poniedziałek, 6 marca 2017

Rozdział XXXVI — Uciekinierka

Elsa siedziała przy stole Ravenclawu z obolałą głową i kiepskim humorem. Odnosiła wrażenie, jakby Irytek stał się niewidzialny, i chcąc dalej żartować z niej, walił ją po czaszce młotkiem. Miejsce, gdzie oberwała wiadrem, promieniowało nieznośnym bólem potęgowanym przez głośne rozmowy pozostałych uczniów. Wlepiając zmęczony wzrok w ledwo ubrudzony jedzeniem talerz, marzyła tylko o jednym — aby po wykonaniu dzisiejszych obowiązków prefekta zniknąć na łóżku pod kołdrą i zapomnieć o tym parszywym dniu.
Tak bardzo pragnęła, aby po wakacjach znów pojawić się w Hogwarcie, chociaż jednocześnie się tego obawiała. Dostała to, czego pragnęła i równocześnie obawiała się.
Będzie dobrze — powtarzała w myślach uparcie przed wyjazdem. Nieprzyjemne przeczucia odnośnie do powrotu do szkoły nie opuszczały jej na krok. — Teraz, kiedy Anna już wie, może być tylko dobrze.
Przy tych zapewnieniach czuła nieprzyjemny posmak kłamstwa.
Pojawiając się w Hogsmeade, już po chwili spędzonej na głównej ulicy wiedziała, że nie będzie dobrze.
Wolałaby mieć tylko wrażenie, że ludzie się jej przyglądają, szepczą, oddalają się. Jednak to jej się nie tylko wydawało. W powozie okazało się, że nowy prefekt Gryffindoru musi usiąść obok niej. Ten piątoklasista miał minę, jakby w środku burzy ktoś kazał wspiąć mu się na czubek wysokiego drzewa stojącego w szczerym polu. Nakłoniono go do tego ryzykownego czynu, jakim było siedzenie obok tej okropnie niebezpiecznej Elsy Vintersen. Przez całą drogę, ilekroć powóz podskakiwał i przypadkowo ich ramiona się o siebie ocierały, prawie piszczał ze strachu. W pewnym momencie tak bardzo zaczął ją irytować, że faktycznie nabrała ochoty na potraktowanie go swoimi zdolnościami.
Bardzo się ucieszyła, kiedy wreszcie dojechali na miejsce. Myślała, że po wejściu do zamku sytuacja się polepszy, że reszta wieczoru upłynie bez zbędnych problemów i nieprzyjemności.
Na ziemię sprowadził ją deszcz z glutowatej mazi i uderzenie wiadrem w głowę. Do tej pory obijała jej się wewnątrz czaszki ta paskudna piosenka śpiewana piskliwym, świdrującym głosikiem Irytka. Część osób, do których nie dotarły wieści o książce Berthy Moore, zaczęło interesować się, o co chodziło w utworze zjawy. Na bank dowiedzą się o zdolnościach Krukonki — to tylko kwestia czasu.
Jeszcze — oprócz tych wszystkich okropieństw — był jeszcze Jack. Nie dała mu znaku życia od bardzo dawna, mimo że on w tym czasie zdążył wysłać jej kilka listów. Niektóre z nich czytała tylko powierzchownie, nie zagłębiając się w treść. Miała wyrzuty sumienia. Gdyby role się odwróciły, chyba umarłaby ze zmartwienia. Potem prześladowałaby Jacka jako duch.
Zbyt późno zdecydowała się na napisanie króciutkiej wiadomości. Nie zdążyła jej wysłać. Otrzymałby ją po rozpoczęciu roku szkolnego — to byłoby bez sensu.
Nie wiedziała, czy w ogóle pogadają tego wieczora. Nie miała siły. Poza tym Jack wydawał się czymś wyjątkowo zaaferowany.
Przestała katować niewinny talerz swoim ponurym spojrzeniem, jakby odpowiadał za wszystkie jej krzywdy, i przeniosła je na stół Gryffindoru. Jack i Merida rozmawiali ze sobą tak żywo, że Gryfonka prawie strąciła talerz na ziemię, wymachując dłońmi. Przed chwilą chcieli wyjść z Wielkiej Sali, ale woźna ich powstrzymała. Teraz wiercili się tak, jakby pogryzła ich chmara Gadkomarów.
Niedaleko nich siedzieli Anna i Adrian. Elsa poczuła przykre wyrzuty sumienia. Wiedziała, że nieco się posprzeczali. Znała przyczynę ich kłótni — była nią ona sama.
Naczynia zaczęły znikać. Pierwszacy głośno wzdychali, ekscytowali się, niepokoili, gdy sztućce wyparowywały im z dłoni, kiedy talerze rozpływały się w powietrzu. Starsi uczniowie nie przejmowali się tym — chyba że akurat na ich widelcach były nabite porcje jedzenia.
Głośne rozmowy po zakończeniu posiłku uciszył dyrektor. Do Elsy część rzeczy, które miał ogłosić, dotarła już podczas jazdy powozem, ale i tak się wyprostowała oraz nadstawiła uszu. Chciała dokładnie usłyszeć Morozowa, w przeciwieństwie do niektórych uczniów niezainteresowanych ogłoszeniami — czyli, szczerze mówiąc, większości.
— Jak co roku mam kilka ogłoszeń — zadudnił dyrektor.
Jego głos dopłynął do najdalszych zakamarków Wielkiej Sali. Zrobiło się znacznie ciszej, chociaż dało się słyszeć pojedyncze szepty i wyróżniającą się, żywą dyskusję Jacka i Meridy prowadzoną półgłosem.
Mężczyzna kontynuował:
— Pragnę powitać naszych nowych uczniów. Teraz, gdy już wiadomo, w którym domu jesteście, więc mam nadzieję, że poczujecie się w Hogwarcie po domowemu! Również witam nową woźną, panią Ultriss, która będzie dbała o porządek w naszej szkole. Pragnę także poinformować pierwszoklasistów o kilku zasadach, a starszym je przypomnieć.
Wymienił najważniejsze zakazy i nakazy, spoglądając szczególnie na niekórych. Jak na razie Elsa nie usłyszała niczego nowego: nie chodzić po nocach po korytarzach, nie odwiedzać Zakazanego Lasu — a jeśli już, to zabrać ze sobą sos, aby zostać przynajmniej pyszną przekąską dla leśnych bestii.
— Jednak pragnę poinformować was o kilku nowych zasadach — podkreślił. — Rozmawialiśmy z zaniepokojoną radą nadzorczą. Po wielu dyskusjach podjęto decyzję o tym, że każdy uczeń po powrocie do dormitorium na noc, musi wpisać się na listę obecności. Dyżurować przy liście będą prefekci domów, to oni co wieczora będą zanosić ją do opiekuna domu.
W Wielkiej Sali rozległo się ciche szemranie.
— Oprócz tego — kontynuował mężczyzna — Ministerstwo Magii, w trosce o bezpieczeństwo młodych czarodziejów i czarownic, zarządziło dodatkowe lekcje obrony przed czarną magią. Zajęcia będą odbywały się w trzech grupach. Pierwsza grupa: uczniowie pierwszych dwóch klas. Druga: klasy trzecie i czwarte. Oraz trzecia: pozostali, najstarsi uczniowie. Godziny, w których będą się odbywały, zostaną wpisane w wasz plan zajęć, a opiekunowie domów dokładnie opowiedzą...
Wielu nie kryło swego rozczarowania dodatkowymi lekcjami. Później jednak przeszedł do milszych rzeczy: ogłoszenia o naborach do drużyn quidditcha, przypomnieniu o Pucharze Domów...

~*~*~*~

— To ile osób w końcu nie wróciło? — spytał z zaciekawieniem Czkawka.
Szli we dwoje w stronę gabinetu dyrektora, zakłócając martwotę korytarzy. Zanim udało im się zmusić wszystkich obecnych Krukonów do potwierdzenia swojej obecności, minęło sporo czasu. Było już po północy, gdy nareszcie ostatni — Joseph Williams — podpisał się.
Elsa zerknęła na ściskanie papiery. Była tak zmęczona, że litery zlewały się w jedną, czarną, nijaką breję na jasnym tle.
— Sześcioro nie wróciło — odparła.
Czkawka kiwnął głową. Mogła przysiąc, że pomyśleli o tym samym. Wśród tych sześciu nieobecnych osób znajduje się również Roszpunka.
— Miło by było, gdyby Roszpunka jednak wróciła... — wymamrotał Czkawka, szurając stopami po posadzce, jakby nie miał siły ich unosić. W jego głosie brzmiała beznadzieja.
Elsa nie chciała jeszcze bardziej go dołować, dlatego nie przypomniała mu, jak nikłe są szanse na powrót długowłosej przyjaciółki.
Gdy skręcili w kolejny korytarz, mało prawdopodobne życzenie Czkawki się spełniło.
Długie, złociste włosy właśnie znikały za zakrętem. Tylko jedna osoba, którą Elsa znała — i Czkawka również — posiadała taką czuprynę.
— Poradzisz sobie? — rzucił chłopak do dziewczyny ściskającej listę obecności.
— Pewnie — odparła, otrząsnąwszy się z szoku. — Idź do niej.
Nie czekał ani chwili. Pognał za znikającymi, złotymi włosami.
Elsa ruszyła samotnie w stronę gabinetu dyrektora, który był już dosyć niedaleko. Nie mogła wyjść ze zdziwienia, że Roszpunka jednak powróciła, ale bardzo się z tego cieszyła. Lubiła długowłosą — najmilszą współlokatorkę. Poza tym wiedziała, że jej powrót bardzo ucieszy również innych, między innymi Jacka.
Znalazła strażnika gabinetu dyrektora — kamiennego gargulca. Łypał na nią swoimi przeraźliwymi, martwymi oczkami.
— Świąteczne skarpety — wypowiedziała głośno hasło. Poznała je razem z innymi prefektami, aby móc kontaktować się bez problemu z dyrektorem. Jednak tylko dzisiaj ona i reszta prefektów mieli pojawić się w jego gabinecie i złożyć raport; później będą składać je opiekunom domów.
Posąg odskoczył posłusznie na bok. Elsa wstąpiła na kręcone schody, od razu łapiąc się za poręcz. Stopnie ruszyły powoli ku górze, do gabinetu dyrektora.
— Obawiam się, że on nas znajdzie! Merlinie, boję się ją zostawić. To mój największy skarb, największy... — Mówiła jakaś kobieta.
— Rozumiem, Gertrudo, ale dlaczego Mrok miałby zaatakować którąś z was? — zapytał spokojnie Morozow.
Elsa domyśliła się, że dyrektor rozmawia ze zdenerwowaną matką Roszpunki. Nagle poczuła się bardzo nieswojo, ponieważ będzie musiała im przerwać. Nie chciała czekać i podsłuchiwać. Jak na razie miała podsłuchiwania po kokardy.
Kiedy tylko schody wprowadziły ją na piętro, od razu zrobiła krok, pokazując się dyrektorowi.
— Dobry wieczór. Przepraszam, że przerywam. Nie wiedziałam, że ktoś u pana jest, panie dyrektorze — powiedziała przepraszającym tonem. — Przyniosłam raport.
Dyrektor siedział za swoim biurkiem z palcami splecionymi na blacie. Kobieta zajmująca krzesło naprzeciw niego odwróciła się w stronę Elsy. Wyglądała pięknie w dopasowanej, szkarłatnej szacie i z kaskadą lśniących, czarnych loków opadających na ramiona. Jednak w jej twarzy, na której nie dało się dostrzec jakiejkolwiek zmarszczki, w zimnych, niebieskich oczach było coś, dzięki czemu matka Roszpunki sprawiała wrażenie osoby okrutnej i bezwzględnej.
— Och, nie szkodzi, Elso — odpowiedział dyrektor bez żadnych wyrzutów. Mówił teoretycznie do uczennicy, ale widocznie patrzył na gościa naprzeciw. — My i pani Taxos chyba już i tak skończyliśmy rozmowę, prawda?
Kobieta przez chwilę wydawała się chętna do zaprotestowania. Powstrzymała się. Wstała i ruszyła ku drzwiom eleganckim krokiem, uprzednio pożegnawszy się z Morozowem.
Elsa patrzyła, jak schody sprowadzają matkę Roszpunki na dół. Podeszła do biurka dyrektora.
— Jeszcze raz przepraszam — wspomniała, kładąc raport na blacie.
Mężczyzna podsunął papiery do siebie, marszcząc brwi. Machnął różdżką w powietrzu, wyczarowując pióro i kałamarz. Elsa zaczęła się niepokoić. Zrobili coś źle, sprawdzając listę?
Dyrektor skreślił tylko jedno nazwisko z rubryki NIEOBECNI, wpisując je do OBECNI. To było nazwisko Roszpunki.
— Naprawdę, nic się nie stało — odparł dyrektor na pytanie Elsy, znikając kałamarz i pióro. Równo ułożył listy, jedna na drugiej. — Zdradzę, że Ravenclaw jako pierwszy przyniósł raport... Wydaje mi się, że na listy obecności od Gryffindoru będę musiał czekać do świtu. — Zaśmiał się. — Ale przynajmniej rozwiążę sudoku z ostatnich stron Proroka.
Elsa uśmiechnęła się, uspokojona. Morozow podsunął do siebie gazetę.
— Czkawka nie dotarł? — zapytał.
— Och, on... — Nie wiedziała, co odpowiedzieć.
— Pewnie spotkał się z panną Blumen, prawda? — domyślił się dyrektor, ratując ją od odpowiedzi. — Jakby pytał, to powiedz, że nie mam mu tego złe, że się u mnie nie pojawił.
Kiwnęła twierdząco głową. Dyrektor przyglądał jej się swoimi wesołymi oczami.
— Ja już wrócę do dormitorium, panie dyrektorze — zasugerowała.
Ruszyła ku wyjściu, kiedy już była przy schodach, spojrzała przez ramię.
— Dobranoc, panie dyrektorze — powiedziała.
— Dobranoc — odpowiedział, uśmiechając się. — Przy okazji: bardzo się cieszę, że wróciłaś razem z siostrą do Hogwartu. Mam nadzieję, że jakoś sobie poradzicie.
Elsa wiedziała, co dyrektor miał na myśli. Cicho podziękowała, wstępując na schody, które powiodły ją na korytarz.
Również cieszyła się, że wróciły do Hogwartu. Także miała nadzieję, że jakoś sobie poradzą. Jednak po tym dniu nawet to jakoś wydawało się wręcz niemożliwe.

~*~*~*~

Jack i Merida nigdy nie wstali tak wcześnie w pierwszy dzień szkoły. Nie żeby ich nadzwyczajnie wczesna pobudka wiązała się z pragnieniem poznania nowego planu, chęcią dobrego rozpoczęcia roku szkolnego czy niespóźnienia się na pierwsze lekcje. Jedynym powodem, dla którego zwlekli się tak wcześnie z łóżek, była ich przyjaciółka.
Kiedy buszowali do bladego świtu, kilka razy wybierali się na nielegalny, nocny spacerek do dormitorium Ravenclawu. Merida nawet wspominała coś o jakiejś Pelerynce-niewidce, którą rzekomo posiada Potter (Jack nie odpuścił sobie przyjemności wyśmiania przypuszczeń koleżanki) i że jakoś ją pożyczy. Jakoś się złożyło, że w końcu nie zapytali Edwarda o niewidzialny płaszczyk ani nawet nie przeszli przez przejście pilnowane przez Grubą Damę. Mimo tego, że ciągle siedzieli w mieszkaniu Gryfonów, położyli się dopiero nad ranem.
Nawet krótki czas snu ich nie zniechęcał. Właśnie przebiegli przez połowę szkoły i walczyli ze schodami prowadzącymi do wieży Ravenclawu.
— Przysięgam... jeśli jej tam nie będzie... — dyszała Merida — to... ją znajdę... i osobiście...
— Uważaj, bo zaraz zemdlejesz... — rzucił Jack przez ramię.
Merida podarowała mu groźne spojrzenie, wlokąc się za nim ślamazarnie.
Doczłapali już na czwarte piętro.
— Nie mogłaś... wcześniej się pojawić?! — wydusiła Gryfonka lekko zziajana, ale w jej głosie nie słychać było wyrzutów.
Roszpunka pokonała kilkoma susami dzielące ją od Meridy stopnie.
— Będę jak najczęściej zmuszała się do chodzenia po schodach! — odparła ze śmiechem długowłosa, zamykając przyjaciółkę w uścisku.
Czkawka również zszedł na piętro, lekko uśmiechnięty. Roszpunka, kiedy skończyła ściskać Meridę, zaczęła przyduszać Jacka. Naprawdę nie wiedział, skąd ona miała tyle siły na tak mocne uściski.
— Jak się cieszę, że was widzę! — powiedziała Roszpunka.
— Fajnie, że wróciłaś — odparł Jack.
Roszpunka przypadkiem zaplątała go w swoje długie włosy. Niezbędna była pomoc Czkawki i Meridy, którzy pomogli mu oswobodzić się z tej pułapki.
Nie musieli nic wyjaśniać, nogi same poniosły ich ku Wielkiej Sali na śniadanie.
— Słuchaj, to jak udało ci się namówić mamę na powrót? — Merida jako pierwsza zapytała o to, co tak bardzo ciekawiło ją i Jacka.
Grupka pierwszaków zmierzająca naprzeciw nim spojrzała szczerze zaskoczona na dziewczynę o kilkumetrowych, ciągnących się po podłodze włosach. Jedenastolatkowie pokazywali palcami na właścicielkę niesamowitej fryzury.
— Właśnie. Czemu się tak awanturowała w Sali Wejściowej? — dodał Jack. — Bo to była ona, co nie?
Roszpunka pociągnęła za sobą włosy. Przez chwilę przygryzała niepewnie wargę. Już wiedział, że matka przyjaciółki nie zgodziła się ot, tak na jej powrót.
Czkawka pośpieszył z wyjaśnieniami:
— Uciekła z domu.
Nie... Ucieczki z domu nie są w stylu Roszpunki!
— Serio? — zdziwiła się Merida.
Patrzyła razem z Jackiem wyczekująco na przyjaciółkę.
— No... — zaczęła nieśmiało długowłosa, bawiąc się złotym pasmem — nie to, że uciekłam, tylko...
— Tylko uciekłaś z Julianem — poprawił ją Czkawka.
— Czkawka, ja już mam wystarczające wyrzuty sumienia, nie musisz ich wzmacniać — westchnęła.
— No co ty! — Rozłożył ręce w obronnym geście. — Ja nie mówię, że ta ucieczka to coś złego!
— Czekajcie, czekajcie, czekajcie. Przerwa! — wtrącił Jack.
Nie mógł zrozumieć, o czym mówili przyjaciele. Roszpunka miałaby uciec od swojej kochanej, nadopiekuńczej matki? Dodatkowo z Julianem? Jeśli dobrze się domyślał, o którego chodzi, to znaczyłoby, że Roszpunka zniknęła z prawie obcym gościem!
— Czy wy mówicie o tym, że ty, Roszpunko, zawinęłaś się z domu z Julianem? — upewnił się.
— Tak jakoś wyszło — potwierdziła Roszpunka. Pomimo jej słów i tak ciężko było wyobrazić sobie tę sytuację.
Merida wyprzedziła ich. Szła tak, jakby chciała zagrodzić im drogę.
— O jakim Julianie wy w ogóle mówicie? — zapytała, wymachując dłońmi.
— Mózgowiec nie poprawił ci na trwałe pamięci? — odparł Czkawka.
Gryfonka zmarszczyła brwi. Dopiero, gdy przyjaciele zaczynali parskać śmiechem, widząc jej minę, kiedy weszli do Wielkiej Sali, olśniło ją:
— ROSZPUNKO, NA LITOŚĆ BOSKĄ, KOBIETO, Z NIM?! — pisnęła wręcz na całe pomieszczenie. — Musiałaś uciekać z domu akurat z tym gnojkiem?! Co, zabrał cię w zamian za to, że wykupiłaś od niego jakieś lewe eliksiry!
Jack i Czkawka dalej podśmiewali się z Meridy.
— Wcale nie — odparła Roszpunka. — No... może trochę.
Meridzie opadły ręce. Gryfon patrzył pytająco na przyjaciółkę-uciekinierkę.
Usiedli przy jednym ze stołów i teraz już nie było ratunku dla Roszpunki. Zasypano ją gradem pytań i zmuszono do opowiedzenia całej historii.
Faktycznie uciekła, chociaż tego zupełnie nie planowała.
Pierwszego dnia szkoły, zamiast podróżować do Hogsmeade jak inni uczniowie Hogwartu, siedziała w swoim domu przy ulicy Pokątnej. Nie udało jej się wywalczyć powrotu do szkoły. Snuła się po mieszkaniu, jak sama stwierdziła — jak zjawa. Zdołowana i znudzona zeszła na parter, gdzie znajdował się sklep jej matki. Tego dnia pani Taxos akurat wyjechała po jakieś ważne składniki, więc interesem zajmowały się dwie pracownice. Cała sala była oblegana przez starsze czarownice. Dostrzegła jednak wśród nich wyróżniającą się osobę — chłopaka, który mógł mieć kilkanaście lat. Tacy bywalcy rzadko się zdarzali. Faceci zawsze czekali sfrustrowani, znudzeni lub załamani przed lokalem na swoje matki, siostry lub żony.
Z ciekawością obserwowała tego nietypowego gościa. Zauważyła, że wsuwa do kieszeni płaszcza fiolki z eliksirami. On kradł! Och, na litość boską, mogła się tego spodziewać! Jakimś sposobem go dorwała. To był Julian. Ten sam cwaniak, który rozprowadzał po szkole nielegalne eliksiry!
Roszpunka była gotowa zgłosić tę kradzież. Nie wykaraskałby się z tego!
Nawet próbował ją bajerować, ale to nie zrobiło na niej wrażenia. Jednak pomyślała o czymś innym. Wpadła na bardzo, bardzo okropny według niej pomysł. Serce jej kochanej matuli mogło pęknąć z rozpaczy! Jednak ona nie wytrzyma w domu... musi być w szkole! Nie wiedziała, jak samą dotrzeć do Hogwartu. Julek na pewno tam się wybierał — nosił już szkolną szatę.
Zawarli układ. Roszpunka nie powie zupełnie nic o tej małej kradzieży. Mimo że już miała wyrzuty sumienia, zmusiła Juliana, aby pomógł jej dostać się do szkoły. On, chociaż niechętnie, zabrał ją ze sobą.
Cel uświęcał środki.
Dotarli do lokalu, z którego uczniowie Hogwartu mogli dostać się do Hogsmeade. Kominkowy akurat zamykał. Julian próbował namówić go do tego, aby puścił jeszcze ich, a jednocześnie wmówić mu, że imię Roszpunki na pewno jest na liście. Prawie mu to się udało. Na szczęście, urok osobisty dziewczyny przekonał niechętnego kominkowego. Razem skorzystali z sieci Fiuu. Niestety, okazało się, że nie załapali się na powozy. W deszczu targali za sobą kufry, które grzęzły w świeżym błocie, kiedy szli przez ścieżkę otoczoną ciemnym lasem. Roszpunka kilka razy dostała ataku histerii, że chce wrócić do matki — szczerze przyznała to przyjaciołom. Powiedziała, że z drugiej strony, podczas wędrówki, napadał ją genialny humor, bo nie mogła doczekać się powrotu do szkoły.
Nieszczęście dopadło ich akurat wtedy, kiedy przekroczyli próg placówki. Matka Roszpunki zdążyła wrócić do domu i zorientować się, że nie ma w nim córki. Od razu wiedziała, gdzie jej malutkie dzieciątko zniknęło. Wpadła jak burza do Hogwartu, wściekła na wszystkich i wszystko. To właśnie ona zrobiła takie zamieszanie w Sali Wejściowej. Za wszelką cenę pragnęła wrócić z Roszpunką do domu, a na Juliana była gotowa rzucić nawet jakąś klątwę!
Nowa woźna szybko zaczęła wypełniać swoje obowiązki i po sprzeczce z panią Taxos, poinformowała o sytuacji dyrektora. Zaraz zainterweniowali profesorowie Dreamchild i Cleves, a później Bulstrode. Jack i Merida po uczcie próbowali znaleźć Roszpunkę, nawet wybiegli jako pierwsi z sali. Nie udało im się to, ponieważ uciekinierka, złodziej i nieco nadwrażliwa matka już byli w gabinecie dyrektorskim.
Roszpunka przyznała, że rozmowa była ciężka — O, losie, do końca życia nie skończę szlabanu u Clevesa, a Julek u Bulstrode'a... Jednak Morozowowi udało się jakoś przekonać panią Taxos do tego, aby jej przybrana córka została w szkole. Może rzucił na nią jakiś czar? Kto to wie...
Mimo tego, że Roszpunka w końcu postawiła na swoim, dalej czuła się źle i nawet nie kryła tego faktu.
Gertruda Taxos była jej przybraną matką i wiele osób o tym wiedziało. Kobieta przyjaźniła się z prawdziwymi rodzicami dziewczyny: Frederikiem i Arianną Blumenami — dobrymi zielarzami i twórcami eliksirów. Pewnego dnia jednak zbytnio zaryzykowali, tworząc nową miksturę. Niewiele z nich zostało, kiedy substancja niespodziewanie wybuchła. Gertruda znalazła tylko kupkę popiołu, która została po małżeństwie. Mimo że była załamana, postanowiła zająć się ich córką. Brak pokrewieństwa nie zmieniał faktu, że traktowała ją jak własne dziecko, a nawet z większą nadgorliwością. Dbała o nią jak o największy skarb.
— Wiecie co, ja już chyba się zabiorę — przerwał Czkawka, podnosząc się z ławki.
— Roszpunka mogła nawet nie wrócić do Hogwartu, a ty, kujonie, wolisz zmyć się na lekcje, zamiast jej słuchać? — Merida posłała mu zgorszone spojrzenie.
Wielka Sala szybko wyludniała się po gongu na lekcje. Jack nie miał ochoty dołączyć do osób śpieszących na zajęcia. Jeszcze nie usłyszał wszystkiego od Roszpunki! Zerknął na swój plan. Zajęty rozmową z przyjaciółką wcześniej nawet nie zwrócił na niego uwagi. Pragnął mieć teraz wolną godzinę. Niestety, jego nadzieje bezczelnie zepsuły starożytne runy.
— Przecież jeśli chcecie, możecie dalej gadać z Roszpunką — odpowiedział Czkawka. — Mnie opowiedziała wszystko wczoraj... Jack, idziesz na starożytne runy? Zanim Quan dokuśtyka z gabinetu pod salę, to może nawet nie zauważy naszego spóźnienia.
— Idźcie już — powiedziała Roszpunka, biorąc plan w dłonie. — Przecież mam teraz wróżbiarstwo!
Poderwała się i ruszyła ku wyjściu, chociaż tak naprawdę jeszcze nie skończyła mówić o swojej ucieczce i jej skutkach. Merida bez wahania ruszyła za przyjaciółką, oczekując dalszych wyjaśnień. Ona nie musiała się martwić — miała teraz godzinę wolną. Jack teoretycznie powinien udać się pod klasę starożytnych run. Jednak niezbyt go obchodziło, co powinien. Bardziej interesowała go historia Roszpunki — towarzyszył przyjaciółkom, olewając to, że spóźni się na swoje lekcje.
Odczuwał naprawdę ogromną ulgę, że będzie tak jak zawsze — on, Merida, Czkawka i Roszpunka. Ostatni rok szkolny okazał się dla nich nieco cięższy, ale jakoś to znieśli. Skoro piąta klasa była okropna, więc w szóstej powinno nie być żadnych problemów, tak w ramach sprawiedliwości... prawda?
— Zobaczymy się na przerwie — rzuciła Roszpunka.
Uśmiechnęła się przez ramię do Jacka oraz Meridy i otworzyła drzwi do klasy wróżbiarstwa.
— Roszpunko, właśnie Angelina przepowiedziała nam z fusów, że się spóźnisz... — Usłyszeli jeszcze głos nauczycielki, zanim Roszpunka trzasnęła drzwiami.
Zostali sami na korytarzu, słysząc tylko przytłumione głosy z sali.
— To jak... może zrobisz sobie wolne, skoro już się spóźniłeś? — zasugerowała Merida. — Chyba i tak niezbyt zależy ci na starożytnych runach.
— Nie no pójdę. Trzeba pokazać nauczycielom, że jednak przeżyłem wakacje i dalej będę dla nich utrapieniem — parsknął śmiechem Jack.
— I mamy kolejnego kujona w paczce — zaśmiała się.
Chłopak w jej towarzystwie dotarł do sali, gdzie odbywała się lekcja. Merida stwierdziła, że wróci do dormitorium.
Nacisnął na klamkę i lekko pchnął drzwi. Miał nadzieję, że uda mu się niezauważonym wślizgnąć do klasy. Plany pokrzyżowało mu piskliwe skrzypnięcie zawiasów.
I to tyle, jeśli chodzi o dyskretne wejście.
Szóstoklasiści, którzy jeszcze przed chwilą wpatrzeni byli w profesora, odwracali głowy w kierunku przybyłego. Czkawka uśmiechnął się półgębkiem do Jacka.
Spóźnialski odkaszlnął:
— Dzień dobry — ruszył naprzód. Rzucił dobrze znaną formułkę: — Przepraszam za spóźnienie.
Pierwszy dzień szkoły i już spóźniony? Profesor Quan nie dziwił się temu, gdy zaraz przypomniał sobie, że stoi przed nim Jack Frost, który zajmował wysokie miejsce w rankingu spóźnialskich.
— Dzień dobry. Frost, tak? Co cię zatrzymało, chłopcze? — zapytał starzec, celując w niego kredą.
— Zaspałem — palnął Jack, wzruszając ramionami.
Kilka osób parsknęło śmiechem. Stała wymówka. Mógłby postarać się o jakąś ciekawszą historię, ale jakoś tego dnia nie miał weny do tego.
— Zaspałeś — powtórzył nauczyciel — w pierwszy dzień szkoły?
— Jakoś się zdarzyło. — Uśmiechnął się szeroko. Czasami uśmiechem mógł coś zdziałać u nauczycieli, chociaż zazwyczaj było wręcz odwrotnie.
Quan odjął Gryffindorowi pięć punktów po czym pozwolił Jackowi usiąść. Część Gryfonów przejmująca się punktacją w Pucharze Domów chciała zabić delikwenta wzrokiem.
Chłopak zajął miejsce obok Czkawki, w ławce stojącej w pierwszym rzędzie, tuż pod nosem nauczyciela. Krukon nigdy nie potrafił wybierać dobrych miejsc.
Jack wpadł w połowie lekcji, więc nawet nie próbował zrozumieć tego, co tłumaczył Quan — i tak by mu się nie udało. Próbował porozmawiać z kolegą, ale profesor od razu go uciszał, grożąc odjęciem kolejnych punktów Gryffindorowi. Pozostało mu więc tylko niechlujne robienie notatek i bezsensowne bazgranie po marginesach dla zabicia nudy.
Na kolejnych lekcjach nauczyciele od razu zabrali się do roboty. Kilkoro z nich nawet zadało pracę domową! Podczas przerw Jacka ciągle oblegali znajomi. Praktycznie ciągle z kimś gadał, gdzieś szedł lub spisywał wspólnie zadania domowe.
Z wytęsknieniem czekał na przerwę obiadową. Siedzieli w sporej grupce, jedli obiad i wspominali wyniki SUM-ów.
Gryfon musiał przyznać, że poszło mu na SUM-ach lepiej, niż się spodziewał, chociaż nie przesadnie wspaniale. Korepetycje z Elsą okazały się skuteczne. Był pewien, że gdyby nie one, nie miałby nawet połowy tych SUM-ów, które ostatecznie zdobył. Dostał Wybitne z zaklęć, mimo że po egzaminie praktycznym spodziewał się najwyżej Zadowalającego. Zebrał aż trzy Powyżej oczekiwań: z transmutacji, obrony przed czarną magią i starożytnych run. Wywalczył trzy Zadowalające, między innymi z opieki nad magicznymi stworzeniami, astronomii i historii magii, ale tylko naukę tego ostatniego przedmiotu kontynuował. Zawalił natomiast eliksiry, a zielarstwo już po całości.
Jego wyniki, w porównaniu do wyników Roszpunki i Czkawki, wydawały się słabe, ale obiektywnie patrząc, były dobre. No, na pewno lepsze od Meridy, która zaliczyła tylko cztery SUM-y: z opieki nad magicznymi stworzeniami, zaklęć, obrony przed czarną magią i historii magii. Potterowi poszło nieco lepiej niż jej, ale nie tak dobrze jak Jackowi. Mimo tego był w stu procentach zadowolony ze swoich osiągnięć. Trudno, aby coś tak błahego jak wyniki ważnych egzaminów zasmuciły wiecznego optymistę tego rodzaju.
— Co tam SUM-y — rzuciła poirytowana Merida, kiedy Benedict się z niej naśmiewał. — Ja przynajmniej mam wolny czas na planie, w przeciwieństwie do was! I mogę wtedy obmyślić strategię, jak Gryffindor skopie Ravenclawowi tyłek na meczach! — Spojrzała na Czkawkę i Roszpunkę.
Kiedy lekcje się skończyły, a Jack i jego paczka szli korytarzem, dostrzegł kilka osób ściskających pod pachą książkę Berthy Moore. Wtedy sobie przypomniał o Elsie i powróciły do niego te wszystkie męczące pytania dotyczące jej. Zaczął żałować, że nie znalazł czasu, aby z nią porozmawiać.
Hej, ale to nic straconego! Przecież może porozmawiać z nią teraz, po lekcjach! Wystarczy tylko odłożyć torbę wypakowaną niepotrzebnymi teraz podręcznikami i już może wyruszyć na poszukiwania dziewczyny.
Odłączył się od przyjaciół i czym prędzej udał się do dormitorium. Gruba Dama wpuściła go do salonu, przez który jak zwykle o tej porze przewijało się mnóstwo uczniów.
— Hej, Frost! — zawołał ktoś, gdy Jack już wskoczył na pierwszy stopień schodów na klatce schodowej prowadzącej do sypialni chłopców.
Tuż obok zmaterializował się Benedict Wood — rówieśnik Jacka o lekko śniadej cerze, wyjątkowo niskim wzroście i gęstwinie ciemnych, kręconych włosów.
— To jak, zerkniesz na Kometę? — zapytał.
Jack skrzywił się. Całkowicie zapomniał o obietnicy lekkomyślnie złożonej Benedictowi. Tego wieczora miał zerknąć na jego miotłę, Kometę, i ją podreperować.
— Wiesz, mam akurat inne plany...
— Tym razem mi się nie wymigasz — zaprotestował Benedict, machając dłońmi. — Od dwóch lat ciągle obiecujesz mi naprawę. Uważaj, bo zmotywuję cię jakimś urokiem za te ciągłe obietnice bez pokrycia. Poza tym muszę mieć jakiś dobry sprzęt, w razie jakbym dostał się do drużyny!
Faktycznie, Benedict już dwa lata temu go o to prosił. Pomijając wszystko, to ile może zająć lekkie odświeżenie jednej miotły? Godzina, góra dwie? Jeszcze zdąży zobaczyć się z Elsą...
— Dobra — westchnął zrezygnowany. — Dawaj ją.
Gdy weszli razem do sypialni, rzucił ciężko torbę na łóżko i wrócił do salonu. Usiadł przy kominku — nigdzie indziej nie było miejsca — i czekał, aż kolega wygrzebie swój sprzęt do quidditcha z kufra.
— Jest! — rzucił z uśmiechem Benedict, zbiegając z klatki schodowej i unosząc w dłoni niczym trofeum swoją miotłę.
O Merlinie. Do końca życia będzie przy niej dłubał!
Kometa Benedicta była okropnie zmaltretowana. Chyba nikt nigdy nie wymieniał w niej witek, lakier odłaził od drążka, metalowe części pokrywała cienka, rudawa warstwa miedzi. To dało się dostrzec już z oddali.
— Wygrzebałem ją na strychu — poinformował Benedict, podając Jackowi miotłę.
— To widać — odparł szczerze.
Wziął miotłę w dłonie i dokładnie obejrzał. Przypuszczał, nie, wiedział!, co jej dolegało, chociaż nigdy jej nie używał. Latała ociężale, nie wyrabiała na zakrętach i miała opóźniony czas reakcji. Takie odnosił przeczucie — a jego przeczucia co do mioteł praktycznie zawsze się sprawdzały. Już miał świadomość, że ta naprawa nie będzie tylko lekkim odnowieniem.
— To jak? Da się z nią coś wykombinować? — zapytał Benedict.
— Zobaczymy — stwierdził Jack, lekko obracając miotłę w dłoni. — To okropny gruchot.
Zajął się jak na razie tylko rzucaniem zaklęć, które miały poprawić jej zwrotność i czas reakcji. Okazało się to jednak bardzo pracochłonne. Nie mógł przerwać czarowania w połowie, ponieważ wtedy efekty mogły zniknąć. Miał jednak głupią nadzieję, że szybko skończy pracę.
Cóż, to pragnienie się nie spełniło.
Późno ukończył pierwszy etap naprawy. Wiedział, że nie ma szansy spotkać Elsę. Czkawka mówił, że cały tydzień co wieczór będą we dwoje pilnowali, aby wszyscy wpisali się na listę obecności. Nie było więc możliwości spotkać jej poza dormitorium o tej porze.
To jednak nic straconego. Może jutro jakoś ją złapie...


~*~*~*~


Jestem niezadowolona sama z siebie. Powinnam ten rozdział napisać dwa razy dłuższy i opublikować w lutym. Proszę, wybaczcie mi długość tej części — po prostu uznałam, że za długo się nie odzywałam. Planowałam zawrzeć w niej o wiele więcej, jednak jak mówiłam, głupio byłoby mi kazać Wam czekać nawet do kwietnia. Początkowo, pod koniec stycznia, zupełnie nie ciągnęło mnie do pisania Hogwartu skutego lodem. Jakoś straciłam motywację i chęci. Potem zajęłam się one-shotem, którego za niedługo opublikuję. Poinformuję Was, kiedy się pojawi. Może Wam się spodoba... W każdym razie później, gdy już miałam na to ochotę, zabrakło mi czasu. Przygotowania do konkursu, sprawdzianów, próbnych egzaminów... to mnie skutecznie odciągało od pisania.
Dobra, ale koniec tych żałosnych usprawiedliwień.
Miłego wieczoru.

Pozdrawiam!


2 komentarze:

  1. No, będę pierwsza! Jack zapomniał o Elsie? Coś nieprawdopodobnego..
    Rozdział długi, tak jak lubię. Jest co czytać i to jest fajne :D
    Czekam na next :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszę się, że wszyscy wrócili do Hogwartu. Nie spodziewałam się, że Roszpunka może uciec z domu :D Jestem ciekawa rozmowy Jacka z Elsą
    Pozdrawiam
    Arcanum Felis

    OdpowiedzUsuń