sobota, 17 grudnia 2016

Rozdział XXXIV — Podsłuchiwanie

Dawno, dawno temu, istniała czarodziejska wioska, jakich wtedy pełno.
Była niewielka: zaledwie kilkanaście domów, stara karczma tuż przy placu targowym, na którym dało się zakupić i składniki eliksirów, i książki z zaklęciami, a także inne potrzebne rzeczy. Ludność tej miejscowości wiodła spokojne, ubogie w poważne problemy życie. Jedynym, co mogło niepokoić mieszkańców to pogłoski powtarzane przy ogniskach.
Legendy mówiły o potworze, który zamieszkuje jezioro ukryte głęboko w pobliskim lesie. Każdy inaczej opisywał wygląd stwora — jedni mówili, że wyglądał jak człekopodobna jaszczurka; inni, że był mały i niepozorny; niektórzy, że przybierał postać człowieka o demonicznym spojrzeniu. Wszyscy jednak zgadzali się z tym, że każdą napotkaną ofiarę bezlitośnie zabijał. Mówiono, że na dusze ofiar spadało przekleństwo, które łączyło ich duchy z okolicami jeziora na wieki.
Pewnego dnia do wioski przyjechał bogaty kupiec sprzedający magiczne specyfiki. Razem z nim przyjechało jego jedyne dziecko, córka Artetyda.
Dziewczyna była wyjątkowo piękną, a przy tym wyjątkowo dobroduszna — szybko zwróciła uwagę młodzieńców. Oczarowała chłopców, chociaż wcale nie miała takiego zamiaru.
Niektórym miejscowym pannom wyjątkowo się to nie spodobało:
Jak ona śmiała sprawić, że Cecil się do niej uśmiechnął?”.
Jaki czar rzuciła ta wiedźma na mojego słodkiego Johna, że teraz to jej przynosi kwiaty, a nie mnie?”.
Ich niezadowolenie z każdym dniem pobytu Artetydy w wiosce narastało.
Najbardziej zawistne z nich, podczas kolejnego wieczoru spędzonego przy ognisku, przypomniały sobie legendę o potworze i wpadły na paskudny pomysł. Wymyśliły, że pójdą z Artetydą nad jezioro pod fałszywym pretekstem, bo nie znała pogłosek o bestii mieszkającej tam. Nawet jeśli potwór nie istniał, to mogły liczyć, że przyjezdna przynajmniej wystraszy się nie na żarty, gdy zostawią ją samą w lesie.
Zaczęły realizować swój plan już nazajutrz. Rankiem zaproponowały Artetydzie wspólny spacer po lesie. Dziewczyna nie podejrzewała, jakie są ich prawdziwe intencje. Bardzo się ucieszyła, bo liczyła na to, że nareszcie się z nimi pogodzi.
Młode czarownice wyruszyły w puszczę, która coraz bardziej gęstniała. Miejscowe dziewczęta uznały, że odpowiednio zagłębiły się w gąszcz, więc niepostrzeżenie zostawiły córkę kupca samą.
Artetyda nawoływała znajome, ale nieskutecznie. Poszukiwała ich, coraz bardziej błądząc w plątaninie drzew i krzewów.
Niebo zmieniało barwę — z bladoróżowego poranka na niebieskie południe, później znów różowiało, gdy słońce zachodziło.
Dziewczyna dalej błądziła. Nie zabrała ze sobą różdżki, dlatego nie mogła wyznaczyć drogi. Zaczynało doskwierać jej pragnienie i głód.
Przedzierając się przez gęste krzaczyska, Artetyda natrafiła na najpiękniejsze miejsce, jakie kiedykolwiek widziała. Przed nią rozciągała się piękna polana otoczona cicho szumiącymi drzewami. Kwiaty Listkopłatków kołysały się lekko wśród soczyście zielonej trawy, napełniając powietrze przyjemnym zapachem. Gdzieniegdzie rosły krzaki jeżyn; czarne, soczyste owoce prawie eksplodowały. Na samym środku znajdowało się jezioro o krystalicznie czystych wodach. Z jednej strony było zakończone barierą z tataraków, z drugiej, tuż przed Artetydą, nieprzesłonięte niczym, jakby tylko czekało, aż skorzysta z jego uroków.
Dziewczyna jeszcze mocniej odczuła, jak bardzo jej język wysechł i zdrętwiał. Pragnęła tylko napić się tej wody.
Córka kupca podeszła na brzeg jeziora. Napiła się jego wód. Merlinie, jak ta woda cudnie smakowała! Piła bez umiaru, czując, jak jej umysł i ciało się odpręża. Później bez zastanowienia zagłębiała się w toń jeziora, wchodząc aż po kolana. Zimna woda łaskotała jej skórę, cienka warstwa mułu przyjemnie przesypywała się między palcami.
I wtedy... nawet nie wiedziała, co się stało. Kilka sekund — i było już po wszystkim.
Już nie czuła zimnej wody na nogach i mułu między palcami. Zniknęła przyjemność po ugaszeniu pragnienia. Nie słyszała swojego oddechu. Nie czuła serca, które przerażone powinno teraz bić szybciej.
Dziewczyna widziała, jak jakiś ciemny kształt, legendarny potwór, porywa jej zakrwawione ciało w głębiny. Spojrzała na swoje dłonie — półprzeźroczyste, widmowe jak u ducha, którym zresztą się stała.
Na Artetydę spadło przekleństwo — nie mogła wrócić do świata żywych ani udać się do świata umarłych.
Mijały lata, dekady i wieki. Legenda o potworze odeszła w zapomnienie, a wioska nieopodal wyjątkowo się rozrosła.
Nieliczni zaczęli zapuszczać się nad jezioro. Artetyda pragnęła ich chronić. Nie chciała, aby ktokolwiek znosił takie katusze jak ona. Większość osób, kiedy opowiadała im o potworze, odchodziła.
Jednak jakiś czas później trafiali się tacy, którzy bestii się nie bali. Twierdzili, że znali zaklęcie, które mogłoby uwolnić biedną duszę dziewczyny. Byli gotowi wkroczyć do wód jeziora i ryzykować własnym życiem, byleby tylko pomóc pięknemu duchowi.
Zjawa nie chciała, aby potwór skrzywdził kogokolwiek. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby ktoś inny podzielił jej los.
Wymyśliła inny sposób na uratowanie tych, którzy chcieli walczyć z bestią.
Woda jest zatruta” — powtarzała każdemu. Wkładała w to kłamstwo całą swoją moc, jaka jej pozostała i resztki magii, które ostały się w jej duszy.
Wiadomość o zatrutej wodzie stanowiła dla odważnych czarodziejów przeszkodę nie do pokonania. Nie umiejąc znaleźć sposobu na zdjęcie klątwy bez wchodzenia do jeziora, nie powracali do tego lasu.
Pewnego wieczoru, gdy Artetyda ukrywała się w gęstych tatarakach, na polanę przybyła kolejna osoba. Dziewczyna lekko wychyliła się z przyjeziornych zarośli i ujrzała przystojnego młodzieńca. Na jego widok po raz pierwszy od setek lat poczuła coś w okolicach, gdzie niegdyś biło jej serce, a jeszcze przed chwilą ziała zimna pustka.
Chłopiec oświetlony blaskiem księżyca ruszył w stronę brzegu jeziora, wyciągając z torby manierkę na wodę. Artetyda nie mogła pozwolić, aby chociaż zbliżył się do wód, w których drzemie potwór. Wyłoniła się srebrna i błyszcząca zza chaszczy.
Kim... kim jesteś?” — spytał zlękniony młodzieniec.
Mam na imię Artetyda” — odparła zjawa. — „Nie musisz się mnie bać. Przed laty stałam się ofiarą bestii mieszkającej w odmętach tego jeziora i odtąd moja dusza została na zawsze z nim powiązana. Pragnę cię tylko ostrzec przed tym potworem”.
Po dalszych wyjaśnieniach ducha młodzieniec się uspokoił. Wysłuchał historii dziewczyny dokładnie, coraz bardziej jej współczując. Był oczarowany pięknością, tak samo jak ona nim. Musiał jednak powrócić do pobliskiej wioski, ale obiecał, że powróci.
Następnego dnia, wieczorem, gdy Artetyda zaczęła się martwić, że nigdy nie ujrzy go ponownie, przyszedł nad brzeg urokliwego jeziora.
Młodzieniec był podróżnikiem. Snuł niesamowite historie o swoich przygodach. Artetyda, zasłuchując się w jego opowiadania, momentami nawet zapominała, że nie należy do świata żywych. Mogła przysiąc, że czuje przyjemne pieczenie na policzkach, a jej serce przyśpiesza, gdy chłopak opowiada o swoich wyjątkowo niebezpiecznych przygodach.
Żywy później poprosił, aby zjawa opowiedziała mu o swojej klątwie — był gotów jej pomóc.
Aretetyda czuła się rozdarta. Nie chciała okłamywać chłopaka, ale okazał jej tyle życzliwości, że zasługiwał naprawdę.
Opowiedziała mu wszystko, łącznie z tym, że kłamała o zatrutej wodzie.
Młodzieniec, gdy wrócił do zajazdu, nie przespał nocy, rozmyślając, jak może uwolnić dziewczynę. Postanowił zatrzymać się na dłużej w wiosce, niedaleko której znajdowało się jezioro skrywające potwora.
Codziennie odwiedzał Artetydę, dotrzymując jej towarzystwa. Z każdym dniem coraz bardziej się w niej zakochiwał. Gdy tylko wracał do wioski, studiował księgi w poszukiwaniu zaklęcia, które uwolniłyby ją spod jarzma klątwy.
Pewnego dnia je odnalazł! Wystarczyło, aby wszedł w głębię jeziora i wypowiedział odpowiednią formułę.
Od razu popędził w las, odnajdując polankę. Zjawa od razu wyszła mu na spotkanie. Na jej srebrnej twarzy pojawił się szeroki, prawie żywy uśmiech.
Młodzieniec z niesamowitą radością i zapałem wyjaśnił dziewczynie plan, dzięki któremu mógł przywrócić ją do żywych.
Artetyda znów czuła takie zaskoczenie jak wtedy, gdy zobaczyła swoje martwe, skrwawione ciało. Nie chciała, aby jej ukochany ryzykował. Buntowała się przeciw jego wejściu do wody, przecież potwór mógł go zabić w ułamku sekundy tak samo jak ją.
Nie!” — krzyknęła zjawa. — „Nie zrobisz tego! Woda jest zatruta!”
Młodzieniec nie uwierzył. Zjawa mogła błagać i bezsilnie patrzeć, jak kładzie na brzegu swoje rzeczy.
Chłopak postawił krok w wodzie.
Artetyda, nieświadoma resztek swych magicznych mocy, powtarzanymi po stokroć kłamstwami sprawiła, że woda faktycznie stała się trująca. Ciało młodzieńca tylko drgnęło gwałtownie w bólu, zanim wyzionął ducha.
Zjawa płakała mocno za zmarłym ukochanym. Nie wiedziała, że odnalazła coś, co ma siłę przełamać klątwę — miłość.
Miłość, którą dziewczyna obdarzyła młodzieńca, zniosła przekleństwo.
Dusza Artetydy nareszcie została uwolniona, aby mogła w zaświatach połączyć się z młodzieńcem. Tam podróżowali już wspólnie, szczęśliwi i nieznający trosk.


Słowa, niestety, zaczęły wsiąkać w pergamin. Niepocieszona dziewczyna patrzyła na ginące litery. Chwilę później trzymała już tylko pustką książkę, która wyglądała, jakby nigdy nie zapisano w niej nic z wyjątkiem dedykacji i strony tytułowej.
Elsa musiała przyznać, że prezent od Jacka powoli piął się na pierwsze miejsce na liście jej ulubionych lektur. Kiedy otwierała książkę, zawsze na pustych kartkach zaczęły kwitnąć baśnie i legendy, których nigdy dotąd nie słyszała. Żałowała jedynie, że nie mogła do nich wrócić, bo po skończeniu czytania słowa wsiąkały w papier, a żadne opowiadanie, jak do tej pory, nie powtórzyło się. Chętnie przeczytałaby ponownie opis pojedynku młodego czarodzieja i dwugłowego smoka albo wzruszającą historię o starej wieszczce, która sprzedała własną różdżkę, aby dostać cokolwiek do jedzenia.
Zamknęła ostrożnie książkę, jeszcze przez chwilę rozpamiętując piękną, przeklętą zjawę i młodzieńca, który stracił dla niej życie. Elsa rozumiała Artetydę mówiącą nieprawdę o trującej wodzie jeziora — przecież bohaterka chciała uchronić ludzi, którzy byli dla niej życzliwi. Niestety, kłamstwa obróciły się przeciwko postaci. Dlatego też czytelniczka spodziewała się smutnego zakończenia z silnym przesłaniem: w żadnym wypadku nie należy kłamać. Koniec jednak bardzo ją zaskoczył — pomimo oszustw, Artetyda została uwolniona spod klątwy.
Dziewczyna wstała z legowiska przy oknie, aby odłożyć prezent od Jacka na regał. Rzuciła okiem na pustą klatkę w kącie pokoju. Zefir opuścił ją kilka godzin po dostarczeniu przesyłki od chłopaka. Śnieżyca wyruszyła dzień później, mając za zadanie przekazać odpowiedź. Elsa miała nadzieję, że niosąc tylko list, nie zwróci uwagi Ministerstwa i szybko dotrze do adresata.
Książka spoczęła między podręcznikiem od transmutacji a Encyklopedią Zaklęć Starożytnych.
Nastolatka, oderwawszy wzrok od kolekcji różnorakich pisarskich dzieł, zerknęła na zewnątrz przez okno. Zmrużyła oczy, zdziwiona. Podeszła bliżej, klękając na legowisku, na którym przed chwilą czytała. Obserwowała, jak na posesję Vintersenów wchodzi przez główne wejście jakaś samotna postać.
Kiedy ktoś używał tej bramy? Wydawało się, że było to wieki temu. Państwo Vintersenowie i skrzaty domowe używali teleportacji, ewentualnie sieci Fiuu. Aż dziwne, że otworzyła się ona bez najmniejszego oporu.
Postać kroczyła beztrosko główną alejką prowadzącą wprost do domu. Pomarańczowo-fioletowa plama na głowie postaci okazała się dużym kapeluszem. Dało się dostrzec również kobiecą sylwetkę.
Przybyła uniosła lekko głowę. Rondo kapelusza odsłoniło jej twarz.
Elsa zaklęła w duchu.
Czy... czy to może być ona? Czego chciała? Elsę od razu zalała fala nieprzyjemnych domysłów powiązanych z obecnością Berthy Moore.
Dziewczyna przysunęła się tak, że jej nos prawie stykał się z zimną szybą, którą oddech pokrywał delikatną mgłą.
Miała już pewność, kto przekroczył bramy — widziała, jak wścibska dziennikarka znika z pola widzenia, zbliżając się do drzwi wejściowych.
Cudna nadzieja, że redaktorka „Czarownicy” już nie wkroczy z buciorami w jej życie, prysła jak bańka mydlana. Po trzecim zadaniu turnieju, gdy każdy dziennikarz marzył o wywiadzie ze zwycięzcami, Bertha nie pojawiła się w tłumie ludzi z samonotującymi piórami i notesami. Zamiast niej znienawidzone przez Elsę i Jacka czasopismo reprezentowała inna młoda kobieta, ale znacznie mniej wścibska i upierdliwa. Nastolatka wiedziała, że Moore cieszy się uznaniem po tym, jak część jej przypuszczeń co do Nixona się sprawdziła. Dlatego wcześniej uważała, że dziennikarka woli pławić się w powszechnym zainteresowaniu, a nie urabiać się po łokcie, wyszukując kolejnych sensacji.
Okazało się później, że Bercie mało, dlatego zaczęła pisać książkę o Księciu Koszmarów. Teraz dziennikarka próbowała wejść do domu Elsy. Właśnie stukała w drzwi wejściowe.
Krukonka od razu skojarzyła obecność kobiety z jeszcze niepowstałym dziełem. Poczuła niemiły skurcz w żołądku. Dziennikarka zyskała uznanie, więc jej debiut pisarski zostanie potraktowany poważniej niż artykuły z gazet. Dziewczyna obawiała się, że znów napisze o niej mnóstwo przykrych rzeczy, które tym razem przeczyta większe grono.
Może rodzice nie wpuścili Berthy do domu — łudziła się Elsa.
Nie, zrobili to. Usłyszała przytłumiony głos otwierania i zamykania ciężkich drzwi wejściowych.
Przez chwilę przeżywała rozterkę, czy zostać w swoim pokoju i oczekiwać biernie na rozwój wydarzeń, czy dowiedzieć się, czemu Bertha tutaj zawitała. Ciekawość zwyciężyła.
Elsa wyszła na korytarz. Zamek białych drzwi wymalowanych w piękne wzory cicho kliknął. Na palcach skierowała się do schodów obserwowana zdziwionym wzrokiem obrazów. Niektóre namalowane postacie wiedziały, dlaczego tak rzadko wychodzi ze swojej sypialni. Mogła się spodziewać, że za chwilę któryś z tych staruchów z obrazu Cztery pory zrzędzenia pójdzie na donos do jej ojca.
— Jak tak można, panienko! — ryknął gruby siwobrody tak, jak Elsa się spodziewała. — Sama dobrze wiesz, że nie powinnaś iść do An-
— Nie idę do niej — odburknęła dziewczyna, kierując się ku schodom.
Gałka od pokoju Anny drgnęła. Elsa przyśpieszyła i już po chwili pokonywała kolejne stopnie prowadzące na parter.
Przy drzwiach wejściowych na wieszaku wisiał paskudny, fioletowo-pomarańczowy kapelusz z ogromnym rondem. Najwidoczniej Bertha już się rozgościła. Elsa ruszyła ostrożnie w stronę salonu. Czuła, że rodzice woleliby, aby się nie pokazywała. Liczyła się z tym, że będzie musiała podsłuchiwać, chociaż to i tak wywoływało u niej wyrzuty sumienia.
Z półotwartych drzwi sączyło się miękkie, ciepłe światło, a wraz z nim rozmowa kilku osób. Elsa przytuliła się plecami do ściany. Lekko wychylała się, zaglądając przez szparę z niedomkniętego wejścia.
Świecidełko zapalał świeczki w świecznikach, a Wiczypyszczek szykował herbatę. Na dużym fotelu zaległa Bertha Moore — znajdowała się idealnie na wprost drzwi, dzięki czemu Elsa mogła dokładnie dostrzec to, jak kobieta się zmieniła.
Jej szaty były eleganckie i kosztowne — zupełnie nie przypominały tych skromnych i przeciętnych, które nosiła na początku swej przygody z relacjonowaniem Turnieju Trójmagicznego. Młoda kobieta dalej zachowała ten irytujący uśmiech, ale w jej oczach pojawiły się zimne, nieprzyjemne iskierki.
Obok Berthy, na dwóch pozostałych fotelach, siedzieli wyraźnie niezadowoleni i zmęczeni po pracy państwo Vintersenowie.
— Musi pani wybaczyć, że tak skromnie — powiedziała uprzejmie gospodyni do Berthy. — Nie spodziewaliśmy się tej wizyty.
Tak naprawdę to rodzice Elsy nie spodziewali się żadnych wizyt. Trudno było sobie przypomnieć, kiedy ostatnio ktoś przyszedł do ich domu w odwiedziny.
Najprawdopodobniej wpuścili Berthę do środka, bo chcieli grać pozory, że nie skrywają żadnych tajemnic. Na pewno obawiali się, że któryś z aurorów przekazał dziennikarce swoje niepokojące wspomnienia dotyczące zamieci śnieżnej z akcji ratowniczej reprezentantów Hogwartu w turnieju.
— Proszę państwa i tak jestem wdzięczna za państwa gościnność, chociaż nie przyszłam tu tylko na herbatkę — odparła kobieta. Rzekła wyjątkowo władczym, zadufanym tonem, biorąc filiżankę pełną naparu: — Przynieś mi cukier, skrzacie. No, już.
Wiczypyszczek spojrzał niepewnie na właściciela. W domu Vintersenów nie odzywano się takim tonem do służących ani nie poganiano ich, jeśli nie było potrzeby.
— Wiczypyszczku, proszę, przynieś cukiernicę z kuchni — zwrócił się tata Elsy do skrzata znacznie milszym tonem niż gość.
Skrzacik zniknął z pyknięciem, a potem powrócił z ogromną cukiernicą. Dziennikarka sypała, sypała, sypała i sypała cukier.
Zaczęła siorbać głośno herbatę z cukrem — właściwie cukier z herbatą.
— Może przejdźmy do rzeczy — powiedział pan Vintersen, nawet nie ruszając napoju naszykowanego przez skrzata. — Mówiła pani, że ma jakąś ważną sprawę dotyczącą naszego dziecka.
— Mhm... — Bertha odłożyła filiżankę na spodek. — Tak, uważam, że ta sprawa jest bardzo ważna. Może od niej zależeć przyszłość Elsy.
Wyjęła z małej torebki swojego wiernego towarzysza — samonotujące pióro — oraz zeszyt. Tym samym zestawem zapisała wyolbrzymioną historię nieistniejącego romansu Jacka i Elsy.
— Czy mogłabym poprosić tutaj Elsę? Bardzo mi zależy na tym, aby była przy tej rozmowie. Chociaż tak naprawdę, to chcę, aby ze mną porozmawiała — powiedziała Bertha.
Dziewczyna poczuła zimną grudę w żołądku. Natychmiast schowała się za ścianą, odpuszczając sobie przyjemność podglądania spotkania dziennikarki i rodziców. Postanowiła ograniczyć się tylko do bezpieczniejszego nasłuchiwania.
— Nie sądzę, aby Elsa miała ochotę — odparł pan Vintersen obojętnym głosem.
Bądź co bądź Elsa się z nim zgadzała. Nie miała ochoty pokazywać się Bercie. Tchórzliwe chowanie się za ścianą znacznie bardziej jej pasowało.
— Nie wydaje mi się, proszę pana — odparła nieco bezczelnie dziennikarka — inaczej nie stałaby przy ścianie i nie podsłuchiwała.
Elsa zagryzła wargę nerwowo. Jak mogła być aż tak niedyskretna!
Cisza, która zapanowała w salonie, dudniła w uszach.
Może... może odpuszczą — szeptała głupia nadzieja.
— No, chodź, nie wstydź się! — zaszczebiotała Bertha jak jakaś stęskniona, nielubiana ciotka. — Nie zjem cię!
Jeszcze — mruknęła w myślach dziewczyna.
Wzięła głęboki wdech i wkroczyła do salonu. Starała się, aby nie było widać, jak bardzo się wstydziła z powodu podsłuchiwania. Policzki okropnie piekły i pewnie czerwieniły się, jakby ktoś umazał je sokiem z buraków. Zimne igiełki zaatakowały opuszki palców. Postarała się nieco uspokoić. Mróz uciekł z dłoni.
— Elso... — powiedziała cicho mama, kręcąc nieco zawiedziona głową.
— Chodź, chodź — zachęciła Bertha nastolatkę, wbijając w nią łapczywe spojrzenie. — Siadaj, kochana!
Poklepała pufa obok siebie, jakby to dziewczyna była gościem w tym domu. Elsa jednak nie usłuchała Berthy, czym młoda kobieta niezbyt się przejęła.
— Jak pewnie słyszałaś, Elso — kontynuowała dziennikarka — przyszłam do twojego domu nie bez przyczyny. Właśnie pracuję nad moją debiutancką książką — Plotki, legendy i fakty o Księciu Koszmarów i jego powrocie. Obiecuję, że ty dostaniesz jeden z pierwszych egzemplarzy! — wtrąciła, puszczając oczko do Krukonki. — W każdym razie, chciałabym uściślić kilka rzeczy, do których doszłam podczas mojego małego śledztwa. Chcę naprawdę rzetelnie nakreślić twoje miejsce w czasie ostatnich tragicznych wydarzeń.
Dziewczyna parsknęła w duchu. Nie wierzyła w te dobre intencje — jej rodzice tym bardziej, sądząc po ich minach. Bała się, że Bertha wplecie do historii Mroka wiele kłamstw o niej, Elsie. Albo co gorsze: napisze caluśką prawdę.
— Elso, nie da się zaprzeczyć, że przyczyniłaś się do powrotu Księcia Koszmarów — oznajmiła dziennikarka — jednak odegrałaś znacznie większą rolę niż Jack.
Samonotujące pióro skrobało w zeszycie.
Drzwi drgnęły, podobnie jak Elsa. Anna nieśmiało zaglądnęła do salonu. Na widok Berthy widocznie chciała się wycofać.
— Zostań, zostań, Anno! — zaszczebiotała kobieta. — Właśnie rozmawiamy o mojej nowej książce... Któż wie, może dowiesz się czegoś ciekawego?
Anna pokręciła niepewnie głową. Jednak po chwili zastanowiła się.
— W sumie... mogę zostać... — mruknęła.
Młodsza z sióstr przycupnęła na pufie tuż przy Bercie. Pan Vintersen głośno mieszał łyżeczką w herbacie.
Elsa poczuła znów nieprzyjemne macki zimna wstępujące na dłonie. Któż wie, może dowiesz się czegoś ciekawego?, powiedziała przed chwilą złowieszczo Bertha.
Uspokój się — nakazała sobie.
Nie mogła ukazać swoich zdolności. Czuła się tak, jakby próbowała powstrzymać dreszcze przy gorączce. Mogła to robić, ale efekty nie trwały długo, a poza tym nie przynosiło to żadnej ulgi.
— Wracając... — przypomniała dziennikarka, mówiąc do Elsy. — Ty i Jack zostaliście wplątani w intrygę Księcia Koszmarów i jego podwładnych. Swoim strachem mieliście uczynić go silnym, zgadza się?
— Tak. Zgadza się — odparła bezbarwnie Elsa, lekko wzruszając ramionami.
Pióro zapisało odpowiedź, przerzucając kolejną stronę zeszytu.
— Niejednokrotnie czytałam wasze wypowiedzi o finale trzeciego zadania Turnieju Trójmagicznego, ale także wypowiedzi członków Ministerstwa Magii. Wyszło na jaw, że Książę Koszmarów korzystał szczególnie z twoich lęków, Elso. Robił to znacznie wcześniej, niż Czara Ognia wylosowała twoje nazwisko. Przez setki lat czaił się w cieniu, czerpiąc niezbędne minimum do przeżycia z koszmarów. Niepokojące sygnały, które teraz wiąże się z jego działalnością, zaczęły nasilać się dopiero jakieś dziesięć lat temu. Czy w twoim życiu, kiedy miałaś jakieś sześć, siedem lat, wydarzyło się coś złego? Coś takiego, co mogłoby zwiększyć siły życiowe Księcia Koszmarów? Coś wyjątkowo przerażającego?
Zimno wstąpiło na resztę ciała Elsy.
Bertha niebezpiecznie zbliżyła się do coraz cieńszej ściany chroniącej zimowy sekret dziewczyny przed światłem dziennym.
Krukonka miała zamiar wyjawić swoją tajemnicę Annie. Jednak nie chciała, aby siostra dowiedziała się wszystkiego od reporterki, nie wtedy, kiedy Elsa czuła, że traci kontrolę nad swoimi zdolnościami.
— Nie. Nic takiego się nie wydarzyło — skłamała lodowato dziewczyna.
— Może ty, Anno, pamiętasz jakieś wydarzenie? — Dziennikarka posłała rudowłosej uśmiech. — Mówiłaś, że relacje twoje i siostry pogorszyły się, kiedy miałyście, co za zbieg okoliczności, około sześciu lat!
Anna zaczerwieniła się delikatnie na wspomnienie jej wywiadu — miała ochotę o nim zapomnieć.
— Tak mówiłam... — wymamrotała rudowłosa, nie umiejąc ukryć nuty zainteresowania w głosie.
Elsie nie podobało się to, że dziennikarka zachęciła Annę do zagłębiania się w przeszłość. Panu Vintersenowi najwidoczniej również, bo wtrącił:
— Dziewczynki po prostu się pozmieniały, dlatego ich relacje się osłabiły. Zaczęły interesować je różne rzeczy.
— Tato, wcale nie dlatego — zaprzeczyła Anna. — To dlatego, że Elsa ciągle mnie unikała...
Dziennikarka podziękowała za tę odpowiedź szerokim uśmiechem. Pióro zanotowało każde słowo, czego Anna nie zauważała.
— Co sprawiło, że Mrok pasożytował na Elsie, bo niewątpliwie to robił? — zapytała reporterka samą siebie. — Poszperałam nieco, popytałam ludzi. Jeden z magomedyków wyznał mi ciekawe rzeczy, gdy rozmawiałam z nim w jednym z barów...
Elsa jak przez mgłę pamiętała Johna Joseya, magomedyka, który zmienił wspomnienia Anny po porażeniu lodowym promieniem. Był miłym, ale gadatliwym człowiekiem. Ponoć jego język rozluźniał się jeszcze bardziej, gdy sobie popił. Może Bertha zaproponowała mu kilka szklaneczek Ognistej...
— ...tak się składa, że wspomniał mi o jakimś poważnym problemie Elsy, który narósł, gdy miała siedem lat. Dowiedziałam się, że stres i nerwy sprawiały, że ten kłopot stawał się... niebezpieczny dla otoczenia. Usłyszałam również, że ten magomedyk pomógł Annie spojrzeć na pewne sytuacje inaczej...
Anna lekko uniosła brwi. A Elsa poczuła, jakby ktoś kopnął ją w żołądek.
Poważny problem...
Niebezpieczny dla otoczenia...
Zimne ciarki przechodzące po plecach. Emocje, które jak dzikie konie zaczęły wierzgać wewnątrz Elsy. Nadchodziła burza. Ciemna, destrukcyjna burza.
— Nic takiego nie miało miejsca... — odparła zdziwiona Ania. Nieco zmarszczyła brwi, zatapiając się we wspomnieniach. Czyżby fałszywe obrazy z przeszłości zaczęły blednąć? — Wtedy tylko jeden magomedyk był u nas... tak mi się wydaje. Taki brzydki, miał chyba nazwisko na O... Onyks? Oktopel? — leczył mnie ze smoczej ospy... Tylko on. Chociaż... ja nie do końca... pamiętam. Mógł być też jakiś inny.
Mama wyraźnie zbledła. Zacisnęła jasne dłonie na swojej sukni.
— Możesz tego nie pamiętać, byłaś w końcu mała, Anno — odparła łagodnie, chociaż przez jej głos przemawiał również niepokój.
Anna jednak nie dała się nabrać. Bertha szybko to wykorzystała, dolewając oliwy do ognia.
— ...lub możesz, Anno, nie pamiętać tego zdarzenia z innej przyczyny. Powodem twoich luk w pamięci, a właściwie kłamliwych wspomnień, jest twoja siostra. Przez twoją siostrę i jej mały sekret powrócił Książę Koszmarów i zdeformowano ci wspomnienia.
Trzask.
Szron wspiął się po szybach. Część świec ugasił zimny powiew. Owinął pomieszczenie ciężkim szalem z półmroku.
Elsa zacisnęła mocno dłonie.
To się nie dzieje.
Mróz pełzł po jej plecach jak jakaś oleista, nieprzyjemna substancja.
Jeszcze odwrócimy to zamieszanie. Anna nie zauważy.
Anna jednak spostrzegła szron na oknach. Cofnęła się przestraszona. Był lipiec, a na szybach lśniły zawijasy z kryształków lodu.
Atmosfera, która zapanowała, niszczyła jakiekolwiek ciepło.
Bertha Moore jako jedyna wydawała się zadowolona, bo zyskała potwierdzenie swoich przypuszczeń.
— C-co to jest? — wydusiła Ania.
— Anno, idź do siebie, proszę — rzucił surowo ojciec do młodszej córki, chociaż jego złość nie była skierowana na nią, ale na gościa. — Elso, ty również.
— Co to jest?! — powtórzyła zdezorientowana Gryfonka, ignorując słowa taty.
— Zanotuj dokładnie to, co się teraz dzieje — szepnęła Bertha do pióra.
Ogień w kominku przygasł.
Bariery tajemnicy topniały.
Pan Vintersen wstał.
— Sądzę, że powinniśmy zakończyć to spotkanie — burknął lodowato do Berthy. — Nie życzę sobie, aby pani publikowała jakiekolwiek z przytoczonych przez panią bezsensownych domysłów.
— Och, żadnych kłamstw nie napiszę, może być pan pewien — odparła urażona kobieta. — Napiszę prawdę. Opiszę wszystko tak, jak jest — że Elsa nie panuje nad swoimi zdolnościami, że są niebezpieczne, że trzymaliście je w tajemnicy nawet przed młodszą córką.
Trzask!
Ostre lodowe sople wyrosły na gzymsie kominka i wokół serca Elsy.
— Elsa, to wszystko prawda? — Anna wypluwała każde słowo, jakby nie mieściło się jej w umyśle.
— Elso, idź do siebie — powtórzył z uporem ojciec.
— Nie! Masz tu zostać! — zaprotestowała rudowłosa łamiącym się z emocji głosem. — J-jakie zdolności... Zmieniono mi pamięć?! Bo, bo... bo robisz to?! — rzuciła z wyrzutem, wskazując na lód wokół kominka.
— Świecidełku, wyprowadź panią Moore, proszę — zwrócił się pan Vintresen do skrzata.
Pióro Berthy notowało wściekle. Ona nieśpiesznie podniosła się z fotela. Skrzat miał zamiar zaprowadzić ją do wyjścia. Młoda kobieta z obrzydzeniem odczepiła dłoń Świecidełka ze swojej szaty.
To był paskudny upadek tajemnicy skrywanej przez lata.
Elsa od dłuższego czasu myślała, że wyjście prawdy na jaw przyniesie jej, bądź co bądź, ulgę. Jednak srogo się myliła. Czuła w ustach okrutną gorycz. Nie panowała nad sobą.
— Anno, idź do siebie! — nakazała mama ostro młodszej córce. Nigdy nie mówiła takim tonem do żadnego ze swoich dzieci. Zawsze była łagodna, prawie nigdy się nie denerwowała.
— Nie! — krzyknęła buntowniczo Ania. — Ja... ja chcę usłyszeć więcej... więcej prawdy! — Spojrzała na Elsę. — Co jest takie okropne, że aż zmieniono mi pamięć?! Czemu, na litość boską, zaczęłaś się tak cholernie bać?!
Huk!
Lodowe promienie rozniosły się po pokoju.
Elsa poczuła, że serce całkowicie jej zamarzło, a następnie skruszyło się na tysiące ostrych, zimnych odłamków.
Srebro mrozu lśniło wszędzie.
Mała Anna zraniona w głowę lodowym promieniem.
Elsa wybiegła z pomieszczenia.
Nieprzytomna dziewczynka spadająca na zaspę.
Kapelusz Berthy Moore lądujący na podłodze.
Przerażony skrzat woła rodziców dziewczynek.
Trzask drzwi wejściowych.
Później kłamstwa. Słowa Jacka, że nie jest niebezpieczna — kłamstwo. Kłamstwa i strach. Nadzieja, że już nikogo nie skrzywdzi — bujda. Strach i kłamstwa oraz sekrety.
Elsy już nie było w domu, ale mróz w nim pozostał.

~*~*~*~

Wydawało się, że minęły setki lat, kiedy ostatnio ktoś tu był. Metalowe elementy niewielkiej ławki ustawionej w plątaninie wysokich żywopłotów zdążyły zardzewieć. Krzewy otaczające gęsto to miejsce zostały zaniedbane. Wśród ozdobnych kwiatów rosły chwasty.
Kiedyś znajdowała się tu kryjówka Elsy i Anny. Gdy były małe wierzyły, że tylko one mają pojęcie o jej istnieniu i przesiadywały tam godzinami, bawiąc się. Starsza siostra na prośbę młodszej zamrażała liście, pokrywała ziemię lodem, aby mogły ślizgać się jak na lodowisku.
Teraz Elsa również zamieniła tę część ogrodu w zimową krainę. Mróz iskrzył się na zielonych, letnich liściach, wykręcając je. Lodowa posadzka lśniła na ziemi. Na barierkach ławki wyrosły wysokie sople. Wokół panował taki chłód, jakby miał spaść śnieg. Mrok nocy spowijał ogród.
Chodziła od jednej ściany żywopłotu do drugiej, rozcierając zmarznięte dłonie. Były spękane i bolały. Nie czuła już stóp w cienkich, letnich butach. Drżała z zimna. Nie potrafiła uodpornić się na ten mróz.
Jednak nie chciała wracać do domu. Momentami miała nawet ochotę uciec z ogrodu — skryć się daleko, tam, gdzie nikt by jej nie znalazł.
W tej chwili marzyła tylko o jednym — aby nie czuć nic. Pragnęła, aby wszystkie uczucia wyparowały — aby gorycz już nie ściskała gardła, aby strach nie wykręcał żołądka, aby smutek nie powodował płaczu, aby poczucie winy nie sprawiało, że kolana miała jak z waty. Chciała, aby wraz z emocjami zniknęło zimno. Chłód ją przygniatał, nie poddając się jej woli.
Myślała o tym, że od feralnego wypadku z dzieciństwa zamierzała chronić Annę, a niedawno sama naraziła ją na krzywdę — okropne deja vu.
Czy siostrze coś się stało? Krukonka nie wiedziała. I, szczerze mówiąc, bała się wiedzieć.
Była tchórzem. Tchórzem, który kłamał, aby ochronić ukochaną osobę. Niestety, i tak z oszustwa i tajemnic nie wyszło nic dobrego.
Elsa pomyślała, że jej przyszłość nie rysuje się w smutnych barwach — w ogóle się nie rysowała. Po wizycie Berthy Moore nie czeka na nią nic dobrego. Na co właściwie mogła liczyć? Na pewno nie na powrót do szkoły. Mogła już zniszczyć swoje podręczniki szkolne, nie przejmować się wynikami SUM-ów i wybrać się na pogrzeb nadziei, że ponownie ujrzy Jacka.
Dziewczyna drgnęła, przestraszona słabym pyknięciem wśród ciszy. Lodowa bariera wyrosła przed Wiczypyszczkiem, który nieśmiało wyłonił się zza niej. Elsa od razu wiedziała, że służący pojawił się nie bez przyczyny.
— Tutaj jest panienka! — zawołał skrzacik z wyraźną ulgą. Jego oklapnięte uszy lekko się uniosły.
Skoczył ku Elsie, ale zanim zdążył złapać ją za rękaw, odsunęła się. Nie mogła dopuścić do tego, że skrzywdzi małego skrzacika. On nie zdawał sobie sprawy z tego, jak działają zdolności dziewczyny.
— Pan i pani kazali panienkę znaleźć i zaprowadzić do domu! — zapiszczał przepełniony energią i zniecierpliwiony. — Och, chodźmy już! Oni tak się martwią! Wiczypyszczek też się martwił i Świecidełko też, i panienka Anna też!
Elsa poczuła, jakby buchnął wewnątrz niej ogień, słysząc imię Anny.
— Wszystko w porządku z Anią? — zapytała. Ledwo co zmusiła swój głos do współpracy.
— Tak — odparł skrzacik niepewnie, jakby dziwił się, skąd w ogóle wzięło się takie pytanie. Nie pamiętał wypadku sprzed lat, kiedy Elsa zraniła siostrę lodowym promieniem, a tego, co stało się podczas wizyty Berthy, najwidoczniej nie rozumiał. — Martwi się o panienkę, nawet szuka z nami! Była już na strychu, w kuchni, w składziku przy kuchni...
Wiadomość, że z siostrą wszystko w porządku wywołała w głowie Elsy wstrząs, jakby nagle wszystkie książki z jej regału zwaliły się na podłogę.
Anna jest cała i zdrowa — powtórzyła w myśli dziewczyna. Wszystko boleśnie rozluźniało się w niej, gdy wreszcie uwierzyła.
Anna mogła być przerażona, wściekła — posiadała pełne prawo do tego, aby mieć teraz Elsę w poważaniu. Jednak razem ze skrzatami i rodzicami zaglądała do od dawna nieużywanych pomieszczeń, bo martwiła się o siostrę. Dziewczyna poczuła palącą mieszaninę wstydu i dziwnego, przyjemnego uczucia, które rzadko ją nawiedzało.
Wtedy zdecydowała, że wróci do domu, chociaż po części nie chciała tego. Jedynym, co ją tam ciągnęło, była chęć uspokojenia rodziny.
Obawiała się, że rodzice przeprowadzą z nią poważną rozmowę. Niepokoiła się również, że mogą nie powiedzieć nic. Najtrudniej było jej przewidzieć zachowanie Anny. Krukonka pragnęła poznać jej stosunek do tego, co się stało, dowiedzieć się, czy siostra ją znienawidziła, czy nie — ale nieco bała się prawdy.
— Dobrze — westchnęła Elsa, ledwo wydobywając z siebie głos. Długie przebywanie na mrozie sprawiło, że gardło paliło boleśnie. — Chodźmy, Wiczypyszczku.
Skrzacik podskoczył w miejscu. Wyciągnął do Elsy rękę, chcąc teleportować ich do domu.
— Wolałabym iść pieszo — przyznała dziewczyna. Tak naprawdę było jej obojętnie, jak wydostanie się z ogrodu. Po prostu wolała unikać bezpośredniego kontaktu ze skrzatem, bo oczyma wyobraźni widziała, jak po jego skórze pnie się szron.
Wiczypyszczek wzruszył lekko ramionami i ruszył dziarsko przed siebie, co chwilę zerkając niecierpliwie na Elsę. Przedzierali się razem przez ogrodowe ścieżki, otoczeni przez żywopłoty. Srebrne światło księżyca doskonale oświetlało drogę i lodowy zakątek, który mimowolnie stworzyła dziewczyna.
Kiedy szli we dwoje, z każdym krokiem Elsy na ziemi kwitł szron.
Przestań.
Kwiaty z kryształków lodu jeszcze jaśniej lśniły w księżycowym blasku.
Dotarli do budynku. Skrzacik doskoczył do klamki i otworzył masywne drzwi wejściowe.
— Pan i pani kazali natychmiast przyjść, jeśli się panienka znajdzie! — powiedział, gdy weszli do ciemnego przedpokoju. — Są w gabinecie pana...
— Wiczypyszczku, nie musisz mnie tam prowadzić. Już sama sobie poradzę — wtrąciła Elsa.
Skrzacik niepewnie spojrzał na nią, a później zerknął w głąb korytarza.
— No, ale pan i pani kazali Wiczypyszkowi przyprowadzić panienkę... kazali pan i pani... aż tam... — pisnął.
Gdyby to Świecidełko odnalazł Elsę, wykonałby rozkaz państwa Vintersenów, nawet gdyby stawiała czynny opór. Wiczypyszczek jednak był jeszcze niedoświadczonym skrzatem, dlatego nie wiedział, czy powinien wykonać zadanie zlecone przez pana panią czy przez panienkę.
— Naprawdę, sama już pójdę do rodziców. Możesz powiedzieć innym skrzatom i Annie, że już jestem w domu — dodała nastolatka. — Aby już się o mnie nie zamartwiały.
Wiczypyszczek przez chwilę przeżywał wielką rozterkę, ale, koniec końców, pstryknął palcami, deportując się.
Towarzystwo skrzata nie było uważane przez dziewczynę za potrzebne. Uznała, że lepiej będzie, jeśli już nie będzie sobie zawracał swojej małej, wielkouchej głowy zaprowadzaniem jej do rodziców. Poza tym nie miała pewności, czy w ogóle chce do nich iść. Najchętniej położyłaby się już zaraz do łóżka, mimo że przeczuwała, że nie zmruży oka z nagromadzenia emocji i wielu niepewności.
Ruszyła ciemnym korytarzem w stronę gabinetu taty. Portrety zawieszone wzdłuż ścian pochłaniały ją łapczywie wzrokiem.
— ...żeby tak wystraszyć rodziców... — szepnęła niezbyt dyskretnie jedna kumoszka do drugiej z jakiegoś starego obrazu.
— Powinnaś się wstydzić, młoda panno! — ryknęła na Elsę oburzona podobizna jakiegoś jej dalekiego przodka. — Gdybym dożył spotkania z tobą, tak bym cię sprał...
To tylko słowa zaczarowanej farby nałożonej na magiczne płótno — pomyślała dziewczyna, starając się nie przejmować tym, co mówiły postacie z dzieł sztuki.
Dopiero teraz, w cieple, przemrożone ciało zaczęło naprawdę doskwierać. Każde poruszenie palcami sprawiało ból, nie mówiąc już o chodzeniu.
Z gabinetu taty sączyło się przyćmione złote światło. Elsa, im bliżej była, tym mocniej czuła, jak jej żołądek znów zawija się w bolesny supeł. Czasem zwalniała, obracając głowę i nieświadomie robiąc krok w przeciwnym kierunku — byle z dala od miejsca, gdzie są rodzice. Zaraz orientowała się, co robiła i przyśpieszała, idąc już w stronę gabinetu ojca.
Co będą chcieli jej powiedzieć? Znaleźli już jakieś rozwiązanie? Oni zawsze wiedzieli, co robić. Nawet gdy coś ich zaskakiwało, szybko przyjmowali jakąś taktykę — chociaż, jak Elsa od niedawna nieśmiało stwierdzała, czasem niesłuszną. Bądź co bądź zawsze mieli jakiś plan, ale tym razem obawiała się tego, że okaże się okropny dla niej. Miała pewność, że nie powinna liczyć na nic przyjemnego. Mimo to samo przewidywanie, że już nie wróci do szkoły, że być może zostanie jakoś rozdzielona z Anną, wywoływało u niej burzę nieprzyjemnych odczuć.
Boleśnie ścisnęło ją w gardle. Gdyby teraz musiała coś powiedzieć, pewnie z jej ust wydarłoby się płaczliwe wycie.
— ...przeszukaliśmy już cały dom... — Usłyszała słaby głos mamy. — Wiczypyszczek szuka jej w ogrodzie, a Świecidełko sprawdza najbliższą okolicę poza ogrodzeniem. Jednak nigdzie jej nie ma...
Bezsilność i rozżalenie w głosie mamy pogłębiły gorycz, którą czuła Elsa. Kolana pod nią zmiękły. Pozostała na korytarzu, przytulona plecami do zimnej ściany. Znów podsłuchiwała — tym razem nie dlatego, że była ciekawa rozmowy rodziców, ale dlatego, że tchórzyła i nie potrafiła wejść do pomieszczenia.
— Agnarrze... czy, czy wydaje ci się, że ona mogłaby... uciec? — zapytała kobieta tak cicho, że Elsa ledwo ją dosłyszała.
— Nie martw się, Iduno — odparł mężczyzna. Brzmiał jakby był bardzo wyczerpany. — Elsa...
Urwał. Nie umiał pocieszyć małżonki — on również uważał, że ich córka byłaby zdolna do ucieczki.
Tylko dlaczego tak myślał? Elsa nie mogła tego dociec. Przez całe życie wykonywała każde polecenie rodziców, szanowała ich, nie buntowała się. Nie mieli prawa podejrzewać, że gdy była w ogrodzie, marzyła o ucieczce.
— Ona mogła u-uciec — powiedziała kobieta. — M-mogła to zrobić i nic w tym dziwnego.
Dziewczyna czuła się źle z tym, na jaką próbę wystawiła nerwy rodziców.
— Może gdybyśmy inaczej wtedy postąpili — westchnęła pani Vintersen. — Gdybyśmy nie odciągali Anny od Elsy, to Elsa lepiej radziłaby sobie ze swoimi zdolnościami. Może nie byłoby teraz takich problemów...
— Też nad tym myślałem — przyznał małżonek. — Liczyłem na to, że sprawa ze zdolnościami Elsy ucichnie. Pamiętasz, jak rozmawialiśmy o tym, że warto puścić ją znowu do szkoły? Myślałem, że gdy to ucichnie, może spróbowalibyśmy z nią podejść inaczej do jej zdolności. Elsa mogła mieć szansę na to, aby żyć normalnie. Po jakimś czasie powiedzielibyśmy prawdę również Annie.
Zapalono kolejne świece w gabinecie. Mdły blask wpadający na korytarz stał się jaskrawy.
— Agnarrze, mi się wydaje, że ona próbowała to robić — stwierdziła kobieta. — Anna nam przecież mówiła, że zaczęła przyjaźnić się z tym chłopcem, z którym brała udział w Turnieju Trójmagicznym — Jonatanem? Ale nie wiem, czy dalej będą utrzymywać ze sobą kontakt, jeśli Bertha napisze o Elsie w tej książce...
Elsa nie przyjaźniła się z żadnym Jonatanem. Przyjaźniła się z Jackiem Frostem, który zaakceptował jej zdolności i który właśnie nauczył ją żyć z nimi jak najbardziej normalnie. Rodzice jednak tego nie wiedzieli, bo obawiała się powiedzieć to im — jak się okazało: niepotrzebnie.
Kolejne wnioski układały się w głowie Elsy w ponurą układankę. Rodzice zastanawiali się nad tym, czy dać jej szansę na zwyczajne życie i wspierać w nim nią. Po jakimś czasie Anna poznałaby prawdę o mocach siostry, gdyby okazało się, że zaczęła nad nimi panować.
— Nie wiem, czy uda nam się to zrobić, Iduno — przyznał markotnie pan Vintersen. — Ta cała panna Moore na pewno opisze to, co stało się podczas jej wizyty i to, że zdolności Elsy są... złe.
— Więc masz jakieś pomysły? — zapytała cicho małżonka.
Przez chwilę panowała cisza. Elsa wyczekiwała na odpowiedź z zapartym tchem, może z większą nadzieją niż matka.
Milczenie przerwało bezradne westchnięcie:
— Nie chcę znowu zamykać Elsy w domu — przyznał mężczyzna szczerze — ale czy jest inne wyjście? — Zamyślił się na dłuższą chwilę. — Gdybyśmy porozmawiali z Berthą... Może jakbyśmy jej zapłacili...
— Agnarr, ona może to obrócić przeciwko nam — wtrąciła kobieta.
— Racja, Iduno. To nie najlepszy pomysł... — Znowu się zamyślił. — Anna nie powinna wracać do szkoły. Dzieciaki są okropne w tym wieku, taktowaliby ją, jakby była siostrą co najmniej wilkołaka... Ania raczej nie poradzi sobie z tym.
— Myślisz nad tym, żeby obie dziewczynki zostały w domu?
— Czy to dobre rozwiązanie? Może przenieślibyśmy Annę do Durmstrangu — nikt tam jej nie zna, a moja rodzina mogłaby mieć na nią oko.
— Agnarr — powiedziała pani Vintersen — Anna się na to nie zgodzi. Pokochała Hogwart... Elsa zresztą też. One obie nie zechcą opuścić tego zamku — nietrudno im się dziwić.
Pan Vintersen nie odpowiedział — tą niemą odpowiedzią przyznał rację żonie.
Elsa próbowała uporządkować rozmowę rodziców w głowie — gdyby nie Bertha, pewnie wróciłaby do Hogwartu. Zaczęłaby żyć zwyczajnie, nie obawiając się swoich zdolności. Po jakimś czasie Anna poznałaby prawdę o zimowych mocach, kiedy nie byłoby możliwości, że zostanie przez nie skrzywdzona. To życie wyglądało jak z bajki, o takim życiu Krukonka śniła...
Te marzenia jednak przestały istnieć, a rodzice po raz pierwszy nie wiedzieli, co zrobić.
Elsa wychyliła się zza ściany, nie chcąc dłużej słuchać.
Pan Vintersen znajdujący się za biurkiem wyprostował się, widząc córkę. Pani Vintersen, która siedziała na krześle po drugiej stronie mebla, głęboko odetchnęła.
Dziewczyna była wyczerpana, więc nie wiedziała, czy da radę tej nocy poważnie porozmawiać z rodzicami. Jednak dłużące podsłuchiwanie stawało się zbyt męczące.
Gdy mama wstała, przeczuwała, że za chwilę eksploduje od złych odczuć — chciało się jej płakać. Jednak cicho czekała zgarbiona na to, co powie kobieta.
Pani Vintersen nie zganiła córki za to, że wystawiła nerwy jej i małżonka na nieprzyjemną próbę. Podeszła do niej bardzo blisko i delikatnie ją do siebie przytuliła. To ich pierwszy uścisk od bardzo dawna. W pamięci dziewczyny nawet nie majaczyło wspomnienie, kiedy ostatnio były ze sobą tak blisko.
Płacz jakoś wydarł się sam. Szloch, odpowiedź na wszechobecne problemy, ginął, tłumiony w ramię mamy.
Po chwili do uścisku dołączył pan Vintersen. Objął córkę i małżonkę, raz czy dwa pociągnął nosem.
We troje trwali tak przez dłuższy czas. Szloch dziewczyny cichł, zamieniając się tylko w cichutkie popłakiwanie.
— Może będzie lepiej, Elso, jeśli się teraz położysz — powiedział spokojnym szeptem tata.
Nastolatka półprzytomnie kiwnęła głową, dopiero po chwili rozumiejąc, co powiedział.
Mama otoczyła ją ramieniem i ruszyły we dwie w stronę sypialni dziewczyny. Część obrazów, która jeszcze nie zasnęła, podążała za nimi zaciekawionymi, nieco zdziwionymi spojrzeniami.
Matka i córka weszły do pokoju skrytego w mroku. Elsa zaczęła przebierać się w ubrania do spania, podczas gdy kobieta zaświeciła świece zaklęciem i wysłała skrzata po ciepłe mleko i eliksir spokoju.
Nastolatka wsunęła się pod kołdrę, a mama zmieszała obie substancje. Elsa wypiła szybko napój — ciepłe mleko w połączeniu z magiczną miksturą przyjemnie rozluźniało spięte mięśnie, rozmywało nieprzyjemne myśli, rozgrzewało i czyniło ją coraz bardziej senną. Położyła głowę na poduszce, ledwo unosząc powieki.
— Mamo... — wyszeptała cicho dziewczyna. Jej myśli tak bardzo uciekały, że z trudem wymawiała kolejne słowa: — ja przepraszam za dzisiaj... nie chciałam, aby to tak wyszło, mamo... Co teraz będzie?
Kobieta nachyliła się lekko nad córką. Pocałowała delikatnie jej czoło.
— Nie musisz przepraszać — odparła kojącym głosem. — Teraz się tym nie martw. Później coś wymyślimy razem z tobą i Anną. Teraz może spróbuj zasnąć.
Wyszła z pokoju, powiedziawszy jeszcze dobranoc.
Mama powiedziała, że będą próbowali znaleźć rozwiązanie razem z nią, Elsą, i Anną. To dawało dziewczynie intrygujące scenariusze rozwoju wydarzeń do przestudiowania. Zapłonął w niej nikły płomyk nadziei, że może powrót jej i siostry do Hogwartu nie jest przesądzony.
Właśnie z tym malutkim ognikiem zasnęła. Jednak został on brutalnie stłamszony podczas nocy przez koszmary.

~*~*~*~

Cześć!
Czujecie już Święta? Zaczęliście już przygotowania, pakowanie prezentów, pomoc w domu?
Nieco przyśpieszyłam tempo i już dzisiaj przedstawiam Wam nowy rozdział — jeszcze gorący, gotowy do przeczytania! Jest nieco krótszy, ale uznałam, że ostatnią scenę przerzucę do kolejnego rozdziału, bo bardziej ona pasuje na wstęp niż zakończenie. Powiem szczerze, że ostatnio czuję się jakoś niezbyt zmotywowana do pisania. Trochę trudno zgonić to na jesienną depresję. Jednak mam nadzieję, że to szybko minie. Może magia Świąt nieco pobudzi mnie do roboty?
Piszcie, co sądzicie o rozdziale :)
W razie, jakbym się nie odezwała, życzę Wam Wesołych Świąt!

Pozdrawiam.

9 komentarzy:

  1. Cudny rozdział!
    Coraz bardziej zakochuję się w tym opowiadaniu! Świetnie oddajesz uczucia Elsy i znakomicie opisujesz całą akcję. Masz prawdziwy talent, dziewczyno! :)
    Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział! Niech Magia Świąt da ci motywację do dalszego pisania.
    Wesołych Świąt! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :D Mam nadzieję, że uda mi się napisać coś w miarę przyzwoitym tempie.
      Wesołych Świąt również!

      Usuń
  2. Przeczytałam wszystko, wręcz chłonęłam z zapartym tchem..! Świetne opowiadanie. Już dawno nie natknęłam się na tak dobrze napisany i obmyślony blog. Na serio, świetną robotę tutaj nam prezentujesz :) Oby tak dalej...!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że opowiadanie Ci się spodobało :D
      Naprawdę, uwielbiam, kiedy komuś podoba się to, co piszę...
      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Świetne opowiadanie! Pochłonęło mnie całkowicie! Musiałaś dużo się napisać. Świetna robota ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wreszcie zaczynam nadrabiać :)
    Bardzo fajny rozdział. Podziwiam Cię za wyobraźnię. Ja chyba nie umiałabym napisać takiej ciekawiej historii.
    Szkoda, że w taki sposób Anna dowiedziała się prawdy... Mam nadzieję, że wszystko się wyjaśni
    Pozdrawiam
    Arcanum Felis

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój refleks mnie powala. Jednak tak to jest, jak się nie sprawdza skrzynki, więc nie wie się, czy ktoś napisał komentarz...
      Bardzo dziękuję :D

      Usuń
    2. Mój refleks mnie powala. Jednak tak to jest, jak się nie sprawdza skrzynki, więc nie wie się, czy ktoś napisał komentarz...
      Bardzo dziękuję :D

      Usuń