piątek, 31 marca 2017

Rozdział XXXVII — Eli-eli-eliminacje!

— H-HEJ... T-TY CHE-CHE-CHERLAKU! — wydukał ktoś pijanym głosem.
Jack zatrzymał się w półkroku. To było do niego? Rozejrzał się i dostrzegł, jak stwór z ogromnej kartki wskazuje na niego krzywym paluchem.
— Chcesz... gra-grać w dru-dru-dru-żynie? — zaoferował namalowany.
Merida przygryzała od wewnątrz policzek, w skupieniu mażąc kartkę czerwoną farbką. Jack, chociaż miał zamiar wyjść, zawrócił i zawisł nad pracującą przyjaciółką, zaglądając jej przez ramię.
— To będzie nasz plakat o naborze do drużyny? — zapytał.
— PRZYJDŹ... NA-NA ELI-ELI-ELIMiNACJE! — ryknął namalowany facet, uśmiechając się dosłownie od ucha do ucha.
— Tak — odparła z dumą dziewczyna.
Wzięła na siebie wykonanie plakatu. Twierdziła, że zrobi go najlepiej, bo najbardziej zna ducha drużyny. Czy faktycznie go znała? Trudno określić. Patrząc na jej dzieło, Jack mógł tylko szczerze wątpić, aby posiadała smykałkę do malowania.
— Co o nim myślisz? — spytała Merida. Lekko się odchyliła, aby mógł podziwiać to dzieło sztuki.
— Wiesz... — Przyjrzał się.
Dziwnie nieproporcjonalny facet w gryfońskiej szacie do quidditcha szczerzył białe zęby błyszczące bardziej niż puchary w Sali Trofeów. Uginał się pod ciężarem brązowawych, lśniących, jakby wysmarowanych oliwką, mięśni. Oplatały go krzywe napisy:


PRZYJDŹ NA ELIMINACJE DO DRURZYNY!
JUŻ W NAJBLIRZSZĄ SOBOTĘ!


— Hm... — zastanowił się Jack. — Jakbym wypił kilka kieliszków Ognistej, na popitkę wziął piwo kremowe, a dodatkowo oberwał tłuczkiem w głowę... to powiedziałbym, że cudny i stawiłbym się bezwarunkowo na eliminacjach.
— Co ci się niby nie podoba? — spytała lekko zirytowana Merida, spoglądając na swoje dzieło.
— Ten facet wygląda, jakby ktoś próbował transmutować go w drożdżówkę. Poza tym nie irytuj się. Sama chciałaś, abym powiedział, co o tym myślę. — Wzruszył ramionami.
Wywróciła oczyma.
— Zapomniałam, w jaki sposób myślisz, kiedy pytałam o opinię — mruknęła, na co on w odpowiedzi parsknął śmiechem. — To pomóż mi to przynajmniej zawiesić.
Co prawda miał już wychodzić, ale mógł poczekać chwilę, aż Merida skończy mordować swoje dzieło. Usiadł naprzeciw niej, przyglądając się, jak ona bestialsko maże namalowanego faceta kolorowymi, jaskrawymi farbkami.
— Ty, dziewczyno, masz... masz... dużo siły! — gadał gracz-drożdżówka. — Je-jeśli równie mocno rzucasz, jak ściskasz pędzel, przyjdź n-na eli-eli-eli...
Zaczęła ciapać mu po twarzy, więc musiał się zamknąć. Brutalnie traktowała jego i tak niezbyt dobrze namalowaną gębę.
— Hm... a gdyby mu tak domalować krew i rany, że niby wiesz, Jack? Że niby walczył czy coś, duch drużyny, waleczny... — mruczała Merida.
Zawodnik zaaprobował ten pomysł, chociaż jego jaskrawa, pomarańczowobrązowa skóra w jednej chwili zrobiła się trupio blada z przerażenia.
— Nie umiesz malować krwi i ran — przypomniał Jack, bujając się na krześle.
— To może ty się na coś przydasz i ty spróbujesz? Przecież też jesteś w drużynie, zaangażuj się. — Wcisnęła mu do dłoni pędzel.
Okazało się, że nieco lepiej szło mu niż Meridzie. Pogodziła się chyba ze swoją beznadziejnością w sztukach plastycznych, bo teraz zaczęła dyrygować jego pracą. Jej wizje plakatu i zachcianki stawały się coraz bardziej trudne, pokręcone i kiczowate.
— Namaluj smoka!... O, wiem, niech zieje ogniem! Więcej tych płomieni, Jack! WIĘCEJ! I ten gracz niech ma tarczę i miecz. Ale nie takie, mają być złote!... Wiem, niech ten zawodnik ma tatuaż z chimerą! Wiesz, taki nasz żart na wyłączność...
W końcu, czując, że spóźni się na umówione spotkanie — a akurat ono było jednym z nielicznych, które uważał za ważne — rzucił pędzle, pomimo kolejnych poleceń przyjaciółki.
— Koniec. Możemy już mieć puchar w Sali Trofeów za najbrzydszy malunek świata — podsumował, wstając od stołu.
Przynajmniej namalowanemu graczowi quidditcha podobało się to, co działo się na plakacie. Prężył błyszczące muskuły. Wymachiwał lśniącym mieczem. Zaczepiał dziwne stworzenie, które miało być smokiem, a bardziej przypominało smutną jaszczurkę pragnącą uciec z tego dzieła sztuki.
Wzięli je we dwoje i ruszyli z nim na drugi koniec pokoju wspólnego.
— To nasz plakat? — zapytał Potter, kiedy Merida i Jack przyszpilali tę ogromną kartkę na środku tablicy ogłoszeń.
On i kilkoro innych Gryfonów otoczyli półkolem przyczepiających informację o eliminacjach do drużyny. Namalowany gracz był wniebowzięty.
— H-hej, ty! — Wskazał palcem na Adriana Kelly'ego, który przed chwilą wyśmiewał się z jego krzywej twarzy. — T-tak, ty... cherlaku! Przyjdź n-na eli-eli-eliminacje... zo-zo-zobaczymy, czy tam też będziesz ko-ko-kozaczył!
— Taki mam zamiar — odparł chłopak pewnie.
— Więcej was nie było? — Anna przepchnęła się przez rosnący tłumek.
Jack niechcący przesunął dłonie. Rozmazał jeszcze świeżą farbę. Anna przyglądała się namalowanemu graczowi, który buńczucznie i głośno rzucał wyzwania zebranym.
— Mogłabyś wreszcie przestać bawić się z tą taśmą i to przykleić? — burknął Jack do Meridy. — Ręce mi mdleją.
— Patrzcie, jaki nasz najlepszy szukający delikatny! — rzuciła kapitan drużyny do obecnych.
Kilka osób parsknęło śmiechem. Ona łaskawie, nareszcie przestała bawić się z taśmą i zaczęła przymocowywać plakat.
Chwilę później namalowany gracz, już przytwierdzony do tablicy, terroryzował wszystkich w salonie, aby pojawili się na eli-eli-eliminacjach. Jack nie miał okazji usłyszeć, co o jego i Meridy dziele — niewątpliwie wspaniałym — sądzą inni. Szybko wyszedł z dormitorium.
— Bo nie mogłem się nie upaprać — mruknął sam do siebie, gdy na korytarzu spostrzegł, że ma dłonie brudne w farbie.
Skręcił przy okazji do łazienki, szybko opłukał ręce i już mógł ruszyć na spotkanie, na które i tak zresztą się spóźnił. Przedostał się do Wielkiej Sali, gdzie się umówił.
Dostrzegł dziewczynę jeszcze zanim przekroczył próg pomieszczenia. Siedziała przy jednym ze stołów w środku hałasu, wyraźnie czekając na kogoś. Nie wyglądała na zniecierpliwioną — pewnie spodziewała się jego spóźnienia, a mimo to postanowiła pewnie z grzeczności nie zabrać niczego dla zabicia nudy: książki, krzyżówki czy robótki ręcznej.
Kiedy go zauważyła, uśmiechnął się na przywitanie. Odwzajemniła ten gest, chociaż dość słabo.
Nareszcie znaleźli z Elsą chwilę na spotkanie. Podczas przerw mogli zamienić zaledwie kilka zdań. To stanowczo za mało. Przyczepił się do niej, kiedy szła na eliksiry, a on już skończył zajęcia. Chciał, aby nareszcie wyjaśniła mu kilka rzeczy, aby mógł powiedzieć, jak bardzo irytowała i niepokoiła go nieodpisywaniem na listy oraz po prostu spędzić z nią czas. Brakowało mu jej podczas wakacji. Co było dość zabawne, bo w zeszłe lato zupełnie nie tęsknił.
Elsa wstała od stołu, gdy do niej podszedł. Powiedziała coś, ale prawie wcale jej nie usłyszał.
— Możesz powtórzyć? — Wolał się upewnić.
— Masz farbę na twarzy.
Przejechał dłonią po policzku — była czysta.
— Na tym drugim.
Tym razem na ręce pozostała niebieskawa smuga. Elsa wycelowała w jego twarz różdżką. Szepnęła pod nosem zaklęcie. Poczuł przyjemne łaskotanie na twarzy. Wiedział, że już nie wygląda, jakby pobił się z plakatem, który współtworzył.
— Dzięki. — Uśmiechnął się.
Odparła coś cicho. Domyślił się, że to było: nie ma za co. Tak samo jak domyślił się, że dziewczyna ma nie najlepszy humor.
Tak jak większość uczniów zaraz zdecydowali się na wyjście na zewnątrz. Lato kończyło się, więc trzeba było wykorzystywać je przy każdej okazji. Słońce przyjemnie grzało, wiał lekki wiaterek. Nogi same skierowały ich w stronę jeziora, którego wody błyszczały w złotych promieniach.
Jack nie czekał, aby zadać nurtujące go pytania.
— Elso, co się działo u ciebie w wakacje? — zapytał prosto z mostu. Dodał sarkastycznie: — Było ciekawie, co nie?
Ciekawie — parsknęła ponuro.
W słońcu jej włosy wydawały się jaśniejsze, a piegi na twarzy wyraźniejsze. Miała minę, jakby samo wspomnienie o wakacjach przyprawiało ją o mdłości.
— Odwiedziła cię Bertha Moore, prawda? — zapytał. Z jego głosu zniknął ironiczny ton.
Chciał dowiedzieć się, co naprawdę wydarzyło się u Elsy. Jaka historia stała za ilustracją w książce Berthy Moore? Jak dziewczyna przekonała rodziców do powrotu do szkoły? Czy Anna dowiedziała się o jej zdolnościach? Teraz, kiedy spacerowali ramię w ramię w stronę przyhogwarckiego jeziora, nie czuł już potrzeby zadawania pytania o to, dlaczego nie pisała. Nie myślał już o swoim planie zrobieniu teatralnych wyrzutów.
Elsa lekko pokiwała głową. Wpatrywała się w ścieżkę, którą szli.
— Była u nas, ale tego pewnie się domyślasz — przyznała. — Przyszła jakoś koło dwudziestego lipca, chyba w niedzielę... Tobie też przesłała tę książkę, prawda? Jack, to co tam widziałeś, na tej ilustracji... ja naprawdę nie chciałam. Nie wiem, kiedy straciłam nad tym kontrolę. Naprawdę, nie chcia...
— Spokojnie. Przecież wiesz, że ci wierzę. A skoro ja ci wierzę, to na pewno masz rację. — Uśmiechnął się do niej krzepiąco.
Czuła się winna. Nie chciał, aby miała poczucie winy. Nie zrobiła tego specjalnie!
Spojrzała na niego z wdzięcznością. Sam poczuł się lepiej. Chyba udało mu się nieco ją uspokoić. Zastanawiał się, czy pytać dalej, ale ona sama pośpieszyła z opowieścią.
— Rozmawiała z rodzicami w salonie — opowiadała, chociaż z oporem. — Próbowałam podsłuchiwać, ale...
— Niech zgadnę, przyłapali cię?
— Wyszło na jaw, że nie umiem dobrze podsłuchiwać — wymamrotała.
— Zawsze będę mógł cię podszkolić.
— Zaprosili mnie do pokoju. Bertha chciała mnie przesłuchać, mnie i moich rodziców, do swojej książki — mówiła dalej. — Od początku wydawało się, że jej wizyta narobi bałaganu. Już po chwili rozmowy miałam wrażenie... że ona wie. Że ona wie o tym. Staraliśmy się jednak z rodzicami grać. Dopóki nie przyszła Anna...
Jack przypomniał sobie tę ilustrację z książki Berthy. W rożku dało się dostrzec Annę, która kuli się przed zimowymi promieniami. Gdzieś dalej, nieco rozmyte, były dwie sylwetki — tak przynajmniej mu się teraz wydawało — może to państwo Vintersenowie.
Znaleźli się już przy jeziorze. Kilkoro młodszych uczniów brodziło tuż przy brzegu, ciągle ubrani w szkolne szaty. Grupka dziewcząt wylegiwała się na kocu w cieniu. Jakiś młodszy chłopak próbował zaklęciami zbudować zamek z piasku, ale wieżyczki były całe może przez kilka sekund, po czym się rozpadały.
Szybko zdecydowali, że przejdą się dalej, wzdłuż brzegu, i zatrzymają na pomoście. Po kilku krokach i zapadaniu się w piachu uznał, że lepiej iść bez butów, a Elsa poszła w jego ślady.
— Mówiłaś o Annie — przypomniał.
— Tak, tak... Anna przyszła do nas, a wtedy Bertha naprawdę rozpętała burzę. Ona mnie podpuszczała. Podsycała ciekawość Anny. Liczyła na to, że wydarzy się coś spektakularnego. I się wydarzyło...
Wokół jej dłoni zaiskrzył szron, który szybko rozpłynął się w ciepłym, letnim powietrzu.
— To zmierzało w złym kierunku... Bertha wspominała o moich mocach, Anna się tym ciekawiła, rodzice się denerwowali, a ja... — Zadrżała. — Ja do tej pory żałuję, że puściły mi nerwy...
— Elsa, każdemu zdrowemu na umyśle człowiekowi puściłyby nerwy, gdyby taka jędza jak Moore go podpuszczała! — zaprotestował Jack.
— Tylko że nie każdy zdrowy na umyśle człowiek ma takie zdolności jak ja. To moja wina, powinnam nad tym zapanować, nie dać się ponieść emocjom...
— Przestań powtarzać, że to twoja wina — rzucił ostro.
Wspięła się na molo, a on tuż za nią. Deski były twarde, chłodniejsze niż gorący piasek.
— Dałam jej materiał do książki. Nie zapanowałam nad sobą... Co prawda moi rodzice szybko wyczarowali bariery ochronne, ale gdyby nie to... Mogłam trafić kogoś w serce. Wtedy nie byłoby ratunku... — Jej głos stawał się niespokojny.
— A nie pamiętasz, jak mówiłaś, że czekaj... to miłość czy coś w tym guście mogłoby wtedy pomóc? — zapytał. — Więc czemu tak się tego boisz? Nawet gdybyś rąbnęła Berthę, nawiasem mówiąc, należało się jej, to jej wielbicielki uzdrowiłyby ją mocą pozdrowień, uścisków i całusów.
Parsknęła śmiechem, w którym nie było ani krztyny radości czy rozbawienia.
— Ty naprawdę wierzysz, że miłość mogłaby w takim wypadku coś zdziałać? To tylko jakieś bujdy zdziwaczałych trolli. To zdarza się tylko w baśniach... — Usiadła na krawędzi pomostu.
— Dlaczego nie może zadziałać? — zdziwił się. — Nie jestem superromantykiem, ale skoro ona tak często działa w legendach i baśniach, to może w takim wypadku też by działała? Wiesz, to gadanie o ziarnie prawdy...
— W legendzie o Mroku, jak się okazało, ona nie zadziałała.
Imię Mroka zawisło nad nimi jak ciężka, burzowa chmura. Samo wspomnienie sprawiło, że Jackowi zrobiło się jakby chłodniej. Dzień wydawał się mniej przyjemny.
— Przepraszam — szepnęła Elsa szczerze skruszona. Sama była zszokowana swoimi wcześniejszymi słowami. — Nie chciałam... nie chciałam o nim wspominać.
— Nie ma sprawy — odparł. Tak naprawdę już stracił zapał do rozmów na temat magicznej siły miłości.
Usiadł tuż obok dziewczyny. Jego nogi zwisały z pomostu, zanurzał stopy w chłodnej wodzie. Zrobiło się jakby ciszej.
— Ten dzień, kiedy odwiedziła nas Bertha, śni mi się po nocach — przyznała Elsa — to, jak to wszystko zamrażam, jak uciekam do ogrodu... Tylko że to wszystko jest straszniejsze, bo nagle nie trafiam do ogrodu, tylko do tych jaskini, w których byliśmy podczas trzeciego zadania...
Patrzyła w dal. Jej wzrok stawał się nieobecny. Jack słuchał, jak cicho opowiada o swoich snach. Czuł, jakby byli w nich wspólnie. Może nie przyznawał się do tego nikomu, ale koszmary męczyły również jego. Pojawiały się niespodziewanie i częściej niż kiedykolwiek.
— Witaj w klubie — powiedział, na wpół parskając śmiechem.
Uciekał przed Empuzą, która chciała go poślubić. Musiał pisać SUM-y z zasłoniętymi oczami i związanymi dłońmi, a w komisji zasiadały olbrzymy noszące skąpe przepaski biodrowe. Zamykano go w niewielkiej jaskini, gdzie otaczali go tylko dementorzy i ciemność. Błądził po ciemnych tunelach w bolesnym zimnie, szukając bezskutecznie Elsy, z przeczuciem, że stało jej się coś złego. Tonął w jeziorze; wśród pisku słyszał głos Mroka.
Elsa spojrzała na niego, jakby się upewniała.
Tak naprawdę Turniej Trójmagiczny jeszcze trwał dla nich. Tak samo jak dla całej magicznej społeczności. Jack przypomniał sobie ulicę Pokątną, którą odwiedził kilka razy tego lata. Ściany budynków poobklejane plakatami z instrukcjami odnośnie do bezpieczeństwa. Handlarze sprzedający amulety przeciw urokom i czapki zatrzymujące wyciek myśli z głowy. Apteki, do których dostarczano ogromne skrzynie eliksirów spokoju i dobrego snu. Rodzice, którzy kurczowo ściskali swoje dzieci za ręce i nie pozwalali im odejść choćby na krok. Tak było w lipcu, kiedy minął miesiąc od powrotu Mroka. Nic nie zmieniło się pierwszego września, trzy miesiące od finału zawodów. Można by powiedzieć, że atmosfera ciągłego przerażenia nawet się wzmocniła.
Zorientował się, że milczeli od dłuższej chwili. Nawet nie zauważył tego, kiedy zapatrzył się w błyszczące jezioro i ciemnozielone góry.
— Co było dalej? Z tobą i Anną. — Powrócił do tematu odwiedzin Berthy.
Delikatnie trącił Elsę w ramię. Otrząsnęła się z zamyślenia.
— Och... — westchnęła. — Później, jak mówiłam, wyszłam z domu. Siedziałam w ogrodzie i wróciłam dopiero w nocy. Wszyscy mnie szukali. — W jej głosie zabrzmiały lekkie wyrzuty sumienia.
— Anna w końcu dowiedziała się o twoich zdolnościach — powiedział.
— Dowiedziała się — potwierdziła.
— I jak zareagowała?
— Na początku, kiedy prawie przebiłam ją lodowym promieniem? — parsknęła ironicznie. — Tak naprawdę to widziałyśmy się dopiero dzień później... Przygotowałam się, że nie będzie łatwo.
Wcześniej wzbraniała się przed zamoczeniem stóp w wodzie, ale teraz to zrobiła.
— I nie było? Jak się pokłócę normalnie z Emmą to trudno nam się pogodzić, a co dopiero w waszym wypadku...
— Anna była bardzo skołowana, zresztą, nie dziwię się jej. Ja sama też nie mogłam się odnaleźć... To było takie dziwne. Opowiadać jej o tym wszystkim. Bez ukrywania niczego. Bez kłamstw. Ona była wkurzona, że zmieniono jej wspomnienia, chociaż jak się nad tym zastanowię, to bardziej nie mieściło się w głowie. Atmosfera przez kilka dni była niemiła. Z trudem normalnie rozmawialiśmy.
Nie dziwiło go to, że rozmowy o zimowych mocach były ciężkie. Anka dowiedziała się, że przez całe życie okłamywano ją, a dodatkowo zmieniono wspomnienia. Elsa musiała tłamsić prawdę w sobie, a kiedy ona wyszła na jaw, to w wyjątkowo przykry sposób. Jack miał wrażenie, że można by tego uniknąć, gdyby siostry wcześniej się dogadały. Wtedy wizyta i książka Berthy Moore może nie dotknęłyby tak bardzo Vintersenów.
— Z czasem, gdy wszystko sobie wyjaśnialiśmy i podchodziliśmy do tego z dystansem, było łatwiej — powiedziała Elsa. — Anna nie była już tak bardzo rozgoryczona. Wydaje mi się, że... że nie ma mi nic za złe... no, może tylko to, że tak długo się przed nią ukrywałam...
Jack klasnął triumfalnie w dłonie.
A nie mówiłem?! — rzucił. — Wiedziałem, że Anka nie będzie się na ciebie gniewać! Mogłem się z tobą o to założyć...
— Twoja strata, Jack.
— I jak? Teraz jest lepiej między wami?
Elsa zacisnęła lekko usta, zastanawiając się nad tym.
— Sama nie wiem... Mam wrażenie, że teraz obie wystartowałyśmy z czystą kartą. Na razie jednak zdążyłam sprawić, że Anka kłóci się z Adrianem.
Zauważył, że najsłynniejsze gryfońskie papużki nierozłączki mają niezbyt dobry okres. Nie robił nic w kierunku dowiedzenia się kto, z kim, jak długo, ile i gdzie.
— Pokłócili się przez ciebie? Dobre sobie. Pewnie Adrian spojrzał się na jakąś inną dziewczynę albo odwalił coś, albo...
— Pokłócili się, bo uważa mnie za dziwadło — przerwała Elsa. Głos miała bezbarwny, wypowiadając ostatnie słowo.
— Elsa, ty...
— Jack, nie tylko on. Moi rodzice właśnie tego się obawiali, że ja i Anna będziemy miały problemy po powrocie do szkoły! Jednak puścili nas do Hogwartu. Myślałam, że jakoś sobie poradzę… W Hogsmeade ludzie patrzyli na mnie, jakbym miała poodmrażać im głowy. Prefekt z piątej klasy był przerażony, umierał ze strachu, kiedy musiał jechać obok mnie w powozie. Ach, zapomniałabym — na wejściu oberwałam w głowę wiadrem od Irytka, który ułożył piosenkę o mnie i moich zdolnościach. Gdy przechodziłam korytarzem, pierwszoklasiści uciekli na mój widok. Ktoś za mną zawołał... — Przygryzła wargi. — Nie będę przytaczać...
W jej dłoni pojawiła się gruda lodu, którą cisnęła w wody jeziora. Plusnęło głośno, po czym ten lśniący statek zatonął w odmętach.
— Elsa... — Nie wiedział, jak ją pocieszyć. Dzięki Bercie klub Nie lubimy Vintersen znacznie się powiększył. — Może za niedługo im się znudzi...
— A tobie się znudziło przez te pięć lat? — spytała.
No nie — odparł w myślach. Kiedyś, gdy jeszcze szczerze jej nie lubił, łapał każdą okazję, aby ją upokorzyć. Poza tym, nawet gdyby nie było między nimi spięć, pewnie i tak wykorzystałby to, że ma zimowe zdolności, aby uprzykrzać jej życie. Teraz czuł się z tym paskudnie.
— Jakoś sobie z tym poradzimy — obiecał.
— I znowu mówisz my — zauważyła.
— Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo.
Uśmiechnęła się nawet. To nie mogło być tylko wrażenie.
Może mówił to w żartobliwym tonie, ale całkowicie szczerze, że zamierza pomóc. Miał nadzieję, że niedługo nikt nie będzie pamiętał o książce Berthy Moore i tym, co napisała o zdolnościach Elsy. Tak, za niedługo ta sprawa odejdzie w zapomnienie...
— Zapomną — powiedział, chociaż nie czuł się z tym stwierdzeniem zbyt pewnie.
— Byłoby miło. Jack, jeśli chodzi natomiast o to, że nie pisałam...
— Właśnie! Chciałem zrobić ci teatralne wyrzuty o to! — przypomniał sobie. — Przez półtora miesiąca zupełnie się do mnie nie odzywałaś. Dobra, gdybym do ciebie nie pisał, to rozumiem...
Teraz mówił przez śmiech, ale w wakacje, gdy nie otrzymywał odpowiedzi od Elsy, nie było mu zbytnio do śmiechu, kiedy myślał o niej. Mimo to powtarzał sobie, że wszystko z nią w porządku.
— Wiem, powinnam się odezwać — odpowiedziała. — Ja otrzymałam te wszystkie listy, ale... nie potrafiłam na nie odpowiedzieć. Wiem, to żałosna wymówka! Ale do końca wakacji nie byłam pewna, czy wrócę do Hogwartu, czy rodzice poślą którąś z nas do Durmstrangu, czy zostanę w domu, co z Anną... Próbowałam pisać o Bercie, ale nie umiałam... Zawsze to odkładałam na następny dzień...
— Następnym razem napisz cokolwiek. Na przykład: Hej, Jack. Jeszcze żyję. Całuski — zaproponował.
Przeszła mu już cała złość na to, że nie dawała żadnego znaku życia przez pół wakacji. Liczyło się to, że jego najgorsze przypuszczenia, na szczęście, się nie sprawdziły.
Elsa zaśmiała się.
W poszukiwaniu zajęcia wymyślili grę. Dziewczyna tworzyła nad powierzchnią jeziora lodowe tarcze, a on rzucał w nie śnieżkami, które wyczarowywała. Jednocześnie rozmawiali, ale już o milszych rzeczach. Jack opowiadał o swoich wakacjach. Musiał wstawać i brać ogromny zamach, aby dorzucać do najdalszych tarcz (mimo odległości trafiał prawie za każdym razem). Przytaczał, jakie męki musiał znosić, jadąc w jednym powozie z Jane Cleese. Elsa nie miała lepiej; opisała zachowanie młodszego prefekta — współpasażera. Gadali o SUM-ach — przyznała, że jest z niego dumna, co wyjątkowo mu się podobało — o nowych planach lekcji, dodatkowych zajęciach z obrony przed czarną magią, nauczycielach i uczniach. Jack namówił Elsę, aby również celowała do tarcz. Trafiła kilka razy — od razu wysnuł teorię, że pomaga sobie odpowiednim wiatrem. Przeszli później do tematu quidditcha i pięknego plakatu, który zdobi tablicę ogłoszeń w salonie Gryfonów. Rozmawiali jeszcze o mnóstwie innych rzeczy, powoli zbliżając się do finału ich gry.
Jack zakołysał się nad skrajem pomostu, kiedy wbrew ostrzeżeniom Elsy, próbował dorzucić do najdalszej tarczy. Nie mógł utrzymać równowagi. Już był blisko kąpieli w wodach jeziora. Dziewczyna w ostatniej chwili przytrzymała go za rękę i wciągnęła na molo.
— Mówiłam? — powiedziała. — Mówiłam, że tę tarczę zrobiłam za daleko, że nie powinieneś rzucać, a tym bardziej z rozbiegu?
— Ale i tak wygrałem — odparł pewny siebie.
— Powiedzmy, że był remis. — Zgarnęła szkolną szatę z desek.
— Wcale nie!
Podczas drogi powrotnej zawzięcie próbował przegadać jej, że to on wygrał. Nie zgadzała się z tym, twierdząc, że mieli identyczny wynik (ona liczyła). Odprowadził ją aż pod drzwi dormitorium Krukonów. Gadał z nią do samego końca, dopóki nie odgadła zagadki kołatki i nie weszła do środka.
Drzwi się za nią zamknęły.
— Pragniesz dostać się do dormitorium? — zapytał strażnik wieży Ravenclawu.
Dopiero to go otrzeźwiło. Wcześniej, przez dłuższą chwilę stał przy wejściu do domu Krukonów, uśmiechnięty od ucha do ucha.
— Nie, może kiedyś... Znaczy, nie — odparł.
Ruszył do swojego dormitorium jakoś dziwnie szczęśliwy. Czuł się jak po wygranym meczu quidditcha albo po naprawieniu jakiejś beznadziejnej miotły.
— Hasło? — zapytała Gruba Dama, przyglądając mu się.
— Hasło? — Z roztrzepania hasło do wieży Gryfonów jakoś umknęło mu z pamięci. Po kilku sekundach rzucił: — Nic nieznaczące pierdoły!
Obraz wpuścił go do salonu.
Plakat Meridy dorobił już się domalowanych wąsów i czarnych zębów.
— H-hej! Tak... do ciebie mó-mó-mówię! — Namalowany gracz powieszony na tablicy ogłoszeń wycelował w niego palcem. — C-coś taki ra-radosny... szukający! P-e-pewnie n-nie możesz doczekać się... eli-eli-eliminacji!
— Oczywiście, że tak — odparł Jack, chociaż niezbyt myślał o drużynie przez kilka ostatnich godzin.


~*~*~*~


— Nie spodziewałem się ich tylu — wyznał Potter, patrząc po kandydatach do drużyny.
Na boisku w rozsypce stało około trzydziestu osób ubiegających się o miejsce w drużynie. Może piękny plakat zachęcił ich do stawienia się na boisku? Przyszło trzech pierwszaków — którzy mogli mieć z maksimum dwie lekcje latania — nieco więcej drugoklasistów, ale najwięcej zebranych stanowili uczniowie klas od trzeciej wzwyż. Pojawiło się więcej dziewczyn niż na dotychczasowych eliminacjach, ale wydawało się, że części z nich w ogóle nie interesował quidditch. Szczerze — nie tylko ich. Dwoje chłopaków z piątej klasy kłóciło się i waliło miotłami po głowach. Kilkoro przyjaciół chichrało się, obgadując każdego po kolei. Zebrani byli głośni i nieokrzesani.
Idealni kandydaci! — pomyślał raźnie Jack.
— Jeśli ci dwaj będą tak naparzali na boisku, to biorę ich w ciemno! — Pokazał na dwóch chłopaków bijących się miotłami.
Przeczuwał, że te eliminacje będą ciężkie. To debiut Meridy, jeśli chodzi o samodzielny wybór członków drużyny.
— Wydają się niezbyt ogarnięci — stwierdził Potter.
Istnieją ludzie z dwoma obliczami, które ujawniają się w zależności od okoliczności. Tacy, co zazwyczaj są mili, ale jak się nie wyśpią, zabijają spojrzeniem. Albo ci, którzy zazwyczaj wydają się nieśmiali, a nagle potrafią przejmować inicjatywę. Niektórzy bywają marudni, jak nieco przyciśnie ich głód. Edward natomiast na boisku staje się poważniejszy (przynajmniej jak na niego). Odkąd tylko wkroczyli na murawę, ani razu nie zażartował.
Oni dwaj oraz Anna poszli do szatni po panią kapitan.
— I jak? — zapytała Merida, otwierając składzik, gdzie trzymano szkolne miotły. — Nadają się do czegoś?
— Może przyjdzie jeszcze ktoś, kto coś potrafi... — westchnął Edward.
Merida rzuciła część mioteł na podłogę. Twarz miała zaniepokojoną.
— Aż tak źle?
— No... — mruknął Jack. — Mogło być lepiej.
Wyglądała na coraz bardziej zaniepokojoną, wyciągając resztę sprzętu; pozostali członkowie drużyny jej pomagali.
— Nie przesadzajcie, chłopaki — powiedziała Anna. — To diamenty... tylko trzeba je trochę obrobić.
— Jeśli oni są diamentami, to nie chcę wiedzieć, jak wygląda quidditchowy węgiel — parsknął Jack.
Merida wzięła głęboki oddech. Szybko na jej twarzy pojawiła się pewna mina.
— Będziemy szukać do skutku — powiedziała. Spojrzała na miotły, które już wyciągnęli. — Ilu ich tam przyszło? Tyle mioteł wystarczy?
Wynieśli cały sprzęt na murawę, oczywiście pomagając sobie czarami. Merida, stanąwszy przed zebranymi, przybrała surowy i zdeterminowany wyraz twarzy.
Kilka osób przestało się wygłupiać, widząc kapitan drużyny. Jamie Bennett stanął wręcz na baczność — za duże ochraniacze opatulały go jak pancerz.
Na trybunach siedziało kilkanaście osób. Głównie byli to Gryfoni i przyjaciele osób na boisku.
Elsa, tak jak obiecała, zajmowała miejsce na widowni. Na kolanach miała jakąś książkę. Jack dyskretnie pomachał jej dłonią. Odpowiedziała tym samym. Chyba się uśmiechnęła — tak samo jak on.
— Oddaj to! — Jakaś parka siłowała się ze sobą. Chłopak ukradł dziewczynie czapkę.
— To co, zaczynamy? — zapytała Clover Anblue, ściskając kurczowo rozsypującą się miotłę.
— Właśnie! — odezwał się Jamie. Jack podziwiał jego entuzjazm. Wystarczyłoby, aby ten jedenastolatek lekko oberwał tłuczkiem, aby resztę roku szkolnego przeleżeć w skrzydle szpitalnym.
Merida wzięła głęboki wdech.
— Słuchajcie, chciałabym już zacząć eliminacje… — zaczęła.
— Chodź tu, ty palancie! — Chłopak przed nią zawołał do kolegi na trybunach.
Zignorowano ją. Jack wiedział, co to znaczy. Meridy się nie ignoruje.
— CISZA!
Jack od razu pożałował, że stał tuż obok niej. Krzyk sprawił, że chyba ogłuchł na jedno ucho. Głos pani kapitan potoczył się echem po stadionie. Publiczność całkowicie ucichła. Hałastra na murawie spojrzała nieco zdziwiona po sobie. Zamilkła i posłusznie wlepiła spojrzenie w Meridę; niektórzy byli lekko wystraszeni.
— JEŚLI KTOŚ PRZYSZEDŁ TU TYLKO PO TO, ABY SIĘ POŚMIAĆ, TO WON! DROGA WOLNA! — rzuciła wściekle Merida bordowa na policzkach.
Nikt nawet nie drgnął.
Kazano każdemu z kandydatów wybrać jedną ze szkolnych mioteł — aby było bardziej sprawiedliwie. Tylko nieliczni okazali się na tyle odważni lub głupi, aby uznać ten pomysł za niemądry. Pięć osób odpadło jeszcze przed wyborem sprzętu.
— To co? Lecimy! — zarządziła Merida.
Dosiadła miotły i jako pierwsza wzleciała na ponad kilkanaście metrów. Zaraz potem dołączył do niej Jack, reszta drużyny. Rekruci polecieli na rozwalających się miotłach.
Sędziowie zawiśli na środku boiska.
— DZIESIĘĆ KÓŁEK WOKÓŁ STADIONU. JAK NAJSZYBCIEJ! — krzyknęła Merida.
Adrian popruł jak kometa, prawie strącając osoby obok z mioteł. Sekundę później już wszyscy śmigali w koło.
Wisząc nad środkiem boiska, Merida i reszta drużyny dokładnie obserwowały, jak latali kandydaci.
— Ten rudy nie wyrabia na zakrętach… — stwierdził Potter. Wbijał surowe spojrzenie w krążącego rudzielca; jego głowa prawie się obracała o 360 stopni, gdy wodził za nim wzrokiem.
— Może poczekajmy i dajmy mu jeszcze szansę — zaoferowała Ania. — Ale ten w niebieskim płaszczu całkowicie odpada.
— Mhm — potwierdziła Merida. Polowała wzrokiem na kolejną ofiarę. — Ten dzieciak. On stanowczo odstaje.
Pokazała na Jamiego. Faktycznie odstawał. Robił dopiero drugie kółko, podczas gdy inni mieli za sobą co najmniej piąte.
— Jack, zatrzymaj tego małego i powiedz mu, że odpada — powiedziała Merida. — Edward, ten w niebieskim…
Jack spokojnie podleciał bliżej skraju boiska, gdzie krążyli kandydaci. Jamie nadciągał ociężale, jego miotła podnosiła się i opadała.
— Hej, Jamie!
Jedenastolatek uśmiechnął się, kiedy go zawołał. Kurczę, jak mu powiedzieć, że jest do niczego?
— Słuchaj… — zaczął Jack, gdy jedenastolatek zatrzymał się. — Chyba… no, niezbyt dobrze ci to idzie. Musimy ci podziękować.
Chłopiec dalej się uśmiechał.
— Rozumiem — wydusił. Policzki miał czerwone, a włosy rozczochrane od wiatru. — Fajnie było!
— Może za rok lepiej co pójdzie — powiedział Jack.
Jamie, pokrzepiony tymi słowami, wylądował na murawie. Frost obserwował, jak wcale niezasmucony odłożył miotłę na miejsce i ruszył ku trybunom. Gdy musiał podziękować następnej osobie, dostrzegł, że jedenastolatek siedzi na trybunach.
Po tym prostym ćwiczeniu odpadło trochę zawodników. Przeprowadzono kolejne wyzwania, które miały wybrać najlepszych kandydatów. Ten jeden pierwszak, który się uchował, odpadł praktycznie kilka minut po ich rozpoczęciu. Później musieli pożegnać się z grupką czwartoklasistów, kilkoma drugoklasistami, dwoma siódmoklasistkami.
Ostatnim testem była symulacja meczu. Dotrwało do niej zaledwie osiem osób. Merida pograła chwilę, a potem obserwowała rozgrywkę z trybun. Grano bez szukających, więc Jack przejął funkcję ścigającego. Testował bramkarzy i pałkarzy, nie dając im chwili wytchnienia. Potter rzucał trudne piłki. Anna, mimo że wśród ubiegających się o miejsce do drużyny znajdował się jej chłopak, nie dawała nikomu — nawet jemu — forów.
Głos gwizdka załaskotał ich w uszy. Wylądowali na boisku. Jack, będąc jeszcze ponad metr nad ziemią, zeskoczył ze swojej Zawieruchy, widząc zmierzającą ku im Meridę.
— Chyba nie wybierzemy od razu — powiedział. — Są na dość podobnym poziomie…
— Widziałam — odparła.
— Lepiej będzie, jeśli się naradzimy — podpowiedziała Anna.
Tak postanowili. Nie trzymali kandydatów w niepewności:
— Słuchajcie — powiedziała głośno Merida. — Wszyscy bardzo dobrze gracie. Nie możemy podjąć decyzji tak szybko. Damy wam znać do... środy? — Spojrzała na Pottera. Wzruszył ramionami.
— Do środy? — jęknął Adrian. — To szmat czasu!
— Co ty, Adi, wytrzymasz! — Anna złapała go za rękę, uśmiechając się.
Wszyscy powlekli się do szatni. Trybuny szybko się wyludniały. Jack widział, jak Elsa kieruje się ku wyjściu. Wiedział, że będzie na niego czekała przed stadionem.


~*~*~*~


Tablicę ogłoszeń otaczała spora grupka Gryfonów.
— Ostro-ostrożniej! — ryczał plakat bezlitośnie zrywany przez Pottera. — He-hej! Mo-mo-może d-dodatkowe... eli-eli-eliminacje?
Chłopak zmiął papier i rzucił na ziemię. Zaraz pieczołowicie przykleił mniejszy, zwyczajny kawałek pergaminu, którego zawartość do tej pory objęta była ścisłą tajemnicą.
— Patrz, Clover, dostałaś się! — pisnęła jakaś dziewczyna. Mocno ścisnęła blond przyjaciółkę.
— Przesuńcie się, ja też chcę zobaczyć! — rzucił ktoś z tyłu.
— To jest nowy skład drużyny? — zapytał Adrian.
Stał z Anną z przodu, obejmując ją ramieniem. W jego głosie brzmiało niedowierzanie. Marszczył nos i mrużył oczy, przyglądają się liście.
— Tak — odparła Merida, poklepując kartkę.
Spojrzał z wyrzutem na Annę, odsuwając się od niej.
— Aneczka?
— Przykro mi, Adi — odparła, niepewnie się uśmiechając — tak po prostu postanowiliśmy...
— Tak postanowiliście? Gdzie wy mieliście oczy? — Mówił surowo. — Przecież te łamagi zupełnie nie umieją grać!
— Uspokój się, koleś. To nasza ostateczna decyzja. — Wzruszył ramionami Jack.
— Adrian, stary, ale w razie czego jesteś pierwszym rezerwowym — dodał Edward.
To wcale nie pocieszyło Adriana. Odwrócił się obrażony na pięcie i odszedł. Anka wywróciła oczami, wyraźnie zawstydzona tą sytuacją. Przebiła się przez tłum i pobiegła za nim.
Jack uważał, że wybrali najlepszych — nie rozumiał pretensji Adriana. Był za słaby — musiał odpaść. Może uważał, że Anka wkręci go do drużyny? Ona pozostała całkowicie bezstronna, gdy rozmawiali godzinami o wyborze nowych zawodników. Ich dyskusje czasem przeradzały się w kłótnie, ale dzięki temu doszli do porozumienia. Teraz przyszedł czas na coś trudniejszego niż wybieranie graczy — treningi, które zapewnią Gryfonom zwycięstwo.
Wywieszenie listy tych, którzy zajęli miejsca pałkarzy i obrońcy wywołały sensację w wieży Gryffindoru. Już niedługo później Prawie Bezgłowy Nick chwalił się pozostałym duchom genialnym wyborem jego domu.
Pół godziny potem lista nowych zawodników musiała odejść nieco na bok.
— Gdzie w ogóle mają być te zajęcia? — zapytała Merida, idąc między Jackiem a Potterem.
— Wielka Sala — odparł Frost.
Za niedługo miały odbyć się obowiązkowe dodatkowe godziny obrony przed czarną magią zarządzone przez Ministerstwo. To dopiero pierwsze zajęcia uczniów klas piątych, szóstych i siódmych. Wolałby spędzić ten czas inaczej — znalazłby mnóstwo ciekawszych zajęć niż siedzenie na kolejnych nudnych lekcjach.
W jego torbie przewracały się rolki pergaminu na notatki, kałamarz i pióro. Wizja robienia zapisków, pisania dodatkowych wypracowań i jeszcze większego zakuwania przybijała go, nawet jeśli z tego przedmiotu miał P na SUM-ach.
— Gotowi na więcej nauki? — zapytał, kiedy pod Wielką Salą spotkali Roszpunkę i Czkawkę.
— Cleves specjalnie zwolnił mnie ze szlabanu — westchnęła długowłosa.
Odkąd udało jej się wywalczyć pozostanie w Hogwarcie, prawie codziennie odpracowywała szlaban. Jack na jej miejscu zacząłby już dawno się z niego zrywać, ale ona, głupia, wypełniała go sumiennie.
Razem z innymi wchodzącymi dostali się do Wielkiej Sali. Długie stoły i krzesła poodsuwano pod ściany, tak że na środku pomieszczenia było mnóstwo wolnego miejsca. Widok mebli ustawionych tak, że pisanie okazałoby się wyjątkowo niewygodne, napełnił Jacka nadzieją.
Bez problemu znaleźli wolne miejsca. Zajęli jeszcze kilka krzeseł dla swoich znajomych, rzucając na nie torby.
— Widzisz, nie spóźniłem się — pochwalił się Jack Elsie, kiedy siadała dwa krzesła dalej, między Roszpunką a Czkawką.
— Niespodzianka — wtrącił ironicznie Czkawka.
Profesor Dreamchild przyszedł na czas, ale nie rozpoczął od razu zajęć. Stanął na środku pomieszczenia i wyraźnie czekał, bo do Wielkiej Sali jeszcze schodzili się uczniowie.
— Witam was wszystkich — powiedział, kiedy od kilku minut już nikt nie przekroczył progu pomieszczenia. Rozejrzał się po zebranych. Machnął różdżką w stronę drzwi; lekko się uchyliły. — Widzę, że nie wszyscy dotarli, więc zostawię drzwi otwarte, aby wiedzieli, gdzie trafić...
Zebrani rozmawiali ze sobą. Szmery przytłaczały niezbyt głośny głos Dreamchilda. On, bez cienia irytacji, jakby się tego spodziewał, przyłożył do krtani różdżkę.
Sonorus. — To słowo rozlało się echem po pomieszczeniu. — Witam na pierwszych zajęciach dodatkowych z obrony przed czarną magią. Proszę prefektów domów o sporządzenie list obecności, a tymczasem możecie zadawać pytania dotyczące tych zajęć.
Sporządzenie list przypadło najmłodszym prefektom. Puścili w obieg kilka rolek pergaminu, na które po kolei każdy się wpisywał.
Hans, który siedział na drugim końcu sali, podniósł rękę. Dreamchild skinął na niego.
— Czemu musimy chodzić na te zajęcia, skoro są dodatkowe? — zapytał.
Kilka osób mruknęło potakująco.
— Takie jest odgórne zarządzenie Ministerstwa — odparł nauczyciel.
Posypało się kilka niezadowolonych uwag. Jackowi również nie podobało się uczestnictwo w dodatkowych zajęciach — to chyba jedyna rzecz, w której zgadzał się z Hansem. Jednak pomyślał, że przyjdzie na pierwsze z nich i zobaczy. Może będzie znośnie. Jeśli okażą się niefajne — całkiem przypadkiem zerwie się z kolejnych (i jeszcze większym przypadkiem Merida razem z nim).
— Postaram się jednak, aby te zajęcia nie były tylko suchym wypełnieniem zarządzeń, ale abyście naprawdę wynieśli z nich przydatną wiedzę, nie tylko teoretyczną — dodał nauczyciel.
Lista dotarła do Jacka, szybko wpisał się na nią, podając ją później Czkawce, którego ręka od kilku sekund tkwiła w górze.
— Tak, Czkawko?
— Czy z tych zajęć będą oceny?
— Oczywiście, że nie. Te zajęcia mają tylko poprawić wasze umiejętności. Nie będzie ocen ani sprawdzianów na oceny. Jeśli chcecie, możecie robić notatki, ale wydaje mi się, że niepotrzebnie — odparł nauczyciel.
Przynajmniej tyle — pomyślał Jack.
Po kolejnych pytaniach, tych wyjaśniających istotne kwestie oraz tych typu: Mogę iść do toalety?, listy już zostały wypełnione.
— Dobrze — mruknął Dreamchild, odkładając je na bok. — Więc możemy...
Drzwi cicho skrzypnęły. Wślizgnął się przez nie Adrian Kelly — bordowy na twarzy, mocno zaciskając szczękę.
— Och, jesteś, Adrian... — Nauczyciel przyjrzał mu się badawczo. — Wpisz się na listę, dobrze?
Adrian, szurając wściekle nogami, prawie przerwał pergamin, zapisując na nim swoje nazwisko. Rzucił torbę na ziemię i usiadł na jednym z wolnych krzeseł, burcząc coś do chłopaka obok.
— Więc — próbował kontynuować Dreamchild — możemy już za...
Do Wielkiej Sali weszła jeszcze jedna osoba. Elsa wychyliła się, dokładnie jej się przyglądając. Zmarszczyła zmartwiona brwi. Anna, której oczy były równie czerwone jak policzki, poczłapała w stronę pustego krzesła w kącie sali.
— Anno, chodź na chwilę, musisz wpisać się na listę — powiedział nauczyciel.
Dziewczyna niezbyt przytomnie kiwnęła głową, zawracając.
— Chyba się pokłóciła ze swoim Adim — mruknęła Merida.
— Chyba tak — przyznał Jack, patrząc, jak wpisuje się na listę.
Nauczyciel zapytał o coś Annę — chłopak mógł przysiąc, że o samopoczucie — odpowiedziała kłamliwym kiwnięciem głową. Usiadła między obcymi Puchonami z siódmej klasy.
— Możemy zacząć... — Nauczyciel spojrzał niepewnie na drzwi. Tym razem pozostały nieruchome; nikt nie wszedł.
Jack zauważył, jak Elsa spogląda to na Annę, to na Adriana.
— Pewnie posprzeczali się o eliminacje do drużyny — wyjaśnił. Wiedział, że uważała, że to ona była przyczyną ich kłótni. Musiał wyprowadzić ją z tego przekonania.
— Jak to o eliminacje do drużyny? — Zmarszczyła brwi.
— Adrian nie dostał się do składu, a Anka pomagała nam wybierać i go nie poparła.
— I bardzo dobrze — rzuciła Merida. — Nie był jakiś specjalnie wspaniały... zresztą on sam mówił, że wolałby zamiast obrońcą być szukającym.
— Ale szukającego już mamy — dodał Jack, wskazując nieskromnie na siebie.
Merida parsknęła śmiechem.
— Mógłbym prosić o chwilę skupienia? — przerwał im Dreamchild.
Stał na środku sali, wlepiając w nich spojrzenie złotych oczu. Mimo że nie wydawał się zły ani rozdrażniony, ucichli.
— Zanim zaczniemy naukę, chciałbym zobaczyć wasze umiejętności — powiedział — na lekcjach, niestety, rzadko mamy czas na pojedynki...
W Wielkiej Sali zawrzało od podnieconych rozmów. Profesor organizował czasem pojedynki na normalnych zajęciach z obrony przed czarną magią, ale rzadko, bo nie było na to czasu. Jack od razu wyciągnął różdżkę z kieszeni.
— Kto pierwszy? — zastanawiał się nauczyciel.
Ręce uczniów poszybowały w górę. Niektórzy powstawali z krzeseł — jakby wybór zależał od tego, jak wysoko uniosą dłonie.
— Może Hyperion Malfoy...
Malfoy poderwał się wyraźnie ucieszony. Patrzył na wszystkich przez zmrużone powieki, z pewnym uśmieszkiem na twarzy, jakby myślał: już jesteście przegrani!
— I Edward? — Nauczyciel wskazał na Pottera.
Było tak blisko... Jack mimo to głośno zaklaskał jak większość Gryfonów, kiedy Potter wyszedł na środek sali. Wrzało szczególnie wśród uczniów z Gryffindoru i Slytherinu.
— Chłopcy, tylko bez przesady — ostrzegł Dreamchild. — Nie chcemy nikogo posłać do skrzydła szpitalnego...
— Oczywiście, że nie chcą — parsknął Jack. Dało się dostrzec, że Potter nagle spoważniał, jakby wchodził na boisko do qudditcha. Malfoy mówił coś do niego, uśmiechając się. Nie był to przyjazny uśmiech.
Stanęli naprzeciw siebie w odległości kilkunastu kroków.
— Pamiętajcie. W pojedynkach liczy się wykorzystanie wszystkich waszych talentów. Jeden... — rozpoczął nauczyciel, lekko odchodząc, ale trzymając różdżkę w pogotowiu — dwa... trz...
Drętwota!
Czerwień błysnęła w powietrzu. Oświetlała uradowaną twarz Malfoya — to on zadał pierwszy cios. Szkarłat wybuchł jak sztuczne ognie. Błękitne iskry posypały się wokół.
Expelliarmus! — Potter nie ucierpiał. Szybko odbił atak.
Tarcza Malfoya zniwelowała czar. Z jego twarzy zniknęła kpina. Odpowiedział kolejnym zaklęciem.
W Wielkiej Sali huczało od grzmotów. Czary oślepiały. Szala zwycięstwa nie przechylała się na niczyją stronę. Na twarzach pojedynkujących lśnił pot. Głosy odmawiały im posłuszeństwa. Widownia głośno dopingowała.
Impetio!
Iactus!
Jack zacisnął dłonie na uszach. Huk prawie rozwalił mu głowę. Powiew wiatru wgniótł go w krzesło. Smrodek spalenizny rozniósł się wokół.
Otworzył oczy. Pottera i Malfoya wywiało na dwa przeciwne końce Wielkiej Sali. Leżeli rozwaleni plackiem tuż pod ścianami. Na jasnych włosach Hyperiona jak na knocie świecy tańczył mały płomień. Potter przecierał zadymioną twarz. W miejscu, gdzie zaklęcia się zderzyły, podłoga dymiła i przybrała smolisty odcień.
Merida poderwała się z miejsca i podbiegła do Pottera. Jack i kilkoro osób będących najbliżej zrobili to samo.
— Wy-wygrałem? — wykaszlał Potter.
— Wszystko w porządku? — zapytał Dreamchild.
Przy Hyperionie zebrało się kilkoro Ślizgonów, którzy postawili go na nogi. Jack i Merida pomogli Potterowi wstać.
— Kto wygrał? — rzucił natychmiast Malfoy. Jakaś dziewczyna pośliniła palce i zgasiła płomyczek tańczący na kosmyku jego włosów.
— Właśnie, kto wygrał?! — dopytywał się Potter, ruszając żwawo w stronę nauczyciela, jakby zaklęcie wcale nie rzuciło go przez pół sali.
Hyperion i Edward stali przy profesorze, czekając na werdykt i mordując się spojrzeniami, w których dało się dostrzec jeszcze większą żądzę walki.
— Remis — ogłosił nauczyciel.
— Jak to remis? — rzucił ktoś z siedzących na krzesłach.
— Właśnie! — dodała Merida. — Przecież Potter był lepszy.
— Chyba w twoich snach, nieuczesańcu — odburknął jej Malfoy.
— Jak ty mnie nazwałeś?!
— Spokojnie. — Dreamchild wkroczył do akcji. — Ten pojedynek nie miał na celu wyłonić lepszego, a jedynie pokazać wasze umiejętności. Idźcie już na miejsca. Chcemy przecież zobaczyć jeszcze kilka starć.
Ten argument przekonał większość osób. Pottera jednak trudno było posadzić na krześle.
— Frost, Merida, dajcie mi tam iść! — nawijał. — Chcę rewanżu!
Jack, pomimo że był zajęty utrzymywaniem Pottera na siedzeniu, zauważył, jak ktoś wychodzi z Wielkiej Sali. To Anka. Domyślił się, że kłótnia z Adrianem mocniej się na niej odbiła.
Zaczęło się kolejne wybieranie zawodników. Tylko nieliczni nie rwali się do walki.
Nauczyciel wybrał jakąś Puchonkę z siódmej klasy i małego piątoklasistę ze Slytherinu. Zaklęcia błyskały przez chwilę, dopóki chłopak nie padł na ziemię, tarzając się ze śmiechu pod wpływem zaklęcia powodującego łaskotki.
Kolejna para — bracia z Ravenclawu. Huczało na całą szkołę od ich czarów. Po zaciętej walce wygrał ten starszy. Pomógł młodszemu uwolnić się z lin, którymi go spętał.
Następne pojedynki. Znowu nie wybrano Jacka! Głośno domagał się swojego uczestnictwa. Nie udało mu się jednak przyćmić Meridy, która wręcz konała, gdy jej nie wybierano. Czkawka również zgłaszał się do pojedynków. Roszpunka uniosła kilka razy rękę w górę. Elsa natomiast tylko obserwowała. Jak ona mogła nie chcieć walczyć?!
Ze środka sali zeszła kolejna pojedynkująca się para, siódmoklasiści ze Slytherinu.
— Dobrze, to ostatni pojedynek... — zapowiedział nauczyciel.
Tym razem musiał go wybrać! Dreamchild popatrzył w ich stronę! Odwrócił wzrok. Czemu?!
— Alison, może ty?
Rówieśniczka z Hufflepuffu pomknęła na środek sali. Jej koleżanki — Jane Cleese i kilka innych Puchonek — głośno piszczały i biły brawa.
Dreamchild znów spojrzał na nich! Nieco zmarszczył brwi, jakby zastanawiał się, kogo wybrać.
— Spadaj, Frost, tym razem ja walczę! — rzuciła Merida, trącając go biodrem.
— Chyba śnisz! — odciął się.
— Hm... Elso, to może ty?
Elsa lekko zdumiona uniosła się z krzesła, w przeciwieństwie do Jacka, który opadł na własne. Tyłek Meridy wściekle wylądował na siedzeniu.
— Jak ona nawet się nie zgłaszała! — rzuciła z wyrzutem, patrząc, jak Elsa podchodzi do Dreamchilda.
Wybór przeciwniczki dla Alison sprawił, że w sali zapanowała dziwna atmosfera. Ludzie szeptali między sobą. Niektórzy patrzyli na Elsę z lekkim niepokojem. Jack wiedział, dlaczego tak się zachowywali. Oni czytali książki Berthy Moore.
— Mam nadzieję, że Vintersen przynajmniej zamrozi tamtej tyłek, aby było zabawnie — mruknęła Merida.
— Że co zrobi? — zapytała Roszpunka, unosząc brwi.
— Nie słyszałaś, że Vinteresen ma zimowe zdolności? Myślałam, że cała szkoła już o tym wie — odparła.
— A ty musisz jeszcze bardziej o tym rozpowiadać... — burknął Jack.
— O co ci chodzi, Frost? — Nadąsała się. — Nawet Roszpunce nie powiedziałeś o waszej tajemnicy?
— Nie widzisz, że Elsa ma przez to problemy?
Merida obrażona zaplotła ręce na piersiach, obserwując wściekłym wzrokiem, jak pojedynkujące rozmawiają z Dreamchildem. Roszpunka nie dopytywała, tylko wsparła głowę na dłoniach, również wlepiając wzrok w prowizoryczną arenę. Jack wiedział, że Elsa przez swoje zdolności, o których dowiedziała się już połowa szkoły, ma problemy. Nagle zaczęto ją traktować jak coś, co w każdej chwili może wybuchnąć i zabić wszystkich wokół. Co prawda nie zauważył na własne oczy, jak ktoś jej dokucza. Jedyne, na co zwrócił uwagę, to te dziwne spojrzenia i nagle urywające się rozmowy, ilekroć pojawiała się w pobliżu.
Dwie dziewczyny stanęły naprzeciw siebie w odległości kilkunastu kroków. Alison miała dość mocną budowę ciała — nadawałaby się do drużyny quidditcha na stanowisko pałkarza. Elsa była od niej niższa i drobniejsza. Obie trzymały pewnie różdżki w dłoniach. Puchonka mocno zagryzała wargi. Po minie Krukonki nie dało się nic osądzić — czy była zdenerwowana, czy pewna.
— Jeden... — rozpoczął odliczanie Dreamchild — dwa... trzy!
Expelliarmus!
Błysnęło pierwsze zaklęcie. Elsa machnęła różdżką — tarcza odbiła czar. Odpowiedziała atakiem.
Zaklęcia błyskały w powietrzu. Obie dziewczyny walczyły niesamowicie. Puchonka stosowała coraz odważniejsze czary. Każdy ruch Elsy był przemyślany. U niej przypadek nie wchodził w grę.
Ignistium! — Alison machnęła różdżką zamaszyście.
Ogniste jęzory wzbiły się w powietrze. Runęły na Elsę.
Jack wstrzymał oddech, oślepiony przez ogień. Poderwał się z krzesła. Kilka osób krzyknęło, gdy płomienna fala runęła na dziewczynę.
Dreamchild już miał przerwać pojedynek.
Expulso!
Elsa była cała! Alison wykonała zręczny unik.
Immobulus! — krzyknęła.
Protego! — Tarcza Elsy zalśniła, rozbijając zaklęcie. — Drętwota!
Alison uchroniła się przed tym zaklęciem. Machnęła różdżką. Tuż przed oczami Elsy rozbłysło oślepiające światło. Nie zrobiło jej krzywdy, najwyżej lekko zdezorientowało.
Jęzlep! — rzuciła triumfalnie Alison.
Tym razem trafiła Elsę. Jej język przykleił się do podniebienia. Krukonka już nie mogła wymawiać zaklęć. Magia niewerbalna była trudna — nawet nie zaczęli omawiać jej na lekcjach. Jack wiedział, że Elsa ją potrafi, jednak znacznie gorzej niż werbalną.
Drętwota! — krzyknęła Alison.
— Dasz radę! — wrzasnął Jack do Elsy.
Ledwo odbiła zaklęcie. To i tak był wyczyn. Wielu z zebranych nie zasznurowałoby magią butów bez użycia słów.
Zachwiała się. Odparła zaklęciem. Za słabym, aby zrobiło na Puchonce jakiekolwiek wrażenie.
Avis! — Alison poczuła się pewna zwycięstwa. Z jej różdżki wyleciało stadko pięknych ptaszków. — Opunnio!
I te piękne ptaszki runęły na Elsę niczym grad. Dziobały ją całą. Zakrywała się, próbując je jakoś odgonić.
To prawie koniec...
Alison wygrywała. Chcąc pięknie zakończyć ostatni pojedynek, z gracją, zamaszyście machnęła ręką do zadania ostatecznego ciosu.
Dała tym samym Elsie ułamek sekundy na pomyślenie i wcielenie jakiegoś planu w życie. Tyle czasu wystarczyło.
Krukonka zrobiła półkole dłonią. Ptaszki padły pozamrażane na ziemię. Zabłysło słabe, niebieskie światło. Mróz zalśnił na posadzce. Alison runęła na śliskim lodzie, który nagle pojawił się pod jej stopami. Upuściła różdżkę. Pomknęła ona po lśniącej tafli wprost pod nogi Krukonki.
Elsa wygrała.
Podniosła różdżkę przeciwniczki.
Jack miał ochotę zacząć klaskać. Zabrzmiały słabe brawa. Większość osób patrzyła zszokowana na Elsę.
— Ona... ona faktycznie ma zimowe zdolności — wyszeptał ktoś.
— Myślałem, że to plotka...
— Nie zrobiła nic Alison?
— Mogła ją nawet skrzywdzić!
Szepty narastały. Elsa oddychała szybko, atakowana przerażonymi spojrzeniami i rozmowami. Alison kuliła się na lodowej posadzce.
— Miały wykorzystać wszystkie swoje umiejętności... — Wzruszył ramionami Czkawka.
Elsa zbladła bardziej niż niektórzy w sali. Prześlizgnęła się do rywalki i pochyliła nad nią.
— Coś ci się stało? — zapytała niepewnie.
— Odsuń się ode mnie! — jęknęła Alison. Elsa odskoczyła jak oparzona. — Coś... coś mi się stało w rękę!
Ból w jej głosie nie był udawany. Przyjaciółki zerwały się z siedzeń. Ominęły Elsę szerokim łukiem, kucając przy Alison.
— Co się gapisz, Vintersen?! — warknęła Jane Cleese. Po chwili jednak skuliła się, jakby oczekiwała, że Elsa za to postanowi ją zmienić w kostkę lodu.
Jack na miejscu Krukonki pewnie zrobiłby tak. Jednak nie był na jej miejscu. Nie stał na środku sali, obgadywany przez wszystkich.
Dreamchild podbiegł do Alison.
— Ona coś jej zrobiła! — poskarżyła się Jane, a któraś z jej koleżanek kiwnęła mocno głową. — Mogła ją trafić lodowym promieniem!
Wokół poszkodowanej gęstniało kółeczko zainteresowanych.
— Spokojnie, to chyba tylko zwichnięcie... — powiedział Dreamchild uspokajającym tonem, badając rękę Alison. — Nie ma co panikować, to się zdarza podczas pojedynków!
Elsa wycofywała się ku drzwiom. Odłożyła różdżkę rywalki na posadzkę ze szronu. W jej oczach nie było łez. Nie kuliła się. Takie zachowanie właśnie martwiło Jacka.
Może gdyby tutaj była Anna... ale wyszła na zewnątrz zaraz po pojedynku Pottera, płacząc. Elsa tego nie dostrzegła. Nie powiedział jej tego — nie chciał jej zbędnie martwić. Wspomniałby to dopiero po zakończeniu zajęć.
Oczywiście, gdyby nie to, jak się one zakończyły.
Nie czekał ani chwili. Jako jedyny w sali nie stał jak słup soli, roztrząsając to, co zrobiła Elsa ani nie rozczulał się nad ranną Alison. Wybiegł na korytarz, ślizgając się po lodowej posadzce. Zauważył ją idącą pustym korytarzem.
— Elso, zatrzymaj się... — Zagrodził jej drogę.
Stanęła, tak jak chciał. Nie patrzyła na niego. Przygryzała usta.
— O co chodzi? — zapytała. Jej głos był dziwnie cichy.
— Błagam cię, nie udawaj, że wszystko jest w porządku... — ostrzegł.
— Ale wszystko jest w porządku — wyszeptała.
Nie było w porządku.
— Naprawdę? — zapytał ironicznie.
— Słuchaj, Jack. Ja... — Jej głos już nie był tak opanowany. — Ja chciałam tylko...
Westchnęła. Więcej nie przeszło jej przez gardło. Była roztrzęsiona po tym, co wydarzyło się w Wielkiej Sali. Już nie umiała tego ukrywać.
Nic nie zrobiła. Równie dobrze to jej mogłaby stać się krzywda podczas pojedynku. Na przykład wtedy, gdy Alison nasłała na nią falę ognia. Albo, gdyby rąbnęłoby ją jakiekolwiek zaklęcie. Zresztą, przecież również została ranna! Na dłoniach dalej miała czerwone ślady po ataku ptaszków.
Nagle odsunęła się, cała sztywna. Z Wielkiej Sali wyszedł pochód prowadzący ranną Alison do skrzydła szpitalnego. Większość spojrzeń skoncentrowała się na Elsie, która zeszła z drogi, tuląc się do ściany.
— Alison, chodź, szybciej — powiedziała jakaś koleżanka do rannej. Minęła Elsę prawie biegiem.
— Miałaś szczęście — mruknęła Jane Cleese — ona mogła ci zrobić coś gorszego...
— Dziewczęta, przestańcie — powiedział Dreamchild.
Jack widział, jak na nich patrzyli. Niektórzy odważyli się tylko zerknąć na nich, po czym z przerażeniem spuszczali głowy i czmychali do przodu. Inni niezbyt dyskretnie obserwowali ich, rozmawiając konspiracyjnymi sykami między sobą.
— Nie gap się na nich, zaraz nas poszczuje tymi czarnoksięskimi mocami...
— Ten Frost jest odważny czy głupi?
— Głupi.
— Widzisz ścianę za nią? Szron...
— Myślałam, że w książce Berthy były same bzdury...
Czuł, jak coś w nim się gotuje. Miał ochotę zrobić cokolwiek, aby utrzeć nosa tym wszystkim, którzy wychodzili z Wielkiej Sali.
Elsa nie zrobiła nic złego.
— Chodźmy może stąd — powiedział do niej, kładąc dłoń na jej ramieniu.
Jakaś dziewczyna spojrzała na niego jak na szaleńca, kiedy ty zrobił.
Poszli wspólnie w przypadkowym kierunku. Byleby jak najdalej od wychodzących z Wielkiej Sali.


~*~*~*~


Hejka naklejka kotki puszyste!
Jak Wam mija marzec? Spodziewaliście się mnie teraz?
Ja się nie spodziewałam. Postanowiłam spiąć tyłek i rzuciłam samej sobie wyzwanie: pisz co najmniej stronę dziennie. I jak mi szło? Pisałam co najmniej jedną stronę dziennie. Czasami równo jedną, kiedy indziej walnęłam cztery za jednym zamachem. W takim wypadku czy coś może pójść nie tak. Może. Sprzęt może zwariować. Nie wiem, czy odzyskam go zdatnego do użytku. Drugi laptop również nie nadaje się do pisania. Skrobanie na telefonie to koszmar (poprawiałam w ten sposób tę część, szlag mnie prawie trafił). Z plusów jest to, że nareszcie skończyłam farsę z konkursem i może znajdę więcej czasu.
Jak Wam się podoba rozdział? Czy spodziewaliście się, że rozmowa Jacka i Elsy będzie wyglądała w ten sposób? Czy zgadzacie się, że Gryfoni dobrze wybrali graczy? A co powiecie o pojedynku Malfoya z Potterem?
Czekam na Wasze komentarze ?
Pozdrawiam!
 

3 komentarze:

  1. Zajefany!!!!!:-* :-* :-* :-*
    Oby tak dalej
    Pozdrawiam:-P

    OdpowiedzUsuń
  2. Dlaczego nikt nie komentuje takiego fajnego rozdziału? Uśmiałam się jak nigdy i bardzo mi się podobało. Szczególnie te tytułowe eliminacje. Merinda niczym Picasso i Anka racjonalnie myśląca :D
    I wreszcie Jack porozmawiał z Elsą! Mój ulubiony moment <3
    Lubię pojedynki i naprawdę się wciągnęłam, ale było mi szkoda Elsy :/
    Pozdrawiam
    Arcanum Felis

    OdpowiedzUsuń