niedziela, 22 stycznia 2017

Rozdział XXXV — Psoty Irytka

Książę Koszmarów przetrwał, ale kosztem przybrania słabej, niewidzialnej dla wielu formy. Jego dawna potęga zniknęła, a moc pozwalała tylko na czerpanie minimum sił do przeżycia ze złych snów zsyłanych na dzieci.
Poważnym ciosem dla czarnoksiężnika było opuszczenie przez, jak się wydawało, wiernych popleczników. Część z nich wyparła się dawnego mistrza, ponieważ obawiała się represji ze strony Ministerstwa Magii. Inni, którzy już wcześniej chcieli skończyć służbę u Księcia Koszmarów, ale obawiali się jego gniewu, wreszcie mieli ku temu okazję. Wśród nawróconych z mrocznej ścieżki był Klaus Sibelius — nauczyciel transmutacji w latach 1420-1443, a później dyrektor Instytutu Magii Durmstrang w latach 1444-1478.

Na ilustracji obok widniał cherlawy mężczyzna o rzadkich, pozlepianych włosach i ogromnych, bladych oczach — poniżej znajdował się podpis: Klaus Sibelius, 1476 rok.

Jednak pozostali tacy, którzy dalej pragnęli pomagać Księciu Koszmarów. Część z nich robiła to dlatego, że obawiała się kary za bierność. Niektórzy liczyli na sowitą nagrodę za działanie. Inni jeszcze wierzyli w swojego władcę i marzyli o powrocie dawnych czasów. Niezależnie od motywacji, niedobitki sługusów Mroka działały na wielu płaszczyznach, jednak nie zawsze skutecznie. Organizowano próby odbijania towarzyszy z więzień. O największej z nich krąży wiele legend. Miała ona miejsce...

Przerzucił kilka stron, wyłapując pojedyncze wyrazy. Dopiero widok znajomej twarzy sprawił, że się zatrzymał.
W tekst wpleciono ilustrację przedstawiająca Alexandra Nixona. Trudno było, aby nie poznał tej parszywej, fałszywej gęby. Czarodziej na obrazku miał nieco mniej zmarszczek niż przed rozpoczęciem Turnieju Trójmagicznego i ciemniejsze loki. Uśmiechał się bezczelnie od ucha do ucha, dumnie prezentując uroczysty mundur szefa Departamentu Magicznych Gier i Sportów. Wyglądał jak osoba, która nie mogłaby skrzywdzić nawet muchy.
A tak naprawdę był zaplutym gnojem, który zdradził Ministerstwo. Łajdakiem, który mścił się na Elsie. Żałosnym robalem, który wtrącił ich w najgorsze miejsce istniejące na świecie. Czytelnik, chociaż widział przed sobą tylko ilustrację, miał ochotę ją podrzeć, zdeptać i spalić, jakby Nixon mógł odczuć to, co robi się z jego podobizną.
Poniżej uśmiechającego się mężczyzny znajdował się podpis: Alexander Earle Nixon podczas pasowania na Dyrektora Departamentu Magicznych Gier i Sportów.

Czystokrwista rodzina Kolitei dołączyła do Księcia Koszmarów kilka lat po jego ucieczce z domu, gdy dopiero snuł marzenia o stworzeniu istot wysysających szczęście i powodujących lęk, które później nazwano dementorami. Ich syn ożenił się z wiedźmą, tym samym sprawiając, że każda potomkini rodu Kolitei była wiedźmą. Po wielu stuleciach jedna z nich, Sagerra, związała się z czarodziejem o nazwisku Nixon, który niedługo później zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Z ich związku narodził się Alexander Nixon znany teraz jako prawa ręka Księcia Koszmarów.
Pomimo setek lat, odkąd państwo Kolitei postanowili wspierać Mroka, kolejne pokolenia pozostały mu wierne. Jednak to Sagerra Nixon i jej syn najbardziej przyczynili się do powrotu czarnoksiężnika.
Wiedźma wspierała swojego pana głównie finansowo. Zebrane przez nią pieniądze opłacały zakup nielegalnie pozyskiwanej krwi jednorożców, która miała wzmocnić czarnoksiężnika. Opłacano również najemników — głównie demonice, olbrzymy i wilkołaki — które go chroniły.
Wszystkie te działania wymagały sporych nakładów pieniężnych, dlatego Sagerra musiała znaleźć ich dobre źródło. Postanowiła kraść. Kradzież sakiewek z kieszeni okazała się nieopłacalna. Postanowiła, że będzie okradać banki. Stworzyła skrzyneczkę zaczarowaną wieloma mrocznymi czarami, która umieszczona w skrytce, przyciągała do swego wnętrza wszystkie kosztowności, deportując je do rąk wiedźmy...

Kolejka nieco ruszyła. Ktoś stojący za nim popchnął go. Miejsce, gdzie akurat czytał, zginęło niezaznaczone. I tak przeglądał książkę pobieżnie, dlatego nie wrócił do poprzedniego fragmentu, tylko zabrał się za następny, kilka stron dalej.

Rodzina Nixonów pociągnęła nieświadomie kolejną rodzinę do współpracy z Księciem Koszmarów — rodzinę Vintersenów.
Przed około siedemnastoma laty Sagerra Nixon zaplanowała swój największy jak dotąd rabunek — celem był londyński Bank Gringotta. W tym oddziale stanowisko Naczelnego Łamacza Uroków piastował wówczas Agnarr Vintersen. Był w pracy również w dniu, kiedy Sagerra postanowiła ukryć swą czarnoksięską skrzynię w skrytce sąsiadującej ze skrytkami bogatych magicznych rodów. Nie wiedziała jednak, iż każda rzecz umieszczona w tym rodzaju skarbca musi przejść szczegółową kontrolę wykluczającą, że rzucono na nią jakieś czarnomagiczne zaklęcie. Łamacze zaklęć zarządzali od wiedźmy dostępu do skrzyneczki — oczywiście protestowała. Do akcji musiał wkroczyć więc pan Vintersen, który odkrył przekręt wiedźmy i powiadomił o nim Ministerstwo Magii. Sagerrze udało się zbiec, jednak od tej pory musiała się ukrywać. Była poszukiwania na terenie całej Wielkiej Brytanii. Nie ryzykowała ponownym okradaniem banków.
Jednak zaplanowała zemstę na Vintersenach.
Szesnaście lat temu czarodziejskie rodziny żywo plotkowały o dziwnej przesyłce przysłanej do domu państwa Vintersenów. Odebrała ją wówczas ciężarna Iduna Vintersen, żona Agnarra Vintersena.
Beatrice Shaw, niegdyś przyjaciółka Iduny Vintersen, uprzejmie opowiedziała mi o tym zdarzeniu, dlatego pozwolę sobie przytoczyć jej wypowiedź:
To było jakoś w wiosnę... tak, w wiosnę, pamiętam, bo kupiłam sobie wtedy taki piękny płaszcz, który (…). Rozmawiałyśmy razem z Idunią [Iduną] przez sieć Fiuu, bo bardzo chciałam jej opowiedzieć o tym zakupie. Gdy miałam właśnie powiedzieć, jakie cudne rękawy ma ten płaszcz, sowa, słowo daję, jak ta należąca do Agasia [Agnarra], wleciała do domu Iduni. Niosła taką pięknie zapakowaną paczkę... ach, zapomniałam wspomnieć, Idunia miała wtedy urodziny! I rozpakowała ją przy mnie. Agaś zawsze kupował jej piękne prezenty, nie to, co mój mąż (…). Idunia dostała taki piękny naszyjnik z kryształem! Nigdy nie widziałam takiego ładnego, Merlinie! Ale on nagle zaczął dymić... na niebiesko (…). Agaś wrócił dopiero wieczorem, bo miał jakieś bardzo ważne spotkanie, podczas którego nie mógł porozmawiać z Idunią przez sieć Fiuu ani odebrać od niej sowy. Merlinie, jak ja się bałam o Idunię, kiedy okazało się, że tego naszyjnika nie wysłał Agaś! Ponoć zrobiła to jakaś wiedźma, której Agaś zalazł za skórę! Och, biedna Idunia! Powiedziałam moim szwagierkom, jaka niemiła niespodzianka ich spotkała (…)”.
Jak się okazało, osobą, która przesłała Idunie Vintersen zaklęty naszyjnik, nie był jej małżonek, a Sagerra Nixon, która w ten sposób zemściła się na nich.
Szwagierki pani Shaw oraz ona sama, świadomie bądź nie, uczyniły z zaklętego naszyjnika gorący temat do plotek. Czarodziejski świat żył powtarzanymi pogłoskami, mimo że państwo Vintersenowie milczeli o przykrym incydencie. Zachodziły domysły, czy ten czarnoksięski przedmiot nie wpłynął negatywnie na Idunę Vintersen. Na szczęście, ona sama pozostała całkowicie zdrowa. W przeciwieństwie do jej jeszcze nienarodzonego dziecka.
Kilka miesięcy później na świat przyszło pierwsze dziecko państwa Vintersenów — córka Elsa. Dziewczynka już jako niemowlę posiadała znacznie większą moc niż wielu dorosłych czarodziejów. Potrafiła bez różdżki tworzyć szron, lód, zimny wiatr, śnieg oraz lodowe promienie. Państwo Vintersenowie nie chwalili się darem córki — wiedziało o nim niewiele osób, głównie rodzina.
Z biegiem lat zdolności dziewczynki stawały się coraz silniejsze. Pokazały swe prawdziwe oblicze, kiedy miała siedem lat. Nie wiadomo, co się wówczas stało — państwo Vintersenowie i ich dzieci odmówili udzielenia odpowiedzi. Bądź co bądź musiało być to coś potwornego, ponieważ niedługo potem Elsę odgrodzono od świata. Jej niebezpieczne zdolności od tej pory utrzymywano w tajemnicy. Młodszej z córek państwa Vintersenów, Annie, zmodyfikowano wspomnienia związane z wypadkiem.
Co takiego Elsa zrobiła, że jej moce zostały ukryte nawet przed jej siostrą?
Tego również, niestety, ani państwo Vintersenowie, ani ich dzieci nie raczyły mi wyznać.
Pewne jest, że Elsa lęka się swych mocy i nie umie nad nimi zapanować. Wykorzystał to Książę Koszmarów. Jak ustaliło Ministerstwo Magii, robił to jeszcze zanim wybrał dziewczynę jako narzędzie, które w trzecim zadaniu Turnieju Trójmagicznego wróci mu potęgę. Była dla niego źródłem sił, nie tylko tych niezbędnych do przeżycia, ale również tych, które wyciągały go powoli ze słabej formy. Elsa stanowiła idealne źródło energii dla Mroka: boi się swoich niebezpiecznych zdolności, a im bardziej się boi, tym bardziej destrukcyjne one się stają.
Później znów do historii Elsy wkracza członek rodziny Nixonów, Alexander Nixon. Czarodziej od dawna przygotowywał rytuał, podczas którego jego pan miał odzyskać dawną moc. Oprócz wielu skomplikowanych eliksirów i zaklęć, Książę Koszmarów musiał bardzo wzmocnić się strachem innych, nasyłając na nich cielesne formy koszmarów. Całemu wydarzeniu sprzyjałoby to, gdyby Książę Koszmarów dostał duże źródło strachu. Alexander Nixon postanowił więc nakłonić pana, aby ta „uroczystość” odbyła się podczas Turnieju Trójmagicznego, a konkretniej: podczas finału. Mogliby wówczas pozyskać osoby o czystej i mugolskiej krwi, niezbędne do rytuału — zawodników turnieju — a również wywołać panikę w czarodziejskim świecie, co bardzo wzmocniłoby Mroka. Nixon zasugerował Księciu Koszmarów, aby pechową zawodniczką została Elsa Vintersen — była to zemsta Nixona na Vintersenach. Mrok był zachwycony tą sugestią — znał już Elsę i wiedział, ile sił jest mu w stanie dodać.

Zdenerwowany pominął opis feralnego finału turnieju. Nawet czytanie o nim wywoływało u niego dreszcze.

Jednak mogłoby się wydawać, że teraz Elsa Vintersen już nie będzie źródłem „pożywienia” dla Mroka. Cóż, wydaje się, że dalej nieświadomie „wspiera” Księcia Koszmarów. Odwiedziłam niedawno dom państwa Vintersenów, ponieważ chciałam uściślić niektóre sceny z życia Elsy. Podczas mojej wizyty jej największy sekret, zimowe zdolności (na których trop naprowadzili mnie zaprzyjaźniony magomedyk i pan Egdecombe, auror biorący udział w ratowaniu zawodników turnieju) wyszły na jaw. Byłam świadkiem mrożącej krew w żyłach sceny, podczas której Elsa Vintersen, nie panując nad swoimi zdolnościami, prawie zabiła wszystkich w pomieszczeniu lodowymi promieniami. Na szczęście, dzięki w porę użytym zaklęciom ochronnym, nikomu nic się nie stało. Nie miałam okazji porozmawiać później z Elsą. Zaraz po tym nieprzyjemnym zdarzeniu opuściłam dom Vintersenów z wnioskiem, że dziewczyna dalej może być źródłem mocy Mroka — im bardziej niebezpieczna moc, tym więcej strachu, im więcej strachu, tym bardziej niebezpieczna moc — czarnoksiężnik na pewno to wykorzystał.

Poniżej widniała ruchoma ilustracja powstała dzięki zaklęciu utrwalającemu obrazy, które tak bardzo lubiła autorka. Wpatrywał się w nią, nie mogąc uwierzyć, że to mogło wydarzyć się naprawdę. Rozpoznał Elsę oraz jej rodzinę — widział roznoszący się srebrny blask lodowych promieni, skrzące się wyczarowane bariery, a potem jak wszystko zastyga w zimnie.
— Ej, rusz cztery litery, molu książkowy! — ryknął ktoś z tyłu.
Jack oderwał się od obrazka. Słowa obijały się wewnątrz jego czaszki, aż wreszcie stały się zrozumiałe. Wyciągnął szyję w poszukiwaniu tego łajdaka, który śmiał nazwać go molem książkowym.
— Jack, teraz nasza kolej! — powiedziała dobitnie Emma, ciągnąc go za rękaw.
Dopiero teraz zobaczył, że nareszcie doczekali się na skorzystanie z sieci Fiuu. Ustali się prawie godzinę w kolejce do lokalu, w którym uczniowie Hogwartu mogli za darmo przenieść się do szkoły przy użyciu zaczarowanych kominków.
Myślami mimowolnie pozostawał przy książce, którą właśnie wcisnął pod pachę. Złapał swój kufer i z trudem przeciągnął przez wysoki próg lokalu. Zaraz pomógł Emmie uporać się z jej bagażem, prawie upuszczając ciągle trzymane Plotki, fakty i legendy o Księciu Koszmarów i jego powrocie autorstwa B. Moore.
Jack otrzymał to dzieło wczoraj wieczorem. Zostało ono dostarczone przez nieznaną sowę, a dodatkowo przeszło kontrolę Ministerstwa — tysiące pieczątek BEZPIECZNE. Widząc ptasiego listonosza, początkowo odczuł ulgę — pomyślał, że to Elsa nareszcie do niego napisała. Nareszcie, ile można?! Jednak gdy wziął paczkę w ręce, wyjątkowo się zdziwił — jeszcze bardziej, gdy dostrzegł słowa elegancko wypisane na boku:

Mam nadzieję, że lektura tego zaciekawi Cię i sprawi przyjemność. Twoja stara znajoma — B.M.

Owszem, czytanie Plotek, faktów i legend o Księciu Koszmarów i jego powrocie, odkąd je tylko otrzymał, zajmowało mu cały czas — grube na około tysiąc stron książysko spędziło mu sen z powiek przez pół nocy i do tej pory robiło z niego półprzytomnego umarlaka. Jednak żadnej przyjemności z czytania nie wynosił — robił to tylko dlatego, że chciał wiedzieć, czy Bertha napisała coś złego o nim lub o Elsie.
I, niestety, autorka postanowiła wspomnieć co nieco o dziewczynie. Jack miał przykre wrażenie, że te fragmenty, które przeczytał, to tylko wierzchołek góry lodowej.
Kiedy Emma odnajdywała ich nazwiska na liście u nadzorującego kominek, chłopak szybko wcisnął książkę do kufra. Widział już kilka osób na Pokątnej, które miały swoje egzemplarze — w tym kilku uczniów Hogwartu. On, w przeciwieństwie do nich, nie chciał chwalić się posiadaniem dzieła Berthy Moore.
Teraz jeszcze bardziej zaczął martwić się o Elsę. O co chodziło z tą ilustracją? Czy ona jest prawdziwa?
Musiał spotkać dziewczynę... Tylko czy ona pojawi się w Hogsmeade? Czy w ogóle wróci do Hogwartu?
Emma złapała swój bagaż, ciągnąc go ślamazarnie w stronę kominka.
— Może przeniosę się razem z twoim kufrem — zaoferował Jack.
— N-nie! — wydyszała Emma, wciągając kufer do paleniska. — Poradzę sobie sama.
— Ten kufer cię zmiażdży podczas przenoszenia się — napomknął, chociaż wydawał się skory do odpuszczenia sprawy.
Jack pamiętał pierwszą podróż siecią Fiuu, gdy musiał jednocześnie przenieść się z kufrem. Gdy już znalazł się w Hogsmeade, jego bagaż wyskoczył tak nagle, że zwalił go na ziemię, prawie łamiąc mu nogi. Podczas kolejnych podróży już wiedział, że trzeba jak najszybciej wyskoczyć z paleniska. W zeszłym roku wyręczył siostrę w przenoszeniu bagażu, teraz także nie widział problemu, aby to zrobić — ale szczególnie mu na tym nie zależało.
— Znowu mnie kłamiesz! Poza tym odkąd z ciebie taki cudowny brat, Jack? — odparła kąśliwie Emma.
— Powodzenia — odpuścił Jack, wzruszając ramionami.
Dziewczyna wrzuciła do kominka garść proszku z misy obok. Natychmiast roztańczyły się w nim szmaragdowe promienie. Weszła w nie nieco niepewnie — jakiś chłopiec z tyłu, pierwszoroczny, pisnął wystraszony.
Emmie jednak nic nie było.
— Zajazd u Trzynogich, Hogsmeade! — powiedziała głośno.
Zielone płomienie całkowicie strawiły ją oraz kufer. Jack w myślach już wyobrażał sobie, jak jego kochana siostrunia-niedowiarek przekonuje się na własnej skórze, jak to jest oberwać ważącym kilkadziesiąt kilo bagażem. Może gdyby nie zamartwiał się pisaniną Berthy Moore, dałby radę się uśmiechnąć.
Zaraz po znaku od kominkowego, wstąpił w trawiaste, łaskoczące promienie. Głośno wypowiedział miejsce, gdzie chciał się znaleźć i nauczony wcześniejszymi, nieprzyjemnymi doświadczeniami powiązanymi podróżowaniem siecią Fiuu, zacisnął mocno powieki i usta.
Miał wrażenie, jakby ktoś wyrwał mu wszystkie wnętrzności, a potem na ślepo próbował upchnąć je w nieodpowiednie miejsca — śledzionę w miejsce nerek, żołądek tam, gdzie powinno być serce, a wątrobę... — lepiej nie wspominać.
Zbliżała się wysiadka! Zacisnął mocno dłoń na rączce kufra, aby mu nie uciekł i nie znokautował jak w pierwszej klasie. Wcisnęło go w twardy grunt paleniska. Aż zgrzytnął zębami. Zbyt szybko odetchnął. Zaciągnął się powietrzem paskudnie wypełnionym pyłem. Wyszedł z paleniska, boleśnie kaszląc i ciągnąc za sobą kufer.
Emma czekała nietknięta sadzą, niezdradzająca żadnych oznak ataku kufra wypchniętego z kominka. Nie powiedziała nic, tylko uśmiechnęła się tryumfalnie do brata. Jego przypuszczenia się nie sprawdziły! Jack postanowił darować jej ten dumny uśmieszek — raz na dwanaście lat to ona może mieć rację. Byleby nie zdarzało się to za często.
Opuścili wspólnie budynek, wychodząc na główną ulicę Hogsmeade.
Tak jak dokładnie rok temu było tu pełno uczniów Hogwartu — głośnych, stęsknionych za sobą nastolatków. Prefekci naczelni czekali w pobliżu Zajazdu u Trzynogich, aby pokazać pierwszakom, gdzie odłożyć bagaże.
Jednak... jakby więcej osób odwiedziło wioskę. Nie, to nie było wrażenie. W tym roku znacznie więcej rodziców postanowiło odprowadzić pociechy aż tam.
Młodsza siostra chłopaka od razu pognała do grupki znajomych. Któraś z jej koleżanek potrząsnęła ramieniem drugiej i wskazała podbródkiem na Jacka — gdy zorientowały się, że na nie spojrzał, obie zaczerwieniły się, a jedna nawet zachichotała, ku zdziwieniu Emmy. Gryfon przez chwilę zastanawiał się, czy upaprał się sadzą na twarzy. Przetarł dłonią policzek, ale gdy na nią spojrzał, była czysta. Koleżanka Emmy znów zaśmiała się, ale opanowała się, kiedy siostra Frosta powiedziała coś do niej z zażenowaną miną.
Nieco zdziwiony wzruszył ramionami i wtopił się w tłum, poszukując któregoś ze swoich przyjaciół. Ilekroć widział mignięcie jasnych warkoczy, odwracał się. Po przyjrzeniu się szybko dopadało go rozczarowanie. To nie Elsa. Nigdzie nie słyszał krzyków: nadepnąłeś mi na włosy! Roszpunki też nie ma... Czkawki i Meridy również nie mógł znaleźć. Przechodził między znajomymi nieco zmartwiony. Jednak witał się z ludźmi ze szkoły. Mógł przysiąc, że połowa osób, które uścisnęły mu rękę lub powiedziały cześć, wcześniej zupełnie go ignorowała.
Pierwszacy trzymali się razem w ciasnej grupce. Niektórzy wyglądali na wystraszonych, inni na podekscytowanych. Jack, idąc niedaleko nich, usłyszał podniecone szepty kilkorga; jeden wpatrywał się w niego ogromnymi, brązowymi oczyma.
Aż takie zainteresowanie ze strony innych było odmianą — jeszcze nie wiedział, czy miłą. Część osób była milsza i bardziej przyjazna. No, ale niektóre podszeptywania wydawały się tylko obsmarowywaniem go od stóp do głów.
Będąc już niedaleko miejsca, gdzie składuje się kufry, dostrzegł dziewczynę o gęstwinie rudych włosów i miotle ściskanej w dłoni — od razu rozpoznał Meridę. Pociągnął swój bagaż mocniej.
— Hej, zaczekaj! — zatrzymał go czyjś głos.
Odwrócił się. Kto go wołał? Dopiero po chwili dostrzegł karypla przeciskającego się między starszymi uczniami. To był ten dzieciak, który patrzył na niego oczyma tak wielkimi, jakby ujrzał najnowszy model Nimbusa.
— Hej — odparł Jack. Czego chce od niego ten pierwszak?
Dzieciak zatrzymał się z czerwonymi policzkami. Gdyby nie szata Hogwartczyka, Jack nigdy w życiu nie powiedziałby, że ma co najmniej jedenaście lat. Wyglądał na maksimum osiem z tymi ogromnymi, brązowymi oczami i dziecięcą buzią.
— Ty jesteś Jack Frost! — rzucił pierwszoklasista. Przez chwilę wpatrywał się w niego niedowierzającym spojrzeniem, z otwartą buzią.
Gryfon postanowił nie dać po sobie poznać, jak bardzo nieswojo czuje się w tej sytuacji.
— A ty jesteś...? — odparł całkiem naturalnym tonem.
— Jamie, Jamie Bennett! — odpowiedział pośpiesznie z szerokim uśmiechem ukazującym szparę między górnymi jedynkami. — Jestem na pierwszym roku!
— To fajnie. Miło cię poznać, Jamie, ale właśnie szukam znajomych.
— Och, rozumiem...
Dostrzegł lekki zawód w oczach jedenastolatka. Dodał więc na pożegnanie:
— Mam nadzieję, że spotkamy się w Gryffindorze!
To wystarczyło, aby Jamiemu wrócił humor i aby paplał jak najęty po powrocie do pozostałych pierwszaków.
Jack przez chwilę stał w miejscu, nie mogąc nadziwić się zachowaniu jedenastolatka. Do tej pory żaden pierwszak nie zwracał na niego uwagi. Ci tegoroczni patrzyli na niego tak, jak się patrzy na światowe gwiazdy quidditcha!
Otrząsnął się i tak jak powiedział, miał zamiar odnaleźć przyjaciół. Odwrócił się tam, gdzie stała Merida.
Nie było już jej.
Pewnie poszła odłożyć kufer — podpowiedziało mu przeczucie.
Ruszył więc tam, gdzie ono dyktowało. Minął pub Pod Jedną Miotłą, w którym kilkoro ojców popijało Ognistą Whiskey i piwo kremowe.
— Uważajcie, dzieciaki! — ryknął ktoś z cukierni tuż obok.
Drzwi trzasnęły. Z lokalu wypadło troje chłopaków obładowanych paczkami ze słodyczami. Widać było jedynie ich kręcone, rude włosy. Znał osobę o identycznych włosach i pamiętał snute przez nią legendy o małych bestiach, z którymi musi walczyć, ilekroć wraca do domu.
Ruszył za tymi mistycznymi istotami — braćmi Meridy
Skierowali się do miejsca składowania kufrów, gubiąc po drodze papierki po cukierkach. Okazało się, że przeczucie miało rację! Teraz już tylko kroczył za nimi, aż w końcu dojrzał przyjaciółkę i towarzyszącą jej kobietę. Kłóciły się. Nie wiedział, czy im przerwać i uratować dziewczynę od sprzeczki. Na szczęście, nie musiał wybierać, bo Merida go dostrzegła. Dalej zaciskając mocno dłoń na rączce miotły, oderwała zagniewanie spojrzenie od rozmówczyni.
— O, cześć, Jack — powiedziała. Głos miała lekko roztrzęsiony. — Mamo — wypowiedziała to słowo tak zimno, jakby było obelgą — to jest Jack Frost, mój kolega. Brał udział w Turnieju Trójmagicznym i przeżył. A dodatkowo gra w quidditcha. I zdał dobrze SUM-y, zapomniałabym.
Dostrzegł, że było to niezaprzeczalnie nawiązanie do kłótni. Nie poczuł się ani trochę urażony. No, może nieco zmieszany.
— Och. Oczywiście — powiedziała kobieta, przenosząc spojrzenie na Jacka.
Zmarszczka złości na jej czole lekko się spłyciła, brwi przestały być aż tak ściągnięte, chociaż w oczach dalej pozostawał surowy ogień. Przyjrzała się Jackowi od stóp do głów oceniającym spojrzeniem.
Ledwo zdążył się z nią przywitać, a Merida już pożegnała się chłodno i pociągnęła go w stronę składowiska kufrów. Mocno zaciskała usta, w jej oczach czaił się wyjątkowy chłód. On, niektóre cechy wyglądu, zachowanie i oczywiście charakter sprawiały, że przypominała swoją mamę bardziej, niż byłaby w stanie przyznać.
— Wkurzyłem czymś twoją mamę? — spytał nieco zdezorientowany. — Wiesz, zazwyczaj ktoś musi mnie poznać, żeby uznać mnie za wkurzającego.
— Nie, to nie o ciebie chodzi. Wymyśliła, że muszę rzucić quidditch, bo nie znajdę czasu na naukę. Nawet wypominała mi, że zgłosiłam się do turnieju, że gdyby mnie wybrano, to niby zawaliłabym szkołę zupełnie! — odmruknęła Merida. — Zresztą, nie będę się o tym rozgadywać teraz...
Dotarli na miejsce.
— Widziałeś Roszpunkę? — zapytała.
— Nie — odparł, wpisując się na listę. — Ty pewnie też?
Nie musiała nic mówić, aby poznał odpowiedź. Ona też, niestety, nie widziała Roszpunki w Hogsmeade. Może powinien pożegnać się na dobre z przyjaciółką już wtedy, kiedy spotkali się na początku wakacji w sklepie jej matki?
— Zobaczymy ją — powiedział Jack optymistycznie.
— Serio? — Merida odłożyła kufer i spojrzała na niego ironicznie. — A czy to nie ty przypadkiem mówiłeś, że matka Roszpunki to uparta, dziwna baba, z podkreśleniem uparta?
Jack parsknął śmiechem.
— Nie. Przekazałem ci, że matka Roszpunki to bardzo uparta, dziwna baba. Ale, na szczęście, Roszpunka przejęła ten upór. Ona nie usiedzi w domu. — Odłożył swój bagaż. Tak naprawdę pocieszał również siebie. Wolał myśleć, że Roszpunka czeka na nich gdzieś niedaleko.
Jego słowa brzmiały naiwnie, ale miał pewność co do tego, że przyjaciółka nie usiedzi w domu. Nie przeżyłaby uwięzienia w mieszkanku nad sklepem z kosmetykami pani Taxos, kiedy w tym czasie mogłaby uczyć się i mieszkać w Hogwarcie. Pomyślał o sytuacjach, kiedy doświadczył na własnej skórze jej stanowczości w realizowaniu planów. Roszpunka truła mu tak bardzo, że pogodził się nawet z Elsą Vintersen przed pierwszym zadaniem turnieju, co wcześniej wydawało się wręcz niemożliwe. Może również zwojowała coś, aby powrócić do Hogwartu? Jack miał nadzieję, że jej się udało.
Uznali z Meridą, że z braku zajęcia mogą już zająć powóz.
— Tutaj jest zajęte! — ryknął piątoklasista z Hufflepuffu, gdy otworzyli drzwi pierwszego powozu. Jack nie zdziwiłby się, gdyby Puchon koczował w nim od zeszłego wieczora.
— Ten będzie idealny! — krzyknęła Merida przy kolejnym.
— Ekhem, ekhem...
Zza niego wyszedł Walter Elev ze Slytherinu — wysoki chłopak na ostatnim roku z mocnym trądzikiem na twarzy. Do piersi przypiętą miał odznakę prefekta.
— Przepraszam, ale pierwszy powóz oraz ten z przodu są zajęte dla prefektów — wygłosił uroczyście Elev, jakby tylko na to czekał.
— W zeszłym roku jakoś nie było specjalnych powozów — zauważył Jack.
— Prefekci muszą omówić wiele spraw — odparł dumnie Ślizgon. — Sama dyrekcja przyznała nam prawo... — Wyciągnął z kieszeni elegancki pergamin zawiązany wstęgą.
— Dobra, dobra, wierzymy na słowo!
Walter wyglądał na wyjątkowo zawiedzionego, że nie może pochwalić się specjalnym pozwoleniem od dyrekcji. Jack i Merida nie czuli potrzeby walki o pojazdy, ku niezadowoleniu Ślizgona. Było jeszcze mnóstwo wolnych powozów.
O! Następny pusty! Zatrzymali się przy nim i czekali na zewnątrz.
Jack patrzył na drepczącego z nudów, ściskającego pozwolenie Eleva, który czekał na pozostałych prefektów. Gryfon również ich oczekiwał, ale tak właściwie to tylko dwojga z nich. O to, czy zobaczy Czkawkę, wcale się nie martwił — na pewno przyjedzie. Wypatrywał więc szczególnie Elsy.
Do jego myśli powrócił ostatni list od niej. Przypomniał sobie wiadomości, które jej wysłał po otrzymaniu go — na żadną nie otrzymał odpowiedzi. W wyobraźni widział tę dziwną ilustrację w książce Berthy Moore, jak wokół przerażonej dziewczyny roznoszą się promienie zimna. Co takiego się wydarzyło? Czy Elsa lub ktokolwiek inny z jej rodziny ucierpiał, wbrew zapewnieniom Berthy, że wszyscy wyszli z tego cało? Czuł paskudne pragnienie powrotu do obrazka zamieszczonego w dziele kobiety. Może coś przeoczył, może gdzieś czaiła się odpowiedź, której nie raczyła od miesiąca udzielić dziewczyna...
— Jack... — Głos Meridy go otrzeźwił.
Opierając się o bok powozu, przyglądała się mu badawczo. Zauważył, że nienaturalnie wychylił się na drogę, gdy w zamyśleniu obserwował powozy prefektów. Stanął prosto i starał się nie patrzeć na dwa specjalne pojazdy, chociaż wzrok uparcie uciekał mu w ich stronę.
— Coś mówiłaś? — zapytał, otrząsnąwszy się.
Merida z trudem zwalczyła odruch zażenowanego przewrócenia oczami. Zadziwiająco szybko zapomniała o irytacji.
— Frost, widziałeś książkę Berthy? Widziałeś, co ona napisała o Vintersen?! — zapytała z przejęciem.
Poczuł, jakby krew w nim zamarzła, kiedy nazwisko Elsy padło z ust przyjaciółki. Był ciekawy, co wywnioskowała z pisaniny Berthy Moore, chociaż miał co do tego niezbyt przyjemne przeczucia.
— Coś mi się obiło o uszy — odparł, wzruszając lekko ramionami, jakby niezbyt go to interesowało. A interesowało jak diabli.
— Serio, nie spodziewałam się tego! — odparła pełna poruszenia. Jej ręce już nie były spokojnie splecione na piersiach. — Wiedziałam, że ona jest pokręcona, ale że jest taka...
— No, jaka? — wtrącił. Jego głos brzmiał ostro, chociaż wcale tego nie planował.
Merida nieco zmarszczyła brwi. Żałował, że tak zareagował, bo zaczęła miażdżyć go tym swoim przenikliwym wzrokiem równie paskudnym jak spojrzenie jej matki.
Zamyśliła się.
— No... że umie takie rzeczy. Że umie zamrażać wzrokiem i takie tam — odparła po chwili, ważąc słowa. — Serio, dałabym sobie rękę uciąć, że Vintersen jest najwyżej niebezpieczną Strażniczką Regulaminu, a nie, że ma niebezpieczne zdolności! Na gacie Merlina, nigdy bym nie pomyślała, że ona w każdej chwili mogła za któryś z naszych żartów zrobić z nas sople lodu! Ba, nawet teraz w każdej chwili może zrobić z nas mrożonki! A pamiętasz, jak na meczu w trzeciej klasie przemarzliśmy do szpiku kości? Może to była jej sprawka. Wcześniej przecież te pluskwy, które wsypaliśmy jej za kołnierz, bo naskarżyła na nas Dreamchildowi, okropnie ją pogryzły. Może chciała się zemścić? Tak, teraz to ma sens... Ale w ogóle to nie pisnęła ani słowem o swoich mocach, bo po co informować innych o tym, że można ich przypadkiem pozabijać! Nawet tobie nic nie powiedziała, a mówiłeś, że się przyjaźnicie. O Ance to już nie wspomnę! Ciekawe czy Anka...
— Powiedziała — burknął.
Zdziwił się szczerze, bo początkowo myślał, że ta rozmowa nie wywoła u niego żadnych większych emocji. Tak bardzo się pomylił. Już po chwili słuchania miał dosyć i chciał natychmiast uświadomić Meridzie, jak bardzo się myli.
Gryfonka miała minę jak na zajęciach eliksirów — nierozumiejącą zupełnie nic. Po chwili policzki jej poczerwieniały.
— Niech zgadnę — powiedziała powoli, z pewnością w głosie, podpierając boki dłońmi — napisała ci w liście na kilka dni przed publikacją Plotek, prawda? Nasza Strażniczka Regulaminu chyba nieco za późno się obudziła, nie sądzisz?
Widocznie liczyła na to, że Jack ją poprze.
Merida napisała mu w jednym z wakacyjnych listów, że pogodziły się z Elsą. Przypuszczał, że ze względu na niego, co go nieco żenowało. Jednak wiedział, jak było naprawdę. Mogły oficjalnie zakopać topór wojenny. Mogły sobie nie skakać do gardeł. Mogły udawać nawet, że czują do siebie sympatię. Wiedział jednak, że to nie oznaczało przyjaźni, a coś w rodzaju umowy. Jeśli któraś nabroi — wracają do poprzedniego układu i będą się nienawidzić bardziej niż wcześniej.
— Nie, Merida. Ja wiedziałem już dawno o jej zdolnościach. Powiedziała mi zaraz po pierwszym zadaniu turnieju — przyznał.
Nikomu nigdy nie wspominał, że poznał tajemnicę Elsy. Nie pisnął o niej słowem — nawet przyjaciołom.
Merida uśmiechnęła się. Wzięła to za żart. Powoli uśmiech znikał z jej twarzy, kiedy zorientowała się, że słowa przyjaciela były na poważnie.
— Czekaj... — wymamrotała powoli. — Czyli mówisz, że powiedziała ci już wtedy? I ty nie byłeś łaskawy nam powiedzieć o jej zdolnościach, tak?
— Skoro dane zabrane, to pora na szukane — odparł. — Prosiła mnie, abym nikomu nie mówił. Ta-jem-ni-ca.
— Ale... mnie mogłeś powiedzieć! Przecież jesteśmy kumplami!
Jack parsknął śmiechem.
— Miałem nikomu nie mówić. A widziałaś, jak ty zareagowałaś? Elsa właśnie tego się bała, że ludzie nagle zaczną mieć o niej takie zdanie! Sam w pewnym momencie myślałem o niej... nie za dobrze.
Merida wyglądała na chętną do spierania się ze zdaniem Jacka. Jednak potem nieco zmieszała się.
— Czyli, jak to w końcu z nią jest, jeśli mogę wiedzieć? — spytała spokojniej.
Jackowi wydawało się, że Elsa podzieliła się z nim wszystkim, co wiedziała na temat swojej mocy. Problem był taki, że sama do końca jej nie rozumiała.
— Czy ja wyglądam na specjalistę od zimowych klątw? — odpowiedział ze śmiechem.
Na szczęście Merida nie pytała o poważne rzeczy. Zaczęło ją zastanawiać, czy istnieje możliwość, że Elsie może przymarznąć język do szklanki albo łyżki.
— Bo wiesz, jak na mrozie przyłożysz język do metalowego słupa, to może ci zamarznąć! Więc może u niej... — tłumaczyła, usilnie chcąc poznać odpowiedź na nurtujące ją pytanie. W jej oczach nagle rozbłysł diabelski błysk — O, albo lepiej! Wyobraź sobie taką sytuację, że Vintersen całuje się z kimś.
Jack jednak odpuścił sobie przyjemność wyobrażania sobie, jak Elsa obściskuje się z jakimś gościem.
— Jak myślisz, byłoby to możliwe, aby przymarzły im do siebie języki? Jak myślisz?
— Myślisz, że ja się zastanawiam nad takimi rzeczami? — To, co tak bardzo ciekawiło Meridę, nigdy nawet nie przyszło mu do głowy.
— Ej, weź jej zapytaj! Albo lepiej: musimy kiedyś namówić jakiegoś gościa, aby się z nią umówił.... Moglibyśmy ich śledzić... i, na gacie Merlina, gdyby faktycznie się całowali i faktycznie tak się stało... — ryknęła śmiechem. — Musiałabym najpierw nauczyć się tego zaklęcia ilustrującego od Berthy!
To była tylko jego kolejna głupia rozmowa z Meridą, ale Jackowi i tak niezbyt podobał się jej pomysł. Tylko dlaczego? Przecież sytuacja, kiedy dwoje ludzi siłowałoby się, próbując odczepić zmrożone języki, na pewno wyglądałaby komicznie! Jednak kiedy pomyślał, że poza tym śmiesznym elementem, oglądałby, jak jakiś obcy facet będzie robił do Elsy duże oczy, że będzie ją obściskiwał... Wtedy uznał, że ten pomysł stanowczo mu się nie podoba.
— Jasne, jasne — odpowiedział parsknięciem śmiechu — będziesz łaziła po krzakach i podglądała, jak Elsa prowadza się z jakimś gogusiem. Już to widzę, jak robisz to dyskretnie, tak że cię nie zauważą!
Merida odpuściła temat przymarzających języków. Męczyła Jacka pytaniami: Po co Elsa chodzi w zimę w ciepłych ubraniach? Przecież powinna nie czuć zimna... Czy ona w lecie ma taką własną chłodną chmurę? Ej, ty na pewno musisz wiedzieć!
Ciekawość dziewczyny rosła. Gryfon był zasypywany coraz dziwniejszymi, trudniejszymi i nawet krępującymi pytaniami. Jakby Elsa mówiła mu chociaż połowę z tych rzeczy!
Gdy Merida powoli zaczęła odpuszczać temat zimowych zdolności Krukonki, przy powozach zaczęli zbierać się uczniowie. Rozgorzała tradycyjna walka o najlepsze pojazdy, w której Jack i jego przyjaciółka wyjątkowo nie musieli uczestniczyć. Prefekci zbierali się przy swoich dwóch powozach.
Zimna kropla deszczu runęła na ziemię, wprawiając w panikę co niektórych.
— Zaraz zmoczy mi włosy! — jęknęła Cynthia Longbottom. Skryła się zaraz w pojeździe ze swoim ogromnym kokiem niczym ptasie gniazdo.
Jack i Merida parsknęli śmiechem. Poczuł kolejną zimną kroplę na swojej twarzy. I jeszcze jedną wsiąkającą w materiał koszuli na plecach. Ciężkie chmury na niebie groźnie mruknęły. I zaczęły atakować uczniów deszczem.
Tylko za Jackiem i Meridą trzasnęły drzwi ich powozu, zaraz uchyliły się lekko.
— Wolne? — W szparze pokazała się lekko piegowata, zaróżowiona twarz Olivii z Ravenclawu.
— Tak — odparł Jack od razu. Jechali sami z Meridą i na nikogo nie czekali, więc nie widział problemu.
Krukonka uśmiechnęła się i bąknęła coś, co można było uznać za dzięki. Wtarabaniła się do powozu. Za nią pojawiła się kolejna osoba.
— Oj, Olivia, nie mówiłaś, że będziemy jechać z Jackiem i Meridą! — powiedziała Jane Cleese, rozglądając się po zebranych.
— Tak się złożyło — odparła całkowicie obojętnie Olivia. Jej ton głosu nie przygasił tajemniczego entuzjazmu Puchonki.
Rozsiadła się obok Jacka, początkowo prawie siadając mu na kolanach, na co zareagowała chichotem. Chyba każdy w powozie uznał to za żenujące. Oczywiście każdy oprócz niej.
Jack nie mógł nie zauważyć, że z twarzy Pryszczatej Jane zniknęły wszyściusieńkie pryszcze. Może wyglądała lepiej niż przedtem, ale według niego dalej nie była chociażby ładna.
Powóz ruszył.
Zaczęły się standardowe rozmowy o wakacjach. Olivia wyznała, że u niej nic szczególnego się nie działo. Jane natomiast z ożywieniem opowiadała, co u niej się działo.
— Czyli spędziłyście razem wakacje? — spytał Jack dwie przyjaciółki.
— Tak, tak! — potwierdziła żywo Jane, zanim Olivia zdążyła w ogóle otworzyć usta. Zaczerwieniła się po cebulki włosów. — Było genialnie! Pamiętasz, Olivia, jak odwiedziłyśmy ten salon mioteł — Miotełkę?
Merida prawie zadławiła się, zduszając rechot.
— Miotełkę? — parsknął Jack śmiechem.
Jane spojrzała po nich lekko zdezorientowana.
— No co? — spytała. — Przecież Miotełka to najlepszy salon! Znam się na tym! Mam zamiar w tym roku dostać się do drużyny! — dodała z pewnością.
— Och, oczywiście. I jakie modele mioteł tam widziałaś? — Jack kpił z Jane. Puchonka jednak dalej nie miała pojęcia, że pomyliła Miotełkę, sklep słynący z eliksirów na problemy żołądkowe, z Miotłami Johnsonów, jednym z lepszych lokali ze sprzętem do quidditcha na Pokątnej.
Początkowo Jack i Merida świetnie się bawili, kiedy Jane próbowała popisać się swoją wiedzą na temat miotlarstwa. Nie zorientowała się, że wiedzieli o jej zmyślaniu nazw i myleniu pojęć, tylko dalej wymyślała bujdy tonem ekspertki.
Później jednak jej towarzystwo przestało być aż tak zabawne. Momentami Jack żałował, że tak szybko zgodził się na wspólną jazdę z Puchonką.
Skończyła się śmieszna pogadanka na temat quidditcha, bo znudziło mu się potajemne kpienie z dziewczyny. Ku zawodowi Meridy, zaczął ją poprawiać i dawać do zrozumienia, że się myli. Wówczas Jane stała się lekko... namolna. Natarczywie zaczęła wypytywać go o inne rzeczy — głupie lub zbyt osobiste, aby miał ochotę o nich wspominać. Pragnęła dowiedzieć się, co sądzi o warkoczach. Skąd w ogóle wzięło się to pytanie? Odpowiedział jednak, że są w porządku. Po setce kolejnych zapytała, czy zauważył w niej jakąś różnicę. Powiedział, że nie. Wydawała się obrażona. A jemu wydawało się, że nareszcie ma spokój.
Jednak znów zaczęła go męczyć. Zupełnie odbiegając od tematu, zapytała nawet, czy się z kimś całował — tak po prostu, a przed chwilą chciała wiedzieć, czy podczas wakacji odwiedził jakieś ciekawe miejsca. Szturchnęła go w ramię, jakby byli przyjaciółmi. A nie byli.
Liczył, że krótkie odpowiedzi zniechęcą Jane. Bardzo się przeliczył.
Tak naprawdę nie darzył jej żadnymi negatywnymi uczuciami. Jednak już kilka minut spędzonych z nią w zamkniętym powozie sprawiły, że miał jej dość. Odnosił wrażenie, że podróż z Hogsmeade do zamku trwa wieki. Merida rzucała wszystkim wokół poirytowane spojrzenia. Jane nie dawała nikomu dojść do głosu — no, kilka razy pozwoliła Jackowi odpowiedzieć na jej pytania.
— Już jesteśmy! — oświadczyła Gryfonka, patrząc przez okno.
— Już? — ucieszył się Jack, przyklejając nos do szyby.
— Już? — jęknęła zawiedziona Jane.
Oddech zasnuwał zimną szybę, po której drugiej stronie spływały krople deszczu. We wszechobecnym mroku panującym na zewnątrz nie dostrzegł absolutnie nic. Ani śnił wytrzymać w towarzystwie Jane kolejnych minut. Na szczęście Merida miała rację — powozy zaczęły zwalniać, a za oknem pojawił się migotliwy blask zaklęć rozświetlających.
Koła zatrzymały się, wszyscy czworo wypadli z pojazdu. Natychmiast zaatakowały ich zimne strugi deszczu. Olivia i Jane uciekły w mgnieniu oka. Jack biegł z Meridą w stronę schodów. Zerknął na powozy prefektów. Zmrużył oczy w ulewie. Nic nie dostrzegł. Wszedł z przyjaciółką do Sali Wejściowej. Podczas tego krótkiego biegu przemókł prawie do suchej nitki.
Powitała go kolejna ulewa. Spod sufitu spadały najróżniejsze rzeczy.
— Witajcie, koledzy! — ryczał Irytek, zsypując na głowy drugoklasistów swędzący proszek.
— Irytku! — Profesor Cleves wypadł jak burza z Wielkiej Sali, celując różdżką w Irytka.
Drugoklasiści drapali się. Pozostali uczniowie zbierali się w zamku. Cleves po wysypaniu na niego porcji swędzącego proszku próbował zabić Irytka. Nieważne, że zgrywus był duchem.
A Jack nareszcie poczuł się tego dnia dobrze.
Tęsknił za tym hogwarckim zamieszaniem.
Clevesowi udało się wytrącić z łap Irytka puszkę ze swędzącym proszkiem. Nauczyciel machnął różdżką, sprawiając, że zmieniła się w kłąb białej pary i całkowicie się rozproszyła.
— Jeszcze... — Cleves podrapał się po głowie. — ...raz... — Zaswędziały go plecy. — ...zobaczę... — Niezbyt dyskretnie przejechał paznokciami po tyłku. — ...że... masz swędzący proszek... to... Krwawy Baron...
Gdyby twarz Irytka mogła zblednąć, na pewno tak by się stało. Na jego perlistej gębie pojawił się jedynie obcy wyraz niepokoju. Rozejrzał się niespokojnie, potem przybierając dawną minę.
— Już nie będę sypał swędzącego proszku, panie psorze! — obiecał duch, uśmiechając się jak czart, czyli jak zwykle.
— Mam nadzieję. — Cleves wyczarował drapaczkę, którą czarami zmuszał do drapania go po plecach.
Ruszył z powrotem ku Wielkiej Sali.
— Co on niesie? — zapytała Merida, wskazując na Irytka.
Duch miał w dłoniach ogromne wiadro pełne po brzegi.
— To nie skończy się dobrze — rzucił półgłosem Jack.
Wyczuwając niebezpieczeństwo, wycofał się pod ścianę. Merida poszła w jego ślady. Stanęli obok siebie, starając nie rzucać się w oczy psotnej zjawy, jednocześnie czekając na rozwój wydarzeń.
Irytek razem ze swoim wiadrem poszybował nad wchodzących. Jack właśnie dostrzegł, jak przez drzwi wchodzą prefekci. Przez ułamek sekundy widział Czkawkę niosącego ciężki plecak. Zaraz obok szła Elsa. Już miał ku nim pójść.
— Ups. Wypadło mi. — Irytek zarechotał szaleńczo.
Ups.
Faktycznie, wypadło.
Dwoje prefektów zniknęło w wodospadzie glutowatej mazi. Wiadro z głuchym łoskotem wylądowało na głowie jednego z nich. Paskudna substancja rozbryzgała się wokół.
Przerażone piski. Dwa jęknięcia — pełne obrzydzenia, jedno jeszcze przepełnione bólem. Odgłosy zaskoczenia. Śmiechy. Trzaśnięcie drzwi Wielkiej Sali. Wrzaski profesora Clevesa. I opętańczy śmiech ducha.
Wokół dwojga poszkodowanych zbierali się obserwatorzy. Jack szybko przepchnął się między nimi, widząc, jak profesor Cleves próbuje trafić rozanielonego Irytka zaklęciem, a prefekci ociekają zieloną mazią przypominającą smarki.
— IRYTKU! — ryknął wściekły Cleves. Rzucił zaklęcie. Duch zrobił unik, wystawił język. — CO MI OBIECAŁEŚ?!
— ZERO SWĘDZĄCEGO PROSZKU! — odparła bezczelnie zjawa.
Zarechotał wściekle.
— Merlinie, Czkawka?! — zdziwił się ktoś.
Czkawka ścierał z twarzy zieloną maź, powstrzymując odruch wymiotny. Druga ofiara żartu z obrzydzeniem pocierała powieki pokryte glutami. Dotknęła czoła i syknęła z bólu. Napastnik — ogromne wiadro — leżał u jej stóp.
— Jack... to jest Vintersen? — rzuciła półgłosem Merida.
Nawet nie pokiwał głową. Słowa Meridy dosłyszał Irytek. Wykonał unik przed kolejnym zaklęciem nauczyciela. Zniżył lot i przeniknął przez ciało Elsy. Zadygotała, ociekając glutami.
— Na gacie starego Bulstrode'a, trafiłem Królową Śniegu! — zarechotał. Zanucił swym paskudnym głosikiem zaimprowizowaną piosenkę:

Vintresen Elsa
zamrozi wszystko z miejsca,
wiadro pod buty,
zamrozi trolla gluty,
nosy poodmraża,
siostrę swą przeraża!

— Skąd ty w ogóle o tym wiesz? — palnął Jack, podchodząc bliżej Elsy i Czkawki. Niektóre ze stojących bliżej osób zerknęły na Gryfona pytająco.
— Informacje do duchów docierają szybciej! — odparł ze śmiechem Irytek. — Haddock, cherlak wielki...
Nie dane było mu jednak wymyślić zwrotki o Czkawce, nawet jeśli jego zdolności do tworzenia prześmiewczych piosenek były więcej niż genialne.
Zaklęcie Clevesa nareszcie go trafiło. Duch zastygł w powietrzu nieruchomo z otwartymi ustami, dziwnie powykrzywianą twarzą i powykręcanym, półprzeźroczystym ciałem. Kilka osób cicho parsknęło śmiechem na ten widok. Niektórzy zaklaskali pochlebnie, a nauczyciel, chociaż ciągle poirytowany, podziękował za nie lekkim skinięciem głowy.
— Vintersen Elsa... — zanuciła jedna z dziewcząt z tyłu. — Tak w ogóle, to o co chodzi z tą piosenką?
— No wiesz, ta książka, którą napisała Bertha... pożyczę Ci ją — odparła druga. — Było tam trochę o niej...
Elsa rozejrzała się wokół, poszukując tych, które to powiedziały.
— Wszystko w porządku? — zapytał Jack Elsę i Czkawkę.
Dziewczyna nie odpowiedziała, rzucając mu tylko spojrzenie spode łba i skapując niechcący kilka kropli zielonej mazi z dłoni na jego buty. Krukon bardziej przejmował się swoim plecakiem niż tym, że ociekał paskudną substancją.
Z Wielkiej Sali wyszedł Bulstrode. Nieco zmarszczył brwi, widząc tę dziwną scenę — Irytka, który wcale się nie poruszał, Clevesa celującego w ducha różdżką i dwoje uczniów ociekających zielonym szlamem.
— Co tutaj... — wydusił opiekun Slytherinu. Jack wiedział, że jeśli szybko nie padnie odpowiedź, to uaktywni się tik nerwowy w nauczycielskiej powiece. Chłopak widywał jego tiki stanowczo zbyt często, aby nie zwrócić na nie uwagi.
— Kolejny żart Irytka — odparł krótko Cleves, sprawiając, że z twarzy drugiego mężczyzny nagle zniknęło całe zdumienie. — Mógłbyś wyprowadzić stąd Irytka? Najlepiej jak najdalej od Wielkiej Sali.
Bulstrode bez problemu się zgodził. Wyciągnął różdżkę zza pazuchy i skierował nią na ducha. Nauczyciel ruszył jednym z korytarzy, lewitując za sobą unieruchomionego psotnika.
Cleves, podrapawszy się po głowie, rozsiał naokoło chmurę swędzącego proszku. Spojrzał po gapiach.
— Idźcie do Wielkiej Sali — rzucił sucho. — Tam na pewno jest ciekawiej.
Kilkoro faktycznie posłuchało nauczyciela, jednak nie Jack i Merida. Kiedy profesor odciągnął na bok Czkawkę i Elsę, poszli za nimi.
— Nic wam się nie stało? — zapytał Cleves swoich podopiecznych.
— Mnie nie — odparł Czkawka, ściskając mocno swój plecak. — Ale Elsa chyba oberwała, proszę pana.
Dziewczyna nie zaprzeczyła. Oberwała w głowę dużym wiadrem — głupio było zaprzeczać i upierać się, że wszystko w porządku.
— Idźcie się przebrać, kufry są w dormitorium — polecił nauczyciel. — Elso, jak wrócisz, poproszę panią Kelly, aby zobaczyła, czy wszystko w porządku.
— Dziękuję — odparła niemrawo Elsa.
Nauczyciel odwrócił się na pięcie, kierując się ku Wielkiej Sali. Spojrzał na Jacka i Meridę z ukosa, gdy przechodził obok nich.
— Panie Frost, panno Brave, prosiłem, abyście poszli do Wielkiej Sali — skarcił ich chłodnym tonem.
— Zaraz pójdziemy — odparł chłopak, zupełnie nie przejmując się słowami nauczyciela. Po sekundzie już o nich zapomniał.
Teraz mógł nareszcie porozmawiać z Elsą. Już w wakacje rozmyślał, jak będzie wyglądało ich spotkanie — no, na pewno nie spodziewał się, że któreś z nich będzie ociekało glutami. Momentami miał wrażenie, że zechce udusić ją, bo wcale nie odpisywała na jego listy. Jednak teraz wcale nie czuł złości ani żalu.
Kiedy już miał się przywitać i z Elsą, i z Czkawką, ona ruszyła żwawo przed siebie, nie oglądając się nawet.
— Hej, gdzie ty idziesz?! — zawołał za nią zmieszany i lekko rozdrażniony. Nienawidził, kiedy tak uciekała.
— Zaraz wrócę — rzuciła, przyciskając dłoń do czoła i nawet się nie odwracając. — Tylko się przebiorę...
— Może cię odprowadzić?...
Ona już zniknęła za zakrętem.
Jack zacisnął mocno usta, opuszczając zrezygnowany ręce. Cichy, niepokojący szept podpowiadał mu, że być może na listach bez odpowiedzi się nie skończyło i Elsa dalej będzie go unikała.
Jednak postarał się nie martwić. Przecież cała ociekała szlamem, więc może faktycznie po prostu chciała się przebrać, a gdy wróci, opowie mu na spokojnie, co działo się u niej podczas wakacji.
— Czemu nie zostawiłeś tego plecaka tam, gdzie kufry? Przecież by go zabrano... — tłumaczyła Merida Czkawce.
Jack spojrzał na przyjaciela, który sprawdzał zapięcia w plecaku, zupełnie ignorując pytanie Gryfonki.
— Właśnie. Przecież by go zabrano — potwierdził Gryfon.
— Delikatny ładunek — westchnął Czkawka, odetchnąwszy z ulgą. Oprócz tego, że jego bagaż ociekał zieloną mazią, było z nim wszystko w porządku.
Merida skrzyżowała ręce na piersiach.
— Delikatny ładunek?
— Nosisz tam bieliznę? — parsknął Jack. — Albo co? Jajo chimery?
Czkawka spojrzał na niego spod zmarszczonych brwi.
— Bardzo zabawne — odmruknął. Wstał i ostrożnie zarzucił plecak na plecy. — Zaraz wrócę... A tak w ogóle, to widzieliście Roszpunkę?
— Nie. — Słysząc odpowiedź Meridy, pokiwał spochmurniały głową.
— Może przyjedzie. Może jej matka chce najpierw pogadać z Morozowem i upewnić się, że Roszpunka będzie w Hogwarcie bezpieczna? — zasugerował Czkawka.
Jack miał nadzieję, że jego przyjaciel ma rację — to, co mówił, nie było wcale głupie.
Krukon obiecał, że zaraz wróci. Udał się w stronę dormitorium Ravenclawu, zostawiając za sobą zielone ślady.
— Jak myślisz, matka Roszpunki faktycznie tylko pogada z Morozowem i wszystko będzie w porządku? — zapytała Merida Jacka. Nie czekając już na nic, ruszyła z nim do Wielkiej Sali.
— Jasne — odpowiedział niby obojętnie.
Ale nie było mu to obojętne — bardzo chciał wierzyć, że Roszpunka wróci do szkoły. Wolał myśleć, że Czkawka ma rację.
Wszedł do Wielkiej Sali ciągle zmartwiony. Gwar tego miejsca sprawił jednak, że niepokój o Roszpunkę i Elsę schował się na dnie umysłu przynajmniej na chwilę. Oprócz licznych elementów z herbem Hogwartu dominowały błękit i brąz — barwy zeszłorocznych zwycięzców Pucharu Domów. Blask świec lewitujących pod sufitem przypominającym niebo napełniał całą salę. Stoły uczniów były prawie wypełnione. Rozmowy mieszały się ze sobą, śmiechy brzęczały w uszach, przekrzykiwania leciały z jednej strony pomieszczenia na drugą.
Skierowali się od razu do stołu Gryffindoru. Jakiś chłopak próbował zaimponować trzem koleżankom, że potrafi wcisnąć sobie kilka drażetek cytrynowych do nosa naraz. Karol Weasley chwalił się drugoklasistom swoją kolekcją kart z Czekoladowych Żab. Jakaś dziewczyna wyczarowała drugiej rogi, kiedy tamta rozmawiała jakimś przystojniakiem z siódmej klasy. Dalej siedział nieco znudzony Edward Potter.
Dostrzegłszy Meridę i Jacka, na jego chudej twarzy pojawił się szeroki uśmiech nadpobudliwego człowieka.
— Jesteście! — rzucił i posunął się na bok, robiąc im miejsce. — Jack! Merida!
Edward zaczął paplać jak najęty, kiedy usiedli przy nim. Sypał kiepskimi żartami, nawijał o quidditchu, drąc się im do uszu niemiłosiernie.
— ...myślałem nad naszym składem do drużyny — gadał Edward — musimy sprawdzić oczywiście tych z szóstej i siódmej klasy. Na pewno Leona Ramireza — tego z trzeciej, sprawdzić Julię, wiecie, tę z takimi, no, lokami, i Cecila... może Josepha... i Arthurusa, tego wiecie, z wytrzeszczem, no, ale koniecznie Adriana! O, tam siedzi!
Jack lekko się wychylił i dostrzegł Adriana Kellyego oraz siedzącą obok niego Annę. To, że ta para nie obściskiwała się jak przez połowę zeszłego roku szkolnego, stanowczo mówiło, że coś między nimi nie grało. Dziewczyna miała ściągnięte brwi, a w oczach chłód identyczny z tym, który dostrzegał w oczach Elsy, kiedy była zła. Gdy odpowiedziała coś swojej sympatii, Jack, nawet jeśli tego nie usłyszał, aż poczuł mróz bijący z jej słów. Mina Adrianowi od razu zrzedła.
— Chciałem z nim o tym pogadać, ale Anna odciągnęła go ode mnie! Jakby w ogóle nie zależało jej na dobru naszej drużyny! — poskarżył się Potter głosem urażonego pięciolatka. — Dobry obrońca jest na miarę złota, a on na eliminacjach do drużyny dwa lata temu był całkiem niezły! Ba, lepszy niż całkiem niezły! W przeciwieństwie do Weasleya... Merlinie, do tej pory mam bliznę po tym, jak wpadł na mnie, gdy rzucałem do pętli! Jeśli kiedykolwiek jakiś Weasley dostanie się do drużyny, to przysięgam, że zabiję tego idiotę, który go przyjmie!
— Adrian cię nie słuchał? — zdziwiła się Merida.
— Z resztą, jak zaczynasz tak nawijać, to się nie dziwię... — wtrącił Jack.
Edward spojrzał na niego nierozumiejącym spojrzeniem.
— Kiedy go nie przyjęliśmy w czwartej klasie, przecież płakał w szatni! — powiedziała Merida. — Nagle mu się odwidziało? I nie chce być w drużynie?
— Nie, może chce, ale mówię przecież, że Anka go odciągnęła! No, zanim mi odpowiedział — odparł żywo Potter. — No, ale postaram się go przekonać. Albo może znajdzie się ktoś lepszy!
Edward kontynuował wymienianie, kto powinien według niego należeć do drużyny Gryfonów. Merida komentowała każdą jego propozycję — zazwyczaj negatywnie. Wydawała się niezbyt chętna do rozmowy na temat quidditcha, chociaż zazwyczaj potrafiła przegadać o tym całą noc i dzień, i jeszcze jedną noc. Zerkała co jakiś czas w stronę drzwi, jakby kogoś wypatrywała. Jack wiedział, na kogo czeka — na Roszpunkę, podobnie jak on.
Edward jednak niespeszony ciągle gadał o kandydatach do drużyny.
— A nie lepiej zobaczyć, jak oni w ogóle latają? — zasugerował Jack.
— No... oczywiście, że tak — odparła Merida. — Jednak chyba warto rozeznać się, w kim mamy przebierać?
Jack w odpowiedzi tylko wzruszył ramionami.
Krzesła pracowników szkoły powoli były zajmowane. Na podeście pojawił się stołek, na którym mieli siadać pierwszoroczni, aby przydzielono ich do któregoś z czterech domów. Duchy — oprócz Irytka, którego Bulstrode wywlókł nie wiadomo gdzie — przenikały przez stoły i ciała zebranych. Ostatni uczniowie wchodzili do Wielkiej Sali. Pojawił się Czkawka już nieociekający szlamem, ale z twarzą czerwoną, jakby siłował się z Diabelskimi Sidłami — a Jack wiedział, jakie to było męczące. Zaraz po tym, jak pani Kelly weszła do pomieszczenia, przyszła również Elsa.
Wydawało się, że już wszystko z nią w porządku. Nosiła już czyste ubrania, pozbyła się zielonej mazi z włosów. Jedyną pamiątką po żarcie Irytka był opatrunek na czole. Zwracała uwagę innych i wydawało się, że nie tylko przez bandaż na głowie. Usiadła przy stole Ravenclawu tak daleko, że Jack lekko dostrzegał ją siedzącą pomiędzy wychylającymi się, wiercącymi Krukonami.
Miał wielką ochotę, aby przysiąść się do niej. Nie przejmował się tym, że podczas uroczystych uczt — na przykład na rozpoczęcie i zakończenie roku lub podczas Nocy Duchów — powinno się siedzieć z innymi uczniami swojego domu. Tylko pojawienie się pierwszaków go powstrzymało.
Zmoknięci, rozglądający się, nieco przerażeni i podekscytowani jednocześnie pierwszoklasiści szli w zbitej grupce prowadzeni przez profesor Ambler — nauczycielkę latania i historii magii, której wyglądem bliżej było do uczennicy niż typowej psorki. Jack dostrzegł na samym oglądającego wszystko z zachwytem Jamiego. Jak miał na nazwisko? Binns? Bennett? Jack nie był pewien. W każdym razie tego jedenastolatka, który zaczepił go w Hogsmeade.
Zgodnie z tradycją wniesiono Tiarę Przydziału — stary, brzydki, gadający od czasu do czasu kapelusz, dzięki któremu Jack zawdzięczał to, że był w Gryffindorze. Do tej pory pamiętał głosik tego kapeluszyska w głowie, kiedy dość szybko uznało, że Frost powinien być Gryfonem. Gdy tiara nie musiała lądować na głowach młodych czarodziejów — czyli przez prawie cały rok — mogła wykorzystywać czas na różnorakie rzeczy: zdobienie gabinetu dyrektora, zbieranie kurzu, prucie się... och, i oczywiście wymyślanie piosenek. Jack już przeczuwał, o czym opowie tegoroczna. Poznał ten utarty schemat: założenie szkoły przez wspaniałych Ravenclaw, Hufflepuff, Gryffindora i Slytherina, wypięcie się na pozostałych przez tego ostatniego i to, że Godryk zaczarował kapelusz, aby po jego śmierci wybierał uczniom dom.
Jack nie oczekiwał śpiewaniny tiary tak bardzo jak pierwszacy, którzy prawie mdleli z niecierpliwości.
Ceremonia Przydziału rozpoczynała się, a Roszpunka dalej się nie pojawiła. Nie miał pojęcia, czy uda mu się złapać po uczcie Elsę i z nią porozmawiać.
Wielka Sala ucichła, gdy na tiarze pojawiło się rozdarcie przypominające usta. Merida nachyliła się w stronę Jacka.
— Morozow siedzi przy stole nauczycielskim — szepnęła. — I jest w dość dobrym humorze. Chyba matka Roszpunki go nie dopadła... jeszcze — dodała z nadzieją.
— Tak... jasne. Jasne — odparł niezbyt przekonany. — Jeszcze go nie złapała.
Merida uśmiechnęła się kwaśno i wyprostowała.
Tiara otworzyła usta, z których wnętrza wydobył się śpiew docierający do najdalszych zakamarków sali. Później jeszcze długo dźwięczał Jackowi w uszach, gdy kapelusz zalano zasłużonymi oklaskami.
Profesor Ambler zaczęła tradycyjne wyjaśnienia, na czym polega ceremonia przydziału. Rozwinęła listę z nazwiskami pierwszaków.
— Anblue Jimmy — wyczytała.
Tiara wylądowała na głowie Jimmy'ego. Po przydzieleniu go do Hufflepuffu kolejni jedenastolatkowie otrzymywali przydział.
— Bennett Jamie! — Padło kolejne imię i nazwisko.
Jack przypomniał sobie, że właśnie tak nazywał się chłopak, z którym rozmawiał w Hogsmeade. Z nieco większym zainteresowaniem obserwował, jak Jamie siada na stołku, a kapelusz spada mu na oczy. Tiara długo zwlekała z decyzją, ku przerażeniu pierwszaka.
— Gryffindor! — oznajmiła głośno.
Jack dołączył do klaszczących Gryfonów.
Jamie ruszył w stronę stołu Gryffindoru. Szedł wzdłuż niego, aby usiąść rzy najmłodszych uczniach tego domu.
— Miałeś rację! — rzucił do Jacka, gdy przechodził obok niego.
Frost odpowiedział mu lekkim uśmiechem.
— Znasz tego dzieciaka? — zapytała Merida, wskazując na Jamiego siadającego przy dwojgu innych Gryfonów z pierwszej klasy.
— Zaczepił mnie w Hogsmeade — odparł Jack zdawkowo.
— Znaliście się wcześniej?
— Nie. Pierwszy raz go na oczy widziałem.
Merida uniosła rude brwi zdziwiona.
— Czego właściwie od ciebie chciał?
Jack zamyślił się na chwilę. Czego właściwie Jamie od niego chciał?
— Nie mam pojęcia — przyznał szczerze.
Oglądali Ceremonię Przydziału, która zresztą coraz mniej ich interesowała — jak innych w Wielkiej Sali. Profesor Ambler, będąc już przy literze K, musiała upomnieć starszych uczniów, aby byli ciszej.
Zapanowało jako takie milczenie. Wybita z rytmu profesor Ambler odnalazła odpowiednią osobę na liście.
— Moonlight Timo...
Drzwi wejściowe zapiszczały lekko, ale wystarczająco głośno, aby rozproszyć uwagę uczniów. Do środka wślizgnęła się nowa szkolna woźna cała czerwona na twarzy. Przebiegła wzdłuż ściany, jakby nie chciała zwracać na siebie uwagi i przerywać, co jej się nie udało.
Starsza kobieta podbiegła do stołu nauczycielskiego. Nachyliła się nad dyrektorem i jego zastępcą, profesorem Dreamchildem. Opowiadała im o czymś żywo.
Jack wychylił się. Nie słyszał, o czym rozmawiali dyrektorzy z woźną. Ludzie siedzący przed nim wstawali, chcąc dostrzec więcej. Jemu udało się jedynie zobaczyć konsternację na twarzy Morozowa i zdziwienie w oczach Dreamchilda.
— Jak myślisz, o czym oni gadają? — zapytał Potter.
— A bo ja wiem... — odparła Merida.
Szemranie uczniów narastało. Nauczyciele coraz mniej byli zajęci Ceremonią Przydziału.
Profesor Morozow najwidoczniej ustalił coś z innymi członkami grona nauczycielskiego. Wstał i rzuciwszy odpowiednie zaklęcie, polecił wzmocnionym czarami głosem:
— Prosiłbym o ciszę, uczniowie — zadudnił. — Już za niedługo zajmiecie się ucztą. A tymczasem, profesor Ambler, proszę kontynuować.
Usiadł na krześle, posyłając tajemnicze spojrzenie Clevesowi i Dreamchildowi. Opiekunowie Gryffindoru i Ravenclawu wstali od stołu i ruszyli za woźną do wyjścia. Głowy uczniów odwracały się za nimi, dopóki nie zniknęli. Profesor Ambler kontynuowała Ceremonię Przydziału, chociaż teraz wiadome było, że uwaga wszystkich będzie jeszcze bardziej rozproszona.
— O co chodziło woźnej? — zastanawiała się Merida.
— Może zgubili czyjeś kufry — zasugerował Potter. — Przecież zgubili cztery lata temu połowę kufrów, gdy ten stary piernik, woźny...
— Nie zgubiliby kufrów — wtrąciła dziewczyna z naprzeciwka — ta nowa woźna wydaje się bardziej ogarnięta niż on!
Potter zamyślił się nad tym. Jack również myślał o tym. Przypomniał sobie Irytka, którego Bulstrode wyprowadził nie wiadomo gdzie.
— Ej, a co jeśli to Irytek? — pomyślał na głos. — Mógł się już obudzić i zacząć planować zemstę!
— Irytek? — podłapała jakaś dziewczyna siedząca kilka miejsc dalej.
— Hej, może to faktycznie Irytek! — szepnęła kolejna.
Merida nieco zmarszczyła nos.
— Irytek? Byłby w stanie wparować do Wielkiej Sali i namieszać, skoro tutaj jest Krwawy Baron? — zwątpiła.
Faktycznie. Jack nie sądził, że Irytek ryzykowałby konflikt z duchem patronującym Slytherinowi. Jeszcze gdy psotnik żył — psocąc nie gorzej niż pośmiertnie — naraził się temu duchowi. Jednak czy aż dwóch nauczycieli byłoby angażowanych w powstrzymanie zjawy podczas Ceremonii Przydziału?
— Może planuje coś poza Wielką Salą. Nie wiem, czy aż Dreamchild i Cleves muszą tam iść... Chociaż trzy lata temu, jak zrobił z podłogi w Izbie Pamięci ruchome piaski, to wtedy nawet stary Quan się zaangażował — przypomniał sobie Jack, dzieląc się tym z kolegami.
— Niby taki stary i słaby, a miał siłę na zrzędzenie przez pół roku, że tej jednej nocy się nie wyspał — parsknęła śmiechem Merida. Przyznała po chwili: — Może to faktycznie Irytek...
Jack, rozmawiając ożywiony ze znajomymi, nawet nie spostrzegł, kiedy ta Ceremonia Przydziału, w tym roku wyjątkowo olana przez starszych uczniów, skończyła się. Profesor Ambler, gdy zniknęła stołek, posłała zebranym przy stołach uczniowskich spojrzenie pełne dezaprobaty, ale nikt się tym zbytnio nie przejął. Zignorowana przez prawie wszystkich podopiecznych, zajęła miejsce wśród reszty kadry nauczycielskiej.
Dyrektor wstał. Zrobiło to znacznie większe wrażenie niż niezadowolone spojrzenie profesor Ambler.
Wyglądało to tak, jakby na ich oczach powstawała góra. Facet miał posturę nieco skarlałego trolla. Mierzył nieco ponad dwa metry i miał szerokie bary. Długa broda spływała mu aż do pasa. I w dodatku przypominał Świętego Mikołaja.
Pierwszacy milczeli jak zaklęci. Starsi cichli. Ale za to zaczęły odzywać się tęskne posiłku brzuchy. Jack, gdy usłyszał, jak mu kiszki marsza grają, uświadomił sobie, jak bardzo zgłodniał. Nie odzywał się ani słowem, licząc na to, że przemowa dyrektora będzie równie krótka jak zazwyczaj i już rozpocznie się uczta.
I, na szczęście, miał rację.
Mógł już zajadać się specjałami hogwarckiej kuchni, współczując Dreamchildowi i Clevesowi, których ta wyżerka omija z powodu Irytka. Rozmawiał z kolegami, śmiał się, ale z tyłu głowy pozostała myśl, że Roszpunka nie wróciła. Bulgotała niespokojnie. Gdy zostanie sam, kiedy już położy się do łóżka, pewnie wykipi i sprawi, że Jack zda sobie sprawę, iż szanse na spotkanie przyjaciółki umierają.
Czasami spoglądał w stronę stołu Krukonów, jakby mógł przeoczyć moment, kiedy Roszpunka przy nim usiadła. Niestety, nie było jej tam. Jego wzrok wędrował wtedy tam, gdzie siedziała Elsa. Dziewczyna, nie rozmawiając z nikim, częstowała się pysznymi potrawami. Nabierał coraz większego przekonania, że musi mu jak najszybciej wyjaśnić sytuację z Berthą oraz dlaczego nie pisała.
Posiłek dobiegał końca. Rozmowy gęstniały.
Jack usłyszał krzyki Irytka dochodzące z korytarza.
Dopiero po chwili zrozumiał, o co w nich chodziło. Poczuł, jakby pieczeń w sosie, pieczony kurczak, tuzin ciastek i cztery kawałki ciasta urządziły w jego żołądku dziką imprezę.
— Roszpunka tu jest! — Szturchnął Meridę tak, że udko kurczaka wypadło z jej dłoni i pacnęło na podłogę.
Jeszcze dźwięczał mu w uszach paskudny, stłumiony przez rozmowy głosik Irytka:
Uuu, na dywanik, do dyrektora! Tylko nie zapomnij pozbierać włosów z podłogi!


~*~*~*~

Cześć!
Ile to minęło? Miesiąc? Ponad. I znowu nie podoba mi się to, jak długo pisałam (ale wyolbrzymienie) ten rozdział. Miałam kilka porywów, kiedy napisałam po 2-3 strony na raz, ale przez resztę czasu szło mi to opornie. Mam wrażenie, że ten rozdział pisało mi się chyba najciężej.
Niedawno spotkało mnie miłe zaskoczenie — Hogwart skuty lodem został nominowany do tytułu Bloga Roku na http://ksiega-basni.blogspot.com/. Jeżeli chcecie, możecie zagłosować! :D
Mam nadzieję, że uda mi się w ferie napisać kolejny rozdział (albo przynajmniej w terminie okołowalentynkowym).

Pozdrawiam!

4 komentarze:

  1. Och, jestem pierwsza! No więc, witaj. Rozdział muzy dawno się pojawi, wiem to, ale przeczytałam go dopiero teraz. Tak się złożyło, tylko tyle powiem. Końcówka wyszła ci, chyba bo takie jest moje zdanie, najlepiej. Tak zagadkowo. Czyżby Roszpunka uciekła z domu..? To taka moja mała teoria. :) Czekam na kolejny rozdział. :) Pozdrawiam, Moonlight.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, fajnie, że wpadłaś :D
      Twoja teoria sprawdzi się (lub nie) w kolejnym rozdziale.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  2. Hej, jakbyś miała czas i zechciała poczytać coś, no nie wiem..., coś mojego :), to zapraszam do mnie. Strażniczka Gwiazd czeka z nowym rozdziałem...!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dużo było Jacka w tym rozdziale, ale to dobrze, bo bardzo go lubię :)
    Podobało mi się to, jak przejmował się Elsą i jej szukał wśród tłumu.
    Oj ten Irytek, co za rozrabiaka :D
    Pozdrawiam
    Arcanum Felis
    Resztę nadrobię w wolnej chwili

    OdpowiedzUsuń