wtorek, 29 listopada 2016

Rozdział XXXIII — Zefir

Elsa uznała, że będzie lepiej, jeśli opuści sypialnię opanowaną przez chaos porannego pakowania się. Wolała nie wchodzić w drogę koleżankom, które wywracały pomieszczenie do góry nogami, poszukując zaginionych rzeczy. Ona, dzięki temu, że pomyślała zawczasu, miała już wszystko schowane w kufrze.
Chwyciła za rączkę i pociągnęła za sobą bagaż. Wychodząc, zerknęła przez ramię na miejsce, gdzie sypiała w czasie roku szkolnego.
Część szafek została już opróżniona z osobistych przedmiotów dziewcząt. Niektóre z ogromnych plakatów poznikały ze ścian. Brakowało ogromnej sztalugi, manekinów rozmiarów człowieka, które dzięki prostemu zaklęciu potrafiły skurczyć się do wielkości otwartej dłoni, a także płócien upchanych między ścianą a ramą jednego z łóżek. Ten pokój dawno stał się niepełny: wtedy, gdy Roszpunka wyjechała z Hogwartu.
Elsa przedtem traktowała ją podobnie jak innych rówieśników — trzymała na dystans. Jednak właścicielki nienaturalnie długich włosów nie dało się nie polubić, zważywszy na jej przyjazne nastawienie i lekko szalony charakter. Inni niechętnie pomagali tej zarozumiałej Strażniczce Regulaminu, kiedy zachorowała, a Roszpunka jak najbardziej szalona psychopatka bez problemu przynosiła jej lekcje. Długowłosa była wszechstronnie utalentowana — arcydzieła dziewczyny od pierwszej klasy upiększały sypialnię, a ręcznie szyte kreacje jak ze snów zapierały dech w piersiach.
Jednak Roszpunkę zabrano do domu — jako pierwszą. Zaraz po niej wyjechało mnóstwo uczniów. Hogwart opuściło przed czasem stanowczo za dużo osób i nikt nie wiedział, czy którakolwiek z nich powróci we wrześniu.
Elsę patrzącą na pokój nawiedziła ponura wizja, że ona także nie przyjedzie tu po wakacjach.
Nie pozwoliła sobie na przykre domysły. Wytaszczyła kufer na korytarz. Przed nią w wąskim przejściu toczył się jakiś pierwszak ciągnący za sobą bagaż ze trzy razy większy od niego. Zniosła swoje rzeczy schodami do pokoju wspólnego Krukonów zaraz za młodszym uczniem.
W salonie nie było wielu osób. Uznała, że kilka z nich mogło wybrać się na śniadanie do Wielkiej Sali, a pozostałe ciągle się pakują. Przy posągu dumnej i pięknej Roweny Ravenclaw, której chłodna twarz błyszczała w promieniach czerwcowego słońca, stało już kilka kufrów czekających na przetransportowanie do Hogsmeade. Zaraz dołączył do nich bagaż należący do Elsy, która udała się do Wielkiej Sali.
— Elso! — zawołał Czkawka, machając do niej od stołu Gryfonów.
Chłopakowi towarzyszyła tylko Merida. Ona, widząc jak Elsa siada tuż naprzeciwko, spojrzała na nią przeciągle. Krukonka odpowiedziała tym samym, niechętnym spojrzeniem. Zdziwiła się, gdy Gryfonka spuściła wzrok.
— Niech zgadnę, jesteś już spakowana — rzuciła Merida do Elsy.
— Już spakowana — potwierdziła dziewczyna. Nie dała po sobie poznać, że odmienna postawa rudowłosej ją dziwiła. Nigdy nie rozmawiały ze sobą na zwyczajne tematy, odzywały się do siebie wyłącznie, jeśli musiały. — A ty?
Merida w odpowiedzi wzruszyła ramionami.
— Mniej więcej.
Czkawka chrupał płatki, a rozmowa, chociaż trudno nazwać tak tę krótką wymianę zdań, przestała się kleić.
— Nie wiesz, kiedy przyjdzie Jack? — zapytał chłopak Meridę. Chyba niespecjalnie go to interesowało, chciał jedynie uniknąć nieprzyjemnego milczenia.
— Jak ci się wydaje? Znając życie to albo jeszcze śpi, albo się obija — odparła rudowłosa. — Tylko niech nie myśli, że jak weźmie się za pakowanie w ostatniej chwili, to pomogę szukać mu tych paskudnych skarpet, które dostał od Roszpunki na urodziny!
— To były rękawiczki — poprawił ją Czkawka.
I znów cisza, którą Krukon próbował jakoś zniszczyć. Zagadywał to z Elsą, to z Meridą. Dziewczęta wymieniały się pytaniami, na które tak naprawdę nie bardzo chciały uzyskać odpowiedzi. Krukonka wiedziała, że przyjacielska pogawędka z Gryfonką wcale jej nie wychodzi, mimo to postanowiła dalej grać.
Jadła powoli śniadanie, przysłuchując się gasnącej rozmowie Meridy i Czkawki.
Znów zapadło milczenie. Elsa nie przerywała go, przeżuwając kęs za kęsem i nie patrząc na Gryfonkę. Krukon nie wydawał się zbyt przejęty tą sytuacją — szkicował coś w małym notesiku, jednocześnie wgryzając się w jabłko. Merida, która już zjadła, coraz szybciej i mocniej stukała w stół palcami.
— Vintersen — wypaliła wreszcie. — Słuchaj, załatwmy to od razu.
Elsa oderwała się od jedzenia. Uniosła lekko wzrok do góry wprost na oczy Meridy otoczone rudymi rzęsami. Widziała w jej spojrzeniu wyzwanie.
— Co mamy załatwić? — zapytała spokojnie Krukonka.
— Nie przepadamy za sobą... — stwierdziła Merida.
— Zgadzam się z tym.
Czkawka kiwnął głową zawieszoną nad notatnikiem.
— Co w związku z tym? — ponagliła Elsa.
— Może... powinnyśmy spróbować się zakumplować. Ale nie będziemy najlepszymi przyjaciółkami, bądźmy realistkami — zaproponowała Merida takim tonem, jakby te słowa ledwo przeszły jej przez gardło.
Krukon podniósł głowę i spojrzał na obie dziewczęta, jakby oczekiwał ich reakcji.
Elsa nie spodziewała się, że Merida zaproponuje jej koleżeństwo. Do tej pory wydawało się, że taki pomysł nigdy nawet nie zatlił się w rozczochranej głowie Gryfonki. Krukonka także nigdy nie pomyślała o ociepleniu ich relacji.
— Jack to mój najlepszy kumpel — powiedziała rudowłosa — gdy porwał was Mrok, niejednokrotnie ratowałaś mu tyłek. Widzę, że się lubicie. No i chyba sytuacja jest taka, że musimy spróbować się do siebie przekonać... To jak? Sztama?
Wystawiła w stronę Elsy dłoń o poobgryzanych paznokciach. Krukonka przez chwilę patrzyła na Meridę. Nie wiedziała, czy kiedykolwiek zapała do niej jakąkolwiek sympatią, ale zaimponowało jej to, że próbuje się z nią pogodzić.
Uścisnęły sobie krótko ręce.
— Sztama — potwierdziła Elsa. To słowo zabrzmiało dziwnie w jej ustach.
— Skoro tak, to mam pytanie — powiedziała Merida. — Pozbyłaś się swoich nieśmiertelnych rękawiczek?
Elsa parsknęła czymś na kształt śmiechu i wzruszyła ramionami. Nie musiała rozwodzić się w kłamstwach — te proste gesty wystarczyły Gryfonce.
Krukonka ostatnio niezbyt myślała o rękawiczkach, jej głowę zaprzątało wiele innych spraw. Czasem jednak, gdy sobie przypominała, wkładała je na dłonie, ale czuła się w nich nieswojo. Dzień przed ucztą kończącą Turniej Trójmagiczny spakowała je do kufra i tam pozostały.
Do trojga dosiadł się Edward Potter.
— Jest jeszcze jajecznica? — zapytał. To właściwie było jedyne zdanie nienawiązujące do quidditcha, które padło tego poranka z jego ust.
Od razu, gdy Czkawka podsunął mu kopiasty półmisek z jajecznicą, podekscytowany objaśniał Meridzie genialne pomysły na bardziej efektywne treningi quidditcha Gryfonów. Dziewczyna słuchała go, co chwilę nakazując mu bycie ciszej. Patrzyła na wszystkich jak na szpiegów, którzy tylko czyhają na poznanie tajemnic drużyny Gryffindoru.
Do Wielkiej Sali schodziło się coraz więcej osób. Zapełniały się stoły uczniowskie, przy nauczycielskim usiadło kilkoro profesorów. Sztućce brzdękały, wszędzie rozbrzmiewały głośne rozmowy. Adrian kleił się do Anny i ciągle biadolił, że nie chce się z nią rozstawać. Elsa starała się nie zwracać uwagi na ciągłe uściski, mizianie i pocałunki nieskrępowanej pary, tylko próbowała normalnie rozmawiać z siostrą.
Nieliczne chmury znikały ze sklepienia Wielkiej Sali tak samo jak jedzenie z naczyń. Coraz więcej osób wychodziło na zewnątrz. Może chcieli wykorzystać uroki pięknej pogody, ale Elsa była wręcz pewna, że pragnęli tylko ułatwić sobie mordercze wyścigi po miejsca w powozach.
Nic dziwnego, że Anka także postanowiła brać udział w tej okropnej, krwawej walce, aby zająć pojazd.
— Ja i Adrian już lecimy — zaszczebiotała, wstając od stołu. — Musimy zająć sobie najlepszy powóz! Siostra, jeśli chcesz, to możemy zająć ci miejsce.
Elsa uśmiechnęła się do niej.
— W razie czego się odezwę — powiedziała.
Ania i Adrian wtopili się w tłumek wychodzący z Wielkiej Sali. Za nimi ruszyło kilkoro ich znajomych z Gryffindoru.
Elsie towarzyszył już tylko Czkawka, który miał zagwarantowane, że Merida wywalczy mu wolne miejsce w powozie. Krukonka nie martwiła się, że z powodu braku miejsc dosiądzie się do jakiejś grupki przyjaciół i będzie czuła się nieswojo i zbędnie jak piąte koło u wozu. Zawsze mogła postąpić tak jak zazwyczaj: zatopić się w książce i nie gadać ze współpasażerami.
Obawiała się jednak czego innego. Zaczęły nawiedzać ją wątpliwości, czy w ogóle zdąży porozmawiać z Jackiem przed wyjazdem. Odkąd wyszli ze skrzydła szpitalnego, prawie w ogóle nie mieli okazji, aby spotkać się tylko we dwoje, bez Anny, Meridy, Czkawki czy innych znajomych.
Im bardziej wyludniała się Wielka Sala, im bliżej było do odjazdu powozów, zaczęła myśleć poirytowana, że nie tylko nie porozmawia sam na sam z chłopakiem, ale wcale go nie zobaczy.
Jednak, kiedy już traktowała swoje pomysły na poważnie, do jadalni weszła osoba, którą tak bardzo chciała zobaczyć. Chłopak podbiegł do stołu Gryffindoru. Zjadał wszystko w zastraszającym tempie, widelec w jego dłoni był tylko srebrną smugą pomiędzy jego ustami a jajecznicą na talerzu.
— Ktoś... — Jack przełknął kolejną porcję. — ...zajął... — Przełknął. — ...nam miejsca?
Brązowe włosy miał rozczochrane, co upewniło Elsę, że pewnie spał do oporu i nawet nie miał czasu się uczesać. Jednak wydawał się kipieć energią.
— Merida poszła nam coś zająć — odparł Czkawka. — Wiesz, że możemy teraz nic nie znaleźć, bo ty sobie spałeś?
Jack wzruszył obojętnie ramionami.
— Zawsze mogę jeść wolniej — zasugerował niewinnie Gryfon.
— Zawsze możecie się nie przejmować Jackiem i jechać sami, Czkawko — odparła Elsa. — Może przecież biec za powozami.
Jack parsknął śmiechem.
— Jedziemy razem — rzucił do dziewczyny, odsuwając od siebie pusty talerz. — Jeśli ja będę musiał biec, to sprawię, że ty będziesz musiała razem ze mną. Więc... lepiej chodźmy! — dodał raźno, podnosząc się od stołu.
Już po chwili Jack, Elsa i Czkawka jako jedni z ostatnich wyszli z Wielkiej Sali. Pogłos ich kroków dudnił na korytarzach, zanikając, im bliżej wyjścia byli.
Dziewczyna zmrużyła oczy przed słońcem, wychodząc na zewnątrz. Upalne powietrze buchnęło na nią całą mocą. Czkawka wręcz natychmiast pożałował, że założył długą, czarną szkolną szatę. Jack poluzował szkarłatno-złoty krawat.
— Szkoda, że nie możemy się jakoś ochłodzić... — rzucił Frost niby do siebie, chociaż uśmiechnął się do Elsy półgębkiem.
Dziewczyna wiedziała, czego oczekiwał.
— Niestety, nie mamy jak tego zrobić. Nie wydaje mi się, że nagle spadnie śnieg... — odparła, przekazując mu ukrytą wiadomość: nie.
— A mogłem się nauczyć zaklęcia śnieżnego... — marudził Czkawka, nie mogąc wykaraskać się z objęć szaty. — Może wy umiecie? — Kołnierz go przydusił. — Przepraszam, zapomniałem, że nie macie jeszcze różdżek...
— Żałuję, Strażniczko Regulaminu, że nie potrafisz bez różdżki użyć tego zaklęcia. A już myślałem, że potrafisz wszystko — westchnął Jack z udawanym przygnębieniem, a tak naprawdę z nutą wyzwania w głosie.
Elsa pokręciła zrezygnowana głową. Przez jakiś czas, głównie dzięki Jackowi, wcale nie myślała o swoich mocach. Jednak po tym, jakie piekło stworzył im Mrok, nie miała ochoty umyślnie łagodzić upału. Przypominała sobie o ludziach z Ministerstwa, którzy walczyli w wytworzonej przez nią śnieżycy. Jej głowę zaprzątały wyobrażenia, że któregoś z nich zraniła. Obawiała się, że jej sekret wyjdzie na jaw i rozpęta się wokół niej burza, której nie będzie umiała okiełznać. Przez jakiś czas czuła się pewnie ze swoimi zdolnościami. Jednak poczucie bezpieczeństwa zniknęło stanowczo za szybko i za łatwo, porównując do tego, z jakim trudem przyszło.
Elsa zacisnęła mocno usta, idąc w stronę bramy. Już po chwili dołączyli do niej Czkawka, który uporał się z niesfornym ubraniem, oraz Jack. Dostrzegła to, jak Gryfon przyglądał się jej spod ściągniętych brwi, jak uśmiech na jego prawie wiecznie radosnej twarzy delikatnie przygasł. Wiedziała, że się zmartwił, chociaż wcale tego nie pragnęła. Natychmiast się wyprostowała i przybrała najbardziej obojętną minę, jaką umiała przywołać. Nie chciała ani trochę, aby podczas tych ostatnich wspólnych chwil Jack się o nią niepokoił.
Mogła przysiąc, że chłopaka coraz bardziej korciło, aby zapytać, co ją trapi. Jednak uniknęła tego, co prawda przypadkiem, ale w najlepszy z możliwych sposobów.
Jacka całkowicie pochłonęło zamieszanie przy powozie.
Przy największym i najbardziej pożądanym pojeździe, tłoczyła się grupka hałaśliwych, przekrzykujących się nastolatków, głównie Ślizgonów i Gryfonów.
— Umyj sobie uszy, Brave! — ryknęła groźnie jakaś dziewczyna.
Elsa niezbyt ją kojarzyła — nie chodziła z nią na zajęcia, na pewno nie znajdowały się w jednym domu. Panna krzykliwa była raczej chuda i niezbyt wysoka. Marszczyła nos jak poirytowany pięciolatek, a jasna grzywka przesłaniała jej oczy. Niepozorny wygląd nadrabiała agresją w głosie i hałasem, który robiła.
— Czego nie rozumiesz w tym prostym zdaniu: To-nasz-powóz-spadajcie-żreć-smocze-łajno?!
— Mówiłem, że warto napuścić na nich naszą małą sklątkę obronną? — szepnął Julian Fitzherbert do jakiegoś Ślizgona. Oboje parsknęli śmiechem.
— A ty nie widzisz, dziecko?! — odkrzyknęła Merida. — Pierwsza siedziałam w powozie...
— Tylko nie dziecko! Jestem tylko rok... — warknęła Astrid, zakasując rękawy.
— ...i z tego, co widzę, nas jest więcej! — dokrzyczała rudowłosa. — Dwa do zera, mała. Powóz jest nasz!
Może gdyby nie Merida, Astrid i teksty, z którymi za moment wyskoczył Jack, dałoby się tę sprawę załatwić polubownie, tak przynajmniej uważała Elsa. Fitzherbert może był cwaniakiem, ale wydawał się zdradzać jakieś przebłyski inteligencji. Czkawka nie wdawał się w konflikty — w ten również.
Edward Potter i kilkoro jego kumpli przyglądało się sytuacji, dopingując przyjaciółkę z Gryffindoru. Jedyne osoby, które czerpały radość z kłótni, to zebrani wokół gapie, którzy zwijali się ze śmiechu.
Gdy dziewczęta, Merida i Astrid, były już blisko rękoczynów, Elsa postanowiła wkroczyć do akcji.
— Teraz posłuchajcie — zapowiedziała Krukonka, zaplatając ręce na piersiach. Powiedziała to głośno, chociaż nie z takimi emocjami jak dwie główne uczestniczki zamieszania. Przybrała najbardziej chłodny i przemądrzały ton. — Jeśli natychmiast się nie uspokoicie, będę musiała zgłosić to nauczycielom!
Astrid oderwała się od kłótni. Spojrzała na Elsę spod zmrużonych powiek. Merida ciężko oddychała, poczerwieniała na twarzy.
— I to obie — dodała Krukonka.
Po raz pierwszy w życiu miała jakieś korzyści ze swojej sławy donosicielki, Strażniczki Regulaminu. Elsa mówiła nauczycielom o mniejszych przewinieniach, więc czemu nie mogłaby powiedzieć profesorowi Clevesowi o zamieszaniu przy powozie? Nie dawała po sobie poznać, że tak naprawdę nie miała zamiaru tego robić. Była pewna, że jej plan zadziała.
Astrid zerknęła na Juliana, który nieznacznie wzruszył ramionami.
— Mamy godnie reprezentować Hogwart — kontynuowała Elsa — a wyzywanie się od tępego trolla, zliniałej wiedźmy, więcej cytować nie będę, na pewno nie jest godnym reprezentowaniem szkoły.
— Co ty bredzisz, Vintersen?! Niby jak nas ukażą, skoro jest koniec roku? — parsknęła Astrid. — Co, chcesz, abyście wy mieli powóz, co nie?!
— Och, nawet Jack mógłby powiedzieć co nieco o karze danej tuż przed wakacjami, która przeniosła się na nowy rok szkolny — odparła spokojnie Elsa. — Jednak poinformowałabym nauczycieli o zachowaniu każdego z was. — Umyślnie spojrzała krzywo na Meridę i Jacka, na twarzach których malowała się szczera dezorientacja.
Astrid wyglądała na zmieszaną.
— Chodźmy stąd — wypluła do przyjaciół — dla świętego spokoju. Idź, wyliż buty nauczycielom, Vintersen.
Odeszła, potrącając Meridę ramieniem. Spojrzała na Krukonkę najbardziej obrzydzonym spojrzeniem. Julian i dwoje pozostałych Ślizgonów poszli za przyjaciółką. Nie próbowali jej obłaskawić. Naśmiewali się z niej:
— ...ale to prawda, faktycznie zbyt łatwo się denerwujesz...
Elsa stała dalej z założonymi rękoma. Znajomi przypatrywali się jej ze zmarszczonymi brwiami. Czkawka był zupełnie skołowany.
— I co, Vintersen, zgłosisz to? — zapytała Merida, nie umiejąc powstrzymać zimna w głosie.
— Jak ci się wydaje? — odparła Krukonka głosem chłodnym jak stal.
Widziała na twarzy Jacka przerażenie. Nie wiedziała, że wypadła aż tak przekonująco, że on także uwierzył.
— Dzisiaj... wam odpuszczę — dopowiedziała Elsa wspaniałomyślnie. Dodała ostrzegawczo: — Ale ostatni raz.
Edward wypuścił głośno powietrze. Od razu zaczął rozgadywać się, jak to wspaniale dokopali Astrid, jak to Elsa nieźle ją wkręciła.
— Dziewczyno, ale oni mieli miny!...
Jack uśmiechał się od ucha do ucha. Merida wyglądała, jakby nie bardzo wiedziała, co zrobić.
— Cóż, to tylko mój obowiązek — powiedziała skromnie Elsa. — Przywrócą mi funkcję prefekta, więc powinnam pilnować porządku.
Wszyscy powoli rozchodzili się, znikając w powozach. Hałastra, która tak mężnie wywalczyła największy pojazd, zaczęła pakować się do środka.
Elsa czuła się dziwnie, bo nie była intruzem, który dosiadał się do jakiejś grupki przyjaciół. Usiadła w zaparowanym, dusznym powozie ściśnięta pomiędzy Jackiem a Benedictem z Gryffindoru.
Co chwilę następowały wybuchy opętańczego rechotu, głośne narzekania na upał, hałaśliwe dyskusje i przekrzykiwania, poszturchiwania, niewybredne żarty, i znów salwy śmiechu. Elsa, mimo tego że nie mogła się poruszyć i umierała z gorąca, była naprawdę szczęśliwa w środku zamieszania. No, może nie wtedy, gdy Benedict oblał ją i siedzącą naprzeciw Meridę sokiem dyniowym, ale to zniosła.
Powozy zwalniały, aż w końcu całkowicie się zatrzymały. Drzwi trzasnęły i mogli wypaść na zewnątrz z dusznego pojazdu. Elsa jako jedna z ostatnich wyszła, nieskutecznie próbując wytrzeć chustką brzydkie plamy na koszuli.
Kufry uczniów stały poustawiane niedaleko, tradycyjnie strzeżone przez starego woźnego. Mężczyzna pilnował, aby każdy zabrał swój. W Hogsmeade pojawiło się wyjątkowo dużo rodziców, którzy wyciągali szyje, wypatrując pociech. Ludzie żegnali się ze sobą, szukali rzeczy, witali z rodziną. Niektórzy już deportowali się bądź zmierzali w stronę lokalów, w których można było skorzystać z sieci Fiuu.
Elsa dostrzegła Annę. Siostra mocno uścisnęła swojego chłopaka, a potem odeszła, jeszcze oglądając się za nim. Zabrała swój kufer, wpisując się na magiczną listę woźnego (która zapobiegała pomyłkom w odbieraniu swoich rzeczy). Potruchtała, ciągnąc za sobą ciężki bagaż. Dopiero gdy uścisnęła rodziców, Elsa zauważyła ich obecność. Pamiętała, że mama i tata mieli odebrać ją i siostrę z Hogsmeade, jednak nie myślała o tym zbytnio, kiedy wsiadała do powozu.
Anka żywo rozmawiała z rodzicami, ale Krukonka widziała, że już poszukiwali ją wzrokiem.
Jack nareszcie rozstał się z kolegami. Merida i Czkawka, w przeciwieństwie do nich, pożegnali się również z Elsą, chociaż nie tak ciepło jak z nim.
— I pamiętaj, Frost, jak nie będziesz ćwiczył latania w wakacje, to pożałujesz! — rzuciła Merida do przyjaciela przez ramię.
Razem z Czkawką odeszli w stronę kufrów.
Nareszcie, po raz pierwszy od dawna, Elsa została sama z Jackiem. Jednak nie mogła naprawdę wykorzystać tego spotkania. Rodzice czekali. Czuła już nieprzyjemne paluchy widma powrotu do domu, które zaciskały się na jej szyi.
— Coś jest nie w porządku — powiedział wprost Jack. — Nie udawaj, że nie. Już od kilku dni taka jesteś.
To nie mogło umknąć jego uwadze, oczywiście. Elsa nie miała czasu na wytłumaczenia, zresztą nie chciała przytłaczać chłopaka swoimi problemami tuż przed wyjazdem. Jednak jego troska sprawiła, że poczuła przyjemne łaskotanie w okolicach serca.
— To nic poważnego — zbagatelizowała.
Jack wsadził dłonie do kieszeni. Elsa wiedziała, że go nie przekonała.
— Po prostu... jakoś trudniej mi wyjechać niż zazwyczaj. — Naprawdę złagodziła to, jakie odczucia wywoływał u niej wyjazd do domu. W tym roku wiedziała, że będzie miała za kim tęskić.
Chłopak lekko uniósł kąciki ust.
— Słuchaj... — powiedział powoli i ciszej — jeśli martwisz się o swoje moce... to przecież sprawa już i tak przycicha. — Spojrzał na rodziców dziewczyny. Państwo Vintersen rozmawiali z młodszą córką. — A twoi rodzice na pewno puszczą cię na kolejny rok.
Elsa uśmiechnęła się niepewnie. Sama próba pocieszenia sprawiła, że poczuła się lepiej.
Sięgnęła do torby i wyciągnęła z niej mały, idealnie równo poskładany kawałek pergaminu. Podała go Jackowi, on z ciekawością rozwinął go i przeczytał. Elsa napisała na tej karteczce swój adres najpiękniej i najbardziej wyraźnie jak potrafiła. Nie było możliwości, aby chłopak źle odczytał któreś słowo.
— Jeśli chciałbyś do mnie napisać, nie będę miała nic przeciwko — wyjaśniła. Chociaż tak naprawdę nie tylko nie będzie miała nic przeciwko, ale bardzo na to liczyła.
— Jasne — odparł chłopak raźnie, składając i wsuwając adres dziewczyny do kieszeni. Patrzył na nią, jakby chciał zapamiętać ją jak najdokładniej.
Elsa wiedziała, że musi już iść. Pożegnała się z Jackiem krótko. Idąc jeszcze po bagaż, odwróciła się i dostrzegła, jak macha dłonią. Odwzajemniła gest, a potem widziała, jak ruszył w stronę siostry, Emmy.


~*~*~*~

Elsa siedziała na legowisku we wnęce przy oknie z książką na kolanach. Tak naprawdę już dawno przestała czytać Magików z ulicy Szarości. Patrzyła, jak krople deszczu niczym małe, srebrne kule armatnie atakowały szyby, jak błyskawice rozdzierały ciemne niebo. Głośny grzmot przetoczył się po okolicy, a dziewczyna odwróciła na chwilę głowę, ogarniając spojrzeniem swój pokój.
Pomieszczenie było większe niż jej hogwarcka sypialnia, którą musiała dzielić jeszcze z sześcioma dziewczętami — nie mogła tutaj narzekać na tłok. Fioletowe ściany ozdobione małymi, skromnymi wzorami ginęły w cieniu. Obrazy spowite półmrokiem nudziły się w swoich ramach. Obok dużego łóżka stało biurko sporych rozmiarów.
Przy ścianach piętrzyły się szafa, kufer i ogromny regał wypełniony po brzegi książkami. Na półkach dumnie tkwiły różnorakie dzieła: mugolska i czarodziejska klasyka, dramaty, zbiory opowiadań, powieści, romanse, książki młodzieżowe typu Jak poderwać wiedźmę?; ogółem wszystko, o czym mógłby zamarzyć wielbiciel czytania.
W jednym ciemnym kącie stał wysoki, śliczny parawan, w drugim niewielka toaletka, w trzecim klatka ze Śnieżycą, a w ostatnim ukrywały się w gęstym mroku skrzypce.
Elsa kiedyś grała na nich i mogła powiedzieć, że szło jej to całkiem dobrze. Nawet rzuciła specjalny czar, który sprawiał, że instrument potrafił powtórzyć zagraną melodię. Nauczyła go kilkunastu skomplikowanych utworów! Jednak już od dawna nie sięgała po niego. Muzyka przestała przynosić jej radość, bo nie miała się nią z kim podzielić.
Poza skrzypcami i książkami w pomieszczeniu znajdowało się mnóstwo przedmiotów, które przez lata miały umilić Elsie czas spędzony w nim. Na przykład piękne porcelanowe lalki o ślicznych, ale zimnych i pustych oczach, dumnie spoglądające na właścicielkę z szafy.
Elsa nie lubiła swojego pokoju. Spędziła w nim prawie połowę swojego życia. Odkąd niefartownie nie zapanowała nad swoją mocą kilka lat temu, to miejsce stało się czymś na kształt więzienia. Gdy została przyjęta do Hogwartu, musiała wracać do niego na wakacje i ferie. Starała się jakoś przyzwyczaić do sypialni w swoim domu, ale ona ciągle wydawała się zimna i pusta. Dawno temu dziewczyna dzieliła pokój z siostrą. Pamiętała, jak podczas nocnych burz Ania wślizgiwała się do niej pod kołdrę i razem próbowały ignorować przerażające świsty wiatru i grzmoty. Nie mogła zapomnieć o tym, że jako dzieci, spędzały ze sobą każdą chwilę. Po tym, jak zraniła ją lodowym odłamkiem, zamieszkała sama. Była wtedy jeszcze małą dziewczynką, więc okropnie się bała, gdy wyobraźnia tworzyła nocą z cieni paskudne potwory. Niejednokrotnie ściany pokrywał mróz, a postacie na obrazach otrzymywały ubrania ze szronu.
Nastolatka podeszła do biurka w pogoni za jakimś zajęciem. Usiadła na wysokim krześle i patrząc na prezent urodzinowy od rodziców, już wiedziała, czym się zajmie. Musiała napisać podziękowania do reszty rodziny za piękne rzeczy, które jej dali w podarku — za piękną, ale przesadzoną i zupełnie nie w jej guście sukienkę od ciotki Mony; za profesjonalne specyfiki do pielęgnacji mioteł od wuja Kaspera, chociaż tak naprawdę jej miotła leży od lat nieużywana na strychu.
Od rodziców dostała w tym roku zestaw nowych piór. Kilka z nich było identycznych z tymi, których używała zazwyczaj. Jednak pięknego pióra z ogona feniksa bała się nawet wziąć w dłoń, aby przypadkiem nie zepsuć tak pięknej rzeczy. Atramenty w kałamarzach miały różnorakie kolory i właściwości, których jeszcze do końca nie odkryła. Wiedziała, że jeden tusz, gdy zasechł na pergaminie, sprawiał, że papier parzył. Inny ujawniał się tylko po określonej komendzie. Oprócz tego — do kompletu — była ozdobna papeteria.
Elsa wybrała najzwyklejszy, czarny atrament i pióro, którego używała jeszcze w szkole. Przysunęła do siebie czysty arkusz pergaminu z eleganckimi wzorami na marginesach. Zaczęła pisać, skupiona na doborze słów i starannym piśmie.
Po chwili powróciła myślami do swoich urodzin sprzed kilku dni.
Wszystko, co wydarzyło się tamtego dnia rano, nie odbiegało ani trochę od przyjętej w domu normy. Dziewczynie przyniesiono śniadanie do pokoju, skrzaty nieco posprzątały delikatny, poranny bałagan u niej w sypialni. Domownicy zajmowali się swoimi codziennymi sprawami. Nic nie wskazywało na to, że ten dzień jest w jakikolwiek sposób specjalny. Krukonka, siedząc sama, czasem słyszała, jak ktoś przechodzi korytarzem — dochodził ją tupot małych nóżek skrzatów i długie susy Anny.
Wtedy, gdy w dzień urodzin siedziała sama, rozległo się stukanie. Elsa lekko uniosła brwi i opuściła książkę na kolana. Klamka drgnęła, drzwi się uchyliły. Dziewczyna zrzuciła nogi z łóżka i przyjrzała się widocznemu skrawkowi korytarza. Nikogo nie było. Jej wzrok powędrował nieco w dół.
— Dzień dobry, panienko — pisnął malutki skrzat.
— Witaj, Wiczypyszczku — odparła nastolatka, nieco zdziwiona widokiem służącego o tej porze.
— Pan i pani proszą, aby panienka zeszła do jadalni na obiad. Tak kazali przekazać Wiczypyszczkowi.
Wiczypyszczek zawisł na klamce i zaczął się huśtać. Był jeszcze młodym skrzatem i zachowywał się infantylnie. Elsa jednak nie miała mu tego za złe. Bardziej niż jego zachowaniem przejmowała się, że rodzice specjalnie wysłali go po nią.
Odłożyła książkę na miejsce i ruszyła do jadalni. Gdy była już u celu, zatrzymała się na korytarzu. Zerknęła przez niedomknięte drzwi. Przy dużym stole oprócz rodziców siedziała także Anna. Elsa naprawdę się zdziwiła. Nie pamiętała, kiedy ostatnio w domu jadła wspólny posiłek z rodzicami i siostrą.
Weszła do środka i usiadła niepewnie na krześle naprzeciwko Anny. Ona uśmiechnęła się do niej szeroko. Elsa odpowiedziała niepewnym gestem, który być może nawet nie przypominał uśmiechu.
Okazało się, że na obiedzie podawane były tylko ulubione potrawy solenizantki. Anka wyjątkowo cieszyła się, że jedli wszyscy razem. Gadała jak najęta. Elsa jednak nie zachowywała się zbyt rozmownie.
— ...w ogóle to ja wpadłam na pomysł, abyśmy zjedli razem! — trajkotała Gryfonka. — Wiesz, wolałam coś z większym rozmachem, fajerwerki, serpentyny, rzeźby z lodu... — zachichotała.
Elsa już teraz wiedziała, skąd pomysł na wspólne jedzenie. Sądząc po minach rodziców, ciągle nie byli zbyt szczęśliwi, że na niego przystali.
Nadszedł czas na prezenty i właśnie wtedy starsza siostra otrzymała paczkę od mamy i taty. Z uśmiechem pożyczyli jej wszystkiego najlepszego.
Przyszedł czas, gdy Anna chciała wręczyć jej prezent. Był on niezbyt zręcznie opakowany w papier we wzorki.
— Dziękuję — powiedziała Elsa, uśmiechając się.
Anna odwzajemniła ten gest. I wtedy, gdy rozłożyła ręce, wszystko się popsuło.
Chciała uścisnąć siostrę. Elsa poczuła się wtedy jak w pułapce. Towarzystwo rodziców sprawiło, że wręcz od razu cofnęła się. Dostrzegła, jak wesołe iskierki w oczach siostry gasną.
— Dziękuję, Anno — powtórzyła solenizantka już nie tak radośnie.
Anna opuściła dłonie. Wyglądała na zawiedzioną. Elsa spojrzała na mamę. Nie musiały nic do siebie mówić — dziewczyna zrozumiała, co powinna zrobić.
— Naprawdę dziękuję wam za to... przyjęcie — powiedziała — ale lepiej będzie, jeśli już pójdę do siebie.
Postąpiła tak, jak powiedziała. Zapomniała prezentów, ale już się po nie nie wróciła. Zamknęła się znów w swojej sypialni. Ilekroć zamykała oczy, powracał do niej widok zawodu w oczach siostry.
Od urodzin nie widziała Anny ani razu. Bała się, że nadszarpnęła ich nikłe pozytywne relacje budowane, odkąd Jack wreszcie dotarł do niej, że powinna coś zmienić w swoim życiu.
Na pergamin spadł ogromny kleks, gdy Elsa pomyślała o Jacku. Nagle wyleciało jej z głowy to, co miała zapisać. Delikatnie opuściła dłoń ściskającą pióro na blat. Mimowolnie spojrzała w stronę okna. Nawet nie miała tej głupiej nadziei, że ujrzy w niej sowę niosącą list.
Minęły trzy tygodnie wakacji i do tej pory nie otrzymała żadnej wiadomości od Jacka. Przez pierwszych kilka dni nie martwiła się tym. Chłopak mógł nie znaleźć sposobności do napisania albo jeszcze nie wydarzyło się nic ciekawego, co mógłby zawrzeć w liście.
Upłynął tydzień. Potem dziesięć dni. Dwa tygodnie... i nic. Elsa z każdym mijającym dniem coraz bardziej ponuro spoglądała w okna. Szczególnie odczuła brak wiadomości od Jacka w urodziny. Nie chciała, aby wyszukiwał dla niej prezentu. Nie pragnęła, aby wypruwał sobie flaki, pisząc do niej piękne i długie, ale nieszczere życzenia. Pragnęła tylko zapewnienia, że wszystko u niego w porządku i krótkiego wszystkiego najlepszego!
W jej myślach pojawiały się coraz gorsze scenariusze.
Elsa, pisząc listy do rodziny, powróciła do tych niemiłych domysłów. Pamiętała, jak Jack wkładał adres od niej do kieszeni.
Nie wchodziło w grę, aby się nie doczytał — napisała swoje dane tak wyraźnie, że dziecko uczące się pisać mogłoby przeczytać te słowa bez problemu. Czy mógł go zgubić? Owszem, mógł, ale chłopak nie gubił rzeczy zbyt łatwo...
Co, jeśli Jack nie wysłał żadnego listu? — pomyślała dziewczyna zmartwiona. — Może po zakończeniu Turnieju Trójmagicznego nie czuje potrzeby, aby ze mną rozmawiać?
Elsa niejednokrotnie analizowała zachowanie chłopaka przed wyjazdem. Próbowała dostrzec, czy zdradzało jakiekolwiek oznaki braku zainteresowania czy niechęci. Nie dostrzegła niczego niepokojącego, ale i tak obawiała się, że tak naprawdę Jacka i nią łączyła tylko cienka nić w postaci zawodów. Teraz ona pękła, a ich relacje mogły obumrzeć.
Nastolatka wiedziała jedno: nie chciała stracić chłopaka. Jej umysł buntował się temu, że ona i Jack przestaną się ze sobą spotykać.
Coraz częściej wracały do niej wspomnienia powiązane z Jackiem. Pamiętała, jak rzuciła się w krzaczyska, chcąc poznać tajemnicę statku Durmstrangu. Szczególnie rozpamiętywała to dziwne, rozgrzewające pieczenie w policzkach, gdy chłopak wyłuskiwał z jej włosów pokryte szronem patyczki. Nie mogła zapomnieć o tym, jak nie potrafiła zapanować nad emocjami w skrzydle szpitalnym, gdy wreszcie dotarło do niej, że Gryfon jest żywy oraz że wcale nie była na jego pogrzebie. Przypominając sobie te wydarzenia, a także wiele innych, czuła przyjemne ciepło w okolicy serca. Ono już po chwili zamieniło się gorzki chłód na myśl, że między nią a Jackiem już nigdy nie będzie tak samo.
Przekonała siebie przynajmniej na jakiś czas, zresztą nie pierwszy raz, że między nią a chłopakiem nic się nie zmieni, pomimo zakończenia turnieju. Jack był jej przyjacielem. Wmawiała sobie, że to taki sam fakt jak informacje podane w podręcznikach — niezaprzeczalna prawda. Chłopak nie porzuciłby jej.
Elsa zerknęła na gazetę leżącą na skraju biurka. Przeczytała ją rano bardzo dokładnie, szczególnie informacje o porwaniach, morderstwach i innych złych wydarzeniach. Gdy doszła do rubryki zaginionych, bardzo uważnie wypatrywała znajomych nazwisk, zwłaszcza nazwiska Frost. Obawiała się, że Jack nie kontaktuje się z nią, ponieważ przytrafiło mu się coś złego. Niejednokrotnie nawiedzały ją okrutne domysły, że został zaatakowany przez dementorów, nad którymi Ministerstwo nie miało kontroli albo inne istoty sprzymierzone z Mrokiem. Dlatego dokładnie czytała każde wydanie „Proroka”, odkąd wróciła do domu. Jej serce stawało, gdy natrafiała na podobnie brzmiące nazwisko do nazwiska Jacka przy złych wieściach.
Dziewczyna otrząsnęła się z zamyślenia. Wróciła do pisania.


Zmarszczyła brwi. Uniosła lekko głowę i spojrzała na drzwi.
Z korytarza dochodziły dziwne, przygłuszone dźwięki. Stawały się coraz głośne. Elsa lekko odsunęła się od biurka, nieco zdziwiona.
Czy... czy to było trzepotanie skrzydeł?
ŁUP!
Coś sporego walnęło drzwi.
Elsa rzuciła się ku nim, natychmiast je otwierając. Brązowo-ruda smuga poderwała się z dywanu i przewróciła dziewczynę, wpadając do pokoju. Elsę przyćmił ból lądowania na podłodze. Była tak szokowana, że nie potrafiła zaprotestować, gdy nieproszony, latający gość obracał jej pokój w ruinę. TRACH! Porcelanowa lalka spadła z szafy, roztrzaskując się na milion kawałeczków. BUM! Wywrócony kałamarz. Atrament sączy się na dywan. Najnowsza papeteria i pióra rozsypane na ziemi. Przewrócona klatka ze Śnieżycą. Sowa huczy rozwścieczona.
Sprawca tego całego bałaganu nareszcie unieruchomiony! Pokonała go pościel, w którą się zaplątał.
Dziewczyna nie wiedziała do końca, co się stało. Podniosła się, czując, że sobie coś stłukła. Z korytarza nadbiegł jej ojciec z różdżką w dłoni.
— Ta... sowa... ona... uciekła mi... gdy chciałem sprawdzić... czy na paczkę nie rzucono... uroku — wydyszał mężczyzna.
Pan Vintersen, odkąd Mrok powrócił, znów sprawdzał każdą sowę przysłaną do domu. Przez te nowe procedury bezpieczeństwa, nieświadomie zabrał pierwszy list, który Adrian przesłał Annie. Później puszczał sowę chłopaka bez sprawdzania, ale młodsza córka dalej boczyła się na niego o to.
Mężczyzna machnął różdżką. Pościel odleciała, ukazując łobuziaka — rozczochraną, brązową sowę o dużych, pomarańczowych oczach; do nóżki przywiązaną miała niewielką paczkę i zwinięty pergamin, wyglądały one na porządnie zmaltretowane.
— Charakterne to zwierzę — powiedział ojciec, patrząc na niewinnie przechylającego główkę ptaka. — Jeśli to prawda, że sowy są jak ich właściciele, to nie chcę myśleć, czyja ona jest...
Schylił się ku stworzeniu, wyciągając dłonie po paczkę.
KŁAP! Obrończyni przesyłki kłapnęła dziobem.
Pan Vintersen poderwał się, ssąc rozcięty palec.
— Bardzo charakterna — parsknęła Elsa, kręcąc głową.
— Jestem ciekawy, jak przeszła kontrolę Ministerstwa — powiedział ojciec.
— Kontrolę?
— Świecidełku! — zawołał mężczyzna. Skrzat Świecidełko zmaterializował się tuż przed nim z cichym pyknięciem. Zgiął się wręcz w pół, kłaniając się. — Przynieś mi Wywar Szczekorski z kredensu.
— Tak jest, panie! — zawołał skrzat, znikając.
Elsa nie musiała długo czekać na wyjaśnienia taty.
— Ministerstwo sprawdza co niektóre paczki sowiej poczty — wyjaśnił. Skrzat pojawił się z buteleczką wywaru. Mężczyzna od razu polał miksturą ranę, która pod jej wpływem błyskawicznie się zasklepiła. — Mitch Bloomfire z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów chwali się, że ponoć w ten sposób przewidzieli atak dementorów w Cambridge.
— Nie było tak, że tylko przypadkiem znalazło się tam dwoje aurorów? Po służbie? — zdziwiła się Elsa.
— Oczywiście, że tak było. Tę sowę nadano pewnie kilkanaście dni temu, ale jeszcze nie zorganizowano dobrze sprawdzania, więc pewnie trochę ją przetrzymano. Gdyby niosła tylko list, pewnie przyleciałaby znacznie wcześniej...
Sowa podeszła bliżej do Elsy, wystawiając nóżkę. Dziewczyna przykucnęła. Nieśmiałe podejrzenia powoli pojawiały się w jej głowie. Czy to sowa od niego?
Niewystraszona tym, jak paskudnie ptak udziobał jej tatę, zabrała paczkę i pergamin. Zwierzę uniosło dumnie głowę, jakby cieszyło się, że wykonało swoje zadanie.
Elsa ujrzała pod olbrzymim, czerwonym stemplem Ministerstwa BEZPIECZNE swój adres.
— Teraz można już sprawdzić tę paczkę — powiedział tata. — Pewnie to znowu jakaś rzecz, którą zamówiła Anna...
— Nie, tato. Tę paczkę wysłano do mnie — odparła Elsa.
Ojciec uniósł brwi wyraźnie zdziwiony. Dziewczyna przecież dostała już prezenty urodzinowe od każdego z rodziny, więc, kto miał słać coś jeszcze do niej?
Ona jednak domyśliła się, kto był właścicielem brązowej, niesfornej sowy. Upewniły ją dane nadawcy nabazgrane na boku paczki. Czuła, jak uśmiech ciśnie się jej na twarz, ale uparcie starała się pozostać obojętną.
— Mój błąd — przyznał pan Vintersen. — Mogę? — Spojrzał wymownie na przesyłkę
— Nie — wypaliła Elsa.
Tata spojrzał na nią szczerze zdumiony. Wiedziała, że zareagowała zbyt gwałtownie. Miała pewność, że ojciec nie otwierałby paczki, jedynie kilkoma czarami sprawdziłby, czy wszystko z nią w porządku. Obawiała się jednak, że bardziej zainteresowałoby go to, że nadawcą był Jack Frost, chłopak, z którym rzekomo łączył ją tylko Turniej Trómagiczny — przynajmniej tak zapewniała rodziców. Poza tym pragnęła jak najszybciej dowiedzieć się, co chciał przekazać jej przyjaciel.
— Elso, lepiej, abyśmy mieli pewność — nalegał mężczyzna.
Dziewczyna uległa. Bądź co bądź nie mogła mieć pewności co do przesyłki.
— Oddam ci ją jak najszybciej — zapewnił tata.
Wziął od dziewczyny pakunek z listem. Obrócił je w dłoniach, pobieżnie oglądając. Nieco zmarszczył brwi, widząc nadawcę. Jednak nie powiedział nic, tylko wyszedł. Na pewno poszedł do swojego gabinetu.
Elsa westchnęła głośno, gdy zamknął za sobą drzwi. Spojrzała najpierw na swój pokój, a potem na brązową sowę. Lekko przechyliła głowę, mrugając niewinnie dużymi oczami.
— Niezłego bałaganu tu narobiłaś — powiedziała do niej Elsa. Tak naprawdę nie miała na myśli tylko nieporządku w pokoju.
Ptak odpowiedział nonszalanckim kłapnięciem dziobem.
Dziewczyna wezwała skrzata. On w trymiga uporał się z bałaganem.
Śnieżyca uciekła na szczyt regału z książkami. Nie była chętna do powrotu do klatki, gdzie tymczasowo przebywała brązowa sowa pijąca z poidełka i zajadająca smakołyki. Elsa do tej pory nie sądziła, że jej pupil jest aż tak uparty.
— Jeśli chcesz, to twój gość zajmie twoją klatkę, a ty ten niewygodny regał — powiedziała do Śnieżycy obojętnie.
Sowa nie była zachwycona takim obrotem sprawy. Wróciła do swojej klatki, bocząc się na gościa. On na to nie reagował, zajęty sowimi przysmakami.
Skrzat zniknął, a z nim całe zamieszanie w pokoju. Elsa opadła na łóżko. Przytłumione tykanie zegara z korytarza odbijało się od ścian jej czaszki.
Rodzice wyjątkowo się bali o starszą córkę od czasu pechowego, trzeciego zadania turnieju. Ojciec nie wybaczyłby sobie, gdyby niedokładnie sprawdził tę paczkę. Wiedziała, że rzuci na nią mnóstwo mocnych, wymagających precyzji zaklęć sprawdzających, nie robiąc tego z pośpiechem i niechlujnością. Dlatego obawiała się, że przesyłka zbyt szybko nie wróci do jej rąk. Była pewna, że stempel Ministerstwa BEZPIECZNE, ani trochę nie przekonał taty o braku zagrożenia.
Elsa przypatrywała się, jak Śnieżyca przytula się do chłodnych prętów klatki, chcąc mieć jak najmniej wspólnego z drugą sową. Patrząc na brązowego ptaka, domyśliła się, że Jack musiał już wybrać się na którąś z magicznych ulic, aby go kupić. Może to oraz przetrzymywanie przesyłki w Ministerstwie sprawiło, że dopiero dziś dostała ją. Teraz uznała, że zamartwianie się było niepotrzebne — chociaż i tak dalej nie mogła się doczekać, aż otrzyma wiadomość od Jacka.
Usłyszawszy pukanie do drzwi, natychmiast skoczyła ku nim. Czuła, jak żołądek zaciska się, gdy ujrzała tatę trzymającego przesyłkę. Patrzył na nią przeszywającym spojrzeniem, ale pełnym troski. Wystraszyła się, że coś jest nie w porządku.
— Proszę. — Podał jej paczkę i list. — Czyste jak łza.
Elsie nie udało się stłumić uśmiechu, gdy odzyskała rzeczy przesłane przez Jacka.
— Ta sowa będzie coś jeszcze ci dostarczać? — zapytał pan Vintersen.
— Tak — odparła dziewczyna — tak mi się wydaje. Nie musisz ponownie jej sprawdzać.
Tata pokiwał głową.
— Napisał do ciebie ten chłopak, z którym brałaś udział w turnieju — powiedział. To nie było pytanie, a stwierdzenie. — Utrzymujecie ze sobą kontakt?
Elsie nie podobało się, na jaki tor zmierzała ta rozmowa. Nie chciała dawać tacie powodów do podejrzeń. Wiedziała, że zmartwiłby się, iloma rzeczami podzieliła się i jak bardzo zbliżyła się do chłopaka. Ojciec uważał, że dla własnego bezpieczeństwa nie powinna z nikim dzielić się wiadomością o swoich mocach.
Uznała, że nie powinna mówić mu o Jacku, tym bardziej że jeszcze nie rozstrzygnięto jej sprawy powrotu do szkoły. To mogłoby przeważyć szalę na niekorzystną dla niej stronę.
— Jack poprosił mnie o niego — skłamała z obojętną miną. — Nie wiem szczerze, dlaczego do mnie napisał.
— Elso, wy się... kolegujecie? — zapytał nieco niepewnie pan Vintersen, ale dalej przenikliwie na nią patrząc. Wiedziała, że wyszukiwał u niej jakiejkolwiek oznaki niepewności czy kłamstwa.
Nie odpowiedziała od razu. Dostrzegła, że dała tacie do myślenia. Jak najszybciej wyznała:
— Nie wiem, czy można nazwać to kolegowaniem się. — Poczuła nieprzyjemny, gorzki smak kłamstwa. Postanowiła powiedzieć tyle prawdy, ile mogła: — Pomagałam mu się podnieść z kilku przedmiotów przy okazji turnieju. To wszystko.
Tata westchnął. Wyszedł, wyznawszy, że ma jeszcze wiele przesyłek do sprawdzenia.
Elsa zamknęła drzwi. Została sam na sam z obrażonymi na siebie sowami oraz paczką i listem od Jacka.
Usiadła na łóżku i rozwinęła pergamin. Od razu zaczytała się w słowach zapisanych na nim:


Droga Elso!
Przede wszystkim: chciałbym życzyć Ci wszystkiego najlepszego z okazji urodzin!

Mimowolnie uśmiechnęła się. Patrzyła na pismo Jacka, bardziej staranne niż w notatkach z lekcji, ale i tak upstrzone gdzieniegdzie nieplanowanymi kleksami.

Mam nadzieję, że spodoba Ci się prezent, chociaż nie jestem pewien, czy dobrze trafiłem. Chociaż, z drugiej strony, otwórz paczkę, przekonaj się sama i jak najszybciej mi napisz!
Jeśli dostałaś tę przesyłkę późno, to się na mnie nie gniewaj. Dopiero niedawno kupiłem sobie sowę, Zefira, jeszcze nie wiem, czego do końca spodziewać się po nim. Jak na razie wiem tylko tyle, że ma mnóstwo energii — zdemolował mi pokój, gdy przyniosłem go do domu. Jeśli to samo zrobił u Ciebie, to możesz z czystym sumieniem go ukatrupić. Wracając do tej przesyłki, słyszałem, że ponoć Ministerstwo sprawdza pocztę. Wolałbym, aby od tego listu trzymali się z daleka, inaczej pewnie dostaniesz ją dopiero przed rozpoczęciem roku szkolnego!
Byłem na Pokątnej. Oprócz tego, że Emma namówiła mnie do wybrania spośród innych sów Zefira (bo ta sowa ma ponoć taaaakie śliczne oczy!), kupiłem Ci prezent i część rzeczy do szkoły. Wolałem nie kupować wszystkich książek, przecież jeszcze nie ma wyników SUM-ów. Pewnie w tym roku zaoszczędzę na podręcznikach, w przeciwieństwie do Ciebie. Ollivander sprzedał mi nową różdżkę — 11 cali, włos z ogona jednorożca, jesion. Jest bardzo podobna do poprzedniej, chyba nawet lepsza, tak mi się wydaje. Aha, najważniejsze! Nie uwierzysz! Kupiłem sobie nową miotłę! Nówka sztuka, no, prawie nówka, ale wygląda jak nówka i śmiga jak nówka! Zawierucha XY. Nie mogłem się powstrzymać i ją wypróbowałem. Co prawda rozbiłem się na drzewie u sąsiada, ale nie martw się. Nikt mnie nie wiedział, a ja tylko trochę się poobijałem. Naprawdę, troszeczkę! Żałuję, że nie mogę już teraz udoskonalić Zawieruchy kilkoma zaklęciami, chociaż i tak niewiele jej brakuje.
Przy okazji wizyty na Pokątnej, udało mi się spotkać z Roszpunką — jej mama prowadzi salon z mazidłami odmładzającymi dla starszych czarownic. Roszpunka twierdzi, że wszystko u niej w porządku. Mówiła, że przekona mamę do powrotu do szkoły, ale nie wydawała się pewna tego. Wiesz, jej mama jest okropnie przewrażliwiona. Pogadalibyśmy dłużej, ale jej matka nas dostrzegła i natychmiast zabrała Roszpunkę. Wariatka.
Elso, rozmawiałaś z rodzicami o powrocie do szkoły? Mam nadzieję, że tak. Powiedz mi, że ich przekonałaś. Jeśli nie wrócisz ani ty, ani Roszpunka, to kto będzie udzielał mi korepetycji? Z kogo będę miał się naśmiewać?! Już bez żartów, na serio — przekonaj ich. Powinni zrozumieć to, że nie chcesz uczyć się w domu. Poza tym, wyniki Twoich SUM-ów na pewno ich przekonają!
Gadałaś z Anną o Twoich zdolnościach? Masz na to mnóstwo czasu, ale wierz mi, im szybciej, tym lepiej. Nawet jeśli obrazi się na Ciebie i Twoich rodziców, zawsze będzie miała czas, aby się nad tym zastanowić. Może wcale się nie obrazi. Anka jest w porządku, zrozumie prędzej czy później. Znając ją, to pewnie „prędzej”.
Byłaś na Pokątnej? Jeśli nie, to musisz wiedzieć o tym, co się tam dzieje. Wszystko poobklejane jest plakatami z podobizną Nixona. Chcieli mi wcisnąć kilkanaście amuletów przeciw koszmarom. Kiedy jakiś handlarz poznał, że brałem udział w turnieju, wtedy dopiero się działo. „Kup chłopcze ten Superhełm! Mrok nie pozna twoich myśli, gdy go założysz!”. Księgarnie zbijają fortunę na książkach z instrukcjami obronnymi. Nie podoba mi się to, co widziałem. Mam nadzieję, że to szybko minie. Chociaż, sądząc po tym, co wyprawia Mrok, szybko o nim nie zapomną.
Muszę wspomnieć o czymś jeszcze. W księgarni widziałem zapowiedź debiutanckiej książki — zgadnij czyjej. Nasza ulubiona dziennikarka za niedługo opublikuje „Plotki, legendy i fakty o Księciu Koszmarów i jego powrocie”. Nie mogę się doczekać premiery! Tak naprawdę to nie mam zbyt dobrych przeczuć co do tej książki. Mam wrażenie, że Moore nie zapomni wspomnieć w niej o nas.
Ostatnio wydawałaś się przygnębiona. Już wszystko gra? Napisz mi co u Ciebie. Jak najszybciej. Rodzice już się tak o Ciebie nie martwią? U Anny wszystko w porządku?
Mam nadzieję, że za niedługo się zobaczymy, przynajmniej w szkole.
Jeszcze raz wszystkiego najlepszego!
Pozdrawiam,





Poniżej widniały niechlujnie dopisane bazgroły na szybko:


PS Zabrałem sowie list, aby dopisać i zapytać, czy masz zamiar wybrać się po ogłoszeniu wyników SUM-ów na Pokątną (może udałoby nam się spotkać). Jednak Zefir bardzo się zdenerwował, bo chyba zbyt poważnie wziął do siebie, że tylko ty możesz teraz odebrać ten list. Koszmarnie mnie podziabał. Jeśli Ciebie lub kogoś innego u Ciebie w domu też tak podziabie, to teraz jeszcze bardziej zezwalam ci na ukatrupienie go.

Elsa spojrzała na sowę Jacka. Zefir popatrzył na nią faktycznie ślicznymi, jasnymi oczyma niewiniątka. Wyglądał tak, jakby chciał poskarżyć się na swojego okrutnego pana, który napisał o nim tak paskudne rzeczy.
Dziewczyna jednak nie miała zamiaru ukatrupić ptaka, mimo pozwolenia chłopaka, tylko wróciła do listu. Nie potrafiła oprzeć się temu, aby nie przeczytać go jeszcze raz. Tym razem jeszcze dokładniej chłonęła każde słowo.
Przede wszystkim czuła ogromną ulgę. Wydawało się, że chłopak ma się dobrze — dalej postępował bardzo lekkomyślnie i nie stracił poczucia humoru. Jednak Elsa obawiała się, że nie napisał w liście wszystkiego, bo nie chciał jej martwić albo po prostu wstydził się przyznać, że coś jest nie w porządku. Jednak niepokój nie potrafił zagłuszyć radości, którą czuła, ściskając w dłoniach zapisany pergamin.
Mam nadzieję, że niedługo się zobaczymy, przynajmniej w szkole, napisał Jack. Elsa także bardzo tego pragnęła. Teraz, nareszcie otrzymawszy jakiś znak życia ze strony chłopaka, chciała tego tak mocno jak nigdy. Nie wiedziała, jak przekona rodziców. Jednak sprawa jej powrotu do szkoły nie była przesądzona... przynajmniej tak wolała myśleć.
Jednak niezależnie od decyzji mamy i taty, czekał ją jeszcze przynajmniej miesiąc spędzony w jednym domu z Anną. Minął już Turniej Trójmagiczny, podczas którego jej myśli ciągle zaprzątały niebezpieczeństwa czyhające na zawodach. Napisała już egzaminy, SUM-y. Prace domowe zadane na wakacje robiła regularnie, więc nie musiała zajmować się zbytnio nauką. Teoretycznie nic nie stało na przeszkodzie, aby spędziły razem trochę czasu oraz aby Elsa wyjaśniła z siostrą, jak wyglądają jej zdolności. Ale, według planów rodziców, starsza córka miała spędzić ten czas zamknięta w sypialni sam na sam ze swoim zimowym sekretem. Dziewczynę coraz bardziej przerastało powiedzenie Annie prawdy, odkąd opuściła Hogwart.
Ale powie jej. Powie... tylko nie teraz. Może... może nieco później. Jutro. Za trzy dni. Za tydzień. Ale powie! Wyzna jej prawdę do końca wakacji. Zbierze się w sobie i wyzna wszyściusieńko...
Prawdopodobnie... może...
Może to zrobię... nie, nie ma żadnego „może”! — pomyślała Elsa.
Elsa nie czuła się zbyt pewnie z tym postanowieniem.
Odłożyła list na bok, postanawiając, że odpisze na niego jak najszybciej, na co liczył Jack. Wzięła paczkę do ręki. Mam nadzieję, że spodoba Ci się prezent, wyznał chłopak. Przesyłka opakowana była w brązowy papier w bladożółte ciapki. Nie była za duża ani ciężka.
Dziewczyna zdarła opakowanie. Zbędne papiery wyrzuciła do kosza.
Dostała książkę. Nie wyglądała ona niesamowicie, oryginalnie ani pięknie — była mniejsza niż podręczniki szkolne, ani cienka, ani gruba, nieco podniszczona, oprawiona w skórę, z kremowymi kartkami o gdzieniegdzie pozaginanych rogach.
Niezbyt interesujący wygląd prezentu nie zraził Elsy. Otworzyła książkę na pierwszej stronie i dostrzegła dedykację:

Niech ta książka stanie się strażnikiem Twoich marzeń.

Te słowa były napisane odręcznie, pismo na pewno nie należało do Jacka. Czarny atrament nieco wyblakł, co świadczyło, że ktoś zapisał to zdanie dawno temu.
Elsa przerzuciła stronę. Tym razem dostrzegła pięknie wykaligrafowany tytuł:

Baśnie i legendy

Dziewczyna usiadła wygodniej. Dokładnie przyjrzała się ilustracji widniejącej pod tytułem. Był to odręcznie wykonany rysunek tuszem. Linie zaginały się, zagęszczały i rzedły naprzemiennie, tworząc leśną scenerię. Jak większość czarodziejskich ilustracji, ona także pozostawała w ruchu: wiatr porywał trawę do spokojnego tańca. W głębi lasu roztaczał się blask, a w nim stało nieruchomo kilka postaci. Jednak nigdzie nie było widać nazwiska osoby, która spisała te wszystkie opowieści.
Przewrócono kolejną stronę.
Ręcznie spisane historie pochłonęły dziewczynę tak bardzo, że niepozorny wygląd zewnętrzny książki w ogóle przestał mieć jakiekolwiek znaczenie.

~*~*~*~

Cześć!
I znów minął prawie miesiąc, od opublikowania ostatniego rozdziału. Przychodzę do Was z kolejnym. Jest, według mnie, znacznie spokojniejszy niż poprzednie, trochę wycisza akcję. Skupiłam się głównie na Elsie, do Jacka powrócę nieco później.
Co sądzicie o tym rozdziale? Znaleźliście jakieś błędy? Co sądzicie o rozdziale? Czy sądzicie, podobnie jak pan Vintersen, że sowy przejmują cechy właścicieli? Czy uważacie, że Jack trafił z prezentem?
Napiszcie mi, co uważacie :)
Miłego czytania!

9 komentarzy:

  1. Wreszcie jestem i komentuję :)
    Świetny rozdział wiele się działo. Fajnie, że Elsa dogadała się z Merindą i ma znajomych fajnie, fajnie ;)
    Oczywiście urodziny wypadły bardzo fajnie, miło że rodzina towarzyszyła jej w tym dniu. Ale najlepsza była sowa Jacka :D
    Czekam na więcej i życzę weny
    Pozdrawiam
    Arcanum Felis

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :D
      Ja także życzę weny :)
      Pozdrawiam.

      Usuń
  2. hejo :)

    Dawno temu, nawet nie pamiętam kiedy to było, czytałam Twoje opowiadanie w-dw-h, porzuciłam czytanie opowiadań z braku czasu a dzisiaj przypomniałam sobie o istnieniu Twojego bloga, jestem ciekawa zakończenia(o ile oczywiście skończyłaś tamtą historię ;}) ale wyskakuje mi, że nie mam uprawnień :(
    Czy mogłabym prosić o wejściówkę? <3
    Ładnie proszę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej :D
      Jeju, fajnie spotkać starą czytelniczkę! :) Jednak nie udostępniam już nikomu bloga... to była porażka XD

      Usuń
    2. szkoda :(
      a Elsa i Jack się chociaż zeszli? :)
      i nie taka porażka, sama gorsze opowiadania pisałam ;)

      Usuń
    3. Według mnie było kiepsko :p Dlatego postanowiłam oszczędzić innym tej żenady. Ale odpowiadając na pytanie: zeszli się. Jeśli chcesz, mogę na emailu napisać Ci coś w rodzaju streszczenia.

      Usuń
    4. To fajnie, że się zeszli ^^
      Co do streszczenia to nie trzeba, to już nie byłoby to samo co opowiadanie ;)
      Może zacznę czytać to co tworzysz tutaj w przerwie pomiędzy książkami i serialami ^^

      Usuń
    5. Serdecznie zapraszam :D

      Usuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń