sobota, 8 kwietnia 2017

Rozdział XXXVIII — Atramentowe kule

Oboje wiedzieli, że muszą już iść. Mieli jeszcze sporo obowiązków — Jack powinien napisać wypracowanie, a Elsa zrobić zadania z eliksirów i wybrać się jeszcze na wieczorny patrol po korytarzach. Akurat obowiązki nie wywoływały u niej niechęci. Ponury wydawał się sam powrót do zamku i innych uczniów.
Wolałaby zostać tutaj, w miejscu, do którego zaprowadził ją Jack. Mówił, że jej się spodoba. I musiała przyznać mu rację — faktycznie miało w sobie to coś. Znajdowało się nad brzegiem jeziora i tak samo jak molo w nieco ustronniejszym miejscu. Rozłożyste, liściaste drzewa chroniły przed słońcem.
Jednak to nie urok okolicy sprawił, że poczuła się lepiej po pechowym pojedynku, tylko Jack. Początkowo nie była skłonna do zwierzeń, ale kiedy zaczął dopytywać, ciekawić się i namawiać do dalszej rozmowy, to jakoś samo poszło. Powiedziała chyba wszystko, co leżało jej na wątrobie. O tym, że nie chciała skrzywdzić Alison — pragnęła jedynie wygrać. Żałowała, że nie odpuściła i nie dała zwyciężyć przeciwniczce. Powtarzał, że przecież to walka, w której miały wykorzystać wszystkie swoje przydatne umiejętności. Częściowo dała się przekonać. Próbował ją rozbawiać. Szukał pozytywów, ale mówił rzeczowo — widać było, że nie chciał na siłę jej pocieszyć.
— Idziemy? — zaproponował. Siedzieli nad jeziorem długo, stanowczo za długo. — Odprowadzić cię?
— Tak, jeśli mógłbyś — odparła Elsa.
Oczywiście, że mógł.
— Dziękuję. — Postarała się uśmiechnąć.
Od razu odpowiedział podobnie — tylko że jego uśmiech był pewny i nieprzygaszony.
Nie podziękowała tylko za to, że chciał ją odprowadzić aż do dormitorium. Nie wiedziała, czy to jedno słowo wystarczyło, aby wyrazić wdzięczność za wszystko, co dla niej zrobił. Za to, że dopingował ją w czasie pojedynku. Że zatrzymał ją i zaprowadził w to miejsce. Że wysłuchał. Że ją wspierał. Że po prostu jest.
Jest taki jak zazwyczaj.
Z jednej strony czuła się z tym źle. Zabierała mu wolny czas i obarczała własnymi problemami. Z drugiej, chociaż rzadko mówiła to na głos, jego pomoc była czymś, bez czego chyba nie mogłaby sobie poradzić. Dodatkowo wspierał ją z zaangażowaniem. Jego starania napełniały ją dziwnym uczuciem, którego sobie nie przypominała — jakby złote znicze fruwały w jej brzuchu i łaskotały skrzydełkami. To było dość przyjemne.
Kiedy zbliżali się do zamku, to miłe łaskotanie zmieniało się w przykry skurcz.
Weszli do środka. Korytarze były chłodne... Może tylko się jej tak wydawało? Wzięła głębszy wdech. Na szczęście, to tylko lekki ziąb bijący od kamiennych murów.
Przechodzili drogą pilnowaną przez lekko podrdzewiałe zbroje stojące pod ścianami. Z pustych przyłbic wyglądała jedynie ciekawska ciemność.
Ogromne, szalone ślepia mrugnęły z jednej szpary.
TRZASK!
— NASZA KRÓLOWA ŚNIEGU!
Elsa pisnęła. Irytek wyskoczył ze zbroi. Przeleciał przez brzuch dziewczyny. Szarpnęło ją na wymioty. Jakimś cudem zatrzymała nieliczne resztki dawnego posiłku.
Jack wyciągnął różdżkę i szybko nią machnął. Irytek zrobił unik. Zbroja została ozdobiona różkami. Kozimi różkami.
— MASZ CELA, KRÓLU MAZGAJÓW! — zaryczała zjawa. — Vinteresen Elsa zamrozi wszystko z miejsca
Przeniknął przez ścianę, a piosenka rozmyła się w echu korytarza.
Elsa w końcu roześmiała się, będąc całkowicie skołowaną. Jack również zaczął się śmiać.
— Ups. — Spojrzał na zbroję, która dorobiła się różków. Rzucił do dziewczyny żartem: — Błagam, nie donoś na mnie, Strażniczko Regulaminu! Zrobię, cokolwiek zechcesz!
— Nie wiem, Królu Mazgajów — odparła udawanym, zadufanym tonem, starając się zachowywać tak, jakby zupełnie nie zwróciła uwagi na piosenkę ducha. — Zastanowię się. Przekonaj mnie.
— Mam błagać o łaskę na stojąco czy uklęknąć? — Zarechotał.
Wyrecytował wiersz o swoim przeogromnym smutku spowodowanym tym, że udekorował zbroję w tej sposób. Elsa łaskawie postanowiła oszczędzić tego łajdaka i nie donieść wszechmocnej dyrekcji. Nawet go nieco wsparła — zatuszowała ślady zbrodni, pozbawiając ofiarę różków.
Szli w stronę dormitorium Krukonów nieco mniej uczęszczanymi szlakami. Żartowali, a mimo to ilekroć widziała kogoś w pobliżu, miała wrażenie, jak coś w niej spina się i tężeje. Poczuła to również wtedy, gdy ze skrzyżowania korytarzy wyłoniła się mała grupka starszych Ślizgonów. Rozpoznali Elsę i Jacka — spojrzenia idących nagle stały się dziwne.
— Moja matka opowiadała mi kiedyś o klątwach — powiedziała jedna dziewczyna. — Takie osoby nie powinny żyć wśród normalnych...
— Przymknij się, Janet — syknęła druga, spuszczając głowę.
— Tym bardziej nie powinni trzymać jej w Hogwarcie. Widziałaś, jak załatwiła Alison...
Elsa czuła, jakby zanurzyła dłonie w ostrym, kłującym śniegu. Mówiono o niej. Była pewna. Powinna coś odpowiedzieć? Może... Tylko co? Nie mogła zwrócić im uwagi jako prefekt. W regulaminie nie ma przecież podpunktu Nie rozmawiamy o Elsie Vintersen. Poza tym, nawet gdyby był, to na pewno nie pomógłby. Zresztą, po co się nad tym zastanawiać? Tak ścisnęło jej gardło, że nie mogła nic powiedzieć, nawet jeśli bardzo by chciała. Miała ochotę jak najszybciej uciec. Pomimo tej chęci wyprostowała się i próbowała udawać, że konfrontacja z uczniami, którzy widzieli jej pojedynek, zupełnie nie robi na niej wrażenia.
— Uważajcie, bo podłoga jest bardzo, bardzo śliska — parsknął Jack do mijanych.
Chłopak, który towarzyszył Ślizgonkom, speszony ominął Gryfona i Krukonkę szerokim łukiem. Janet nadąsała się, mordując Elsę spojrzeniem. Ta druga dziewczyna była wyraźnie skołowana.
Zniknęli za zakrętem.
Krukonka obserwowała korytarz przez ramię, wsłuchując się w cichnącą, wznowioną rozmowę.
— Mówiłam ci, że z takimi osobami nie ma żartów — rzuciła ostro Janet po chwili. — Ona mogłaby faktycznie zamrozić tę podłogę albo zrobić coś gorszego!
— Nie wiem, Cindy — odezwał się chłopak szeptem. — Może lepiej po prostu schodzić jej z drogi. Niech ona żyje swoim życiem, a my swoim...
Znów byli tylko we dwoje.
Takie osoby nie powinny żyć wśród normalnych… — Te słowa obijały się wewnątrz czaszki Elsy. Obsiadły ją jak kruki.
Poczuła, jak ciepłe palce oplatają jej dłoń. Zimno, które dotychczas czuła, zderzyło się z falą gorąca. Miała wrażenie, że zaraz buchnie parą. Spojrzała na Jacka. Uszy miał dziwnie różowe, ale wyraz twarzy pewny.
Ścisnęła lekko jego dłoń. Nie spodziewała się tego gestu. Był nieco peszący, ale sprawiał, że czuła się nieco lepiej. Miała namacalną pewność, że Jack znajduje się przy niej.
Ruszyli dalej, a ich dłonie ciągle splatały się ze sobą.
— Nie przejmuj się nimi — powiedział. Zastanowił się. — Jak o tym myślę… to w sumie mogłaś zamrozić tę podłogę, aby ich nastraszyć.
— Nie, Jack. To tylko pogorszyłoby sytuację. — Było jej niemiło ciężko po tym, co usłyszała. Dodatkowo przygniatało ją przeczucie, że usłyszy jeszcze gorsze słowa.
— Może wtedy przynajmniej by się odczepili…
— Wtedy to pewnie chcieliby mnie wywalić z Hogwartu.
Miała wrażenie, że zanadto zbliżyła się do niewidzialnej, cienkiej granicy. Jeśli znów użyje swoich mocy, tym bardziej, jeśli zrobi to przypadkiem, to już nie będzie miała na co liczyć w szkole. Ludzie znienawidzą ją i jej klątwę — nie wiadomo tylko, co bardziej.
— Prędzej mnie wywalą niż ciebie — zapowiedział Jack.
Próbowała się nie przejmować innymi, jak mówił. Jednak co mogła poradzić, że jej wnętrzności same skręcały się za każdym razem, gdy widziała pozostałych uczniów? Obok przeszła jakaś grupka pierwszoklasistów. Nie byli zainteresowanymi Jackiem i Elsą — bardziej ciekawiły ich karty z Czekoladowych Żab, o które się wykłócali. Mimo to nie pozwoliła sobie na optymistyczne myśli. Bała się rozczarowania — usłyszenia od kolejnych osób takich słów, jakie padły z ust Ślizgonów.
Omijano ich szerokim łukiem. Rozmowy lekko przycichały, a po chwili wybuchały całą mocą — oczywiście wiadomo, na jaki temat. Wzrok co niektórych nagle błądził po podłodze lub ścianach. Inni jednak do samego końca oglądali się za Elsą i Jackiem. Tylko Jane Cleese miała odwagę patrzyć na nią z żądzą mordu w oczach. Mijając ich, burczała coś pod nosem. Krukonka pomyślała, że pewnie dalej była wściekła za to, co stało się jej przyjaciółce — Alison. Reszta jednak była bardziej zdziwiona niż zaniepokojona, widząc, jak Jack i Elsa kroczyli ze splecionymi dłońmi.
Z Sali Trofeów wyszła Anna. Dostrzegłszy siostrę, lekko uniosła brwi.
— Elsa, gdzie ty się podzie… — zaczęła. Przyjrzała się dokładnie parze. Elsa szybko wyswobodziła dłoń z uścisku Jacka. — Och.
Krukonka czuła, jak robi się bordowa na twarzy. Jack schował dłonie do kieszeni.
— Szukałam cię — powiedziała wreszcie Anna. Wyrzuciła szybko: — Siostra, ty naprawdę pojedynkowałaś się z Alison? I wycelowałaś w nią lodowymi promieniami? To nieprawda, prawda?
— Anno, przecież sama widziałaś, że tylko zamroziłam podłogę — odpowiedziała Elsa nieco zdziwiona pytaniami siostry. Anna przecież musiała zauważyć, co działo się na arenie...
— No, właśnie nie widziałam. Wyszłam podczas przedostatniego pojedynku.
Gryfonka wyglądała na uspokojoną. Krukonka natomiast była nieco zdziwiona, ponieważ w ogóle nie zauważyła jej nieobecności.
— Wyszłaś wcześniej? Coś się stało? — zapytała.
— Och, nic… Nic wielkiego — zbagatelizowała Anna. — Po prostu… ja i Adrian nieco się posprzeczaliśmy. Nieważne, kiedy indziej ci powiem. No, mówcie szybko, jak to było naprawdę z tym pojedynkiem. Słyszałam już tyle wersji...
Jack i Elsa streścili pojedynek z Alison. Dziewczyna niektóre zdarzenia omawiała pobieżnie, ale chłopak skrupulatnie uzupełniał jej zeznania.
— ...stwierdziliśmy po prostu, że się przejdziemy — kończył opowieść — i jesteśmy. — Lekko rozłożył ręce.
— Czyli… walczyłaś z Alison, zamroziłaś podłogę, tym idiotom odbiło, a później zniknęliście we dwoje na… — podsumowała Anna.
— W dziesiątkę — parsknął śmiechem Jack.
Anna również lekko się uśmiechnęła. Nagle drgnęła.
— Spotkanie… rany, prawie o nim zapomniałam! — Dreptała zdenerwowana w miejscu. — Miałam robić z kolegą projekt na eliksiry! Może na mnie poczeka… Elsa, spotkamy się jakoś jutro i wszystko ci opowiem, a ty mnie!
To ostatnie zdanie zabrzmiało dla Krukonki dość dziwacznie. Może Anna chciała dokładniejszy opis pojedynku.
Siostry pożegnały się, przytulając szybko.
— Nie przejmuj się tymi palantami — szepnęła Anna. — Mam ochotę ich zamordować, wiesz, siostra?
— Lepiej tego nie rób — parsknęła śmiechem Elsa. — Ty też się jakoś trzymaj.
Anna chyba wiedziała, co miała na myśli. Uśmiechnęła się lekko zasmucona i pobiegła jednym z korytarzy na spotkanie projektowe.
— Jack, ty widziałeś, jak wyszła z Wielkiej Sali? — zapytała Elsa, kiedy ruszyli w dalszą drogę do dormitorium Krukonów. Tym razem trzymała dłonie splecione za plecami, a Jack swoje schował do kieszeni.
Rozważał odpowiedź przez chwilę.
— Nie zwróciłem na to większej uwagi. Jakoś byłem zbyt zajęty pojedynkami, aby zwrócić na to szczególną uwagę.
Już niedługo byli w wieży Ravenclawu tuż przy brązowej kołatce w kształcie orła — strażniku domu Krukonów.
Elsa uścisnęła Jacka na pożegnanie. Tak naprawdę zazwyczaj nie żegnali się w ten sposób. Tego dnia jednak po prostu chciała to zrobić. On odwzajemnił uścisk z ciepłem. Kiedy się odsunęła, lekko się uśmiechał.
— To cześć — powiedział.
— Cześć — odparła. — Jack, jeszcze raz dziękuję za to, że zostałeś ze mną i za wszystko. — Uśmiechnęła się.
— Nie ma sprawy.
Usłyszała zagadkę kołatki. Kiedy zastanawiała się nad odpowiedzią, patrzyła, jak odchodził. Musiała prosić orła, aby powtórzył. Za bardzo się rozproszyła. Skupiła się na zadaniu i szybko znalazła rozwiązanie.
Drzwi otworzyły się przed nią, ukazując salon wypełniony uczniami. Przy stolikach odrabiano lekcje, jakaś grupka rozłożyła się na dywanie i na leżąco przeglądała stosy pergaminów. Jakaś dziewczyna próbowała zaczarować flet, aby sam grał — zmuszała go tylko do bolesnych, żałosnych pisków. Elsa z przyzwyczajenia zerknęła, czy wszystko w porządku — gdyby działo się coś niedobrego, musiałaby zainterweniować. Jednak zachowanie zebranych i hałas były takie same jak zazwyczaj, więc mogła skupić się tylko na sobie. Ruszyła w stronę klatki schodowej prowadzącej do sypialni dziewcząt, trzymając się z dala od środka pomieszczenia. Przeskoczyła po kilka schodków naraz, przeszła kawałek i już po krótkiej chwili weszła do swojego pokoju.
Była tam tylko Roszpunka. Siedziała na swoim łóżku, a jej włosy wiły się rozwalone po podłodze. Po jednej stronie miała rzucony podręcznik od zielarstwa, z drugiej jakieś pergaminy i kilka ołówków.
— Cześć! — rzuciła raźnie Roszpunka.
Widząc, jak Elsa próbuje nie nadepnąć na jej włosy, zgarnęła je obok siebie, przy okazji zrzucając trochę rzeczy.
— Przepraszam — powiedziała.
— Naprawdę, nie ma sprawy — odparła Elsa.
Odłożyła torbę na krzesło przy swoim łóżku, nareszcie pozbywając się ciężaru z ramion. Uklękła przy kufrze, szukając rzeczy potrzebnych do pracy domowej z eliksirów. Czuła na sobie spojrzenie Roszpunki, ale postanowiła je ignorować.
— Elsa, słyszałam, że masz jakieś ciekawe… znaczy, wiesz — zachichotała nerwowo — niecodzienne zdolności.
Podręcznik wylądował na podłodze. Elsa spojrzała na Roszpunkę chłodno, sprawiając, że koleżanka nieco się zmieszała.
— Tak — odpowiedziała zdawkowo tonem, który nie zachęcał do dalszego zagłębiania się w temat.
— Słuchaj, bo ja nieco o tym słyszałam… — mówiła niepewnie długowłosa. Do czegoś ewidentnie zmierzała. — Wiesz, mam taką małą prośbę… znaczy, nie prośbę, bo gdybyś mogła…
— O co chodzi, Roszpunko?
— Czy mogłabyś mi pokazać tę twoją moc? — wypaliła.
Elsa zamknęła wieko kufra zdziwiona. Nie spodziewała się, że Roszpunka będzie chciała zobaczyć jej zdolności.
— Nic ciekawego — odparła Elsa.
Nie robiła tego, aby udawać fałszywie skromną. Żywiła nadzieję, że jej słowa faktycznie zniechęcą Roszpunkę. Jakoś nie miała nastroju tego dnia na ponowny pokaz swoich zdolności.
Długowłosa patrzyła wzrokiem szczeniaczka.
Elsa westchnęła zawiedziona sama sobą. Wstała, lekko uniosła dłoń. Iskierki zimna przeskoczyły między opuszkami, a wokół palców w bladym, niebieskim blasku zawirowały lśniące śnieżynki, które zaraz ginęły.
— Niesamowite… — Roszpunka obserwowała pokaz zimowej magii szeroko otwartymi oczami. Zupełnie jakby była dzieckiem, które dopiero dowiedziało się o istnieniu czarów. — Ty to tak całkiem bez różdżki?
— Całkowicie bez różdżki — odparła Elsa, opuszczając dłoń. Wszystkie płatki śniegu zniknęły, a delikatne światło rozproszyło się.
Roszpunka zamyśliła się nad czymś, ściskając w dłoniach podręcznik od zielarstwa. Elsa wzięła ze sobą lekcje i rozsiadła się na swoim łóżku. Zaczęła czytać pierwsze zadanie:

Podczas warzenia eliksiru leczącego oparzenia dodano o cztery krople za mało soku ze Złagodniałek i o trzy gramy za dużo sproszkowanych Kleików. Napisz, co należy dodać do mikstury, aby naprawić te błędy i…

Roszpunka usiadła na skraju łóżka Elsy. Długowłosa patrzyła na koleżankę, bawiąc się długim kosmykiem włosów.
— Słuchaj… a długo masz te swoje moce? — zapytała niby od niechcenia. Dało się jednak usłyszeć w jej głosie ciekawość.
— W książce Berthy Moore jest wszystko napisane… — mruknęła Elsa.
— Jakoś nie mam zaufania do jej pisaniny.
Z tym Elsa musiała się zgodzić.
— Tak w ogóle to dopiero dzisiaj dowiedziałam się, że masz ten zimowy dar — wyjaśniła Roszpunka — po dodatkowych zajęciach.
To było nieco dziwne. Elsa dopiero po chwili przypomniała sobie, że Roszpunka miała swoje sprawy na głowie — konsekwencje ucieczki z domu.
Elsa nigdy nie rozmawiała o swoich zdolnościach z nikim poza swoją rodziną i oczywiście Jackiem. Tego dnia klątwa dała jej nieco popalić.
— Mam to od urodzenia — odpowiedziała, mimo wszystko. — Tak naprawdę celem tego uroku miała być moja mama, ale ją, na szczęście, to ominęło. Tylko że przeszło na mnie.
Roszpunka podparła głowę dłońmi. Patrzyła z zainteresowaniem na współlokatorkę.
— Ukrywaliście to, prawda? — zapytała. — Twoi rodzice... oni powiedzieli ci wszystko o twoich zdolnościach?
— Chyba wszystko, co sami wiedzieli... Początkowo nie ukrywaliśmy tego, ale później woleliśmy, aby nikt o tym nie wiedział.
— Nie dziwię się… dary trzeba chronić. Tak mówi moja mama.
Elsa parsknęła cichym śmiechem.
— Owszem, dary trzeba chronić. Jednak gdyby moja moc była darem, to bym się nią dzieliła. Ale przed klątwami to innych trzeba chronić...
— Czy ja wiem, czy to klątwa… Tak w ogóle, to dlaczego się ujawniłaś? Najpierw przed Jackiem? To musiało być chyba trudne… Wiesz, skoro ukrywałaś to nawet przed Anną, to chyba przed nim… Niezbyt się przecież lubiliście.
Niezbyt się lubiliśmy — parsknęła śmiechem.
— Skakaliście sobie do gardeł przy każdej okazji… pamiętam, jak kiedyś na zaklęciach oblał cię wodą! To nie było przypadkiem, jak powiedział nauczycielowi!
— Domyśliłam się. Wkurzył się, bo powiedziałam Dreamchildowi, że to on poczęstował Diggory’ego wybuchającymi cukierkami w zemście za zepsucie jego miotły… W każdym razie, jeśli ci nie powiedziano, on dowiedział się przypadkiem…
— Podczas pierwszego zadania turnieju, tak? Tak mówił Czkawka…
Elsa kiwnęła głową.
— Tak. Musiałam jakoś odpędzić się od chochlików. Nie miałam różdżki, a one mnie otoczyły… tylko Jack widział, w jaki sposób udało mi się ich pozbyć. Pozamrażałam je. Później od razu poszłam do zamku, a przedtem… dałam Jackowi do myślenia. Prawie przebiłam mu nogi lodowymi soplami. — Skrzywiła się. — Myślałam, że się ode mnie odczepi, ale on jest okropnie uparty.
— Zdarza mu się — zaśmiała się Roszpunka.
Elsa lekko się uśmiechnęła.
— W każdym razie — kontynuowała — znalazł mnie nieco później. Myślałam, że zacznie się śmiać albo rozgada wszystkim. On tego nie zrobił. Obiecał, że nikomu nie powie…
Roszpunka przeplatała włosy między palcami.
— Nie bałaś się… że wygada? — zapytała, patrząc z uporem na koleżankę. — Nie wiem… zaufałaś mu tak po prostu?
— Oczywiście, że się bałam — odparła Elsa, zerkając na czekające zadania. — Jednak co mogłam z tym zrobić? Musiałam mu zaufać, nie miałam innego wyjścia, zresztą, sama wiesz. Nie mówiłam mu od razu wszystkiego, nie byłam pewna co do niego, poza tym nie chciałam... Trochę niepotrzebnie się tego obawiałam, bo zrozumiał.
— Ja też rozumiem — odparła koleżanka, wyraźnie zaspokoiwszy ciekawość.
Elsa kończyła zadania z eliksirów. Długowłosa wróciła na swoje łóżko. Zajęła się zielarstwem, a jej zwierzątko — kameleon — plątało się między jej włosami.
— Elsa… — zaczęła po jakimś czasie.
— Tak?
— Żałujesz, że Jack się dowiedział?
Elsa zagryzła wargi. Czy żałowała?
— Nie — przyznała całkowicie szczerze. — Wcale nie żałuję.
Roszpunka już o nic więcej nie zapytała. W ciszy wróciła do robienia zadań z zielarstwa. Zostawiła Elsę samą z myślami.
Nie żałuję. — Tego była pewna jak nigdy.


~*~*~*~


— Adrian, na brudne gacie samego Merlina, to tylko kolega! — syknęła Anna. — Musisz mi robić sceny na środku korytarza?
Adrian potrząsnął głową.
Tylko kolega — parsknął pogardliwie. — Coś za dużo masz tych tylko kolegów.
Anna poczerwieniała na twarzy.
— Robiłam z nim tylko projekt. Poza tym, o co ci chodzi? Jakoś wcześniej ci nie przeszkadzało, że znam się z innymi chłopakami! A może boisz się, że nareszcie będę miała dosyć twoich humorów i znajdę kogoś normalnego?
Normalnego?
— Tak, normalnego. Odkąd wróciłam do szkoły, ciągle na wszystko narzekasz i o wszystko się wściekasz. To masz coś do mojej siostry, to się wkurzasz, bo nie przyjęto cię do drużyny, to masz coś do mnie! Jesteś gorszy niż ciężarna sklątka!
Adrian pociągnął Annę za ramię. Przedstawienie, które odgrywali, przeniosło się w mniej widoczny, boczny korytarz. Jackowi, który obserwował ich kłótnię od samego początku, nie było dane poznać jej finału. Merida, jedząc kanapkę, jeszcze patrzyła na miejsce, gdzie przed chwilą para się sprzeczała.
— Anka albo znowu poryczy się po kłótni, albo kopnie go w tyłek i będzie miała spokój — powiedziała. — Lepiej, żeby zrobiła to drugie. Odchoruje i przynajmniej skupi się na drużynie... Myślałam, że ją zabiję na ostatnim treningu.
Jack spojrzał na nią z ukosa.
— Ponoć to ja mam fioła na punkcie quidditcha. Ale ty już zatracasz człowieczeństwo — zażartował.
— Wcale nie. Po prostu już raz przez to przechodziliśmy. Jak w czwartej klasie Joanne zerwała z Rickiem, potrafiła pobeczeć się w środku meczu pół roku po zerwaniu. To przez was, chłopaków, i ona, i Anka nie mogły skupić się na grze. — Rzuciła oskarżycielsko do Jacka. — Ale przynajmniej następnym razem będzie mądrzejsza i da sobie spokój z wami.
— Mówisz tak, jakbym to ja z nią chodził — odparł urażony. — Wy nie jesteście lepsze. Poza tym gadasz, jakbyś sama nie podkochiwała się w Cazalli z hiszpańskiej drużyny quidditcha i nie miała obklejonego całego pokoju w jego plakatach.
— Wcale się w nim nie podkochiwałam — odparła. — To jest mój idol, a to różnica… a to, że cudnie wygląda na plakatach, to zupełnie inna sprawa…
Jack, spierając się z nią, zaczął wypominać jej wstydliwe rzeczy, które zrobiła jako fanka. Nie dał jej zapomnieć o tym, że znalazł w jej pamiętniku (tylko go pożyczył z ciekawości) rysunek przedstawiający ją i znanego gracza quidditcha otoczonych ogromnym sercem. Gdy tylko o tym wspomniał, Merida chciała go zamordować. Może zrobiłaby to od razu, gdyby nie to, że Clover, nowa członkini drużyny, poprosiła ją na słowo.
— Zobaczysz, jeszcze ci przypomnę, jak założyłeś się z nami i przegrałeś, i zapraszałeś Marię z siódmej klasy na randkę! Dodatkowo musiałeś to zrobić z różowymi kokardkami na włosach i w sukience! — Rzuciwszy tę groźbę, odeszła porozmawiać z o rok młodszą koleżanką.
— Drżę na samą myśl! — krzyknął za nią, śmiejąc się cynicznie.
Nie mając za bardzo co robić, wszedł do klasy, gdzie już siedziało kilkoro uczniów. Dwoje chłopaków — jeden ze Slytherinu, drugi z Hufflepuffu — rozmawiało konspiracyjnym szeptem, podrzucając coś w dłoniach — przypominało to czarną, lśniącą bańkę.
— Popamięta nas, oj, popamięta — zaśmiał się jeden do drugiego.
Jack już przeczuwał, co się święci. Tych dwoje dość niedyskretnie planowało jakąś akcję. Miał nadzieję, że uda mu się być jej świadkiem. Kilka dziewczyn, których część siedziała na krzesłach, a inne na ławkach, czytało nawzajem swoje eseje. Potter na szybko kończył swoją pracą, żaląc się Benedictowi, że zupełnie o niej zapomniał.
Do sali powoli schodzili się kolejni uczniowie. W pomieszczeniu już za niedługo zebrała się prawie cała klasa, a Jack porównywał z Czkawką swoje wypociny na temat animagów. Pojawiła się również i Elsa, oczywiście ze swoją jak zwykle idealną pracę. Rzuciła otworzoną torbę na podłogę i przysiadła się do nich.
— Ile napisaliście? — zapytała zaciekawiona, zerkając na ich kartki.
Jak Jack się spodziewał, miała dwa razy dłuższy esej niż on, mimo że przepisał — z drobnymi zmianami — długaśny wstęp Czkawki, a w rozwinięciu przekopiował co najmniej połowę podręcznikowego materiału.
Zabrzmiał gong, a w sali już byli wszyscy z wyjątkiem Clevesa. Nauczyciel miał w zwyczaju spóźniać się trzy, cztery minuty. Siedzący na ławkach poschodzili z nich, powoli rozchodzono się na swoje miejsca, wyjmowano potrzebne rzeczy w akompaniamencie głośnych rozmów.
Jack położył na ławce swoje przybory. Złote litery nowego podręcznika lekko zalśniły, gdy go wyciągał. Elsa schyliła się po coś do torby.
— Teraz! — syknął ktoś.
CHLUP!
Czerń pryskająca z torby. Elsa ociekająca atramentem. Zdziwienie. Rechot chłopaków siedzących z tyłu. Śmiech części klasy. Przerażenie pozostałych.
— Przesadziliście! — oburzyła się Roszpunka.
— Teraz to Vintersen na serio nas pozamraża!
Wszystko wokół, włącznie z Elsą, było upaprane atramentem. Jej torba tonęła w czarnej kałuży. O niej samej lepiej nie wspominać. Pluła i próbowała zetrzeć czerń z twarzy.
— Mieliście oddać nam wszystkie atramentowe kule! — warknął Czkawka do siedzących z tyłu.
— Podskoczyliśmy Czkawkusiowi, Ben! — rzucił Ślizgon. W jego głosie słychać było kpinę.
Puchon Ben w odpowiedzi zarechotał.
Jack nie rozumiał, o co naprawdę chodziło z atramentowymi kulami. Wiedział jednak, że Elsa ocieka atramentem, a pewnie większość jej rzeczy została zniszczona.
— Ej. Macie natychmiast to naprawić i przeprosić — zaczął Jack surowo. — Inaczej...
— Inaczej co? — Przerwał Ślizgon nonszalancko. — Doniesiesz na nas nauczycielom? Lub może twoja koleżanka postanowi nas pozamrażać?
— Uważaj, Artur, bo faktycznie to zrobi — odezwał się Ben. — A wtedy będą problemy...
Ślizgon posłał Elsie triumfujące spojrzenie.
Jack mocno zacisnął szczękę. Jego dłoń powędrowała do różdżki, a w głowie już zaczęły układać się różnorakie plany zemsty.
— Jack. — Elsa złapała go za rękę, zostawiając na niej atramentowy ślad.
Czarne plamy kontrastowały na jej bladej twarzy. W oczach miała upór. Jack zawahał się.
Właśnie podczas tej chwili słabości do klasy wszedł Cleves, który dostrzegłszy, co się wydarzyło, wyjątkowo się zdziwił.
— Co tutaj właściwie... — zaczął.
— Panie profesorze, ktoś wyciął Elsie kiepski żart. — Do wyjaśnień wyrwał się Czkawka.
— Bardzo kiepski — podkreśliła Roszpunka.
— Dobrze, jak to właściwie było, Elso? — zapytał nauczyciel.
Elsa spojrzała najpierw na klasę, później na Jacka i Czkawkę, potem na sprawców zamieszania, a na samym końcu na nauczyciela.
— Schyliłam się po rzeczy do torby i wybuchnęła w niej kula z atramentem — wyjaśniła głosem bez emocji. — Nie wiem, kto mi ją podrzucił.
— Jak to nie wiesz? Przecież to oni zrobili — zaprotestował Jack, pokazując na Bena i Artura.
— Masz na to jakieś dowody? — zapytał Artur.
— Och, nie wiem. Może to, że macie mózg gumochłona i nawet nie starliście atramentu z dłoni?
— Jack — rzucił ostrzegawczo Cleves.
— Panie psorze, przecież my ubrudziliśmy się na ostatniej lekcji — zaprotestował Ślizgon.
— Równie dobrze ktoś inny mógłby podrzucić to jej — dodał Puchon.
W klasie rozgorzała zacięta dyskusja, a Elsa była w jej centrum. Dziewczyna szybko się ulotniła — poszła do dormitorium, aby zmyć z siebie atrament i przebrać się w czyste rzeczy. Koniec końców większa część klasy potwierdziła wersję Jacka oraz Czkawki. Okazało się, że Ślizgon i Puchon odpowiedzialni za żart na Elsie zrobili to w odwecie za to, że podczas przerwy skonfiskowała im większość atramentowych kul — po tym, jak rzucali nimi o mury szkoły. Sprawcom tego zamieszania odjęto kilkanaście punktów i dano szlaban na weekend. Jack mimo to i tak myślał o własnej zemście za to.
Cleves, po usunięciu plam z atramentu na podłodze, rozpoczął lekcję od zebrania wypracowań, a później omawiał nowy temat.
Jack starał się uważać, ale musiał przyznać, że bardzo mu to nie wychodziło. Słyszał rozmowy tych chłopaków z tyłu. Miał ochotę odwrócić się i co najmniej potraktować któregoś z nich jakimś paskudnym zaklęciem, kiedy słyszał, co mówili o Czkawce i Elsie. Wiedział jednak, że narobiłoby mu problemów, gdyby w środku lekcji zastosował na nich jakiś paskudny urok. Wlepiał wzrok w swoje notatki, zamyślał, gdy patrzył na kałamarz wypełniony atramentem.
Czemu Elsa skłamała? Dodatkowo przed nauczycielem? Przecież wszyscy, a szczególnie ona, doskonale wiedzieli, kto podrzucił jej atramentową kulę! To, co zrobiła, było niesamowicie nienaturalne dla niej. Po pierwsze: okłamała profesora. Po drugie: nie doniosła na Bena i Artura, chociaż im się należało.
Po kilku minutach drzwi skrzypliwie się uchyliły. Energicznym krokiem weszła przez nie Elsa. Nie przebrała się nawet ani nie zmyła atramentu z twarzy. Policzki miała czarno-czerwone.
Cleves uniósł nieco zdziwiony brwi.
— Panie profesorze — zaczęła Elsa wyraźnie zaaferowana czymś. — Sypialnia chłopaków... zdemolowana — wyrzuciła z siebie.
Jak to zdemolowana? Co się stało? Po klasie rozniosły się głośne rozmowy.
— Jak to zdemolowana? — zapytał Cleves, podchodząc bliżej Elsy.
— Właśnie, co się stało? — dodał jakiś chłopak z Ravenclawu.
— Drzwi do sypialni chłopaków z szóstej klasy były uchylone... Wszystko jest powywracane do góry nogami! Coś dymiło — wyjaśniła Elsa.
Cleves wyglądał na zaniepokojonego, ale nie tak jak mieszkańcy zdemolowanego pomieszczenia. Czkawka podniósł się z krzesła tak gwałtownie, że głośno gruchnęło o ziemię.
— James, przypilnuj klasy — powiedział Cleves do prefekta z Hufflepuffu.
Nauczyciel wyszedł szybko z sali, a Elsa zaraz za nim. Czkawka wybiegł zaraz za nimi, wbrew protestom Jamesa, a później pozostali Krukoni z szóstego roku. Wśród reszty rozgorzały głośne rozmowy na temat tego, co stało się w dormitorium Ravenclawu.
Kto zdemolował sypialnię Krukonów?

~*~*~*~

— Nie najlepiej wyglądasz — powiedziała Roszpunka do Czkawki.
Jack uważał jej słowa za zbyt łagodne. Według niego wyglądał on, jakby musiał spędzić noc w jednym pomieszczeniu z chimerą. Oczy miał spuchnięte i podkrążone od zmęczenia. Na policzku widniało kilka zadrapań, podobnie jak na dłoniach. Nosił grube, ciepłe ubrania — w tym wełniany sweter z uśmiechniętym księżycem, który otrzymał na Boże Narodzenie od Roszpunki — i dodatkowo ochraniacze, na które uwagę zwróciła Merida:
— Czkawka, po co ci właściwie ochraniacze do quidditcha? — zapytała.
— Dzisiaj są eliminacje — odparł głosem bez emocji. Chyba był zbyt zmęczony, aby czuć cokolwiek. — Musieliśmy spać w śpiworach w sypialni siódmoklasistów. Nie wiedziałem do tej pory, że ta podłoga jest tak cholernie twarda... Merlinie, dodatkowo jeden z nich tak chrapał... — Ziewnął szeroko.
— Niech zgadnę, pewnie Billy Steward — wtrąciła Roszpunka — słychać go nawet u nas w pokoju. Chrapie jak smok.
— Czkawka, czy ty chcesz iść na eliminacje do drużyny Krukonów? — parsknęła śmiechem Merida.
— Tak. Co w związku z tym? — Podsunął talerz z jedzeniem.
— Wiesz... ty chyba...
— Nie nadaję się, tak?
— Tego nie powiedziałam.
— Ale tak pomyślałaś.
— Wcale nie.
Będąc zbyt niewyspanym na rozwijającą się sprzeczkę, wzruszył ramionami, ucinając ją. Musiał doskonale wiedzieć, że Merida nie traktuje poważnie jego kandydatury do drużyny. Jack widział dość dawno, jak jego przyjaciel lata i to zaledwie kilka razy. Zawsze albo spadał z miotły, albo robił z siebie pośmiewisko — lub to i to.
— Możesz spróbować — powiedział Jack. Tego dnia nie miał weny do nabijania się z Czkawki. — Nawet jeśli zrobisz z siebie głupka, nie będziesz gorszy niż niektórzy na eliminacjach do naszej drużyny... Poza tym, nawet jeśli będziesz najgorszy, to byłoby świetnie, gdyby cię przyjęli. Lepiej dla nas — zaśmiał się.
— Umiesz pocieszać, Jack — westchnęła Roszpunka zrezygnowana.
— A tak w ogóle, to dowiedziano się już, kto rozwalił wam pokój? — zmienił temat Gryfon.
Wieść o zdemolowaniu sypialni Krukonów z szóstej klasy szybko obiegła szkołę. To zdarzenie rozsiało się po Hogwarcie w towarzystwie kolegów — plotek i domysłów. W ciągu kilku godzin już kilka osób było podejrzewanych o rozwalenie pokoju chłopaków: Irytek; dwóch drugoklasistów, którzy tego samego dnia odpalali sztuczne ognie na błoniach oraz jakiś siódmoklasista, ponoć w zemście na jednym z młodszych kolegów za odbicie dziewczyny.
I, niestety, od oskarżeń nie uchroniła się Elsa.
Przecież to ona była sama w dormitorium! Mogła sama zniszczyć sypialnię swoimi mocami, a potem skłamać, że tylko znalazła ją w takim stanie! — Tak mówiła Jane Cleese do Alison, która już opuściła skrzydło szpitalne.
Dla Jacka ta wersja sama w sobie wydawała się głupia. Elsa miała zimowe, a nie ogniste zdolności, a część rzeczy w pokoju była ponoć spalona. Po co właściwie miałaby to robić? Nie miała zatargów z żadnym z chłopaków zamieszkujących pechową sypialnię. Taki występek przeciw regulaminowi szkoły był po prostu nie w jej stylu. Poza tym wolała się nie wychylać, odkąd jej moce wywołały sensację wśród uczniów. Jack wiedział, że w sprawstwo Elsy wierzą tylko ci, którzy albo są naprawdę tępi, albo szczególnie za nią nie przepadają. Trudno było ocenić, czy przejmowała się tym — w ostatnim czasie spotykało ją wiele nieprzyjemnych sytuacji; ta to tylko jedna z wielu.
— Winnych dalej nie złapano. Nie było nikogo wtedy w dormitorium — powiedział Czkawka, ale takim głosem, jakby niezbyt mu na tym zależało. Dodał już z wyraźną ulgą: — Ale naprawiono już nasz pokój. Będziemy mogli przekimać się u siebie...
— Może gdyby tamci wcześniej rąbnięto w ciebie, Elsa, tymi atramentowymi kulami, to udałoby się złapać ich — zaśmiała się Merida.
Elsa spojrzała na nią znad książki. Czytała Baśnie i legendy, które Jack dał jej w prezencie urodzinowym. Kiedy tylko przekartkował je w księgarni (okładka niezbyt zachęcała), poczuł, że spodobałyby się dziewczynie. Później, gdy w drugim sklepie kupował podręczniki, dowiedział się, że to właściwie jedyny, bardzo cenny egzemplarz. Nie ma co, głupi ma szczęście! — pomyślał, kiedy się tego dowiedział.
— Skoro jesteśmy przy tym — powiedział Jack powoli. — Właściwie czemu udawałaś, że nie wiedziałaś, kto podrzucił ci te kule?
Elsa złożyła książkę i zmierzyła go od stóp do głów tym spojrzeniem, którego tak bardzo u niej nie lubił. Merida, która znała tę historię tylko z opowieści przyjaciół, przyglądała się Krukonce.
— Właśnie — dodał Czkawka, przełykając sporą łyżkę owsianki. — Widać gołym okiem, że to była zemsta.
— Czemu nie zdałam tej cholernej transmutacji — westchnęła Merida. — Przynajmniej zobaczyłabym to na własne oczy...
— Nie udawałam — odpowiedziała Elsa chłodno.
Może przekonała Czkawkę, Meridę i Roszpunkę, ale Jacka nie. Wiedziała, kto jej podrzucił atramentowe kule i udawała, że nie ma pojęcia!
— Tak w ogóle, Elsa — zaczęła Merida poważnym tonem. — Mam do ciebie pytanie, które męczy mnie od dawna, a jakoś nie było okazji go zadać.
— Proszę — odpowiedziała Elsa głosem spodziewającym się najgorszego.
— Słuchaj, bo tak sobie gadałam kiedyś z Jackiem i bardzo mnie to zastanawia... Czy kiedykolwiek przymarzł ci język, jak się z kimś całowałaś?
Czkawka prawie się zakrztusił. Roszpunka zrobiła zdziwioną minę, zaraz parskając śmiechem. Zażenowany Jack ukrył twarz w dłoniach, śmiejąc się.
— Pytam całkowicie poważnie — podkreśliła Merida.
Elsa ściągnęła brwi. Najwidoczniej nie wiedziała, co sądzić o tym pytaniu.
— Jeśli będę się z kimś całowała, to obiecuję, że będziesz pierwszą osobą, która dowie się, czy przymarzły nam języki — odpowiedziała równie poważnym głosem.
Sama po chwili zaśmiała się.
— Tak w ogóle to skąd do głowy wam przychodzą takie pytania? — zapytała, patrząc na Jacka oraz Meridę i kręcąc głową.
Kolejne rozmowy odbywały się w podobnej atmosferze — głupie pytania i jeszcze głupsze odpowiedzi w sobotni poranek.
Dwa numery „Proroka” pacnęły na środek stołu między nich, kiedy Jack założył się z Meridą, które z nich zje więcej najpaskudniejszych kanapek serwowanych w Hogwarcie — ze smalcem z tłuszczu sklątek tylnowybuchowych.
— O, poczta. — Meridę szarpnęło na wymioty, gdy przełknęła.
Jack przegrał. Wypluł na serwetkę trzymaną w buzi od kilku minut rozmemłaną kanapkę.
— Wygrałam! — Merida uśmiechnęła się. Znowu szarpnęło ją na wymioty.
— Tylko nie we mnie — ostrzegł Czkawka, zbierając swoją gazetę i odsuwając się od dziewczyny.
Jakoś powstrzymała kanapki ze smalcem ze sklątek przed ponownym ujrzeniem światła dziennego. Lekko zbladła i podparła się o blat stołu.
Jack pomyślał, że trudno. Przegrał. I tak nie założyli się o nic konkretnego... Chociaż trochę żałował, że nie było żadnej nagrody. Przynajmniej miałby o co walczyć. Jedyne, co zyskał, to paskudny posmak w ustach, którego nie pozbędzie się pewnie do końca życia.
Elsa zabrała swoją gazetę. Zerknęła na pierwszą stronę. Uniosła brwi szczerze zaskoczona.
— Aurorzy walczyli z Mrokiem.
Merida powstrzymała kolejny odruch wymiotny. Czkawka natychmiast dorwał się do swojej gazety.
— Pokonali go? Złapali? — zapytała Roszpunka.
— Właśnie... co jest tam napisane? — dodał Jack.
Słysząc tylko, że aurorzy walczyli z Mrokiem, od razu wyobraził sobie dwa skrajne scenariusze. Pierwszy: połowa pracowników z Ministerstwa martwa, a reszta w Mungu. Drugi, znacznie lepszy: Mrok złapany. Już nie będzie się panoszył!
Elsa szybko śledziła wzrokiem tekst, mrucząc pod nosem mijane wyrazy. Jack, oczekując na to, co powie, czuł, jakby siedział na sztucznych ogniach.
— Tej nocy pojawił się w Ogrodach Hesperyjskich — powiedziała, dalej mając wzrok wlepiony w tekst.
— Co to właściwie za miejsce? — Jack wcale nie słyszał o tych ogrodach.
— Ogromne łąki w Szkocji, gdzie od tysięcy lat hoduje się wiele magicznych roślin, przede wszystkim leczniczych kwiatów i krzewów — wyjaśniła Roszpunka. — Nazwę sobie zapożyczyli chyba z jakiegoś mitu...
Nawet krótsze wyjaśnienie wystarczyłoby mu. Bardziej zdziwiło go, czemu Mrok tam się pojawił. Niechcący wyobraził sobie, jak Książę Koszmarów hasa po łące upstrzonej kolorowymi kwiatami. Mogłoby to wyglądać absurdalnie śmiesznie, gdyby nie to, jaką roztaczał aurę.
Elsa zacisnęła usta, wczytując się w artykuł.
— Aurorzy mają tajnych agentów wśród ludzi Mroka... — opowiadała. — Aurorzy zaczaili się na Mroka... — Zerknęła na tekst. — Walczyli z nim...
— I jak, złapali go? — dopytywał Jack.
— Tylko zranili.
Poczuł, jakby coś w nim zgasło. Mrok dalej był na wolności. Dalej mógł nasyłać koszmary, dalej mógł siać popłoch.
— Ponoć to nie byle jaki uraz... — dopowiedziała Elsa. — Auror rąbnął go jakimś mocnym zaklęciem... Mrok zdążył jeszcze odpowiedzieć atakiem, zanim się ulotnił. Nikt nie osłaniał tego aurora... Zaatakowały go koszmary...
— Co z nim? — zapytała Roszpunka. — I z innymi?
— Ten auror wylądował w Mungu, spotkanie z koszmarami nieco poprzestawiało mu w głowie... Dwoje zginęło podczas akcji, oprócz tamtego, którego zaatakowały koszmary, jeszcze pięcioro wylądowało w szpitalu.
— Ale złapano czworo sługusów Mroka — zauważył Czkawka, wyłaniając się zza swojego egzemplarza „Proroka”. — Hoffera, Browna, Robertsa i Mazeta.
Jack miał wrażenie, jakby część tych nazwisk obiła mu się o uszy.
— Hoffer i Brown to ci, co napadli na wytwórnię eliksirów dwa tygodnie temu? — upewnił się.
— Bingo — potwierdził Czkawka.
— Dobra, a ci dwaj pozostali?
Czkawka bezradnie uniósł ramiona.
— Kojarzę ich... Rodzice mi o nich opowiadali. Oni oraz spora grupka innych stoi za porwaniem pani Boutet. Pamiętasz, Jack? To ona jest redaktorką tej gazetki, gdzie było napisane o Eliksirze Słońca — przypomniała sobie Elsa. — Dopadli ją gdzieś pod koniec sierpnia. Do tej pory jej nie odnaleziono.
— Serio? — zdziwił się Jack. — Przecież nawet nie pisali o tym porwaniu... skąd twoi rodzice mają takie informacje?
— Mama pracuje u Gringotta jako łącznik z zagranicznymi oddziałami. Mówi, że coraz częściej złe rzeczy dzieją się za granicą. Dementorzy ponoć zaczęli zapuszczać się nad Skandynawię. Nie mówiąc już o koszmarach, one powoli wdzierają się w głąb kontynentu. A nie piszą o tym, bo nie chcą straszyć ludzi. Wszyscy są już i tak wystarczająco wystraszeni, a gdyby powiedzieli, że Mrok ma siłę atakować resztę magicznego świata, to wcale by nie pomogło.
Merida opanowała reakcje po zjedzeniu paskudnej kanapki.
— Czekaj. Czyli ty myślisz, że Książę poszerza wpływy?
— Na to wychodzi, że naszemu Księciuniu znudziło się tutaj — parsknął Jack. — Sterroryzowanie wszystkich brytyjskich czarodziejów mu nie wystarcza. I jeszcze te ataki na te Ogrody Hesperyjskie, wytwórnię eliksirów, to porwanie... Po co? I tak wszyscy się go boją.
— Może on nie robi tego tylko z powodu straszenia — westchnął Czkawka.
Wszyscy spojrzeli na niego, czekając na wyjaśnienia.
— Chodzi mi po prostu o to... wiecie, ja na jego miejscu, tak jak zauważył Jack, nie produkował się aż tak, aby wszystkich straszyć...
— Ale to daje mu siłę — przypomniała Elsa.
— Tak, wiem, tylko że... ja właściwie dalej myślę o tych jego akcjach. O, na przykład tej z ogrodami. Tam są tylko ogromne łąki z magicznymi roślinami. Zero ludzi do wystraszenia. I co? Pofatygował się tam osobiście, mimo że mógł wysłać swoich sługusów... Dobra, wysłał ich do wytwórni eliksirów. Ale co? Jedyne, co zrobili, to przetrząsnęli ją i wyparowali...
Faktycznie. Teraz, gdy Czkawka tak przedstawił sytuację, wydało mu się to nieco podejrzane. Chociaż, z drugiej strony, czemu Mrok miałby coś kombinować?
— Po co właściwie by mu to było? — powiedział. — Hej, gościu jest niepokonany! I nieśmiertelny dodatkowo. Czego miałby niby tam szukać? Kwiatuszków na wianek? Eliksiru na przeczyszczenie?
Jest niepokonany, ale przecież aurorzy go zranili — zauważył Krukon. — Może on słabnie...
— On? Słabnie?
— Nie jestem pewna — wtrąciła Elsa. — Ale nawet jeśli... to jaki to ma związek z tymi wszystkimi akcjami?
Czkawka zacisnął usta.
— Jack, ty mówiłeś coś o eliksirach na przeczyszczenie... — zauważyła Roszpunka. — Może szuka czegoś...
— Eliksiru na przeczyszczenie? — parsknął Jack.
Roszpunka spojrzała na niego z politowaniem.
— Nie. Może czegoś innego, ale też jakiejś mikstury. Czegoś, co pomoże mu się wzmocnić, jeśli faktycznie słabnie... Tym bardziej będzie potrzebował tego teraz, skoro został zraniony...
— Wiecie co, a jak dla mnie, to już bawimy się w Co by było gdyby? — powiedziała Merida. — Uwaga, bo zaraz rozwiążecie zagadkę Księcia Koszmarów! — zaśmiała się ponuro.
Kilkoro z nich również parsknęło śmiechem, chociaż niezbyt entuzjastycznie. Rozmowa o Mroku sprawiła, że odżył on w myślach Jacka, mimo że starał się unikać powrotu jego tematu. Może faktycznie dali się ponieść fantazji, wymyślając tę teorię na temat Księcia Koszmarów. Jednak... gdyby naprawdę zbliżyli się do jego prawdziwych zamiarów? Gdyby naprawdę słabł?
— Tylko że on sam mówił, że bierze energię ze strachu — przypomniał sobie Jack. — Więc chyba niepotrzebne mu jakieś wspomagacze.
— Według mnie on ma jakiś cel... powinien mieć jakiś cel — powiedziała Roszpunka. — Oczywiście oprócz tego zastraszania! Mówię o tym, że teraz ma jakiś inny, pomniejszy... A może właśnie ważniejszy? Ale może aurorzy go rozgryzą... Skoro już dowiedzieli się, że planuje napad na Ogrody Hesperyjskie...
Rozmowę przerwała Olivia Jackson, która stanęła przy nich. Była ubrania w krukońską szatę do quidditcha, a zazwyczaj splątane włosy miała zaplecione w schludne warkocze. Jack automatycznie wychylił się, doszukując towarzyszącej jej zazwyczaj Jane Cleese. Na szczęście, Krukonka przyszła sama.
— Hej — przywitała się Olivia. — Czkawko, pamiętasz, że dzisiaj są eliminacje?
— Oczywiście — odparł. — Już się zbieram.
— Kto w ogóle został z waszego starego składu? — zaciekawiła się Merida.
— Billy i ja — odpowiedziała. — Zdecydowaliśmy, że ja będę kapitanować.
— Serio?
Merida parsknęła śmiechem, a Olivia spojrzała na nią zmieszana.
— No... ale i tak większość decyzji będziemy podejmować wspólnie — odpowiedziała Krukonka lekko speszona. — Czkawko, zaraz zaczniemy eliminacje. Możesz już zbierać się na stadion. — Spojrzała na pozostałych. — Wy też, jeśli chcecie... no, pokibicować.
— Jasne, że chcemy pokibicować. — Merida wstała. — Zobaczymy, czy mamy się czego obawiać na meczu Gryffindor — Ravenclaw. Idziesz, Frost?
Tak naprawdę to nie miał nic ciekawszego do roboty. Przynajmniej zobaczy, jak łamagi z Ravenclawu spadają z mioteł i czy Czkawka do nich należy.
— Kurczę, chętnie bym poszła — westchnęła ze szczerym smutkiem Roszpunka — ale...
— Tak, wiemy, szlaban — wtrącił Jack.
Rozłożyła bezradnie ręce, wzdychając z zawodem, i podpierając łokcie na blacie.
— A ty, Elso? — zapytała Olivia. — Jeśli chcesz, też możesz spróbować...
Merida parsknęła śmiechem.
— Czekaj, ty myślisz, że Vin... Elsa, umie latać?
— No... nigdy nie widziałam, jak lata — odparła Olivia. — Więc nie wiem...
— Naprawdę, dziękuję za propozycję. — Elsa spojrzała na Meridę przenikliwie. — Jednak spasuję. Latanie to nie moja bajka.
— Potwierdzam — powiedział Jack, dodając ze śmiechem: — ale to zmienimy! Kiedyś.
Elsa pokręciła głową, lekko się uśmiechając.
— Poza tym dzisiaj i tak jestem zajęta. Mam pomóc Ance w eliksirach — dodała.
Ruszyli więc tylko we czworo — Jack, Merida, Olivia i Czkawka — w stronę stadionu.
— Serio wierzysz, że Czkawka cokolwiek umie? — zapytała szeptem Gryfonka, kiedy szli kawałek za dwojgiem Krukonów.
— Sam nie wiem — odparł, wzruszając ramionami. — Fajnie byłoby z nim zagrać mecz. I tak byśmy wygraliśmy. Poza tym, nawet jeśli nie umie grać, to przynajmniej będzie zabawnie.
— Mówiliście coś? — zapytał Czkawka przez ramię.
— Nic. Tylko że ci kibicujemy. — Jack uśmiechnął się szeroko.

~*~*~*~

Cześć!
Co u Was? Czy czuć już atmosferę SUM-ów... znaczy: egzaminów gimnazjalnych, piąto... trzecioklasiści? Czy tylko ja mam wrażenie, jakby dzielił mnie od nich co najmniej miesiąc?
Skoro jesteśmy przy temacie egzaminów — to one są powodem, dlaczego ten rozdział pojawia się dzisiaj i jest nieco krótszy. Prawdopodobnie w wolne będę pisała, ale raczej część czasu zajmie mi świąteczne zamieszanie oraz nauka. W końcu trzeba powtórzyć przynajmniej wynik z próbnych.
Co sądzicie o tym rozdziale? Jak oceniacie zachowanie Jacka? Jak myślicie, czy Elsa dobrze zrobiła, próbując kłamać? Czy Czkawka poradzi sobie na eliminacjach?
Życzę Wam Wesołych Świąt Wielkanocnych — ponieważ pewnie nie napiszę do nich niczego — abyście spędzili je w miłej atmosferze, mogli odpocząć w wolne i abyście byli mistrzami Lanego Poniedziałku. Jednocześnie życzę powodzenia wszystkim moim rówieśnikom, których czekają egzaminy.

Pozdrawiam!

3 komentarze:

  1. No nie wierzę, aż dwa nowe rozdziały się ukazały!!! Czkawką chce się dostać do drużyny, ciekawe.. Pewnie robi to dla ojca. A co do Mroka, ty myślę, że on nie jest już nieśmiertelny. Pewnie szuka czegoś, co to uzdrowienie i da mu to, co utracił przed latami - to moja teoria, tak w skrócie :)
    Życzę weny, kochana!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcześniejszy rozdział ukazał się z małym opóźnieniem, bo komputer mi nieco szwankował.
      Dziękuję :)

      Usuń
  2. Jak to dobrze, że Elsa ma takich fajnych znajomych. Cieszy mnie to, że byli pod wrażeniem jej zdolności i nie oceniali :) Ten dowcip z kulami strasznie chamski, no ale Jack znowu bohaterem :D
    Pozdrawiam
    Arcanum Felis

    OdpowiedzUsuń