piątek, 28 października 2016

Rozdział XXXII — Wiwat, Król Mazgajów! Wiwat, Strażniczka Regulaminu!

Kiedyś Jack podczas zajęć z profesorem Bulstrode'em dodał złe składniki do eliksiru i substancja przeżarła kociołek. Zirytowany nauczyciel zapytał wtedy: Frost, czy myślenie boli? Chłopak odpowiedział pierwsze, co przyszło mu na myśl: A co, nigdy pan nie próbował? Zarobił wtedy ponad miesięczny, wyjątkowo nieprzyjemny, uciążliwy szlaban. Jednak teraz, gdyby zadano mu podobne pytanie, powiedziałby szczerze, bez cienia ironii, że myślenie bardzo boli.
Nienawidził tego, jak się czuł, czyli żałośnie i słabo. Był zmęczony i ospały, ale po maratonie niesamowicie realistycznych koszmarów postanowił, że nie zmruży oka. Nieznośnie bolało go całe ciało, szczególnie zraniona noga i ramię. Najgorsze okazało się jednak łupanie w głowie nasilające się, ilekroć chłopak wytężał umysł, próbując ogarnąć chaos myśli. Miał wrażenie, jakby Irytek bawił się, waląc go młotkiem po czaszce.
— To tutaj. — Usłyszał głos pani Kelly.
Pojawiła się przy jego łóżku, a zaraz za nią nieznajoma kobieta niosąca tacę z niewielkim kociołkiem, którego zawartość bulgotała; leczniczymi miksturami; mocno pachnącymi ziołami i innymi medycznymi substancjami. Chłopak odniósł wrażenie, że ta obca osoba kogoś mu przypomina, chociaż był pewien, że nigdy przedtem jej nie widział. Nosiła szaty magomedyka ze szpitala świętego Munga, z obszernych kieszeni wystawały najróżniejsze mieszadełka i przyrządy do warzenia eliksirów. Część długich, brązowych włosów zebrała z tyłu głowy, resztę zostawiła rozpuszczoną. Twarz miała pogodną, jej zielone oczy iskrzyły radośnie.
Kobieta dopracowywała miksturę znajdującą się w kociołku. Mieszała mieszadełkami, siekała, cięła, zgniatała magiczne rośliny w błyskawicznym tempie. Z naczynia buchał różnokolorowy dym, unosiła para, sypały się iskry. Jack nie potrafił pojąć, jak umiała bez większego zastanowienia, a jednocześnie z niezwykłą zręcznością, tworzyć magiczny napój.
Jednak jego myśli zaprzątało co innego. Miał sprawy poważniejsze niż zastanawianie się, jak możliwe jest rozumienie eliksirów.
— Proszę pani — zwrócił się do pani Kelly — może dałaby mi pani coś na wzmocnienie? Wtedy szybko załatwię moje sprawy i od razu wrócę do łóżka...
— Kategorycznie nie pozwalam. Powinieneś teraz odpoczywać — odparła sucho pielęgniarka szkolna.
— Niech pani się zlituje — jęknął przygnębiony. — Tylko dowiem się, co się stało... co się teraz dzieje. Obiecuję, że poddam się wszystkim zabiegom bez jakiegokolwiek gadania!
Pani Kelly uniosła brwi. Propozycja chłopaka nie wydała się jej ani trochę kusząca.
Odkąd przebudził się, usilnie starał rozeznać się w sytuacji. Z trudem odtwarzał wspomnienia z trzeciego zadania Turnieju Trójmagicznego.
Wkroczyli na arenę — to pamiętał dobrze. Zmieniono w świstoklik chorągiewkę, która miała zapewnić zwycięstwo. Wylądowali z Elsą w labiryncie ciemnych korytarzy i jaskiń, gdzie roiło się od dementorów, dłoni-wodorostów i innych potworów. Niejednokrotnie ocierali się o śmierć. Przyczynili się do powstania okrutnego czarnoksiężnika, prawda? Chłopak był owładnięty przez koszmary, poważnie się poranił, torturowano go.
Jack nie wiedział, czy niektóre rzeczy, które majaczyły mu w pamięci, wydarzyły się naprawdę. Wielu z nich nie mógł zrozumieć. Miał nadzieję, że ktokolwiek pomoże mu ogarnąć bałagan faktów. Nie potrafił odpocząć zgodnie z zaleceniami magomedyków, dopóki w jego głowie kłębiło się tyle pytań.
Najpilniejszą sprawą było to, dlaczego nie ma kontaktu z Elsą. Wolałby usłyszeć cokolwiek więcej niż ciągle powtarzane zdanie: wszystko z nią w porządku. Nie wierzył, że to prawda. Gdyby czuła się dobrze, zobaczyliby się od razu! Pragnął dowiedzieć się więcej o Mroku. Czy to możliwe, że on, postać z baśni czarodziejów, powrócił? Czy udało się go przyskrzynić? Może jest na wolności? Jack zadrżał na samą myśl, że czarnoksiężnik panoszy się po świecie.
Matka czuwała przy synu, odkąd sprowadzono go do Hogwartu. Znów zrobiono dla niej, mugolki, wyjątek, łaskawie pozwalając nie spać kilkanaście godzin przy nieprzytomnym dziecku. Jack nie wypytywał jej o nic. Jane Frost nie miała rozeznania w świecie magii, a poza tym wydawała się bardziej zagubiona i zmartwiona niż chłopak. Udało mu się namówić ją, aby udała się i odpoczęła w Hogsmeade, gdzie ją zakwaterowano.
Gdy mama wyszła, liczył na panią Kelly. Ona jednak zmuszała go do leżenia w łóżku. Nie odpowiadała na pytania tak, jakby sobie życzył. Nic nie wynosił z jej odpowiedzi.
Rozległ się paskudny, gardłowy dźwięk. Ktoś wymiotował na drugim końcu sali.
— Niech pani idzie — powiedziała kobieta warząca eliksir. — Za chwilę skończę tę miksturę. Zajmę się nim. — Wskazała wzrokiem na Jacka.
— Dziękuję, dziękuję — odparła pośpiesznie pielęgniarka, znikając za zasłonką. Zdążyła jeszcze ostrzec chłopaka: — Jeśli tylko spróbujesz wstać, Frost, to przytwierdzę cię Zaklęciem Trwałego Przylepca do łóżka!
— Radziłabym ci poważnie potraktować groźby pani Kelly — powiedziała pani magomedyk, uśmiechając się dyskretnie i szatkując równiutko muchy siatkoskrzydłe.
Jack cicho parsknął śmiechem. Nawet to przyniosło mu ból. Miał wrażenie, jakby jakaś nadgorliwa, stęskniona ciotka przesadziła z tarmoszeniem go za policzki.
— Nie musiałaby tego robić, gdyby tylko pozwoliła mi dowiedzieć się kilku rzeczy — mruknął do siebie pełen żalu.
Uzdrowicielka nie pozostawiła jego słów bez komentarza:
— Jeśli chcesz się czegoś dowiedzieć, to pomogę, jak potrafię — zaoferowała, mieszając w kotle.
Jack uniósł brwi zdziwiony. Z trudem podniósł się i oparł o oparcie łóżka. Zrozumiał, że mógł znaleźć odpowiedź na część męczących go pytań. Nagle wszystkie myśli skłębiły się, nie wiedział, którą z nich wyłuskać najpierw. Zaschło mu w gardle.
— Może mi pani powiedzieć, co z Elsą, tą drugą uczestniczką turnieju? — zapytał.
Kobieta przyjrzała się mu uważnie, co go nieco zaniepokoiło. Nie potrafił tego ukryć, ale się tym nie przejmował. Uzdrowicielka mogła to uznać za grymas bólu czy coś podobnego.
— Na razie twoja przyjaciółka śpi pod wpływem eliksiru słodkiego snu, więc nieprędko się wybudzi. Nic groźnego jej nie dolega. — W kociołku zawrzało, gdy kobieta wrzuciła do niego garść zieloniutkich liści. — Musimy teraz bardzo ostrożnie dostosować do was metody leczenia. Mieliście kontakt z wieloma niebezpiecznymi substancjami magicznymi i nie możemy ryzykować podania wam mocniejszych lekarstw, dlatego i twoje leczenie, i jej potrwa dłużej.
Wcześniej Jack miał wrażenie, jakby w miejscu, gdzie było jego serce, znajdował się kocioł z niebezpiecznie bulgoczącą, gorącą substancją. Po tym, jak usłyszał, że Elsie nic groźnego nie dolega, eliksir przestał wrzeć, zniknęło zagrożenie, że paskudna mikstura wykipi. Oddychanie stało się łatwiejsze.
— Nie wie pani, kiedy się obudzi i kiedy będę mógł z nią porozmawiać? — zapytał znacznie śmielej.
— Za kilka godzin — odparła uzdrowicielka — pewnie wieczorem.
— Co z Mrokiem? On... on już wcześniej dawał znaki, że wróci? — Jack po chwili namysłu zadał kolejne pytanie, na które bardzo chciałby uzyskać odpowiedź. — Złapali go?
Kobieta widocznie się zamyśliła. Jej dłoń zawisła nad kotłem. Uzdrowicielka szybko otrząsnęła się zadumy i kontynuowała warzenie skomplikowanego eliksiru.
— Niewiele słyszałam o Mroku, piętnaście lat mieszkałam z mężem w Ameryce Południowej, dopiero niedawno wróciliśmy tutaj. Jednak wydaje mi się, że nic nie wskazywało na to, że on wróci. Aurorzy poszukują go...
— Czyli go nie złapano... — westchnął Jack markotnie.
— Nie, nie złapano go. Jednak ty, chłopcze, nie musisz się tym martwić. Aurorzy Ministerstwa już nad tym pracują.
Jacka niezbyt to pocieszało. Wcześniej Ministerstwo Magii starało się, aby zapomniano o Księciu Koszmarów. Cóż, skończyło się na tym, że samo przestało o nim pamiętać, zlekceważyło go, więc Mrok mógł ze swoimi ludźmi knuć swój wielki powrót.
Kobieta przypilnowała, aby chłopak przyjął kolejne dawki lekarstw. Postawiła na szafce eliksir, którego warzenie ukończyła przed chwilą. Ciemnozielona mikstura miała konsystencję wody, parowała, roznosząc wokół ziołowy, mocny zapach. Nie wyglądała najgorzej. Jednak Jack nie spodziewał się, że będzie smaczna. Po poprzednim leczniczym napoju, w skład którego wchodziła flegma trolli, zemdliło go już po jednym łyku. Gdy pani Kelly odeszła, wylał go do stojącego na szafce wazonu z kwiatami.
— Radzę ci wypić, póki ciepłe — powiedziała uzdrowicielka. Popatrzyła na zwiędnięte rośliny w naczyniu. — Tym razem naprawdę wypij eliksir. Szkoda kwiatów.
Uśmiechnęła się do pacjenta półgębkiem i zebrawszy swoje rzeczy, opuściła go.
Nastolatek po chwili zabrał się niechętnie za miksturę. Przygotował się, że napój wywróci mu wnętrzności do góry nogami, ale nie smakował tak źle. Stanowczo nie dorównywał sokowi dyniowemu, ale dało się go wypić bez zbędnych rewelacji. Przynajmniej przyjemnie rozgrzewał.
Jack siedział sam, siorbiąc eliksir. Był okropnie znudzony i jedyne, co mu pozostało, to nasłuchiwanie, bo od reszty skrzydła szpitalnego oddzielała go zasłona. Miał pewność, że niewiele osób przebywa w pomieszczeniu, sądząc po panującej ciszy.
Głośne skrzypnięcie otwieranych drzwi sprawiło, że Jack drgnął. Rozległy się donośne, pośpieszne kroki. Ucichły na moment. Jack usłyszał zrzędzenie pani Kelly i jej dreptanie. Zamknęła się w swoim gabinecie — dotarło do niego ciche kliknięcie zamka.
— Gdzie on jest? — ktoś szepnął.
— Nie, tam jest ta połamana drugoklasistka! On leży dalej! — odpowiedział inny sykiem.
Ciche tuptanie zbliżało się w stronę Jacka. Czuł, jak jego serce przyśpiesza, gdy na zasłonach pojawiły się sylwetki dwojga ludzi, których wręcz od razu rozpoznał.
Dziewczyna wślizgnęła się do środka, zaraz po niej wpadł chłopak, upewniając się, że zasłony odgradzają ich od reszty pomieszczenia.
Nastolatek nigdy nie odczuwał takiej radości na widok tych dwojga. Nie gderał, nawet gdy Merida uścisnęła go tak, że jego uśmiech zmienił się w grymas bólu. Niesforne, rude loki przyjaciółki wpadały mu do oczu. Czkawka poklepał go przyjacielsko po ramieniu.
Przyjaciółka wypuściła Jacka z żelaznego, bolesnego uścisku i przycupnęła na niewygodnym, szpitalnym taborecie dla gości. Uśmiechała się, ale dalej wydawała się nieco zmartwiona.
— Jak cię czujesz? — spytał Czkawka, opierając się o szafkę nocną.
— Tak jak wyglądam — westchnął Jack, prezentując się przyjaciołom — czyli bosko.
Zaśmiał się krótko, a znajomi parsknęli słabym śmiechem.
Wiedział, że wyglądał jak siedem nieszczęść. Jednak Czkawka z Meridą i tak nie dostrzegali paskudnych blizn ukrytych pod koszulą: kilka pobielałych krech zahaczało o ramię i pięło się przez bark, aż po obojczyk — ślady po pazurach Empuzy — oraz druga na ramieniu, której sprawczynią także była upiorzyca. Nie mieli pojęcia, jak wyglądała jego noga w miejscu, gdzie ukąsiły go Akromantule. Widzieli tylko część brzydkich zasinień i zadrapań, zaledwie te na twarzy, szyi i rękach, chociaż znajdowały się na całym ciele.
— Kelly was wpuściła? — zagadnął zaciekawiony Jack. Musiał ignorować to, że przyjaciele wpatrywali się w niego zbolałym wzrokiem, próbując nieskutecznie się od tego powstrzymywać.
— Jakoś nam się udało. Bylibyśmy znacznie wcześniej u ciebie, naprawdę, ale nauczyciele zagonili nas do dormitoriów. Ucieklibyśmy, wszędzie panowało okropne zamieszanie, ale nie mogliśmy przebić się przez tłum — poskarżyła się Merida. — Ustaliliśmy, że jakoś uciekniemy. Jack, pojawiliście się dopiero na drugi dzień, w środku nocy, człowieku! Wydostałam się z dormitorium dopiero nad ranem, spotkaliśmy się z Czkawką pod Wielką Salą. Potem widzieliśmy, jak prowadzono ciebie i Elsę do skrzydła szpitalnego...
— Myśleliśmy, że nie żyjesz — wtrącił Czkawka posępnie. — Poszliśmy za aurorami, ale nas złapano. Nauczyciele wściekli się, wlepili nam szlaban do końca roku szkolnego za włóczenie się po nocach, ale chyba są zbyt zajęci, aby go wyegzekwować...
Jack współczuł przyjaciołom, ale wydawało mu się, że profesor Dreamchild za niedługo cofnie im karę.
— Dobrze, ale jak udało wam się namówić Kelly, aby was wpuściła? — zapytał. — Ona w ogóle kogoś wpuściła oprócz was?
Merida parsknęła zduszonym śmiechem.
— Arcady Lunice, na pewno go kojarzysz, obiecał kumplom, że sprowadzi z kuchni coś mocniejszego niż soczek dyniowy na opicie sukcesu Hogwartu. — Dziewczyna z trudem powstrzymywała rechot. — My wam kibicowaliśmy, a on, tak jak zapowiedział, wykradł stamtąd trochę Ognistej Whiskey, kremowego piwa, jakieś czekoladki z alkoholem. Potem gdy zniknęliście i wybuchło zamieszanie, upił się z koleżkami w dormitorium. Oni się ululali, ale Arcady'emu wcale do snu nie było. Widział, jak wychodziłam na korytarz w nocy i uparł się, że pójdzie ze mną... Tak naprawdę wolałabym go zostawić, ale zagroził, że powie o mojej ucieczce Dreamchildowi, a wiesz, magiczne trunki dają tyle odwagi, że mógł to zrobić. Puściłam go z przodu, niech lezie jako odciągnięcie uwagi...
— No, i odciągniecie uwagi się udało — rzucił Czkawka, uśmiechając się.
— Puścił Salietowi pawia na buty! I... potem... gdy uciekał, wpadł na ścianę!
Jack nie zazdrościł trzecioklasiście tego, że wpadł na mur. Jednak wzmianka o tym, że młodszy kolega przyozdobił buty profesora Salieta wymiocinami, wywołała u Frosta bezwarunkowy uśmiech.
— No, ale chyba przeżył, co nie? — parsknął śmiechem Gryfon.
— Jasne — odparł Czkawka — uraz nie był na tyle...
— Jackowi chodziło raczej o to, czy Saliet go nie zamordował! — podpowiedziała Merida.
Śmiech sprawiał, że Jacka bolały żebra. Ten ból znosił, warto było go przetrzymywać. Znajdując się w ciemnych tunelach, przytłaczały go myśli, że nigdy nie ujrzy ponownie przyjaciół, że już nigdy nie będzie śmiał się z nimi. Ta wizja, na szczęście, nie spełniła się.
— Jak to się ma do tego, że przekonaliście Kelly, aby was tutaj wpuściła? — wrócił do tematu.
— Ściemniliśmy, że chcieliśmy odwiedzić Arcady'ego — odparł beztrosko Czkawka. — Początkowo Kelly nam nie wierzyła, ale jakoś ją przekonaliśmy. Przyszliśmy do ciebie, kiedy tylko upewniła się, że Arcady przestał wymiotować i sobie poszła. On nie jest zły, że stał się naszą wymówką. I tak przez tę rozwaloną głowę, kaca i wyjca od rodziców niewiele kontaktuje.
Umilkli. Jack miał dziwne uczucie, jakby kogoś przy nim brakowało. Domyślił się, co go niepokoiło — nieobecność Roszpunki. Nie myślał, że jego przyjaciółka powinna tkwić przy nim dniami i nocami, tylko dziwił się, bo ilekroć trafiał do skrzydła szpitalnego, ona pierwsza pojawiała się przy jego łóżku.
— Roszpunka nie przyszła z wami? — zapytał. Starał się jak mógł, aby w jego głosie nie zabrzmiała pretensja, ponieważ wcale się nie irytował.
Uśmiechy zniknęły z twarz Meridy i Czkawki.
— Nie ma jej w Hogwarcie — odpowiedział Krukon westchnięciem.
Jack zmarszczył brwi. Jak to możliwe, że Roszpunki nie ma w szkole? Rok szkolny jeszcze się nie skończył.
— Jak to nie ma jej w Hogwarcie? — zdziwił się.
— Przyszła jej mama, chciała ją zabrać. Roszpunka chciała zostać w szkole, ale ona ją ciągnęła na siłę, naprawdę, ględziła, że tutaj jest niebezpiecznie — wyjaśniła Merida. — Nigdy nie widziałam takiej paniki. Cleves i Morozow próbowali ją przekonać, że w Hogwarcie jest bezpiecznie, ale ona nie słuchała. Zabrała Roszpunkę do domu.
— Nie tylko ona — wtrącił Czkawka. — Mama Meridy także chciała ją zabrać do domu, ale ty się nie zgodziłaś, co nie, Merida?
— Moja matka jest uparta, ale nie tak szaleńczo jak mama Roszpunki — odparła Gryfonka. — Poza tym ojciec wstawił się za mną, więc zostałam. Ale nie tylko nasi rodzice wpadli na pomysł pozabierania nas ze szkoły. Wczoraj do domu wyjechał Hyperion Malfoy i jego starsza siostra, Asterion z Hufflepuffu, wielu młodszych...
To, co powiedziała Merida, wstrząsnęło Jackiem. Wydawało mu się, że będąc w Hogwarcie, należało obawiać się jedynie żartów Irytka, gorszych nauczycieli, prac domowych, znikających stopni w schodach i niektórych lekcji praktycznych, na których ćwiczono wyjątkowo trudną magię. Nigdy nawet przez myśl mu nie przyszło, że na uczniów przebywających w szkole czyha poważne zagrożenie.
— Dlaczego oni to robią?! — zbulwersował się Jack. — Dobra, Mrok wrócił! — Czkawka nieznacznie wzdrygnął się na słowo Mrok, Merida zacisnęła mocno usta. — Ale nie przyjdzie tutaj. Wszystko jest przecież chronione, co nie?
— Jack, każdy niedawno uważał... tego czarnoksiężnika... za bajkę dla dzieci — stwierdził Czkawka. — Jednak on chyba jest gorszy niż w tej bajce. Udało mu się zorganizować wasze porwanie z areny, był w Hogwarcie! Prawie was zabił! Nadal wydaje ci się to dziwne, że ludzie się boją, mimo że szkoła jest całkowicie bezpieczna? Poza tym to nie jedyny powód. Odkąd ten czarnoksiężnik powrócił, wszystko się psuje. Dementorzy się zbuntowali. Zaatakowali nawet grupkę mugoli, na szczęście, nie doszło do tragedii, teraz te potwory włóczą się wszędzie. Mnóstwo czarodziei przeszło na stronę... tego czarnoksiężnika. A to, co stało się Atalancie... za niedługo ma być pogrzeb.
Jack niejasno pamiętał, co mówił Książę Koszmarów o Atalancie. Głowę przeszył mu ból, po plecach przeszły ciarki, gdy zrozumiał, co przytrafiło się dziewczynie.
— Nie żyje? — zapytał, chociaż nie miał już nadziei.
— Tak, nie żyje — potwierdził ponuro Czkawka. — Znaleziono ją w Zakazanym Lesie. Krążą plotki, że zamordował ją Nixon, ale to jest wręcz pewne. Jack, skąd ty to w ogóle wiesz?
Nieznośne łupanie w czaszce powróciło.
Atalanta zginęła. Mrok panoszy się wszędzie. Ludzie panikują.
— Mrok i Nixon wyznali to w tunelach. Tak, to Nixon zabił — wymamrotał Jack.
Poczuł, jak opuszczają go nikłe siły, które odzyskał po ujrzeniu przyjaciół. Jego ciało znów stało się ciężkie jak z ołowiu. Powróciło zmęczenie.
Merida i Czkawka milczeli zakłopotani. Patrzyli to jedno na drugie, to wpatrywali się w podłogę.
— Rozmawialiście z tym czarnoksiężnikiem? — upewnił się nieśmiało Krukon.
— Z Mrokiem? Tak, gawędziliśmy przy herbatce i ciastkach — odparł Jack, parskając markotnym śmiechem.
Za późno zorientował się, że swoimi słowami wcale nie rozrzedził atmosfery. Czkawka zacisnął mocno usta. Merida spoglądała na przyjaciół niepewnie i niemrawo nawijała kosmyki włosów na palce. Niezręczna cisza trwała, a Jack przeczuwał, że cokolwiek powiedziałby, pogorszyłby sytuację.
— Tylko żartowałem — westchnął.
Nietęgie miny Czkawki i Meridy wcale się nie zmieniły.
— Co z Elsą? — zmienił temat Krukon.
— Sam niewiele wiem; jest nieprzytomna. Według uzdrowicielki ze świętego Munga nic poważnego jej nie dolega. — Frost uśmiechnął się słabo.
Czkawka pokiwał lekko głową.
Zasłona zaszeleściła. Pojawiła się wykrzywiona grymasem irytacji twarz pani Kelly.
— Zdaje mi się, czy nie mieliście odwiedzić waszego, jak go określiliście: najlepszego przyjaciela, Arcady'ego Lunice'a? — fuknęła kobieta, patrząc z wyrzutem na Meridę i Czkawkę.
— Byliśmy, proszę pani, ale przy okazji wpadliśmy do Jacka — odparł Krukon.
Pani Kelly zagryzła policzek od wewnątrz. Swoją irytację przekierowała na chorego:
— Ty, Frost, miałeś pełną świadomość, że powinieneś wypoczywać.
— Ja wypoczywam, proszę pani. — Chłopak postarał się uśmiechnąć. — Niech pani na nich spojrzy, oni nie są bardziej irytujący...
— …niż ty — wpadła mu w słowo pielęgniarka. Westchnęła: — Dobrze, niech będzie, dla świętego spokoju: zezwalam na odwiedziny. Jednak teraz macie jeszcze dwie minuty i ani sekundy dłużej!
Wyparowała, znikając za zasłoną.
— Kurczę, kiedy przegapiłam moment, gdy zakazała odwiedziny? — zastanawiała się na głos Merida, upewniwszy się, że pani Kelly jej nie usłyszy.
— Nie do końca zakazała odwiedzin — poprawił ją Jack. — Była u mnie Emma i mama. Do innych pacjentów można przecież przychodzić.
— Rozmawiali już z tobą ludzie z Ministerstwa? — spytał nagle Czkawka.
— Nie — odparł szczerze Jack.
— Pewnie będą chcieli, abyście opowiedzieli im z Elsą, co działo się w tunelach — stwierdził Krukon, powoli dodając kolejne elementy układanki. — Może dlatego Kelly ogranicza odwiedziny, bo Ministerstwo się boi, że ktoś wpłynie na wasze zeznania...
— To nie mogliby w takim razie od razu nas wypytać?
Merida parsknęła śmiechem.
— Jack, wyglądasz jak siedem nieszczęść...
— To i ja wiem — wtrącił Gryfon.
— Kelly i ta uzdrowicielka pewnie stwierdziły, że na razie nie jesteś w stanie odpowiadać.
Jackowi wcale nie wydało się to głupie. Pielęgniarka powtarzała mu nieustannie, że powinien wypoczywać. Może stwierdziła, że stres związany z przesłuchaniem źle wpłynie na jego powrót do zdrowia. Tak naprawdę nie miał zastrzeżeń do jej decyzji — nie chciał być przepytywany, tym bardziej że nie wiedział, czego spodziewać się po ludziach z Ministerstwa Magii. Jednak nie rozumiał, dlaczego ograniczano mu kontakty z przyjaciółmi. Przecież oni nie wyglądali na osoby, które nakładłyby mu do głowy Mrok — cacy, Ministerstwo — nie cacy!
— Tak naprawdę to dobrze, że nie każą odpowiadać ci od razu — stwierdziła Merida. — Ojciec mi opowiadał, że jako nastolatek nielegalnie użył czarów i potem musiał zeznawać. Mało brakowało, a jeszcze zapytaliby go o kolor gaci.
— Jednak mnie chyba nie będą stawiać przed sądem za nielegalne użycie czarów? — zmartwił się nieco Jack. W tunelach używał magii, ilekroć coś zagrażało mu lub Elsie, czyli praktycznie przez cały czas.
— Jasne, że nie — uspokoił go Czkawka. — Nie widzieli cię mugole, poza tym, robiłeś to w obronie koniecznej. Nie dostaniesz nawet upomnienia.
— To byłoby bez sensu, gdyby cię ścigali — dodała Merida.
— Nawet bardzo — przyznał Jack, czując ulgę.
W szczelinie między dwoma zasłonami znów pojawiła się twarz pani Kelly.
— Minęły dwie minuty, koniec odwiedzin! — poinformowała.
— Proszę pani, jeszcze tylko...
— Minęły dokładnie dwie minuty. Teraz dwie minuty i trzy sekundy, siedzicie tutaj i tak za długo.
Czkawka mruknął coś pod nosem. Dziewczyna zebrała się ze stołka i ruszyła razem z nim w stronę zasłony.
— Jeśli kolega was poprosi i dogadacie się ze mną, to może wam pozwolę podrzucić mu coś, aby się nie nudził — zwróciła się do Czkawki i Meridy. Jej policzki lekko drgnęły w uśmiechu.
Jack uśmiechnął się do przyjaciół. Wiedział, że podczas ich kolejnej wizyty, na którą pani Kelly jednak się zgodziła, oni załatwią mu coś, aby nie umarł z nudów.
Nastolatek dokładnie nasłuchiwał, jak drzwi zamykają się za jego przyjaciółmi.
— I jak się czujesz, chłopcze? — spytała kobieta, przyglądając mu się badawczo.
— Wcześniej było gorzej — stwierdził, wzruszając ramionami.
Pielęgniarka, pomimo tej deklaracji, zmierzyła mu temperaturę. Zapowiedziała, że wkrótce pojawi się z kolejną porcją leków.
Już niedługo po odejściu przyjaciół, gdy Jack został sam na sam z własnymi przemyśleniami, powrócił kiepski humor. Brak zajęcia uniemożliwiał mu niezwracanie uwagi na ból. Nie potrafił ignorować dokuczliwego łupania w głowie; zaciskał mocno zęby, przyciskał poduszkę do skroni, ale nie odczuwał żadnej ulgi. Gdy na dłużej przymykał oczy, ogarniał go idiotyczny lęk, że gdy znów je otworzy, ujrzy mrok jaskini i powrócą odczucia towarzyszące Cruciatusowi. Tak naprawdę, gdy tylko unosił powieki, widział szkolne skrzydło szpitalne — miejsce, gdzie powinien czuć się bezpiecznie. Chłopak, kiedy znajdował się w ciemnych grotach, wręcz natychmiast zapomniał o bliskich i dopingu przyjaciół. Zirytowany uważał za niesprawiedliwe to, że będąc już w Hogwarcie, ciągle rozpamiętywał to, co działo się w mrocznych tunelach.


Jack rozglądał się zdenerwowany po sali. Znudzony Malfoy maltretował za pomocą czarów muchy, które powoli zdychały na ławce. Jakaś Puchonka zajmowała się ponownym tworzeniem swojej schludnej, złożonej z wielu skomplikowanych splotów fryzury. Kilka osób leżało znużonych na blatach. Hans posyłał Frostowi wyniosłe, złośliwe spojrzenia, parskając za każdym razem, gdy zaglądał do naczynia Gryfona.
Wszyscy oprócz Jacka ukończyli swe eliksiry. Każda mikstura wyglądała tak, jak powinna wyglądać. Każda, nie licząc mieszaniny Frosta. On dalej babrał się z nią, tracąc kontrolę nad sytuacją i upływającym czasem.
Czy substancja w kotle powinna wyglądać jak smarki trolla? Oczywiście, że nie! Zamieszał w naczyniu. Chyba kilka lub kilkanaście razy za dużo.
— Jeszcze minuta — zapowiedział jeden z egzaminatorów, patrząc na malutki, kieszonkowy zegarek.
Jack mógłby pogodzić się z tym, że nie zda SUM-a z eliksirów. Jednak coś nie pozwalało mu się poddać. Może to dumne spojrzenie Hansa tak na niego działało.
Desperacko ratował miksturę. Niedokładnie przygotowywał składniki, nie przykładał się do mieszania, nie miał czasu na odczekiwanie, aż w substancji zajdą kolejne reakcje. Wywar wrzał. Zmieniał się z rzadkiej cieczy w oleistą substancję. Na jego powierzchni tworzyły się olbrzymie bąble. Przybierał najróżniejsze barwy. Sypały się z niego iskry.
— Koniec pracy — oznajmił mężczyzna przeprowadzający egzamin.
Chłopak bezmyślnie stuknął różdżką w kocioł. Substancja przybrała posępny, ciemny odcień.
Egzaminatorzy zbliżali się powoli do stanowiska Jacka, zabierając po drodze kociołki pozostałych uczniów.
Nagle substancja w naczyniu chłopaka zaczęła wrzeć niespokojnie. Już przeczuwał kłopoty. Wręcz wyczuwał zapach niebezpieczeństwa. Razem z Meridą zrobili przypadkiem tyle wybuchowych lub żrących eliksirów, że czasami umiał przewidywać takie niespodzianki. Jednak nogi przytwierdziły się do podłogi, gardło ścisnęło tak, że nie potrafił wydobyć z siebie głosu.
Smród zagrożenia stał się nieznośny. Z kociołka wynurzyła się paskudna, pomarszczona, posiniała dłoń-wodorost. Mięśnie odmówiły nastolatkowi posłuszeństwa. Zacisnęła się na jego koszuli. Chciał krzyczeć. Odsunąć się. Sprawić, że ktoś zwróci na niego uwagę.
Na pragnieniu się skończyło.
Łapa pociągnęła go do naczynia. Zanurzyła głowę w wodzie.
Topił się w wywarze, który był jego pracą egzaminacyjną. Lepszego zakończenia Standardowych Umiejętności Magicznych z eliksirów Jack sobie wyobrazić nie mógł!


Poderwał się nagle. Świat zawirował. Tępy ból rozlał się po ciele. Huk dzwoniący w uszach przycichł.
Skrzydło szpitalne spowijał półmrok. Olbrzymie krople deszczu, wzniecając głośny szum, młóciły wściekle szyby. Szarość letniej nawałnicy wpadała przez wysokie okna. Błyskawice rozdzierały niebo, grzmoty wstrząsały okolicą, wiatr dął z całej siły w grube mury zamku.
Jack zrozumiał, że nie utopi się we własnoręcznie przyrządzonym eliksirze. Śnił mu się tylko jeden z tych dziwnych koszmarów, dzięki którym wolał nie ucinać sobie drzemek. Zastanawiał się, kiedy w ogóle zdążył zasnąć.
Spojrzał na szafkę nocną i od razu poczuł się lepiej. Na przyjaciół zawsze mógł liczyć. Naczynia po eliksirach zgubiły się pod sporym stosem pudełek ze smakołykami. Były tam ciastka z bakaliami — hogwarcki rarytas przyrządzany według przepisu samej Helgi Hufflepuff, Fasolki Wszystkich Smaków, Mordoklejki Sana, Czekoladowe Żaby, różnorakie cukierki, ciągutki, batony i wszystko, co można znaleźć w podręcznym zestawie nieletniego łasucha. Obok otwartego opakowania miętusów leżała talia kart, którą Jack zagrał kilka partyjek Eksplodującego Durnia z Czkawką i Meridą — pani Kelly prawie ich zamordowała, widząc okopconą twarz dziewczyny, usłyszawszy uprzednio wybuch. Pielęgniarka pragnęła skonfiskować grę, zrezygnowała, pod warunkiem, że znajdą sobie mniej hałaśliwe i brudzące zajęcie. Krukon wpadł wtedy na pomysł, że podszkoli Frosta w szachy czarodziejów, toteż na blacie między papierkami leżała plansza i pionki. Figury koni rżały niespokojnie, królowe i królowie wzdrygali się, ilekroć za oknem przetaczał się grzmot. Kilkoro Hogwartczyków przekazało Jackowi, pośrednicząc przez Meridę i Czkawkę, kartki z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia.
Nastolatek zabrał się za kolejne smakołyki, dodając kolejne warstwy papierków na szafce.
Gdy zajadał smakołyki, przez odsłonięte zasłony ujrzał, jak wzdłuż sali przechodzi dziewczyna o marchewkoworudej czuprynie. Wyraźnie zmierzała ku wyjściu, ale zatrzymała się, widząc chłopaka jedzącego ciastka.
— Cześć — rzuciła z niepewnym uśmiechem Anna.
Gryfon poczuł, jak słodycze stają cię cięższe do przełknięcia. Od razu połączył obecność Anny z Elsą.
— Wszystko gra? — zapytała Gryfonka, podchodząc nieco bliżej. Miała tak samo zbolałe spojrzenie, jak Czkawka i Merida podczas pierwszej wizyty u Jacka.
— Jasne, jasne — odparł Frost. Wolał już nie wdawać się w szczegóły na temat swojego stanu zdrowia. — Anka, byłaś teraz u Elsy?
— Tak, byłam. — Pokiwała żywo głową. — Wracam od niej. Wiesz, ona o ciebie się pytała. — Dodała z szerokim uśmiechem.
— Obudziła się? — zapytał Jack, chociaż już znał odpowiedź.
— Tak... Poczekaj chwilę! Powinnam jej powiedzieć, że ty też...
Anna nie dokończyła; zniknęła z prędkością błyskawicy, która właśnie rozbłysła za oknami. Nim Jack zdążył się nadziwić jej zachowaniem, przeszła obok jego łóżka, machając do niego dłonią na pożegnanie i uśmiechając się. Rzucił dziewczynie cześć, zanim trzasnęły za nią drzwi.
Dzięki tej krótkiej wizycie Anny dowiedział się, że Elsa nareszcie się obudziła. Gryfonka rozmawiała z nią, więc czemu on by nie mógł? Nie chciał czekać i jak najprędzej strącił okruchy ciastek na podłogę.
Jednak zanim zdążył chociażby postawić stopy na podłodze, dziewczyna już znalazła się przy nim.
Elsa stanęła w nogach jego łóżka. Jej niezdrowo bledsza niż zazwyczaj skóra kontrastowała z białą, długą koszulą. Ciało znaczyły zadrapania i różnobarwne siniaki. Z prostego, jasnego warkocza wymykało się mnóstwo włosów, pomimo że przeważnie nie udawało się jej zapanować tylko nad jednym upartym kosmykiem opadającym na czoło. Zasinione oczy dziewczyny były zaczerwienione. Różowe plamy na policzkach niezdrowo wyglądały. Jack niepokoił się o nią — wydawała się taka słaba, taka mizerna... Pomyślał, że uzdrowicielka przesadziła ze swoją oceną stanu zdrowia Elsy.
Dziewczyna ruszyła niepewnie bliżej. Przysiadła na skraju łóżka tuż naprzeciw chłopaka. Jej niebieskie oczy wyglądały, jakby pokrywała je warstwa błyszczącego szkła.
— Jak się czujesz? — spytała Elsa cicho.
— Jeszcze żyję — westchnął Jack, obdarzając ją najpewniejszym uśmiechem, na jaki było go stać. Dodał: — Wyjdę z tego... tak przynajmniej mi powiedziano.
Słowa, które wypowiedział, spowodowały, że w Elsie coś się zmieniło.
Coś w niej pękło.
Wyciągnęła ku Jackowi ręce, nie umiejąc powstrzymać płaczu. Nie zastanawiał się ani chwili. Objął ją tak mocno, jakby nigdy nie chciał wypuścić jej z uścisku. Czuł gorąc jej łez, które przesiąkały przez materiał jego koszuli. Oddychał zapachem włosów dziewczyny — pachniały przyjemnie jak kwiaty Listkopłatków.
Chłopak miał przykrą świadomość, że Elsy mogło już nie być przy nim. Stracił przytomność, zostawił ją na pastwę losu z żądnym zemsty zdrajcą, Nixonem oraz okrutnym czarnoksiężnikiem, Mrokiem. Jack poczuł gorycz w ustach na samą myśl, co okropnego mogło ją spotkać, co ją spotkało, gdy był nieprzytomny. Naszła go ponura myśl, że ją także potraktowano Cruciatusem. Pamiętał aż zbyt dokładnie skutki tego czaru. Nie wyobrażał sobie, aby potraktowano nim Elsę. Nie wiedział, czy dałby radę spojrzeć jej w oczy, jeśli okazałoby się, że nie uchronił jej przed tym czarem. Nie życzył nikomu, a szczególnie tej dziewczynie, aby doświadczyła tego uroku.
Formuła zaklęcia — Crucio! — wypowiedziana przez Mroka wwiercała się Jackowi w czaszkę. We wnętrznościach buchnął żar. W każdy centymetr jego ciała wbijały się ostre, rozgrzane do czerwoności metalowe szpikulce. Skóra paliła jak zanurzona w lodowatej wodzie. Oddechy były męczarnią, a i tak wydawało się, że powietrze wcale nie dochodziło do płuc. Dźwięki mieszały się i huczały boleśnie w uszach: Zimny głos Mroka. Czyjś szloch. Wrzask pełen bólu... Być może ten krzyk należał do niego, nie miał pewności. Ból opanował umysł. Myśli ulatniały się z głowy. Zanikało przekonanie, że musi jakoś przetrwać katusze, że powinien wyjść z ciemnych tuneli razem z Elsą. Wszystko, co działo się wokół, przestawało istnieć. Pragnął wydrzeć z siebie ten bolesny ogień. Błagania o przerwanie tortur same cisnęły mu się na usta. Chciał jedynie, aby ten ból wreszcie ustał, aby nareszcie się od niego uwolnić. Niech to się skończy... Błagam, niech to się skończy! Mógł uciec od niego, uciec za wszelką cenę, dać Mrokowi wszystko, czego zapragnie! Byleby tylko nie czuć tego bólu!
Nie mógł powstrzymać ciążących na sercu wspomnień; nie umiał zapomnieć, jak czuł się pod wpływem Cruciatusa. Bał się, że męczarnie powrócą, chociaż tak naprawdę w Hogwarcie mógł czuć się bezpiecznie. Nienawidził tego, że czuł się tak słaby. Uścisnął mocniej Elsę. Wcześniej, gdy Mrok go torturował, ona, nie licząc chęci wydostania się z ciemnych tuneli, była tym, co odciągało go od świata, w którym istniał wyłącznie ból.
Dziewczyna odsunęła się, zduszając płacz. Wycierała dłońmi strumienie łez, które lśniły na jej zaczerwienionych policzkach. Na ramionach miała gęsią skórkę i drżała.
Jack wychylił się po koc leżący na krześle. Butelkę po oranżadzie i inne pudełka słodyczy pokrył cienki szron. Nastolatek był nieco zdziwiony — dopiero teraz zwrócił uwagę na panujące wokół zimno; oczywiście to Elsa je tworzyła.
— Trzymaj. — Podał dziewczynie koc. Nie miał ochoty mówić jej, że przypadkiem pokryła najbliższe rzeczy mrozem.
Westchnęła ciche dziękuję i szczelnie opatuliła się grubym, nieco zmechaconym kocem. Nagle zesztywniała i wyraźnie się zmieszała. No tak — siedziała na łóżku innego pacjenta.
Ona nawet regulamin skrzydła szpitalnego ma w głowie — pomyślał Jack. Dla niego umysł Elsy był ogromną biblioteką, a większością książek zajmujących półki były właśnie różnorakie zbiory zasad i regulaminy.
Pani Kelly bardzo rygorystycznie pilnowała, aby goście siedzieli na niewygodnych stołkach. Pod żadnym pozorem nie dopuszczała do sytuacji, aby choć na sekundę przycupnęli na łóżku chorego.
Elsa przesiadła się na niewygodny stołek. Przysunęła się najbliżej Jacka, jak mogła. Wyraźnie patrzyła na kawałek blizny po ataku Empuzy, którego akurat nie zasłaniała koszula chłopaka.
— Czy to coś poważnego? — spytała cicho dziewczyna.
— Nie ma pewności czy ten ślad po tym, jak ukąsiła mnie ta wariatka, zniknie — odpowiedział. — To nic poważnego. Niektóre dziewczyny lecą na blizny. — Zaśmiał się krótko.
Próbował w jakikolwiek sposób rozluźnić atmosferę. Dostrzegł na twarzy Elsy słaby, nieco wymuszony uśmiech. Nie mógł cieszyć się nim długo — po ułamku sekundy znikł.
— Jak właściwie wróciliśmy do Hogwartu? — zapytał bezpośrednio Jack.
— Nikt ci nie powiedział? — zdziwiła się lekko Elsa. Chłopak w odpowiedzi pokręcił przecząco głową. — Pojawili się aurorzy. Przestawili świstoklik Nixona tak, aby przeniósł nas z powrotem na arenę w Hogwarcie.
Jack już przedtem podejrzewał, że to ludzie z Ministerstwa Magii przenieśli ich do Hogwartu, jednak dopiero Elsa go upewniła.
— Kiedy pojawili się aurorzy? — zapytał. — Nixon, Mrok... — Poczuł suchość w ustach. — Czy oni... oni coś ci zrobili, zanim przyszli aurorzy?
— Nie, nic mi nie zrobili — odparła Elsa.
Jack poczuł, jak niewidzialny balast uwalnia się z jego serca. Patrząc wcześniej na nią, jak słabo wyglądała, nie mógł wyzbyć się domysłów, że ją skrzywdzono, że Nixon postanowił kontynuować tę chorobliwą zemstę za coś, czemu dziewczyna nie była ani trochę winna.
— Wtedy, gdy Mrok rzucił na ciebie to zaklęcie — ciągnęła Krukonka — ja próbowałam go powstrzymać, ale nie miałam różdżki i musiałam użyć swojej mocy — westchnęła ciężko. — Jedyne, co mi się udało, to nieco zmieszać Mroka i Nixona, gdy pojawili się aurorzy. Zapomniałabym, zafundowałam aurorom solidne przeziębienie. Kilkoro z nich zostało poważnie rannych...
— Elso, ale chyba to nie ty...
— Nie, ponoć to nie ja, przynajmniej tak mówią rodzice — powiedziała z powątpiewaniem, zanim zdążył dokończyć. — Dwoje z aurorów leży w świętym Mungu. Tata mówił, że za niedługo Ministerstwo przesłucha nas w sprawie Mroka.
Jack nie wiedział, co myśleć o nadchodzącym przesłuchaniu. Nie uśmiechało mu się opowiadanie o tym, jakie okropności zafundował im Książę Koszmarów. Nie chciał mówić, ile razy zawiódł Elsę, dając się zwieść, na przykład, człowiekowi-cieniowi. Jeśli to miało w jakiś sposób pomóc w schwytaniu Mroka, to nie widział innego wyjścia, jak opowiedzenie Ministerstwu Magii, co działo się podczas trzeciego zadania turnieju.
— Twój tata coś wie o Mroku? — zapytał Jack. Myślał, co myślał o panu Vintersenie, ale wydawało mu się, że mężczyzna może być lepiej zorientowany w tym, co obecnie dzieje się w świecie czarodziei.
— Mój tata... — powtórzyła niepewnie Elsa, zastanawiając się jeszcze. — Powiedział mi to, czego mogłam sama się domyślić. Mroka nie złapano. Nixona także. Ludzie panikują. Krążą coraz to potworniejsze plotki, w każdej gazecie znajdują się coraz to paskudniejsze rzeczy.
— Teraz przynajmniej wyjaśniło się, kto dał ci tę moc — westchnął Jack, na siłę doszukując się pozytywów.
Elsa wyraźnie zmarkotniała. Widział, jak się waha. Przeczuwał, że stało się coś złego.
— Coś jest nie w porządku, prawda? — zapytał.
Dziewczyna nie odpowiedziała, owijając się szczelniej kocem. Nie patrzyła na Jacka. Poczuł, jak chłód łaskocze go w szyję. Już wiedział, że coś było na rzeczy.
— Elso... — ponaglił ją.
— Prawdopodobnie nie wrócę do szkoły w przyszłym roku — powiedziała głucho.
Jack ściągnął brwi.
— Jak to nie wrócisz? — zapytał lekko zdezorientowany.
— Rodzice chcą, abyśmy z Anką uczyły się teraz w domu — odpowiedziała Elsa głosem wyzbytym emocji. — Chcą mieć nas na oku.
Jack nie wiedział, czy jego zdziwienie przytłaczało oburzenie. Nie rozumiał, dlaczego państwo Vintersenowie chcieli zabrać córki ze szkoły. Nie wyobrażał sobie sytuacji, że Anka i Elsa nie wrócą po wakacjach do zamku.
Nie, to się na pewno nie wydarzy.
— Żartujesz? — parsknął chłopak. Dziewczyna jednak nie potwierdziła. — Co im strzeliło... — Dostrzegł zniesmaczoną minę Elsy i natychmiast postanowił nieco złagodzić swój język. — Co oni w ogóle wymyślili? Przecież to nie ma sensu!
— Uważają, że nie jesteśmy w Hogwarcie bezpieczne, skoro Nixon przeniósł nas do tamtych jaskiń — odparła. — Oni myśleli, że po tej wiedźmie, która zafundowała mi te zdolności, nie pozostał ślad. Okazało się, że jej syn wykorzystał mnie do przywrócenia Mroka do pełni sił. — westchnęła. — To mogło skończyć się okropnie. Chcą, abym i ja, i Anna były blisko nich, bo boją się, że Nixon lub Mrok dalej nam zagrażają. Poza tym... — Zawahała się.
— Poza tym...?
Elsa przez chwilę się zastanawiała. Przełknęła ciężko ślinę.
— Aurorzy widzieli moje zdolności, widzieli, że nie mam różdżki. Jeśli wspomną o tym gazetom, a pewnie będą udzielać wywiadów, i wyjdzie na jaw, skąd mam tę moc, że nad nią nie panuję... — Zadrżała. — Czarodzieje nie lubią niebezpiecznych przekleństw i uroków. Tata ma nadzieję, że może, jeśli na jakiś czas zniknę, to wszystkie podejrzenia się rozwieją...
Jack nie potrafił się pogodzić z tym, co Elsa wyznała. Nie umiał przyjąć do wiadomości, że rodzice chcą ją zamknąć w domu, odciąć od Hogwartu. Wiedział, że się martwili o córkę, ale nie zwracał na to uwagi, ponieważ irytowało go to, że mógł nie ujrzeć jej za rok.
— Anka nie może się z tym pogodzić — kontynuowała dziewczyna. — Mieli nas zabrać od razu...
Jak Roszpunkę — pomyślał Jack.
— ...ale udało jej się namówić rodziców, abyśmy zostały do końca roku szkolnego. Mają w tym czasie zabezpieczyć bardziej dom, jak zaleciło Ministerstwo.
— Elso, ale ty chyba nie zgodzisz się na naukę w domu? — spytał Jack, wpatrując się w nią.
Marzył o tym, aby umieć czytać w myślach. Wiedział wtedy, co Elsa uważa za słuszne — pewnie wyjście zgodne ze słowami rodziców — a czego naprawdę pragnie.
— Nie chcesz tutaj wracać? — dopytywał. — Przecież tu jest bezpiecznie, Morozow przecież wie o twoich zdolnościach, on dopilnuje, żeby ani Mrok, ani Nixon cię nie dorwali.
— Oczywiście, że chcę tu zostać — odpowiedziała szczerze. — Naprawdę, gdyby tylko udało się mi ich przekonać...
— To przekonuj. Jak trzeba będzie, postaw się nim — poradził Jack, sięgając po pudełko z ciastkami.
Wiedział, że takie śmiałe posunięcie byłoby dla niej trudne. Ona traktowała zdanie rodziców za świętość przerastającą nawet regulamin szkolny.
— Jack — powiedziała niepewnie; już miała zacząć negować pomysł chłopaka — nie wiem...
— Dasz sobie radę — powtórzył z uporem. — Nie chcę cię z nimi skłócić, ale... dziewczyno, nie możesz stąd wyjechać! Poradzisz sobie, jesteś... no, wytrwała. Od pierwszej klasy donosiłaś ciągle na mnie, mimo że zawsze potem się na tobie mściliśmy z Meridą.
— Nie musisz mi przypominać o tym, że prawie codziennie miałam rzeczy brudne w żabim skrzeku albo że sklejaliście mi włosy zaklęciami — wtrąciła Elsa chłodno.
— Razem zaplanowaliśmy włam na statek Durmstrangu. — Zrobiło mu się nieco głupio, gdy wspomniała o przykrych rzeczach, których doświadczała z jego strony. — Wysadziłaś worek z nawozem Hansa! Dziewczyno, zarobiłaś wtedy pierwszy szlaban. Poza tym nareszcie komuś powiedziałaś o swojej mocy. — Nieskromnie wskazał na siebie.
— Gdyby nie przypadek, nie dowiedziałbyś się nigdy.
— Jednak mogłaś mnie zbyć jakimś paskudnym zaklęciem.
— Na przykład urokiem, że ubrania zawsze odwrócą się na lewą stronę na tobie. — Wzruszyła ramionami.
Chłopak skojarzył fakty: w drugiej klasie przez jakiś czas, ile razy by się nie upewniał, jego ubrania wywracały się, nie wiadomo kiedy, na lewą stronę. Można było zwariować. Nie miał jednak humoru i chęci, aby wracać do tej sprawy.
Krukonka trawiła jego słowa, ale nie te dotyczące zaczarowanych ciuchów. Jack wysunął podkładkę z ciastkami i podsunął ją dziewczynie.
— Masz rację, Jack — przyznała, biorąc ciastko. — Postaram się.
Nie mówiła tego z przekonaniem, że jej się uda. Jednak poznał, że zamierzała spróbować i postarać się, bo naprawdę zależało jej na powrocie do szkoły.
Siedzieli razem w skrzydle szpitalnym, wygrzewali się pod grubymi kocami i jedli pyszne słodycze. Byli chorzy, poranieni i w nie najlepszych humorach, to fakt.
Jack przypomniał sobie, jak miewali się w ciemnych tunelach. Łapczywie przysuwali się do ognia, drżeli z zimna, w brzuchach im burczało, padali ze zmęczenia. Robili to w przerwach w walce, nie, ucieczce przed potworami. Odczucie zagrożenia, strach i niepokój ich nie opuszczały. Chłopak w mrocznych jaskiniach był tak przygnębiony i wystraszony, że marzył właśnie o tym, aby znaleźć się z Elsą w bezpiecznym, ciepłym zamku, jedząc pyszne ciastka i wyczekując pani Kelly, która krytycznie skomentuje okruchy na jego łóżku.

~*~*~*~

Ojciec ściągnął brwi, trawiąc to, co powiedziała mu przed chwilą starsza córka. Dziewczyna patrzyła na niego z nadzieją. Za niedługo miało odbyć się przesłuchanie, więc bardzo pragnęła usłyszeć zdanie taty, zanim przepytywanie się rozpocznie.
— Elso, zastanowimy się nad tym z mamą — westchnął zrezygnowany mężczyzna.
Dziewczyna poczuła niemiłe zimno na opuszkach palców. Odniosła wrażenie, że ojciec powiedział tak tylko dlatego, aby nie sprawić jej przykrości, bo decyzja została już podjęta.
— Dziękuję — powiedziała cicho Elsa.
Ta odpowiedź jednak nie uspokoiła Krukonki. Ciągle ją rozpamiętywała, gdy przyszło troje ludzi z Ministerstwa oraz profesor Morozow. Starała się nie zamartwiać tym, czy przekonała tatę, tylko skupić na setce pytań, które jej zadawano.
Nie spodziewała się, że przesłuchanie okaże się proste i się nie myliła. Samonotujące pióra zawzięcie uwieczniały każde jej słowo, a także przekazywane szeptem spostrzeżenia przesłuchujących. Ilekroć ludzie z Ministerstwa dopisywali komentarze do zeznań, obawiała się, że powiedziała coś źle. Szczególnie zaniepokoiła się, gdy zawzięcie notowali swoje obserwacje, kiedy opowiadała, jak próbowała zamrozić pająki — widma Bełta. Mimo niepewności starała się jak najdokładniej, bez zbędnych emocji opowiedzieć o porwaniu przez Mroka.
Jednak przesłuchanie przebiegało sprawnie. Aż nadeszło wypytywanie o moment, gdy wznieciła śnieżną wichurę, broniąc siebie i Jacka. Pytania z ust ludzi z Ministerstwa płynęły jak woda w rwącej rzecze. Motała się, gdy coraz bardziej koncentrowały się na jej zdolnościach.
— ...czyli ta zamieć — kontynuował podejrzliwym tonem grubiutki, mały czarodziej — którą stworzyłaś, nie była przez ciebie kontrolowana? Nie panujesz nad swoją... klątwą?
Zebrani wpatrywali się wprost na nią. Pióro lekko spasionego maga notowało to, co mruczał niezrozumiale dla dziewczyny pod nosem — miała nieprzyjemne wrażenie, że mężczyzna zapisuje każde uderzenie serca, doszukując się w nim czegoś niepoprawnego. Kłamstwo wydawało się nie mieć sensu, gdy ktoś obserwował cię tak dokładnie.
Elsa czuła, jak mróz pełznął po poręczach łóżka.
Nie czuj nic... — pomyślała rozpaczliwie.
Nie mogła pokazać, że aż tak nie panuje nad swoimi zdolnościami. Ojciec ją ostrzegał, jakie mogą być konsekwencje, jeśli uznają jej moc za niebezpieczną. Bardzo niepokoiła się, że któryś z czarnych scenariuszy spełni się. Nie mogła się bać. Teraz marzyła o tym, aby schować się przed przesłuchującymi, zniknąć wraz ze swoim sekretem. — Nie denerwuj się... nie czuj nic!
— T-tak — wydusiła wreszcie Elsa — ale...
— ...ale pracujemy nad tym, aby zdolności, nie klątwa, Elsy Vintersen się rozwijały — wtrącił profesor Morozow, patrząc na przesłuchujących.
Mężczyzna powiedział to w taki sposób, jakby była to najszczersza prawda. Dziewczyna wiedziała jednak, jak wyglądała jej sytuacja, a mimo to słowa dyrektora wręcz ją przekonały.
Dwoje pracowników Ministerstwa przyjęło tę odpowiedź bez zastrzeżeń — na ich twarzach nie malowało się niedowierzanie czy nieufność. Nawet ten trzeci, gruby, postanowił nie wypytywać dokładniej, czy Elsa rzeczywiście panuje nad swoimi zdolnościami.
Dziewczyna wiedziała, że przekonujące słowa profesora nie były wyłącznie słowami. Tkwiła w nich potężna magia, która potwierdzała to, że jest on niesamowitym czarodziejem.
Dyrektor Morozow wiedział o zdolnościach Elsy, jeszcze zanim rozpoczęła naukę w szkole. Rodzice nie mieli pewności, czy pozwolić starszej córce na wyjazd do Hogwartu; on, usłyszawszy o jej niesamowitych umiejętnościach, nakłonił ich, aby jednak przysłali ją do zamku. Mężczyzna czasami upewniał się, jak Elsa radzi sobie ze swoją mocą i był na tyle miły, aby zdawać raport jej rodzicom. Jednak od dłuższego czasu dziewczyna odnosiła wrażenie, jakby nie zwracał na nią uwagi, ostatnia rozmowa w jego gabinecie na temat zimowych mocy odbyła się dawno temu.
Profesor spojrzał na dziewczynę. Dojrzała za kurtyną jego białej brody lekki uśmiech. Poczuła się znacznie pewniej ze wsparciem tak szanowanego czarodzieja.
Na szczęście, przesłuchujący znów wypytywali o sprawy ściśle związane z turniejem, Mrokiem i Nixonem. Gdy już dowiedzieli się wszystkiego, wyszli, aby przesłuchać również Jacka.
Przy Elsie pozostał jedynie profesor. Wtedy dziewczyna wpadła na pomysł, aby poprosić go o wsparcie.
— Panie profesorze — zaczęła niepewnie. — Czy moi rodzice zrobili coś w kierunku, abyśmy z Anną nie uczyły się już w Hogwarcie?
— Obiło mi się o uszy, że chcą was zabrać ze szkoły — odparł starzec. — Jednak nie sądzę, aby to było dobrym rozwiązaniem.
Dyrektor mówił to szczerze. Poczuła się znacznie lepiej; nie tylko ona, Jack i Anna tak twierdzili.
— Hogwart pomaga rozwijać talenty, dlatego pora ostatecznie wykluczyć opcję, czy twoje zdolności są klątwą, dowiedzieć się, czy są talentem. Dlatego potrzebujemy, abyś powróciła do szkoły za rok — powiedział profesor, mrugnąwszy radośnie.
Mężczyzna zniknął za zasłoną. Zostawił Elsę samą zastanawiającą się nad jego słowami.

~*~*~*~

Jack nieustannie poprawiał niesforne włosy, chociaż one i tak uparcie pozostawały w stanie, jakby wcale się nie uczesał. Elsa sprawdzała co chwilę, czy jej szaty dobrze leżą. Wszystko, aby zadowolić dziennikarzy.
Oprócz tradycyjnych czterech stołów powiększono nauczycielski, gdzie jak na razie zasiedli najważniejsi organizatorzy turnieju, specjalni goście i uczestnicy Turnieju Trójmagicznego. Zaklęcia błyskały, dziennikarze przelewali na papier wizerunki uczestników zawodów i sędziów.
Teoretycznie tylko jurorzy mieli odpowiadać tego dnia na pytania reporterów. Jednak zawodnicy, gdy jak im kazano, zebrali się przed Wielką Salą, zostali wciągnięci do środka przez prasę, aby udzielić uzupełniających wywiadów.
Jack i Elsa spędzili w skrzydle szpitalnym prawie dwa tygodnie. Byli do znużenia doglądani przez panią Kelly i uzdrowicielkę ze świętego Munga. Mieli mnóstwo wolnego czasu, który musieli jakoś spożytkować. Grali w szachy dostarczone przez Czkawkę. Dziewczyna, mimo że wcześniej rzadko w nie grywała, często ogrywała Frosta. On oczywiście tłumaczył to tym, że dawał jej fory. Takich forów nie dawał jej, gdy grał z nią w Eksplodującego Durnia. Krukonka przegrywała prawie zawsze. Była wręcz pewna, że Jack oszukiwał. Gdy mu to zarzucała, uśmiechał się niewinnie. Oprócz mniej albo bardziej wybuchowych gier mieli dużo czasu, aby ze sobą rozmawiać i zastanawiać się, czy Elsa powróci na kolejny rok do szkoły.
Po niecałych dwóch tygodniach zwycięzców zawodów doprowadzono do jako takiego porządku i wypuszczono na uroczystą ucztę, oficjalne zakończenie turnieju zorganizowane w Wielkiej Sali. Zazwyczaj odbywało się ono tuż po zakończeniu trzeciego zadania. Jednak jak zorganizować takie przedsięwzięcie, kiedy zawodnicy są ledwo żywi?
Bycie w centrum uwagi męczyło Elsę. Wolałaby czekać przed Wielką Salą jak pozostali uczniowie, nie wyróżniać się, nie wysłuchiwać pytań wścibskich reporterów.
Profesor Ambler nareszcie wyprosiła większość dziennikarzy; nieśpiesznie zebrali się do wyjścia. Za nimi lewitowały notatniki i samonotujące pióra.
Uczta stanowczo była najpiękniejszą, w której Elsa uczestniczyła.
Stoły uginały się pod ciężarem różnorakich zup, kremów, egzotycznych przysmaków, specjałów hogwarckiej kuchni, ciast, ciastek i innych smakołyków. Irytek psocił niemniej niż zazwyczaj, wyśmiewając wszystko i wszystkich. Prawie Bezgłowy Nick, duch wieży Gryfonów, obrzydzał uczniom Durmstrangu posiłek, pokazując, na ilu ścięgnach jego głowa przytwierdzona jest do szyi.
Elsa rozstała się z Jackiem, który usiadł przy stole Gryfonów. Jednak czuła się wyjątkowo dobrze wśród Krukonów. Nikt nie traktował jej jako tej zarozumiałej Strażniczki Regulaminu. Nie wiedziała, czy uczniowie z Ravenclawu już na stale zmienili do niej nastawienie, ale się tym nie przejmowała. Liczyło się to, że wszyscy traktowali ją po koleżeńsku, byli z niej dumni, cieszyli się sukcesem zwyciężczyni. Może to przez okropności, które przeszła, ale Hogwart wydał się dziewczynie jeszcze bardziej domowy, cieplejszy. Tym bardziej bolały ją myśli, że być może nie powróci tu za rok.
Uczniowie powoli przestawali interesować się jedzeniem, którego już niewiele pozostało na talerzach. Wszędzie niósł się radosny gwar. Elsa, wymieniając kilka zdań z Czkawką, zerknęła na stół nauczycielski. Sędziowie turnieju rozmawiali ze sobą. Smith odparł coś, po czym wsparłszy się na ławie, podniósł się. Dziewczyna poczuła, że niepotrzebnie tyle jadła. Czy to już czas na wręczenie nagród? Jeśli nie, to ile mają czekać?
Kolejni uczniowie zauważali, że dyrektor Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów zamierzał coś ogłosić. Nieco ucichli, chociaż szeptali żywo i parskali cichym śmiechem.
Smith rozpoczął uroczyste przemówienie. Przywoływał szlachetne idee, które przyświecały twórcom pierwszej edycji Turnieju Trójmagicznego. Mówił o braterstwie i uczciwej rywalizacji między czarodziejami z różnych krajów. Przywoływał wszystkie ofiary zawodów, zwycięzców, mówił o ich bohaterstwie. Elsa słuchała jak najuważniej tego, co mówił, nie okazując tego, że nieco się irytuje. Inni już nawet nie udawali, że słuchają: Jack rozmawiał podekscytowany z przyjaciółmi z Gryffindoru. Jacyś pierwszacy przyklejali sobie łyżki do nosów.
— Dziękuję panu. — Dyrektor Hogwartu, postawszy, poklepał Smitha po ramieniu. On skrzywił się, siadając na swoje miejsce. — Może powoli przejdziemy do spraw bardziej aktualnych.
Wielka Sala nieco przycichła. Elsa wychwyciła uśmiech, który posłał jej Jack. Widziała, jak chłopak już wspiera się dłońmi o krawędź blatu, aby się podnieść. — Przyszedł czas, aby uhonorować wygranych. Wykazali się odwagą, roztropnością, sprytem i umiejętnościami. Udała się im trudna sztuka porozumienia się ze sobą. Nauczyli się współpracy, wspierania siebie nawzajem.
Elsa czuła łaskotanie w żołądku. Miała wrażenie, jakby wewnątrz niego szalały chochliki kornwalijskie.
— Jednakże czekały ich znacznie gorsze próby, których nie przewidziano...
Przez Wielką Salę przebiegł szmer. Niektórzy najwidoczniej nie domyślali się, o czym mówił dyrektor. Jednak Elsa wiedziała aż za dokładnie. Czuła, jak część spojrzeń kieruje się na nią i na Jacka, który ucichł.
Smith chrząkał nerwowo, wpatrując się w Morozowa.
— Zostali wplątani w przebiegłą intrygę. Przeżyli koszmary, które realnie zagrażały ich życiu. Początkowo zastanawiałem się, czy poruszać ten temat przy uczcie. Ostatecznie zdecydowałem, że nie można o nim nie wspomnieć — kontynuował dyrektor Hogwartu, miękcząc swym spojrzeniem pełen niepewności wzrok Smitha. — Dwoje z zawodników turnieju stało się częścią intrygi czarnoksiężnika, którego próbowano nieskutecznie wymazać z pamięci. Ten czarnoksiężnik to Mrok.
Imię potoczyło się po Wielkiej Sali jak powiew zimnego wiatru.
— Czarnoksiężnik zawistny, zazdrosny, bez skrupułów, żywiący się strachem innych. Pragnie on przede wszystkich wystraszyć odważnych, ogłupić rozsądnych, wywołać wątpliwości u zdolnych. Rozdziela nas, sprawia, że jesteśmy słabi, mali, poddani koszmarom. — Morozow westchnął. — Niedawno odbył się pogrzeb jednej z uczennic Hogwartu, dla mnie i reszty ciała pedagogicznego dobrej uczennicy, dla was znajomej, koleżanki lub przyjaciółki — Atalanty Tempus. Zabił ją współpracownik Mroka. Zrobił to w okrutny, nieludzki sposób. Uprzednio odebrał jej rodzinę, aby później odebrać jej życie najgorszym z zaklęć. Mrok odbiera nam bliskich, nasze życie, radość, nadzieję.
Wspomnienie Atalanty dziwnie ciążyło Elsie na sercu, mimo że nawet nie kolegowała się z tą dziewczyną. Jednak wiedziała, może bardziej niż inni, dlaczego zginęła: z zawiści Mroka.
— Wiele osób zastanawiało się, czy to dobrze, że organizujemy tę skromną ucztę, podczas gdy Mrok panoszy się po świecie — stwierdził profesor Morozow. — Każde z nas mogłoby zamknąć się w swoich czterech ścianach — samotne, wystraszone, pozornie bezpieczne, ale puste w środku. Jednak czy to odpowiednie, że poszukujemy radości i bliskości w grupie, gdy źle dzieje się na świecie?
To pytanie, chociaż nie potrzebowało głośniej odpowiedzi, osiadło na dnie umysłu Elsy. Popatrzyła na wszystkich zebranych wokół. Dostrzegła Annę, ukochaną siostrę. Jacka, chłopaka, przy którym mogła czuć się sobą. Patrzyła na dyrektora Morozowa, któremu ufała i którego szanowała. Może to oni właśnie byli jej rozwiązaniem na wszechobecny strach i smutek, może właśnie uczta z ich udziałem jest jak najbardziej na miejscu.
Młody człowiek w mundurze Departamentu Magicznych Gier i Sportów wniósł na podest, na którym zazwyczaj przydzielano pierwszaków do domów, niewielki stolik. Na meblu stał jakiś tajemniczy przedmiot owinięty jedwabiem. Sędziowie turnieju wyszli zza stołu i ustawili się tuż przy tej rzeczy. Ściągnięto z niej materiał.
Odsłonięty już puchar zapierał dech w piersiach. Wyglądał, jakby wykonano go z pięknej mieszanki srebra, diamentów i szronu. Jarzył się jasnym blaskiem, a wygrawerowane litery pływały wzdłuż jego uchwytów i na nóżce.
— Powróćmy jednak do Turnieju Trójmagicznego — zapowiedział Morozow znacznie weselszym tonem. — W imieniu organizatorów turnieju, komisji sędziowskiej, mam zaszczyt ogłosić tegorocznych zwycięzców...
Elsa podnosiła się do góry. Czuła się tak, jakby unosiła się kilka centymetrów nad ziemią. Rozanieleni Gryfoni wręcz wypchnęli Jacka zza stołu. Mżawka oklasków, śmiechu i radosnych okrzyków narastała do ulewy.
— Tegoroczni zwycięzcy Turnieju Trójmagicznego — dyrektor Hogwartu ledwo przekrzyczał hałaśliwą ulewę radości narastającą do sztormu — Jack Frost i Elsa Vintersen!
Przejście po odbiór nagrody wydawało się snem. Elsa widziała ucieszonych Hogwartczyków szalejących z radości. Nieliczni pozostali dziennikarze błyskali tymi dziwnymi zaklęciami, którymi robili realistyczne ilustracje do swoich gazet. Jack szedł tuż obok, kuśtykając, ale uśmiechając się szeroko. Dziewczynę bolały policzki od uśmiechu, nawiedzały ją śmiałe pragnienia: chciała uścisnąć chłopaka jak najmocniej. Szczęście ją ogłupiało.
Jack i Elsa stanęli przed sędziami. Dziewczyna ledwo zapamiętała wymienione uściski dłoni oraz gratulacje. Nagle ujrzała, że Jack wystawił do niej rękę.
— Dziękuję za owocną współpracę — powiedział chłopak komicznie oficjalnym tonem, gdy wymienił z nią serdeczny, ciepły uścisk dłoni.
— Również dziękuję za współpracę — odparła dziewczyna, próbując zachować powagę, chociaż na koniec parsknęła śmiechem.
Unieśli wspólnie puchar do góry, wzbudzając entuzjazm publiczności.
Irytek, ku uciesze wszystkich, wylał na nich pełny gar zupy z podrobów, śpiewając pieśń na cześć zwycięzców:
Wiwat, Król Mazgajów!
Wiwat, Strażniczka Regulaminu!...

~*~*~*~

Cześć!
Turniej Trójmagiczny dobiegł końca! Chyba każdy spodziewał się, kto zwycięży, prawda? Jednak rozwiałam Wasze wątpliwości — Jack żyje... jeszcze (może to ironia, może nie). Bardzo mi się podobały Wasze domysły, teorie. Każdą chętnie czytałam!
Nareszcie udało mi się napisać ten rozdział. Kazałam Wam czekać stanowczo na ten rozdział. Sama jestem na siebie zła, że opublikowałam tak późno. Nie będę jednak nic obiecywać, bo wiecie, jak to ze mną jest.
Pozdrawiam wszystkich!

11 komentarzy:

  1. Tak troszki to brzmi jak koniec :') ale rozumiem, że to nie jest ostatni rozdział ?

    Pozdrawiam

    Zapraszam do siebie na nowy rozdział :)
    http://hrhczylimagicznaspolka.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, oczywiście, że to nie ostatni rozdział :D Nie mogłabym przecież tak tego zakończyć!
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. No w końcu! Prawdę mówiąc, myślałam, że pogrzeb w poprzednim rozdziale był prawdziwy, a Jack ożyje z białymi włosami... ale twoje rozwiązanie było zdecydowanie lepsze. Powodzenia w pisaniu!

    OdpowiedzUsuń
  3. Można przeczytać gdzieś twoje poprzednie opowiadanie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obecnie nie jest ono dostępne...

      Usuń
    2. Ale jeszcze kiedykolwiek będzie?

      Usuń
    3. Szczerze mówiąc nie wiem. Nie podoba mi się tamten blog, to, jak wykreowałam w nim postacie, mój styl, wszystko... raczej nie sądzę, że go znów opublikuję, ale może coś mi się odwidzi.

      Usuń
  4. No i fajnie, że Jack żyje :D Bardzo się z tego cieszę. Oczywiście najbardziej podobały mi się momenty w Skrzydle szpitalnym, ale reszta też zrobiła na mnie duże wrażenie. Mam nadzieję, że Elsa zostanie w Hogwarcie. Czekam na więcej!
    Pozdrawiam
    Arcanum Felis
    PS. zapraszam na nowy rozdział Muzycznej misji https://music-and-love-mission.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę dziękuję :D Najfajniej opisywało mi się właśnie rozmowę Jacka i Elsy w skrzydle szpitalnym. Na Muzyczką Misję zajrzę jak najszybciej!
      Pozdrawiam.

      Usuń