność nie jest przypadkiem zamaskowanym dementorem, trollem lub innym paskudztwem.
— Jak tu właściwie trafiłaś? — spytał najchłodniejszym tonem, na jaki było go stać.
Dziewczyna wbiła wzrok w podłogę zupełnie jak Elsa, gdy przypominała sobie złe chwile. Zawahał się. Może nie powinien celować w nią różdżką?
Pokręcił głową. Nie. Nie może ponownie dać się omamić.
Piękność ruszyła w jego stronę. Robiła to powoli, z gracją wykonywała kolejne kroki na swych długich nogach. Okazało się, że była znacznie wyższa od Jacka; zawsze czuł się dziwnie, spotykając dziewczyny wyższe od siebie. Jej okalane ciemnymi, długimi rzęsami oczy iskrzyły. Twarz miała jednolitą, jasną barwę. Włosy piękności opadały kaskadami na ramiona. Wyglądała pięknie. Tak niesamowicie, aż nierealistycznie.
— To było tak dawno... zabrano mnie tu. Zostawiono... Mógłbyś mi pomóc? — szepnęła błagalnie. — Proszę cię. Nie poradzę sobie sama, tkwię tu tak długo. Wiem, że ty jesteś dobrym chłopakiem.
Jack czuł się rozdarty. Współczucie przejmowało nad nim władzę. Głos dziewczyny sprawiał, że pragnął wierzyć w jej słowa. Odszedł już od Elsy, naraził na niebezpieczeństwo, ale zrobił to, będąc w transie. Czy udałoby mu się uratować tę piękną dziewczynę, przecież ona może mówić prawdę... Czy musiał wybierać między swoją przyjaciółką a tą pięknością? Nie chciał skazywać świadomie dziewczyny na wieczną samotność w ciemności i zimnie. Może... może udałoby mu się uratować obie znajome?
Miłe słowa piękności, jej przyjemny, hipnotyzujący zapach sprawiał, że Jack nie mógł pozbyć się wyrzutów sumienia. Była blisko, jej wzrok pożerał go kawałek po kawałeczku.
Głos rozsądku walczył z emocjami. Jack wiedział, że słuszność ma rozum, ale wątpił przez towarzystwo tej pięknej dziewczyny i smutek, który wlewała w swoje słowa...
— Proszę, chłopcze — szepnęła piękność. Poczuł jej ciepły oddech na swojej twarzy; miał nieprzyjemną woń krwi, która wcale nie pasowała do prezencji dziewczyny. Dziewczyna spuściła wzrok. — Nie widziałam słońca tak długo. Chyba wiesz, jak to jest tkwić w tych ciemnościach wśród dementorów i innych potworów...
Jack miał problem, bo doskonale rozumiał dziewczynę.
— Rozumiem, Jack, ty masz już coś do zrobienia. Ona, ta inna dziewczyna, ona bardziej cię potrzebuje. Ale, ja mogłabym cię do niej zaprowadzić. Znam te korytarze jak własną kieszeń. Jestem tu tyle czasu...
Jack coraz bardziej czuł się rozdarty. Wyjście było na wyciągnięcie ręki — mógł zabrać ze sobą piękność, uratować ją z ciemnych tuneli, zrobić coś dobrego, a ona zaprowadziłaby go do Elsy. Pomógłby im obu. Nie miał wcale pewności, czy sam dałby radę odnaleźć Krukonkę, ani czy zostawiając piękność, nie skazałby biednej, niewinnej dziewczyny na dalszą mękę.
Zorientował się, że palce ślicznotki coraz mocniej zaciskały się, spoczywając na jego ramieniu. Paznokcie boleśnie wbijały się w skórę.
Chłopak starał się odzyskać czujność. Czuł, że znów coś wpływa na jego myśli i ruchy, ale nie potrafił stanowczo odsunąć się od tej dziewczyny. Nie mógłby jej zostawić, bo co jeśli ona naprawdę jest przypadkową ofiarą?
Czy znów jest pod wpływem jakiegoś transu? A może jest całkowicie świadomy, tylko że jest już tak zestresowany, że wszędzie widzi zagrożenie?
Wtedy jednak coś go zaintrygowało:
— Zaraz. Skąd znasz moje imię?
Zacisnął mocniej palce na różdżce. Oczy piękności pociemniały, gdy zabierała rękę z ramienia chłopaka.
— Przecież przed chwilą mi je powiedziałeś, Jacku Froście — odparła, bagatelizując.
— Nie. Tym bardziej nie podawałem ci mojego nazwiska. — Wycelował w dziewczynę. Czuł, że ma nad nią przewagę, przecież posiadał różdżkę.
Nagle Jack przestał zastanawiać się, skąd piękność zna jego imię i nazwisko. Usłyszał ten krzyk — echo pisku pełnego przerażenia. Serce zamarło mu na moment. Przestała liczyć się ślicznotka, którą spotkał w grocie. W jego myślach była wyłącznie Elsa, której krzyk pełen przerażenia odbijał się mu w czaszce. Rzucił się w stronę tunelu, z której doszedł jej głos.
Paznokcie rozdarły skórę. Ostre, białe jak śnieg zęby zatopiły się w jego ramieniu. Afrodyta #2, materializując się uprzednio za jego plecami, zaatakowała.
— Expelliarmus!
Jack ledwo słyszał, jak ciało dziewczyny z łoskotem ląduje na ścianie jaskini. Szumiało mu w uszach. Patrzył jak zahipnotyzowany na czerwień kwitnącą na jego koszuli. Widok własnej krwi sprawił, że zrobiło mu się gorąco i zimno jednocześnie. Ból rozlał się po ciele ognistą falą. Wirowało przed oczyma. Nogi miał jak z waty.
Zacisnął zęby, przycisnął wolną dłonią rozszarpaną koszulę do rany. Myśli wypływały z jego głowy tak samo jak krew ze zranionego ramienia. Pamiętał jednak o tym, że musi odnaleźć Elsę.
Dziewczyna podniosła się sprawnie z ziemi, chociaż uderzenie w ścianę powinno połamać jej kości. Odrzuciła grzywę bujnych włosów. Teraz już nie wyglądała jak typ szkolnej ślicznotki. Oczy płonęły jej czerwienią. Ostre jak brzytwy, bielutkie wcześniej zęby, utaplane były w szkarłacie krwi. Paznokcie wydłużyły się do szponów groźnych tak samo jak naostrzone noże.
— Żaden facet nie będzie opierał się mi, Empuzie! — ryknęła. — Tym bardziej taki żałosny mazgaj!
Jej postać pociemniała, stając się cieniem. Zniknęła upiorna piękność, a pokazał się Anthony Frost z kpiącym uśmiechem na twarzy i rzędami ostrych zębów.
— Wystarczyło zmienić się w twojego żałosnego, mugolskiego ojczulka i dałeś się nabrać!
— Drętwota! — ryknął Jack.
Przypuszczał, że człowiek-cień nie odpuścił. Nie myślał jednak, że okaże się nim Empuza, zabójcza piękność. Miał ochotę zniszczyć ją za to, że perfidnie z niego zakpiła, przyjmując postać jego ojca. Chciał sprawić, że zacznie cierpieć tak, jak opisywała, gdy próbowała zachęcić go, aby zabrał ją ze sobą.
Anthony Frost zrobił nienaturalnie zręczny dla ludzi unik. W ułamku sekundy znalazł się poza polem rażenia zaklęcia.
— Póki myślałeś o tamtej dziewczynie, nie mogłabym pokazać się jako ja. Wystarczyła prosta sztuczka, ukazanie się, jako twój ojczulek, a już o niej zapomniałeś... Cóż, właśnie mój kolega się nią zajmuje — odezwał się mężczyzna dziewczęcym, hipnotyzującym głosem.
Jack zachwiał się na nogach. Obraz stawał się mglisty. Empuza chciała go rozzłościć i udało jej się, tym bardziej że wydawało się, że powiedziała prawdę. Chłopak przypomniał sobie krzyk Elsy pełen przerażenia.
— Stunes!
Kolejny zręczny skok, tym razem znów pięknej upiorzycy, nie Anthony'ego Frosta.
— Miałam cię przyprowadzić żywego. Nie wierzono we mnie — poskarżyła się Empuza. — Powiedziano mi, że nie potrafię powstrzymać chęci pobawienia się ofiarą, aż zacytuję: wystarczy jedna krzywa odzywka chłopaka, a sprawdzisz, czy jego krew faktycznie smakuje jak szlam! Dlatego daję ci wybór: możesz grzecznie pójść ze mną do mojego pana albo faktycznie sprawdzę, czy twoja krew smakuje szlamem.
— Lepiej obetnij paznokcie, ślicznotko. — Jack nie potrafił wymyślić lepszej riposty, jednak ona wystarczyła, aby rozwścieczyć Empuzę.
Rzucał zaklęcia, ale wszystko wirowało. Demonica była tak szybka, że stawała się smugą kolorów, gdy uchylała się przed czarami, chociaż tak naprawdę nie musiała, bo Jack często chybiał. Myśli stawały się wyblakłe, ale nie uczucia: czuł, jak gniew ustępuje miejsca strachowi, ale to jeszcze bardziej zachęcało Jacka do walki.
Zachwiał się — Empuza to wykorzystała. Ból otępiał chłopaka, krwi na ubraniach przybywało, śmiech demonicy wwiercał się boleśnie w czaszkę.
Jack celował w bestię różdżką. Dłoń mu drżała. Miał wrażenie, że jego mózg zamienił się w papkę. Wirowało mu przed oczyma.
Osunął się po ścianie, chociaż pragnął dalej walczyć. Zaciskał dłoń na skrwawionym ramieniu. Wszystko rozmazywało się. Widział kolorową plamę, Empuzę, słysząc jej szyderczy chichot. Zmuszał się do wstania, próbował się podnieść, ale brakowało mu sił.
Wtedy widok przesłoniła biel. Lodowaty wiatr wciskał palące śnieżynki w jego skórę i ubrania. Osłonił się przed zimnem, jak tylko mógł. Zacisnął mocno powieki.
Wicher ustał. Jack otworzył oczy. Czuł, że odpływa, ale był jeszcze na tyle przytomny, aby zauważyć, że ktoś podszedł w jego stronę. Rozpoznał, kto to, miał nadzieję, że się nie myli. Chciał się uśmiechnąć, ale ból sprawił, że tylko się skrzywił.
Świadomość tego, że jest ranny, dalej go niepokoiła, ale przerażenie powoli malało. Może dlatego, że Elsa znajdowała się przy nim albo po prostu czuł się zbyt otępiały, aby odczuwać strach.
Dziewczyna wyciągnęła z jego kieszeni zepsute, dwukierunkowe lusterko, odłożyła je na bok, zatrzymując w dłoniach ochronny materiał. Nasączyła tkaninę złotym blaskiem i przyłożyła do zranionego ramienia chłopaka. Po jego ciele rozlało się przyjemne ciepło. W uszkodzonym przez Empuzę miejscu odczuwał lekkie łaskotanie. Ból malał. Jack nadal czuł się słabo, ale i tak odetchnął głęboko z ulgą.
Jack dopiero teraz zobaczył, co stało się z jaskinią. Podłogę pokrywała gołoledź, na ścianach osiadł szron, z sufitu zwisały jak żyrandole błyszczące sople. Pośrodku groty piętrzył się ogromny blok lodu obrośniętymi ostrymi odłamkami, a w nim uwięziona jak mucha w bursztynie Empuza. Zamarła z przerażeniem i wściekłością na twarzy, spojrzenie czerwonych ślepi wlepiała w Gryfona.
Elsa wyraźnie unikała patrzenia Jackowi w twarz. Widocznie próbowała trzymać się na dystans, mimo że opatrywała chłopaka. Jej oddech zamieniał się w kłębiastą, białą parę. Frost przyglądał się jej uważnie, wypatrywał u niej jakichkolwiek, nawet najdrobniejszych zranień. Niepokoił się o nią. Widział, jak szron pełznie po jego ubraniach, ale postanowił nie zwracać Elsie uwagi — to nie było ważne.
— Lepiej się czujesz? — spytała dziewczyna. Jej roztrzęsiony głos przepełniał strach.
— Jest dobrze — odparł chłopak. Nie chciał jej zbędnie martwić, mimo że dalej było mu słabo.
Elsa mu nie uwierzyła, więc postanowił pokazać, że naprawdę dobrze się czuje. Dźwignął się na nogi. Przed oczami zamajaczyły mu ciemne plamy. Zanim się zorientował, siedział z powrotem na ziemi, starając się oddychać głęboko. Dziewczyna patrzyła na niego szczerze zaniepokojna.
— Dobra, może nie jest idealnie — przyznał. — Coś ten eliksir kulawy, bo jakoś nie czuję się jak młody bóg.
— Trucizna Empuzy może jest mocniejsza od jadu Akromantul. Badacze nie są zgodni, bo nikt nie dożył po zatruciu wystarczająco, aby przeprowadzić jakieś badania. Poza tym ten eliksir z fontanny i tak jest rozcieńczony, czysta wersja tego eliksiru wręcz nie istnieje — odparła Elsa. Jack nieco uspokoił się, słysząc, że dziewczyna odzyskuje siły na mądre wywody.
Elsa zabrała tkaninę, aby wylać na nią kolejne krople eliksiru. Chłopak spojrzał na swoje ramię, obawiając się najgorszego. Najlepiej nie było, ale o wiele lepiej zniósł widok jaśniejącej blizny, niż zniósłby widok krwawiącej rany.
Rozległ się dziwny dźwięk, tak potężny, że zadrżały sople na suficie. Jack od razu zacisnął palce na różdżce i wycelował ją przed siebie, chociaż nie wiedział, co było zagrożeniem. Elsa czujnie się rozglądała.
Wtedy ogromna skała w jaskini zadrżała. I znów rozległ się ten dźwięk — chrapnięcie.
Głaz się podniósł.
Jack czuł, że powinien już przyzwyczaić się do napotykania bestii. Może powinien powiedzieć, że stało się to już monotonne, ale raczej trudno wyznać coś takiego na głos, gdy stoi przed tobą siedmiometrowe humanoidalne monstrum. Olbrzym ubrany był, na nieszczęście, tylko w kusą przepaskę biodrową, ukazującą stanowczo zbyt dużo obrzydliwego ciała. Musiał garbić się, bo sufit znajdował się dla niego stanowczo za nisko. Skórę miał zszarzałą i chropowatą, przez co, gdy się skulił, było łatwo pomylić go ze skałą. Twarz wyglądała na głupkowatą, ale to nie umniejszało przerażającego wrażenia, które sprawiał. Zęby były spróchniałe. Aż strach brał na samą myśl o oddechu tego przystojniaka. W dłoniach trzymał dwumetrową maczugę.
Jack podniósł się na nogi najostrożniej jak mógł. Czuł, że jakikolwiek gwałtowny ruch skaże ich na potyczkę z olbrzymem. Chłopak zrozumiał, że musieli z Elsą jak najprędzej wycofać się.
Olbrzym podrapał się po tyłku, ściągając krzaczaste, złączone ze sobą brwi, jakby coś bardzo go zmartwiło. Elsa i Jack na palcach zmierzali ku jednemu z tuneli. Gryfon wstrzymywał oddech.
— Em-pu? — zawołał gigant. Rozejrzał się. — Em-pu-za?!
Przypominał dziecko napojone eliksirem wzrostu, które zgubiło mamę w tłocznym miejscu. Jego tępe spojrzenie zatrzymało się na lodowym bloku, w którym tkwiła demonica. Trybiki w jego mózgu zaczęły leniwie pracować.
Niech nas nie zauważy — błagał w myślach Jack.
Zaraz potem pomyślał, że powinien przywyknąć do tego, że w ciemnych tunelach wszystko idzie nie po jego myśli. Olbrzym wlepił w niego i Elsę swoje paciorkowate oczy. Zatarł ogromne, pokryte zgrubieniami dłonie. Runął na nich. Wyglądało to tak, jakby waliła się na nich cała góra.
Jack przetoczył się na bok. Przed oczyma zatańczyły mu czarne plamy. Olbrzym machnął łapą. Elsa uskoczyła, krzywiąc się i upadając na lewą rękę. Uniosła dłoń ku górze; wzniecił się zimny, porywisty wiatr. Wichura gęstniała wokół olbrzyma, oblepiała jego owłosione nogi lodem, przytwierdzając go do ziemi.
— ARGH! — ryknął wielkolud. Lód trzaskał, gdy unosił nogi do góry. Robił właśnie zamach maczugą, celując w Elsę.
— Conjunctivitis! — krzyknął Jack.
Oczy olbrzyma pobladły. Zawył z wściekłości.
Jack miał nadzieję, że pozbawiony wzroku gigant stanie się mniejszym zagrożeniem i uda im się bez problemu uciec. Niestety, bardzo się pomylił.
Oślepiony olbrzym wymachiwał maczugą na wszystkie strony. Wydostał stopy z lodu. Dreptał tak, że trzęsła się ziemia. Elsa cudem uchroniła się od rozgniecenia. Po omacku wymachiwał rękoma, łapiąc w nie powietrze.
Jack uskoczył przed maczugą. Jęknął, upadając. Olbrzym to usłyszał.
Nim chłopak zdążył zareagować, olbrzymie paluchy zacisnęły się wokół jego tułowia. Żelazny ucisk wyparł mu powietrze z płuc, miażdżył żebra. Niemy olbrzym uniósł Jacka do góry.
— Aqua Eructo! — wydyszał Jack.
Strumień mocny ugodził olbrzyma w twarz. Bestia, plując, osłaniała się przed wodą. Jedynym skutkiem zaklęcia było to, że z twarzy wielkoluda zniknęło kilka warstw brudu, ale ciągle mocno ściskał Jacka.
— Zostaw go! — wrzasnęła Elsa.
Olbrzym zawył. Lodowe sople wyrosły z ziemi i przebiły mu stopy. Podskakując w bólach, puścił Jacka.
Elsa nie przewidziała, że Gryfon runie na dół z wysokości kilku metrów.
Jack usłyszał nienaturalny, cichy trzask, gdy upadł na nogi. Mimowolnie zrobił krok do przodu, aby się nie przewrócić. Wszystko momentalnie pociemniało. Do oczu napłynęły łzy. Ognisty ból rozlał się po jego ciele, począwszy od kostki u lewej nogi — chłopak miał wrażenie, jakby płonęła żywym ogniem. Upadł na ziemię. Zaciskał mocno zęby, aby nie krzyknąć z bólu.
Świat pochłaniał mrok.
Jack widział, jak olbrzym skacze na jednej stopie, bo drugą przebiły sople i ląduje tyłkiem na lodowym bloku. Empuza wyskoczyła z zimnego więzienia z furią w oczach. Demonica ruszyła razem z olbrzymem na Elsę.

~*~*~*~

— … dziewczyno, mówię ci, wyglądasz okropnie — stwierdziła Empuza, dłubiąc między zębami różdżką należącą do Jacka. — Masz tak podkrążone oczy, jakby ktoś ci je podbił. Chyba nigdy nie stosowałaś mieszanki Hebe. Powinnaś posmarować sobie nią całą twarz, ale nie jestem pewna, czy nawet to by ci pomogło.
Elsa najmniej przejmowała się irytującymi wywodami Empuzy na temat jej prezencji. Myślała gorączkowo, jak wyrwać się z tej koszmarnej sytuacji.
Olbrzym niósł dziewczynę w powietrzu za kaptur. Wcześniej miotała się, mając nadzieję, że to pomoże. Potwór wtedy zaczynał wściekle nią potrząsać, co było bardzo nieprzyjemne nie tylko ze względu na zranione ramię. W drugiej dłoni gigant trzymał głową w dół nieprzytomnego Jacka. Chłopak w jego łapie wyglądał jak szmaciana lalka. Potrząsanie śniętym nastolatkiem sprawiało wielkoludowi wyjątkową uciechę.
Obok kroczyła pewnie Empuza, chociaż to, że ciągle drżała z zimna, psuło efekt. Nonszalancko dłubała między zębami różdżką zabraną Jackowi. Rzucała Elsie pełne jadu rady, jak powinna poprawić wygląd.
— Em-pu? — powiedział olbrzym do demonicy.
— Już za niedługo będziemy, brzydalu — odparła Empuza. Dodała z diabelskim uśmiechem, wpatrując się płonącymi czerwienią oczyma w Elsę: — Jednak cieszę się, że was nie zabiłam. To, co was czeka, będzie o wiele gorsze.
Krukonka wolała, gdy demonica krytykowała jej wygląd. Teraz już wiedziała, dlaczego Empuza postanowiła darować życie Jackowi, chociaż bez problemu mogłaby go zabić.
Wcześniej, gdy olbrzym upuścił chłopaka na ziemię, pozbawiając go przytomności, Elsa była gotowa na dobre zamrozić wielkoluda. Chciała od razu rzucić się w stronę przyjaciela, niepokoiła się, widząc, że się nie rusza. Jednak póki potwór wymachiwał wściekle maczugą, odzyskując powoli wzrok, czuła, że najpierw powinna pozbyć się napastnika. Bestia miotała się wściekle z kolcami w ogromnych stopach. Odbijała się od ścian, krusząc lodowy blok, w którym uwięziona była Empuza. Elsa uniosła dłonie, czując przenikający ból w lewym ramieniu. Igiełki zimna wbijały się w palce, gdy wokół gęstniała zadymka.
— Hej, dziewczyno! — Krukonka usłyszała głos, którego miała nadzieję więcej nie usłyszeć. Pomyślała, że to niemożliwe — demonica nie mogła tak szybko wydostać się z lodu.
I wtedy, przerzedzając nieco woal bieli śniegu, zobaczyła Empuzę i Jacka. Serce Elsy zatrzymało się na moment, gdy dostrzegła, że upiorzyca przykładała do krtani chłopaka ostry odłamek lodu. Zimno gęstniało wokół dłoni dziewczyny. Nie mogła zaatakować. Nie wtedy, gdy Gryfon był zakładnikiem Empuzy.
— Wstrzymaj ten śnieżek, zimowa panno — warknęła upiorzyca. — A teraz pozwolisz grzecznie ponieść się mojemu koledze. Nie próbuj żadnych sztuczek, panienko. Choćby śnieżynka, a zobaczymy, czy temu chłoptasiowi ładnie w szkarłacie.
Elsa nie miała wyboru; potraktowała poważnie słowa demonicy. Nie mogła ryzykować życiem Jacka, nawet później, gdy Empuza nie trzymała ostrego odłamka przy jego gardle. Olbrzym niósł chłopaka w dłoni, wystarczyłoby, żeby zacisnął mocniej palce, a połamałby mu żebra jak wykałaczki. Dziewczyna nie mogła jawnie ukazać swojej mocy, bo podejmując ryzyko, naraziłaby Jacka na śmierć.
Myślała intensywnie nad jakimś podstępem, który wykaraskałby ją i Jacka z tej okropnej sytuacji. Prawda była taka, że jednak w jej głowie panował okropny zamęt. Słowa Empuzy, że czeka ich coś znacznie gorszego, powodowały u niej dreszcze.
— Em-pu! — ryknął olbrzym.
— Już jesteśmy — zaszczebiotała Empuza.
Grota była ogromna, może większa nawet od Wielkiej Sali Hogwartu. Sklepienie znajdowało się tak wysoko, że ginęło w mroku. Ciemne ściany oblepiała dziwna substancja przypominająca piach, tylko że czarny i połyskujący fioletem. Dziewczyna dostrzegła otaczające ich widma. Paskudne postacie dementorów rozsiewały strach i mróz. Zwróciły swoje paskudne twarze na przybyłych.
Elsa poczuła się jeszcze bardziej bezradna. Zdjęło ją takie przerażenie, że nawet nie potrafiła odczuwać ulgi, widząc, że Jack powoli odzyskiwał przytomność.
Olbrzym i Empuza wkroczyli na środek jaskini. Demonica spoważniała, przestała dłubać między zębami, rozglądając się wokół. Z twarzy olbrzyma zniknął głupkowaty uśmiech.
Serce Elsy hałaśliwie łomotało w piersi.
Czarny piach odklejał się od ściany. Sypał się falami na środek sali tuż przed nimi. Pełznął, tworząc dziwny kształt. Z tego nietypowego tworzywa uformowała się ludzka sylwetka. Piach utworzył figurę niewysokiego mężczyzny. Jego dłonie przybrały bladą barwę, szaty pozostały ciemne, na głowie miał obszerny kaptur zasłaniający twarz. Człowiek głęboko odetchnął, strzepując pozostałości czarnego piachu z ubrań.
— Co się dzieje... — Elsa usłyszała półprzytomne mruknięcie Jacka. Wielkolud zorientował się, że powinien go odwrócić.
Otępiały chłopak chłonął obraz szeroko otwartymi oczyma. Jego twarz wcześniej zaczerwieniona od wiszenia głową w dół szybko zbledła, gdy odzyskał orientację. Spojrzał przestraszony na Elsę, ale ona nie mogła wydobyć z siebie głosu. Nie umiała pojąć, co tutaj się działo. Wszystko było przytłaczające, nie odnajdywała żadnego rozwiązania w chaosie pełnych strachu myśli.
— Puść mnie — wrzasnął Jack do olbrzyma. Głos mu drżał. Chłopak młócił pięściami olbrzymie paluchy potwora. Dla wielkoluda mogło to być najwyżej irytujące, ale stanowczo niebolesne. — Elsa, musisz...
Zakapturzony mężczyzna wyciągnął różdżkę zza pazuchy i machnął nią w stronę Gryfona. Usta chłopaka natychmiast zacisnęły się mocno. Jack nie był w stanie nic powiedzieć, zatrwożony wpatrywał się z uporem w Elsę.
Nie wiedziała, co Jack pragnął jej przekazać. Może chciał ją skłonić do działania. Póki chłopak tkwił w dłoniach olbrzyma, nie mogła ryzykować, że wielkolud go zmiażdży lub opuści na ziemię, poważnie raniąc. Przerażenie sprawiało, że nie była pewna tego, jak zareaguje jej moc.
— Empuzo, daj mi tę różdżkę — przemówił mężczyzna.
Demonica zrobiła tak, jak kazał. Wróciła na swoje miejsce obok olbrzyma, bledsza niż przedtem. Czyżby obecność dementorów oddziaływała także na nią?
Zakapturzony człowiek wykonywał różdżką dziwaczne ruchy, których dziewczyna w ogóle nie potrafiła skojarzyć z żadnym zaklęciem. Były gwałtowne i z pewnością przesycone potężną magią. Z drewna sypały się niebieskie iskry przy każdym nagłym zamachnięciu.
Czarny piach wzniósł się w powietrze jak śnieżyca. Elsa zmrużyła oczy. Ziarna wbijały się jej w twarz. Mroczne tworzywo pełzło po podłożu jak strużki wody; łączyły się w większe strumienie. Mężczyzna mamrotał mrocznie potężnie brzmiące, stare formuły.
— Em-pu! — ryknął przerażony olbrzym.
Macki ciemnego piachu wspinały się po jego nogach. W tępych oczkach wielkoluda pojawiły się ogromne łzy.
— Zamknij się, idioto! Nie możesz się teraz wycofać! — krzyknęła Empuza. Głos jej drżał; była przerażona.
Olbrzym płakał. Zadyma gęstniała. Zakapturzony mężczyzna ciągle wypowiadał czarnoksięskie zaklęcia, różdżkę chłopaka wsadził w mrok pyłu. Ciemne macki piachu pełzły po ciele wielkoluda ku Jackowi i Elsie.
Czarna materia wlała się po kapturze na plecy dziewczyny.
Dawne, ale także te najświeższe koszmary ożyły na nowo. Wszystkie wyglądały tak realistyczne, jakby działy się naprawdę. Przeżywała złe sny na nowo, nie potrafiła z nich wybrnąć, przekonać siebie, że są fikcją. Znajdowała się w sieci koszmarów, które odbierały jej zdolność do jakiegokolwiek działania. Nie wiedziała, kiedy zaczęła płakać. Może przy jednym z najgorszych — wspomnieniu, jak zraniła Annę lodowym odłamkiem.
Elsa znów była tą małą dziewczynką, której gorące łzy spływały na lodowate policzki nieprzytomnej siostry. Znajdowała się w przepełnionej zimnem, pozbawionej najmniejszego promyka światła i ciepła krainie, gdzie to ona sama skazała najbliższych na życie w wiecznym mrozie.
Ledwo zorientowała się, że olbrzym odłożył ją i Jacka na ziemię. Chłopaka spowijała pajęczyna czarnego piachu. Próbował podnieść się, mięśnie mu drżały.
— Elsa, teraz — wydusił — musisz użyć swoich mocy!
— ...powstań, Książę Koszmarów! — Słowa zakapturzonego mężczyzny odbijały się echem w głowie dziewczyny.
Wśród tych wszystkich okropności, zdała sobie sprawę, że znała głos zakapturzonego człowieka. Słyszała go wtedy, gdy chorągiewka z herbem Hogwartu zmieniła się w świstoklik, ale także znacznie wcześniej.
Dziewczyna czuła się okropnie niepewnie. Gromadzące się złe sny sprawiały, że nogi jej zmiękły, gdy się podnosiła. Elsę przeszyło lodowate zimno. Błysnęło w powietrzu. Lodowe kolce wyrosły przy zakapturzonym mężczyźnie. Sopel wytrącił mu różdżkę z dłoni. Mroźny wiatr rzucił ją w stronę Jacka.
Chłopak wychylił się po nią. Z bólem podnosząc się, chwycił ją w dłoń.
— Drętwota! — krzyknął Jack.
Mężczyzna w kapturze runął na ziemię. Z różdżki zakapturzonego przejętej przez chłopaka buchały kłęby dymu.
— Crucio! — odpowiedział inny głos — lodowaty, zimny, zagnieżdżający się w umyśle na zawsze.
Iskry rozsypały się w powietrzu.
Jacka odrzuciło w tył. Runął ciężko na ziemię. Różdżka wypadła mu z dłoni.
Elsa miała wrażenie, jakby cały świat zatrzymał się w czasie. Nie czuła kąsających w twarz drobinek piachu. Nie odczuwała bólu w ramieniu. Jej słuch wyczulił się na głos Jacka, ignorując wszechobecny szum. Łzy napłynęły Krukonce do oczu. Jej przyjaciel wił się w konwulsjach. Przepełniony bólem wrzask osiedlał się na stałe w pamięci dziewczyny. To był najgorszy z koszmarów.
— Jack! — zawołała rozpaczliwie. Szloch zniekształcił imię chłopaka.
Ruszyła w jego stronę. Elsę odepchnęła niewidzialna bariera — na pewno zaklęcie. Upadła boleśnie na ziemię.
— Przestań! — rzuciła błagalnie do mężczyzny w kapturze, który już podniósł się z ziemi. Jednak on lekko rozłożył puste dłonie, nie miał w nich różdżki. Elsa wystrzeliła w stronę czarnej zawieruchy lodowe kolce, ale one zniknęły pod zwałami piachu.
Miała wrażenie, że minęła wieczność, zanim czar torturujący dobiegł końca. Jack leżał na ziemi. Oddychał ciężko. Mięśnie mu drżały. Wiatr przestał wbijać boleśnie ziarnka piasku w skórę.
Dziewczynę przeszyło spojrzenie złotych, przerażających oczu wysokiego mężczyzny otoczonego opadającą piaskową zamiecią. Jego hipnotyzujący wzrok przewiercał ją na wskroś; zdawało się, że ten człowiek w zaledwie ułamku sekundy poznał wszystkie jej tajemnice i bardziej rozpoznał się w jej emocjach niż ona sama. Skóra tego przerażającego człowieka była szara jakby nieco przeźroczysta, upodabniająca go do cienia.
Serce Elsy przyśpieszyło, jakby obawiało się, że zaraz przestanie bić. Gorzki szloch dławił ją w gardle.
Złotooki mężczyzna strzepnął pył ze swych czarnych, prostych szat. Obracał między palcami różdżkę należącą do Jacka.
— Złe posunięcie, chłopcze. Nie powinieneś nas atakować. — prychnął z niesmakiem mężczyzna. Głos miał aksamitny, hipnotyzujący, ale także przepełniony zimnem; tkwiła w nim niesamowita moc. Wypowiadał każde słowo tak, jakby było potężnym zaklęciem, To, co mówił, mimowolnie zapadało głęboko w pamięć. To ten człowiek użył zaklęcia torturującego na Jacku. — Wy, z mugolską krwią, zawsze macie naiwne przekonanie, że możecie konkurować z nami, czarodziejami. Accio różdżka!
Różdżka, którą Jack rzucił zaklęcie Drętwota, poleciała prosto w długie palce złotookiego człowieka. Podał ją zakapturzonemu facetowi.
— Ten chłopak z mugolską krwią znokautował czystokrwistego — wymamrotał Jack. Mężczyzna w kapturze zacisnął mocno dłonie, wyraźnie upokorzony.
Chłopak nieudolnie próbował podnieść się, podpierając drżącymi rękoma. Pomimo zaklęcia torturującego, odniesionych ran, okazał się na tyle silny, aby okazywać opór wrogom. Albo na tyle głupi, aby ich prowokować.
Złotooki mężczyzna wykonał mocny, szeroki ruch różdżką. Czarny piach wzbił się w górę. Uformował widmowe stworzenia — przerażające, wychudzone, czarne jak smoła konie z falującymi bezustannie grzywami. Zwierzęta parskały niespokojnie, wpatrując się wygłodniałym spojrzeniem dużych, złotych oczu w Jacka i Elsę.
Dziewczyna czuła na karku lodowaty, świszczący, wysysający jakiekolwiek szczęście oddech dementorów. Dostrzegła, że Gryfon drżał, ale hardość w jego spojrzeniu stała się jeszcze mocniejsza. Empuza i olbrzym zbliżyli się do siebie. Na ich twarzach nie było nic z dawnej pewności. Wyglądali tak, jakby planowali dyskretną ucieczkę.
— Znałem tak samo aroganckiego człowieka z mugolską krwią. Tak samo jak ty myślał, że może ze mną konkurować, że jest sprytniejszy, lepszy. — Złotooki zwrócił się sucho do chłopaka.
— A kim ty w ogóle jesteś? — parsknął Jack kąśliwie.
Pierś zakapturzonego zafalowała groźnie. Przygotowywał się do rzucenia zaklęcia:
— Żałosna szlamo, nie będziesz zwracał się takim tonem...
— Spokojnie, Alexandrze. — Wysoki mężczyzna położył mu dłoń na ramieniu. — Przecież właśnie po to robimy to, nieprawdaż? Aby każdy przypomniał sobie o mnie, aby każdy dowiedział się, jak należy mnie traktować.
Alexander pokornie upuścił dłoń trzymającą różdżkę. Walczył z ogromną ochotą, aby potraktować Jacka jakimś paskudnym zaklęciem.
— Nic dziwnego, że ty, szlamo, nie wiesz, jak się zachować w stosunku do mnie — przyznał wspaniałomyślnie złotooki, jakby był nauczycielem i odpuszczał chłopakowi pytanie przy tablicy. — Nieliczni, którzy o mnie pamiętają, oprócz najwierniejszych wspólników, traktują mnie jak bajkę, starą legendę, którą należy opowiadać dzieciom, aby pokazać, że dobro zawsze zwycięża, mugole wcale nie są gorsi.
Myśli Elsy pędziły jak szalone. Była daleko od czasów bajek z dzieciństwa. Pomimo strachu, nawału myśli, wyszukała odpowiedź — wyblakłe, dawne wspomnienie wiekowej baśni o potężnym, najgorszym czarnoksiężniku oraz o czarownicy i mugolu, których miłość zwyciężyła czary złego maga.
— Mrok... ty nazywasz się Mrok? — wydusiła Elsa.
— To jedno z moich imion — odparł złotooki, uśmiechając się; ten uśmiech wcale nie przypominał dobrych, serdecznych uśmiechów bliskich dziewczynie osób. — Nieliczni używali mojego prawdziwego imienia: Ereb Dejmos. W czasie mojej największej sławy nazywano mnie Księciem Koszmarów. Jednak ta wersja, którą wymieniłaś, bardzo przypadła mi do gustu.
Elsa pamiętała tylko urywki legendy o Mroku, czarodzieju, który pobierał magiczną moc i siłę życiową z cudzego strachu. Jego ukochana, przestraszona jego zamiarami, odeszła do innego mężczyzny — mugola. Właśnie ten niemagiczny człowiek okazał dziewczynie obce dla Mroka uczucia: ciepło, radość, dobro i pewność, że życie potoczy się dobrze i nie trzeba bać się koszmarów.
— Ale to tylko legenda — powiedziała Elsa —  przecież ty nie powinieneś...
— …nie powinienem istnieć? — wtrącił Mrok. — Tak naprawdę nie wiem, co powinienem robić. Jak widać, istnieję i mam się coraz lepiej.
Wśród tych wszystkich okropności i niespodziewanych rzeczy, wiadomość, że czarnoksiężnik z baśni jest prawdziwy, nie wydawała się specjalnie oderwana od rzeczywistości. Być może Elsa szybko przyswoiła te fakty przez ogarniający ją strach.
Jednak nowiny spowodowały w głowie Elsy kolejną nawałnicę pytań. Słowa wychodziły z jej ust szybciej, niż zdążyła pomyśleć:
— Przecież pokonała cię miłość.
— Miłość tego żałosnego mugola i jedynej kobiety, którą kochałem? — warknął poirytowany Mrok. — Niestety, w tej wersji legendy, którą słyszałaś, jest wiele bzdur: Pokonany przez miłość... zabójcy niewinnych skazują samych siebie na życie w cieniu okropności...
Czarne konie ryły niespokojnie kopytami. Ich złote spojrzenie paraliżowało.
— Jesteście już za duzi na bajki. Oto prawdziwa opowieść: Dawno, dawno temu, w pewnej czarodziejskiej rodzinie był chłopiec zdolniejszy niż pozostali w jego wieku. Odkrył, że gdy inni się boją, czuje się silniejszy oraz pogłębiają się jego zdolności magiczne. Chciał, aby rodzice nareszcie uznali, że nie tylko jego rodzeństwo jest warte uwagi. Matka i ojciec jednak nie byli zadowoleni z nietypowego talentu dziecka. Pragnęli, aby uzdolniony syn nigdy w życiu nie użył ponownie swych niesamowitych zdolności. Chcieli, aby stał się zwyczajny, słaby. Dlatego chłopiec uciekł. Powoli stał się młodzieńcem. Nauczył się, jak wpływać na sny innych ludzi, jak tworzyć koszmary. Odkrył, że strach innych zapewnia mu taką moc, która pozwoli mu stać się nieśmiertelnym.
Mrok wskazał dłonią na widmowe konie, których nozdrza zafalowały groźnie. Ich grzywy, falując, zmieniały się w zawijasy czarnego piachu.
— Czarodziej spotkał piękną, młodą czarownicę. Była pierwszą osobą, która okazała mu życzliwość od czasu jego ucieczki z domu. Nie nasłał na nią koszmarów. Minęło sporo czasu, zanim zaufał dziewczynie na tyle, aby pokazać swoje zdolności. Opowiedział o planie stworzenia nowej rasy istot, które siałyby mróz, strach i mrok; podwładnych, których nie będą zwodziły żadne ludzkie sztuczki. Miał zamiar nazwać te istoty dementorami. Jednak dziewczyna nie zrozumiała. Powiedziała: Przestań straszyć innych. Nie twórz tych potworów, a zostanę z tobą.
Alexander skrzywił się, zasłuchując w tę historię.
— Czarodziejowi pękło serce — kontynuował Mrok — Pragnął ze wszystkich sił, aby dziewczyna towarzyszyła mu, chciał podzielić się z nią swą mocą. Nie mógł jednak porzucić dotychczasowego stylu życia, planów stania się wiecznym, nieśmiertelnym, potężnym. Ukochana okazała się egoistką. Złamała mu serce.
Jack rzucił się do przodu. Desperacko próbował zaatakować. Mrok machnął różdżką.
I znowu to zaklęcie. Elsa znów słyszała wrzask torturowanego przyjaciela. Starała skierować swe moce na Księcia Koszmarów i jego znajomego się nie udawały. Odbijali bez problemu lodowe odłamki, ostre sople, niweczyli mroźny wiatr. Strach i rozpacz sprawiały, że ubrania Jacka pokrywał szron. Zdolności Elsy były bezużyteczne. Mogła tylko błagać, aby czarnoksiężnik przestał.
Mężczyzna cofnął czar. Machnął różdżką: drżące, opanowane echem niesamowitego bólu ciało chłopaka uniosło się w górę. Jack nie potrafił się poruszyć uwięziony zaklęciem, sprawiało ono, że musiał wpatrywać się w złote oczy Mroka. W błyszczących ślepiach widać było obrzydzenie.
— Uciekła do mugola, Adama Tempusa — kontynuował Książę Koszmarów, wpatrując się intensywnie w Jacka, jakby to była wina chłopaka. — Stwierdziła, że to przy nim czuje się bezpiecznie. Czarodziej nie mógł znieść tej zniewagi. Zmarnował czas, otworzył się przed głupią dziewczyną, która wolała niemagicznego mężczyznę niż niego, potężnego czarodzieja. Mag zniknął na kilka lat. To wtedy szerzyła się jego sława, wtedy stworzył dementorów. Po latach postanowił ukarać Adama i Andromedę — dawną miłość, która przyjęła nazwisko tego mugola i została matką jego dzieci. Postanowił wzmocnić się jak nigdy dotąd, jednocześnie dając nauczkę zdrajczyni i temu niemagicznemu. Dręczył Tempusa złymi snami, nieustającym strachem, aż ten mugol popadł w obłęd. Czarodziej czekał, aż usłyszy, jak bardzo Andromeda żałuje swej dawnej decyzji, że odeszła. Jednak ona okazała się głupsza, niż mu się wydawało. Tkwiła latami przy swym mugolskim, szalonym mężu. Pewnej nocy, koszmary zmieszały się z rzeczywistością. Adam Tempus nieświadomie zabił swoją żonę opętany przez ponure wizje. Potem czarodziej okazał się na tyle wspaniałomyślny, że zdjął z biedaka szaleństwo. Adam Tempus usunął się sam, widząc, co zrobił.
Mroźny powiew przetoczył się przez jaskinię. Elsa dygotała, patrząc na osłabionego Jacka, który ledwo utrzymywał świadomość. Słowa Mroka osiadły jej w umyśle jak kamień na dnie rzeki. Dziewczyna nie potrafiła się odezwać, zdobyć się na jakąkolwiek reakcję.
Książę Koszmarów mówił dalej:
— W prawdziwej wersji, miłość Tempusów wcale nie przezwyciężyła złego czaru i nie sprawiła, że potężny mag stracił swoją moc, przestając istnieć. Czarodziej tak naprawdę przeżył jeszcze dziesiątki lat, zanim aurorzy z Ministerstwa Magii zdołali przełamać jego potęgę. Zadbali o to, aby zapominano o Księciu Koszmarów, aby potraktowano go jak legendę dla dzieci. Jednak ja, Mrok, trwałem. Przeżyłem te setki lat, czając się jako cień pod łóżkami dzieci, czerpiąc minimum sił do przeżycia z koszmarów dzieciarni. Przetrwałem także dzięki wsparciu rodzin czarodziejów, które od samego początku były ze mną związane. Jednak to dzięki Alexandrowi i jego matce zacząłem odzyskiwać siły. Oni opłacali niektórych niezbędnych najemników: olbrzymy, demony. To Alexander pomógł mi przygotować dzisiejsze przedsięwzięcie. To on pomógł wskazał odpowiednie osoby: potrzebna mi była osoba o czystej i jedna o mugolskiej krwi. Dziś, właśnie dziś, dzięki waszemu strachowi znów powrócę do pamięci innych. Znów będą się mnie bać.
Elsa nareszcie zrozumiała, kto wplątał ją do Turnieju Trójmagicznego. Tylko dlaczego skazano akurat nią i Jacka na to, aby przyczynili się do powrotu najgorszego czarnoksiężnika? Co z nimi się stanie?
— Zastanawiacie się pewnie, dlaczego akurat wy — powiedział Mrok. Elsa czuła się obdarta ze wszystkich tajemnic, jakby Książę Koszmarów miał dostęp do każdego jej sekretu, do każdej myśli — Na wybranie Turnieju Trójmagicznego zdecydowałem się od razu. Co bardziej wzbudza panikę wśród czarodziejskiej społeczności, niż sytuacja, gdy ze znanych na całym kontynencie zawodów magicznych znika bez śladu dwójka uczestników? Wyobrażacie sobie wszechobecny strach, gdy odnajdą was w nieciekawym stanie. Na twoje miejsce, Jack, mógłbym wziąć przypadkowego, jakiegokolwiek mugola, ale wtedy popełniłbym ogromny błąd. Jednak przyjrzałem się tobie, chłopcze. Przez twoje sny dowiedziałem się wiele. Gdy miałeś siedem lat, pijak Bob zabił twojego ukochanego psa, przybłędę, o którego dbałeś w tajemnicy. Twój ociec zginął zaraz po tym, jak otrzymałeś list z Hogwartu, z czym z trudem sobie poradziłeś. W szkole szło ci kiepsko. Niektórzy wyśmiewali się, widząc twoje zniszczone rzeczy. Dokuczali ci, bo jesteś szlamą.
Jack zaciskał mocno usta, wpatrując się w Księcia Koszmarów. Mężczyzna zwrócił się do Elsy tym samym, aksamitnym tonem:
— Natomiast ciebie co do ciebie, Elso, nie miałem żadnych wątpliwości, polecił mi cię Alexander. Elsa Vintersen — dziewczyna z niesamowitymi zdolnościami, tak przerażona perspektywą zranienia siostry, że woli ukrywać swoje moce; spanikowani rodzice obwiniający się za klątwę ciążącą na córce; i ona, najmłodsza Anna, która ciągle niepokoi się, że starsza siostra za nią nie przepada. Chociaż wydaje mi się, że gdybyś się postarała, mogłabyś sprawić, że twój pech przerodziłby się w szczęście. Baliby się ciebie, szanowali, gdybyś tylko zrobiła użytek ze swoich mocy...
— Nie jestem taka jak ty — odparła dziewczyna słabo. — Strach nie jest tym samym co szacunek.
— Kolejna, która źle wybiera... — mruknął potężny czarnoksiężnik. — Alexander wszystkim się zajął. Wrzucił twoje nazwisko do Czary Ognia. Dopilnował, abyście przeżyli drugie zadanie — pojawił się nocą w dormitorium Gryfonów i wrzucił do płaszcza Jacka te cukierki. Wolałem, aby to on nakarmił mordoklejkami chimery, byłaby mniejsza strata, gdyby to jego spaliły. Oprócz tego Alexander pomógł mi nieco pozyskać siły: przynosił mi krew jednorożców. Pomógł mi wyrównać stare rachunki. Dzięki mojemu przyjacielowi wszyscy potomkowie Tempusa stracili życie, niedawno ta najmłodsza...
— Atalanta — wtrącił Alexander.
— Nixon? — wymamrotał Jack, wpatrując się w Alexandra Nixona, organizatora turnieju, wspólnika Mroka.
Mężczyzna zrzucił kaptur z głowy. Pyzata, znajoma twarz miała dziwnie poważny i gniewny wyraz. Wizerunek wiecznie uśmiechniętego, miłego wobec wszystkich, ubranego w jaskrawe szaty dyrektora Departamentu Magicznych Gier i Sporów był tylko iluzją.
Nixon patrzył na Elsę z ogromną nienawiścią, której nie potrafiła zrozumieć. Nie wiedziała, dlaczego ten mężczyzna za wszelką cenę pragnie zrujnować jej życie, przecież nigdy nie zrobiła mu nic złego.
Przypomniała sobie artykuły Berthy Moore o Nixonie, na które nie zwracała większej uwagi, bo z góry osądziła, że są bzdurami wyssanymi z palca. Dziennikarka snuła podejrzenia, że ważny człowiek z Ministerstwa Magii utrzymuje kontakty z czarnoksiężnikami. Kwestionowała jego pochodzenie, twierdząc, że jest synem wiedźmy.
— Jak widać — odparł surowo Nixon na pytanie Jacka. Zwrócił się do Elsy: — Zbieraliśmy razem z matką fundusze na odnowienie wizerunku Księcia Koszmarów w pamięci wszystkich, ale przez twojego ojczulka i jego nadgorliwość wszystko się opóźniło! Wpędził moją matkę do grobu! Tobie i twojej matce powinno od razu pozamrażać serca, gdy dostałyście tamten lodowy kryształ, specjalność mojej matki.
Nixon ciężko oddychał, rozwścieczony celując w Elsę. Serce dziewczyny pragnęło wyrwać się z jej piersi. Nadmiar informacji sprawiał, że huczało jej w głowie. Alexander Nixon był synem wiedźmy odpowiedzialnej za zimowe przekleństwo dziewczyny.
— Alexandrze, nie mam zamiaru cię powstrzymywać od zemsty — powiedział Mrok, uśmiechając się zimno. Machnął różdżką, a widmowe, paskudne postacie z czarnego piachu wydały się jeszcze groźniejsze i bardziej przerażające. — Zyskałem na tyle sił, aby napisać nowy rozdział do historii o Księciu Koszmarów...
— Spróbuj ją tylko tknąć! — zagroził Jack Nixonowi. Z perspektywy władającego dementorami i koszmarami Mroka oraz uzbrojonego w różdżkę Alexandra musiało wyglądać to wręcz żałośnie. Groził im bezbronny, poraniony nastolatek.
Elsa nie zdążyła krzyknąć, aby chłopak nic nie mówił. Nie mogła pozwolić, aby znów potraktowano go tym zaklęciem.
Ale było już za późno. Kolejny Cruciatus tym razem za to, że desperacko chciał ją ochronić, chociaż niewiele mógł zrobić. Elsa słyszała zimny śmiech Księcia Koszmarów, słowa Jacka nieźle go ubawiły. Strach ział od dementorów.
Dziewczyna wtedy nie wytrzymała. Nie kryła tych wszystkich uczuć, które się w niej nagromadziły: żalu, strachu, złości, przygnębienia, rozpaczy. Wyparły one wraz z wszechobecnym mrozem wszystkie myśli z jej głowy. Stała się częścią śnieżycy. Widma z czarnego piachu walczyły ze śniegiem, rozwiewał je porywisty wicher.
Elsa czuła się oderwana od rzeczywistości. Wokół panowała zawierucha. Błyskały zaklęcia. Konie z koszmarów rzucały się na obcych ludzi. Wszędzie słychać było krzyki.
— Znajdźcie ich!
Jack leżał na ziemi, ubrania pokrywała mu cienka warstwa śniegu. Nie ruszał się. Oczy miał zamknięte. Czy oddychał? Elsa nie potrafiła dostrzec, gdy wstrząsały nią trudne do opanowania dreszcze. Łzy zamarzały jej na policzkach.
— Jack? — Jej głos był słabym, ledwo zrozumiałym piskiem.
Chłopak nie odpowiedział.
— Tutaj są! — krzyknął ktoś.
Nawet nie zorientowała się, kiedy podeszli do niej ci obcy, pokrzykujący ludzie. Złapali ją i Jacka. Ledwo opanowała mdłości, gdy wirowała przed nią mieszanina barw.
Tłum obcych prowadził ją korytarzami. Ona, w przeciwieństwie do Jacka, szła sama, chociaż nogi się pod nią uginały. Ludzie prowadzili ją pod ręce. Pokrzykiwali, mówili coś do niej. Nie była w stanie odpowiedzieć; ich słowa nie docierały do niej. Liczył się tylko Jack, którego bezwładne ciało lewitowało przed nią, unoszone czarami tłumu czarodziei.
— ...nie żyje... — Elsa wychwyciła te słowa. Dochodziły z oddali, mogły być zupełnie niezwiązane z Jackiem, jednak sprawiły, że jeszcze bardziej zobojętniała na panujące wokół niej zamieszanie.
Znalazła się w sali pełnej łóżek. Nawet nie zastanawiała się, skąd znała to pomieszczenie. Do ostatniej chwili wpatrywała się w Jacka. Jakaś kobieta zasunęła zasłonkę, ukrywając chłopaka przed wzrokiem Elsy.
Jacyś ludzie posadzili dziewczynę na miękkim łóżku. Znajoma, przysadzista kobieta mówiła coś do niej. Często wymawiała imię Elsy, jakby liczyła, że słysząc je, dziewczyna zacznie odpowiadać. Jednak ona pozostała obojętna. Jej myśli zajmował tylko Jack, czuła wyłącznie bolesny mróz.
Próbowano ją zbadać, ale była zbyt roztrzęsiona, aby wykonać jakiekolwiek polecenia.
— ...wypij, dziecko. — Nastolatce podano kubek z fioletową, słodko pachnącą substancją.
Ręce jej drżały; część napoju wylądowała na ubraniu dziewczyny oraz białej pościeli.
Jakoś zmuszono ją do wypicia kilku łyków picia. Powieki ciążyły. Mięśnie rozluźniały się mimowolnie. Łóżko stało się jeszcze wygodniejsze.
Opadła na poduszkę, zasypiając wręcz od razu.

~*~*~*~

Elsa nie pamiętała, jak wyglądały kolejne dni. Jedyne wspomnienie, które zatrzymała sprzed pójścia na pogrzeb, to jak zauważyła naszykowanie dla niej na tę specjalną uroczystość czarne, przygnębiające szaty.
Siedziała na drobnej, drewnianej ławeczce przy rozwalającym się ogrodzeniu malutkiego, przykościelnego cmentarza. Orzeźwiający wiaterek niósł zapach polnych kwiatów. Liście drzew szumiały. Jasna elewacja niewielkiej świątyni lśniła w promieniach słońca. Pogoda była idealna, piękna, radosna. Zupełnie nie pasowała do tego, co dziewczyna właśnie czuła.
Początkowo, chociaż wewnątrz Elsy panowała burza, udawało się jej zachować kamienną twarz. Na uroczystości pojawiła się rodzina zmarłego, oprócz niej część grona pedagogicznego Hogwartu oraz przyjaciele chłopaka ze szkoły. Kilkoro nastolatków, zwykle rozwrzeszczana, nieujarzmiona hałastra, była nadzwyczaj poważna. Nikt nie żartował. Nikt się nie śmiał. Jeśli już rozmawiano, robiono to szeptem i krótko. Wszyscy żałobnicy nosili ciemne, posępne szaty. Niektórzy kątem ocierali łzy, ale większość nawet ich nie kryła. Pani Frost i Emma chyba były najbardziej zrozpaczone. Jane Frost zaledwie przed pięcioma laty pochowała męża, teraz miała pochować syna.
Elsa próbowała nie dać się wszechobecnej rozpaczy, która powoli wyżerała, zabijała ją od środka. Przegrała, widząc prostą, drewnianą trumnę. Przyzwoitość nakazywała jej, aby uczestniczyła w uroczystościach, patrzyła, jak Jack Frost zostaje pochowany tuż przy mogile jego ojca. Nie umiała tego zrobić. Uciekła, przypadkiem odnajdując tę ławeczkę przed cmentarzem.
Płacz wydzierał resztki ciepła z ciała dziewczyny, chociaż wokół panowała typowo letnia pogoda. Nie potrafiła powstrzymać łez. Drżała.
Jack Frost zginął torturowany przez Księcia Koszmarów, bo stawiał opór, chociaż nie miał najmniejszych szans. Jedyny jej przyjaciel nie żyje, bo przypadkowo wplątano go w gierki najgorszego czarodzieja. Chłopak, który miał przed sobą całe życie, zostanie pochowany, bo ona, Elsa, nie potrafiła go uratować.
Dziewczyna czuła się pusta. Jakby z każdą łzą wylatywały z niej wspomnienia, radość i wszystkie inne uczucia inne od rozpaczy. Elsa nie była na tyle silna, aby pojawić się na ostatnim pożegnaniu z Jackiem Frostem. Mróz opanował jej serce i wręcz miała pewność, że nic nigdy go nie zniszczy.
Już nigdy nie ujrzy Jacka Frosta. Już nigdy nie zobaczy, jak się uśmiecha. Nie usłyszy, jak się z niej nabija. Nie będzie musiała próbować zrozumieć, gdy zacznie jak nakręcony mówić o miotłach. Nigdy nie dowie się, czy tak jak pragnął, zostanie renowatorem mioteł. Elsa nigdy już nie powie chłopakowi, co ją trapi. Jack Frost nie dowie się, jak bardzo dziewczyna źle się czuje, gdy płacze ona na ławce przed cmentarzem.
Elsę otrzeźwił powiew lodowatego, nieletniego wiatru. Dziewczyna uniosła głowę. Otaczali ją wszyscy żałobnicy. Każdy patrzył akurat na nią. Ich czarne szaty łopotały na wietrze. Spojrzenia utkwili właśnie w niej. Najbliżej była pani Frost i Emma.
— To twoja wina — powiedziała matka Jacka, przełykając łzy.
Elsa nie wiedziała, co odpowiedzieć. Te trzy słowa sprawiły, że nie potrafiła wydusić z siebie głosu. Pozostali zebrani nie skomentowali słów pani Frost, dalej tkwili nieruchomo: Anna, Merida, Roszpunka, profesor Morozow i inni.
Ich ciemne szaty wirowały. Twarze i dłonie stawały się paskudnie wysuszone, pomarszczone. Unosili się nad ziemią. Nie było już żałobników. Byli dementorzy.
Czarne upiory rzuciły się na Elsę, a ona jedyne, co słyszała, to ich świszczące oddechy.

~*~*~*~

Cześć. Jak widać, nie zaginęłam ani nie zjadły mnie chimery, chociaż tak się czułam, rozpoczynając nowy rok szkolny.
Mam się usprawiedliwiać? Powiem szczerze, to byłoby trudne. Po dodaniu poprzedniego rozdziału, byłam na dwutygodniowym wyjeździe, na którym miałam mnóstwo czasu do pisania. Jechałam szesnaście godzin samochodem, więc teoretycznie powinnam napisać ¼ rozdziału. Napisałam ile? Dziesięć linijek? Potem wciągnęło mnie w szkolny wir...
Przy okazji mam dla was trochę cyferek:
— Ten rozdział pisałam najdłużej, ponad miesiąc. To chyba nie jest czymś, czym powinnam się chwalić, co nie?
— Ten rozdział jest najdłuższy, liczy nieco ponad 10 000 znaków.
— Hogwart skuty lodem na Wattpadzie zyskał ponad 40 000 wyświetleń! Powiem szczerze, jestem niesamowicie szczęśliwa, ale też nieco zaskoczona. Rozpoczynając tę opowieść myślałam, że będzie nie więcej nić 10 000.
— Ponad 5000 użytkowników zagłosowało (dało gwiazdkę) opowiadaniu na Wattpadzie. Kolejne cyferki, z których jestem dumna!
Bardzo Wam dziękuję! Zapraszam do dalszego czytania.
Pozdrawiam!

20 komentarzy:

  1. tak więc tak. Jedyne na co się zdobyłam po przeczytaniu to takie : Aha
    Nie w złym sensie oczywiście. Po prostu byłam zbyt zszokowana, pomyśleć coś innego.

    Swoją drogą jak tylko zobaczyłam tytuł rozdziału to skojarzyło mi się z tekstem z jednej z przepowiedni z Percy'ego Jacksona.

    Czekam z niecierpliwością na następne
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że cię zaskoczyłam!
      Tak, kojarzę tę przepowiednię. Uwielbiam ją 💙
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. O rety wchodząc tutaj nie spodziewałam się wielkiego auu...
    Jestem miłośniczką Elsy i całej otoczki związanej z moją ulubioną baśnią, ale to co przeczytałam kompletnie mnie zaskoczyło. W jaki sposób ją pokazałaś. Całkiem inna bohaterka, podobnie jak i historia. Wszystko w ogóle wydaje się być całkiem inne. Tak samo jak i Elsa.
    Nie tylko sami bohaterowie między innymi Jack, ale i otoczka Hogwartu jaką pokazałaś.
    No i oczywiście sam Jack.
    Jego postać najbardziej mnie podbiła gdyż lubię takie charaktery.
    Ideał faceta he he xp
    Coś zupełnie innego, z innej strony.
    Jesteś po prostu wspaniała tym co pokazałaś.
    Nie sądziłam, że można tak niesamowicie pisać i wciągająco.
    Dla mnie pełen zachwyt bo długością rozdziału pobiłaś nawet mnie.
    Aż jestem ciekawa ile to stron wordowskich bo widać że poświęcasz temu masę czasu.
    pozdrawiam mocno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że bardzo odskoczyłam od kanonu (czasami obawiam się, że aż za bardzo). Jednak bardzo się cieszę, że spodobała Ci się historia. Pytałaś o ilość stron, ten rozdział ma akurat 20 stron w OpenOffice (Times New Roman, rozmiar czcionki: 12, interlinia pojedyncza, akapity 1 cm) :)
      Jeśli chodzi o ilość stron w całym opowiadaniu, to nie mam pojęcia, ale dzięki Twojemu komentarzowi nabrałam ochoty na liczenie :p
      Pozdrawiam!

      Usuń
  4. NIE.

    Jestem totalnie skonfundowana. Nigdy ci nie wybaczę.
    JELSA FOREVA!

    OdpowiedzUsuń
  5. Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc, jeszcze sama nie wiem :(

      Usuń
  6. Hm nie jestem za dobry w komentowania, bardzo mi się podoba :) chociaż czuję się fatalnie musiałem zostawić slad :)
    Pozdrawiam, miłej nocki.
    Polfrius.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet taki ślad bardzo mnie cieszy :D
      Dziękuję i pozdrawiam!

      Usuń
    2. Heh to ja dziękuję że tworzysz :) no i jak zawsze znajduje czas bardzo późno-przed snem, zaglądam od czasu do czasu żeby sprawdzić czy jest nowy rozdział (żeby nie było nie popedzam ;) ja jestem cierpliwy, wiec poczekam XD nic zwiewam dobrej nocki pomysłów i czasu :)
      Pozdrawiam! Polferius :)

      Usuń
  7. AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!! Jezu, tyle emocji w jednym rozdziale! Ratunku, niech ktoś dzwoni po pogotowie, po chyba dostałam głupawkiiiii! Jednocześnie śmieję się i płaczę! Ale bardziej płaczę! Niesamowity rozdział. Bardzo chwytający za serce. Szczerze to cały czas bałam się czytając ten rozdział. Pięknie napisany, ale przerażający.
    Wszystko się racjonalnie wyjaśniło. Już wiadomo kto wkręcił Elsę w turniej. Niesamowicie opisałaś historie Mroka, ja bym na takie coś nigdy nie wpadła. Nie mogę uwierzyć, że jesteś taka młoda, a piszesz jak profesjonalna pisarka! Gdy bohaterowie cierpieli, to dosłownie czułam ich cierpienie, ból.
    NIEEEE!! Tylko nie to! Błagam, powiedź, że Jack żyję! Że to był tylko koszmar Elsy! Chodź wszystko na to wskazuje...i mam nadzieję, że tak jest, po pomimo, że jesteś moją ulubioną blogerką to i tak ukatrupię cię, jeśli Jack nie żyje! Nie no nie zrobię tego...ale mam nadzieję, że był to tylko koszmar Elsy. Z resztą, idę się o tym przekonać. Czas przeczytać kolejny next.
    Całuję i pozdrawiam cieplutko :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem szczerze, że właśnie na takich reakcjach mi zależało! :D
      Uff... całe szczęście, że wyjaśnienia jednak wyszły. Bałam się, że zostawię jakąś lukę i wszystko się posypie... Jeju, bardzo Ci dziękuję :D
      Co do tego, czy Jack przeżyje... wszystko wyjaśnione jest w kolejnym rozdziale!
      Pozdrawiam!

      Usuń
  8. Wreszcie jestem i nadrabiam te wielkie zaległości. Przepraszam, że dopiero teraz, ale o dziwo dopiero dzisiaj mam wolne popołudnie i chęci do czytania :) Rozdział naprawdę na wysokim poziomie, pełen emocji. Podobało mi się to, że wszystko od początku do końca było przemyślane. Brawo za to. A jeśli chodzi o Jacka... chciałabym żeby przeżył. Chciałabym żeby odrodził się jak feniks z popiołów ;) Ale czy tak będzie okaże się w kolejnych rozdziałach.
    Pozdrawiam i lecę dalej
    Arcanum Felis

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma za co przepraszać :D Bardzo dziękuję. Powiem szczerze, bałam się, że w pewnym momencie logika gdzieś zaginie.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  9. Jejku dziewczyno piszesz wspaniale od niedawna zaczęłam czytać ten rozdział i jestem oczarowana masz naprawdę wielki talent kocham Cię!!!!!!!!! i to k jaki sposób oddajesz uczucia i myśli bohaterów jeśli będziesz pisała coś jeszcze kiedyś to na pewno przeczytam <3 <3 <3 <3 <3 <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :D Zaczęłam również fanficka o PJ na Wattpadzie. Podać link?

      Usuń