czwartek, 11 maja 2017

Rozdział XXXIX — Miłość i gluty w Wielkiej Sali

Kolejne złe rzeczy — pomyślała Elsa, gdy pojawiła się sowa z nowym numerem „Proroka”.
Dziewczyna nie musiała szukać pieniędzy — zapłaciła z góry za półroczną prenumeratę. Chociaż coraz częściej myślała, że lepiej by było, gdyby jej nie zamówiła. Ostatnio czytanie gazet bardziej ją przygnębiało, niż dawało przyjemność — mimo to lektura zawsze ją ciekawiła. Artykuły skupiały się wyłącznie na złych rzeczach, w większości mocniej lub słabiej powiązanych z Mrokiem. Nieprzyjemnie było dowiadywać się, że dementorzy kogoś zaatakowali, że napadnięto kogoś w ciemnym zaułku albo że cielesne formy koszmarów pojawiły się w czyimś domu.
Ptasi listonosz odleciał czym prędzej. Odłożyła gazetę na bok, przynajmniej na razie. Jeszcze nie skończyła czytać listu od rodziców.
— Mogę? — zapytał Jack, już biorąc jej „Proroka” w dłonie.
Wzruszyła obojętnie ramionami w odpowiedzi. Uśmiechnął się szybko, zabierając gazetę.
Wczytała się w to, co napisali rodzice. Opowiedzieli krótko o tym, co dzieje się w domu. Skrzat Świecidełko zachorował — na szczęście, na łatwą do wyleczenia chorobę. Nie chce leżeć w łóżku, tylko pragnie pomagać. Tata ma dużo pracy. Wprowadzono nowe procedury sprawdzania kosztowności przyniesionych do banku. Z góry zakłada się, że wszystko jest niebezpieczne — każdy przedmiot musi zostać sprawdzony, a na końcu osobiście przez niego uznany za niegroźny. Istne urwanie głowy jak napisał pan Vintersen. Poza tym — przede wszystkim — martwili się o nią i Annę. Znowu pytali, czy daje sobie jakoś radę i jak funkcjonuje ze swoją mocą. Czy ona lub Anna doświadczyły jakichś nieprzyjemności? Czy powinni zainterweniować? Czy ma kogoś, kto ją wspiera? Na końcu zapewnili, że bardzo się o nią martwią. Zaraz poniżej napisali krótkie, ale dla niej bardzo ważne: Kochamy Cię.
— I co napisali? — zapytał Jack, składając gazetę zrezygnowany. Widocznie to, co przeczytał albo mu się nie spodobało, albo po prostu go nie zainteresowało.
— To, co zwykle. Martwią się o mnie i Annę. — odpowiedziała Elsa. — A tam? Warto zaglądać do „Proroka”?
Jack zastanowił się.
— Nic ciekawego — powiedział.
— Może to i lepiej.
— Ani złych, ani dobrych wiadomości — wtrącił Czkawka siedzący naprzeciw nich. W rękach trzymał swój egzemplarz i przegryzał Fasolki Wszystkich Smaków. — Jest jakiś artykuł o przydatnych zaklęciach, które każdy powinien znać, coś o naszej szkole — że wprowadzono te dodatkowe zajęcia, że pomocne, że efektywne... — bla, bla, bla... nieco o jakimś czarodzieju, który pracuje nad eliksirem na głupotę...
— Serio? — parsknął Jack.
— Na urodziny kupię ci cały zapas — zapewnił Czkawka. Jack zrobił urażoną minę, ale Krukon nie pozwolił sobie przerwać. — Co nieco o budowie nowego oddziału Gringotta. Hm... są te same ogłoszenia w rubryce zaginionych, ci sami poszukiwani... w sumie tyle. I reklamy. Oczywiście, mnóstwo reklam.
— Właśnie streściłeś jej całą gazetę — zauważył Jack. — Tak się nie robi. Na to powinno być jakieś specjalne słowo.
Rzucił gazetę na stół. Elsa dostrzegła na tylnej stronie reklamy, o których mówił Czkawka. Zwróciła uwagę na jedną z nich — tę promującą sklep pani Taxos. Smutna, wysuszona jak rodzynek staruszka na ilustracji smarowała twarz jakimś mazidłem. Nagle młodniała i piękniała tak, że mogłaby wystąpić w konkursie Miss quidditcha. Gdy już była ślicznotką, mrugała zalotnie i pojawiały się wokół niej napisy z dokładną nazwą i lokalizacją lokalu, gdzie można zakupić te kosmetyczne cuda.
— Tutaj jesteś... — Dobiegł ich czyjś znajomy głos.
Elsa odwróciła głowę w stronę wejścia do Wielkiej Sali, podobnie jak Czkawka i Jack. W ich stronę zmierzała slalomem między przechodzącymi Olivia Jackson. Tuż za nią ktoś rozpychał się łokciami — to Jane Cleese.
Jack nagle bardzo zainteresował się gazetą. Capnął ją ze stołu, odkaszlnął, rozłożył zamaszyście. Zasłonił się tak, że ledwo dało się go dostrzec.
— One chyba nie idą do nas, co nie? — zapytał półgłosem.
— Niby dlaczego miałyby nie iść? — zaciekawiła się Elsa.
Nie odpowiedział, bo dziewczyny już były przy nich. Jane pomachała mu dłonią i uśmiechnęła się słodko. On przez chwilę wahał się, jak postąpić. Zdecydował się nareszcie. Rzucił gazetę na stół i odmachał jej niedbale. Jej uśmiech poszerzył się prawie do zaczerwienionych uszu. Spojrzała na Elsę takim spojrzeniem, jakby chciała wypruć jej flaki i zrobić sobie z nich biżuterię na pamiątkę jakiegoś dziwnego triumfu.
Krukonka skojarzyła fakty. Przypomniała sobie każdy przesłodzony uśmiech Jane, który posyłała Jackowi, och, i te rozmarzenia spojrzenia, które wlepiała w niego na lekcjach. Powróciły do niej wszystkie sytuacje, kiedy Jane patrzyła na nią z nienawiścią — teraz miała wrażenie, że nie było to z powodu Alison. Nie dorównywała szkolnym ekspertkom w tej dziedzinie, ale łatwo wywnioskowała, co się działo.
Jack ewidentnie podobał się Jane.
— Czkawka — zaczęła Olivia. — Jesteś w drużynie.
Czkawka jakby nie do końca tego się spodziewał. Jack też wydawał się nieco zaskoczony, ale po chwili poklepał przyjaciela po plecach.
— Gratuluję — powiedział. — To teraz będę mógł skopać ci tyłek na boisku!
— Bardzo śmieszne — odparł Czkawka, otrząsnąwszy się z szoku; uśmiechał się.
— Również gratuluję — przyznała szczerze Elsa.
Nie widziała eliminacji do drużyny, ale Jack, który był wtedy na stadionie, opowiedział jej o nich dokładnie. Mówił, że większość kandydatów lekceważyła panią kapitan. Ona wydawała się tym bardzo zawiedziona, ale starała się przetestować resztę, która ją słuchała. Powiedział, że nie spodziewał się, że Czkawka poleci tak dobrze. Ponoć bez rewelacji, ale na tyle poprawnie, że miał duże szanse na zostanie członkiem składu Krukonów. Przynajmniej tak uznał Gryfon, porównując go do reszty kandydujących.
— Wzięliśmy cię praktycznie od razu — wyjaśniła Olivia.
— Kogo nowego jeszcze macie? — zapytał Jack zaciekawiony.
— Hm... Eveline Broomless, Jonatana z siódmej i bliźniaczki z czwartej klasy. No, oczywiście ja i Billy oraz Czkawka.
— Eveline jest wspaniała! — powiedziała Jane. — Tak cudnie robiła beczki w powietrzu!
Jack spojrzał na nią, uśmiechając się półgębkiem do przyjaciół.
— Czekaj, to ona chyba wpadła na pętlę, kiedy robiła beczki?
Olivia zaśmiała się, a Jane zaczerwieniła się.
— No... ale Jonatan robił cudny zwód Zefira...
Zwód Boreasza — poprawił ją Jack.
W jego głosie słychać było zażenowanie i kpinę. Elsa mimowolnie się uśmiechnęła. Jane poległa, próbując mu się przypodobać. Puchonka zacisnęła masywne dłonie w pięści.
— Jeszcze nie wiemy, w jakie dni będą regularne treningi, ale pierwszy będzie w sobotę wieczorem — oznajmiła Olivia. — Pasuje?
— Jak najbardziej — odparł Czkawka.
— Ekhem — kaszlnęła Jane.
Spojrzała na Olivię lodowato, niemo przekazując słowa: bądź cicho. Krukonka lekko zmarszczyła brwi. Usiadła na wolnym miejscu, wyczuwając, że coś się święci. Każdy to czuł, patrząc na Puchonkę.
— Później sobie to wyjaśnicie — zachichotała. — Jack, za tydzień jest pierwszy wypad do Hogsmeade...
Elsa już wiedziała. Poczuła, jakby w żołądku miała kostki lodu. Lekko zmrużyła oczy, patrząc na Jane. Miała ochotę przerwać jej w połowie zdania, ale tylko mocno zacisnęła usta.
— Może wybralibyśmy się tam razem? — Uśmiechnęła się słodko. — Pomógłbyś mi wybrać nową miotłę. Poszlibyśmy później do cukierni...
— Równie dobrze możesz zrobić to sama — odpowiedział wymijająco Jack. — Poza tym, Olivia, ty chyba też znasz się na miotłach, co nie? Może pójdziecie razem. Ponoć do Rocketów przysłali nowe miotły.
— Wiesz, zawsze chodzimy tylko we dwie... — parsknęła śmiechem Jane.
— Wiesz... jeśli bardzo ci na tym zależy... to może zgarnę Meridę i pójdziemy we czworo. Wszyscy znamy się na miotłach, to ci pomożemy wybrać. Co nie, Olivia? — rzucił błagalnym tonem.
Olivia wzruszyła ramionami. Puchonka zacisnęła usta. Położyła dłoń na ramieniu Jacka. Elsa wyobraziła sobie jej serdelkowate palce pokrywające się szronem. Ograniczyła się jednak do zaplecenia rąk na piersiach i niecierpliwego czekania na rozwój sytuacji.
— Nie miałam na myśli takiego spotkania — powiedziała lekko urażona Jane. — Chodziło mi o coś innego. Wiesz, jesteś taki błyskotliwy, a się nie domyśliłeś, głuptasie... — Jack, słysząc to określenie, widocznie powstrzymał się od zażenowanego śmiechu. — Ty i ja, tylko we dwoje... Nie mów, że się nie domyślasz, głupiutki...
Jack lekko uniósł brwi.
— Ty masz na myśli — odkaszlnął — randkę?
Pewnie wiedział to od samego początku. To słowo z jego ust wwierciło się w umysł Elsy i pozostało tam nieproszone.
— Oczywiście — powiedziała. — Poszlibyśmy później do mojej ulubionej cukierni Pod Amorami. Tam jest taki cudny, romantyczny klimat! I te ciastka, które da się zjeść jedynie po pocałunku! Zawsze chciałam ich spróbować... Moglibyśmy pójść do sklepu z miotłami. Chciałabym dostać się do drużyny, a ja widziałam cię na eliminacjach do Gryffindoru. Byłeś ge-nial-ny! A później pójdziemy albo do jakiegoś sklepu, albo może na spacer, albo...
Jack spojrzał najpierw na Czkawkę, a później na Elsę, oczekując ratunku. Widziała w jego oczach przerażenie.
— Słuchaj, ja nie wiem, czy mam wolny czas wtedy — przerwał Jane.
— Mówiłeś, że możemy pójść we czworo, więc czemu nie możemy we dwoje?
— Ale ja już się z kimś umówiłem...
— Właśnie — powiedział Czkawka. Skłamał, aby uratować przyjaciela.
— Mówiłeś, że możesz pójść z Meridą i z nami. O Czkawce nie wspominałeś. — Linia obrony upadła. — To możemy kiedy indziej pójść — zarządziła niezrażona Jane. — Nawet nie do Hogsmeade. O, może korki z latania? Nawet dzisiaj!
Olivia widocznie miała ochotę zrobić jej wykład: Jak nie spłoszyć chłopaka, który ci się podoba?. Powstrzymała się jednak, podpierając rękoma o blat.
Elsa oczami wyobraźni widziała, jak Jane nagle wyparowuje z tego miejsca. Czuła się tak źle, jakby wewnątrz niej coś się gotowało. Zagryzła policzek od środka. Westchnęła głośniej, jakby to miało pomóc.
Nie pomogło.
Złapała swojego „Proroka” oraz list od rodziców. Wstała od stołu.
— Muszę odnieść książkę do biblioteki — powiedziała.
Nie było żadnej książki, którą miałaby odnieść.
— Ej, Elsa, ale przecież mieliśmy razem pójść do... — zaczął Jack.
— Zobaczymy się później — dodała na pożegnanie.
Jej głos brzmiał chłodno i niemiło; tego nie planowała.
Odeszła. Odwróciła się na chwilę tuż przed wyjściem. Napotkała zdziwione spojrzenie Jacka. Jane siedziała obok niego, trajkocząc mu za uszami, zająwszy jej miejsce. Olivia wyglądała na zawstydzoną.
Elsa przeszła kilka korytarzy. Czemu to zimno i ucisk nie znikały? Strzepywała dłonie, jakby były mokre. Mróz uparcie z nich nie ściekał.
Dlaczego dopiero teraz poczuła taką niechęć wobec Jane? Dlaczego na myśl, że Puchonka mogłaby pójść na randkę z Jackiem (ale tak się nie stanie... — myślała Elsa), wszystko się w niej skręcało i buntowało?
Oni do siebie nie pasują — stwierdziła. Jane przecież irytowała, a nawet lekko przerażała Jacka. Nie ma szans, aby poszli gdziekolwiek razem. Kiedy go zapraszała, wyglądał, jakby ktoś kazał ponownie zmierzyć mu się z chimerami, tylko że tym razem bez cudownych mordoklejek. — Nie, Jack raczej odmówi. Raczej...
Nie mogła wyzbyć się tego tematu z myśli. Zaniepokoiła się, widząc ciągnącą się za nią cienką warstwę szronu. Musiała powstrzymać to nieprzyjemne uczucie — czymkolwiek by ono nie było.
Tak naprawdę to ją rozumiem — uznała, wspominając Jane. Rzadko się nad tym zastanawiała, ale teraz przyznała przed samą sobą, że to nic dziwnego, że jakaś dziewczyna zainteresowała się Jackiem. Nie był ani wysoki, ani bardzo umięśniony, ale wyglądał sympatycznie. Jego radosny uśmiech, roztrzepane włosy i nawet te odstające, spiczaste uszy — było w jego wyglądzie coś, co mogło się podobać. Przynajmniej ona tak uważała, szukając przyczyn, czemu Puchonka tak uparcie nalega na randkę. Może bywał czasami uszczypliwy i uparty. Jednak też prawie zawsze uśmiechnięty, pełen energii i jeśli mu na czymś zależało, potrafił się bardzo zaangażować. Sama doświadczyła tego, że dało się lubić u niego nawet te cechy, które czasami irytowały. — Nic dziwnego, że zwróciła na niego uwagę.
Nieznośne zimno jeszcze nasiliło się. Weszła do cichej biblioteki. Napadły ją dziwne wątpliwości, że Jane ma małe, malusieńkie — ale ma! — szanse u Jacka. Rozejrzała się wokół. Wzrok przykuła książka 1001 kształtów, którą polecił profesor Cleves jako pomocną przy pisaniu wypracowania. Nie zastanawiała się długo, tylko zabrała ją z regału i podeszła do biurka.
— Dzień dobry — powiedziała do bibliotekarki.
W tym roku zmieniła się również pani z biblioteki. Teraz była to starsza, niziutka, czarnowłosa kobietka. Nosiła grube okulary, a we włosy wpiętą miała ogromną kokardę.
— Dzień dobry — odpowiedziała. — 1001 kształtów, tak, Elso? Jak tak dalej będziesz wypożyczać, to za niedługo pobijesz szkolny rekord — zaśmiała się cicho.
Elsa lekko się uśmiechnęła. Odebrała książkę. Mechanicznie chciała wsunąć ją do torby. Nieco zdziwiona spojrzała na swój bok. Zirytowana zachowaniem Jane zapomniała swoich rzeczy z Wielkiej Sali.
Zła na samą siebie, ruszyła w drogę powrotną do Wielkiej Sali. Rzuciła torbę pod stół, więc pewnie ani Jack — zajęty Jane — ani Czkawka jej nie dostrzegą. Przeklinała to, że musi tam wrócić. Już czuła paskudną gorycz w ustach. Wyobraziła sobie to, co zastanie.
Może Jane poszła o krok dalej i już wybudowała im ślubny ołtarz w Wielkiej Sali? — myślała poirytowana.
Wchodząc do jadalni, przybrała najsilniej obojętny wyraz twarzy, na jaki było ją stać. Nabrała więcej powietrza w płuca, wyprostowała się i rozejrzała. Miejsce, gdzie siedziała z Jackiem i Czkawką, były puste. Dalej czuła się dość niemiło, ale przynajmniej ominęło ją ponowne spotkanie z Jane.
Dotarła do swoich rzeczy. Dziwne. Torba czekała na nią na siedzeniu. Przecież dokładnie pamiętała, jak wrzucała ją pod stół.
Elsa odłożyła książkę na blat, a obok położyła torbę. Podejrzewała, że coś jest nie w porządku. Niepewnie odpięła zapięcia i zajrzała do środka.
Znów poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. Zimno w palcach chciało spełznąć na materiał, ale udało się je powstrzymać. Spełnione przeczucie tańczyło w jej głowie taniec zwycięstwa, wrzeszcząc: miałem rację!
— O nie... — mruknęła do samej siebie.
Wewnątrz torby wszystko pokrywał paskudny, zielony glut. Taki sam, jakim Irytek powitał ją w Hogwarcie. Książki, pióra, pergaminy — wszystko tonęło w tej paskudnej substancji. Nie licząc jednej, złowieszczej kartki leżącej na wierzchu. Wyciągnęła ją ostrożnie. Już zaraz nabarała ogromnej ochoty na podarcie jej. Ograniczała się wyłącznie do patrzenia z opadniętymi ramionami na nabazgrany rysunek. Jej ośmieszająca, wulgarna karykatura łypała na nią z papieru; postać otaczał wianuszek wyzwisk. Wśród tych paskudnych określeń, wiło się zdanie: ogarnij zimę, bo dyrcio się dowie!
Elsa wiedziała, kto podrzucił jej to arcydzieło i wlał do torby zielony glut. Tak samo jak wiedziała, kto na korytarzach zawiązywał jej zaklęciem sznurówki ze sobą. Wiedziała, kto pewnego chłodniejszego dnia wsypał jej kijanki do kieszeni płaszcza. Wiedziała również, kto przedwczoraj zrobił jej podobny kawał — wrzucił do torby brudne majtki o rozmiarze idealnym dla trolla górskiego.
Sprawcami byli Artur i Ben — ci od atramentowych kul.
Starała się nie zwracać uwagi na ich zaczepki. Domyślała się, że mścili się za szlaban, który dostali u Clevesa. Swoimi kawałami chcieli ją sprowokować do użycia mocy — wtedy mogliby uznać się za zwycięzców. Usilnie powstrzymywała się od skorzystania ze swoich zdolności. Nie mogła z nimi przegrać. Nie mówiła o zachowaniu tych dwojga nauczycielom. Nauczona dotychczasowymi doświadczeniami z Jackiem, wiedziała, że po każdym donosie dowcipy staną się coraz ostrzejsze. Nie wspominała również nic najbliższym. Rodzice na pewno zmartwiliby się, gdyby im o tym napisała. Nie chciała ich niepokoić, bo ostatnio wystawiła ich nerwy na poważną próbę. Anna na pewno chciałaby, aby nastraszyła Bena i Artura swoimi mocami. Pewnie podobnie powiedziałby Jack. Gdyby nie posłuchała jego rad, na pewno wziąłby sprawę w swoje ręce — a wtedy i on miałby problemy.
Postanowiła więc przeczekać tę paskudną sytuację. Jakkolwiek denerwujące były żarty Bena i Artura, powinny kiedyś się skończyć.
Chociaż podświadomie nie wierzyła, że ich zemsta szybko dobiegnie końca.
Pozostało niewiele przerwy. Ruszyła więc prosto pod klasę, starając się po drodze usunąć glut z książek. Cały czas zaciskała w dłoni papierową kulkę, wiadomość od Bena i Artura.

~*~*~*~

Jack czuł się, jakby ponownie walczył z chimerami. Zastanawiał się, czy nawet nie nieco gorzej. Przecież ta straszna potwora jest wyjątkowo zawzięta w swych próbach bestialskiego zwabienia go w pułapkę swojej miłości.
Nie chciał wprost odmówić Jane. Starał się delikatnie odmówić, że nie wybierze się z nią do Hogsmeade. Każda inna dziewczyna już dałaby sobie spokój. Ona jednak albo była wyjątkową dziewczyną, albo wyjątkowo upartą dziewczyną.
Ciągnęła się za nim całą drogę i jeszcze towarzyszyła pod klasą. Czkawka, ten zdrajca, opuścił go, mówiąc, że ma coś pilnego do roboty — jakby ratowanie przyjaciela od natrętnej adoratorki nie było wystarczająco ważne!
— Jack, to pójdziemy razem na tę randkę? — zapytała Puchonka, zaplątawszy ręce na piersiach. — Nie daj się prosić! — Uśmiechnęła się szeroko.
Miał już serdecznie dość.
— Nie, Jane — burknął. Ona już otwierała usta, aby coś powiedzieć. Dodał więc: — Umówiłem się z Elsą.
Zamarła, chociaż była już bliska powiedzenia czegoś. Lekko zmarszczyła brwi — niegdyś kosmate gąsienice, teraz prawie łyse dżdżownice. Policzki jej poczerwieniały.
— Umówiłeś się na randkę. — Miód z jej głosu nagle wyparował. — Z Vintersen?
— Tak, umówiłem się z Elsą — potwierdził, lekko rozkładając ręce.
Obserwowała go przez lekko zmrużone powieki.
— Z nią? — zapytała niedowierzającym, cichszym głosem.
— Tak — zapewnił, czując, że może nareszcie zakończy całą tę farsę.
Przez chwilę milczała.
— Uważaj, żeby przypadkiem cię nie zamroziła — wypluła. W jej oczach pojawiły się łzy.
Odwróciła się zamaszyście na pięcie i pomaszerowała przed siebie, parskając coś pod nosem. Prawie wpadła na Roszpunkę.
Jacka nie nękały żadne wyrzuty sumienia. To dobrze? Może powinien być zdenerwowany na siebie, bo sprawił przykrość Jane? Czy to źle, że czuł nawet ulgę po pozbyciu się tego natręta?
Roszpunka podeszła do niego, jeszcze oglądając się za Jane. Przeczuwał, że zapewne nie daruje sobie wypytywania, o czym rozmawiali. Włożył dłonie do kieszeni.
— Nieźle ją spławiłeś — powiedziała długowłosa. — Ona chciała cię zaprosić na randkę?
W myślach przewrócił oczami.
— Tak, Pryszczata Jane chciała...
— Ale ona nie ma już pryszczy — zauważyła Roszpunka.
Jack westchnął.
— Tak, Jane Cleese — poprawił się — chciała zaprosić mnie na randkę. Nie dawała mi spokoju.
Usiedli we dwoje na jednej z ławek.
— Ale czekaj. Co właściwie mówiła? Kiedy cię dopadła? Gadaj!
Spodziewał się tego przesłuchania.
— Napadła na mnie w Wielkiej Sali. Chciała, abyśmy poszli do Hogsmeade na randkę. Próbowałem się wymigać, mówiłem, że jestem umówiony...
— A jesteś? — Uniosła brwi. Zaraz zrozumiała, że była to tylko wymówka.
— Ale najlepsze było, kiedy szedłem pod salę. Palnąłem, że chciałbym naprawić miotłę. — Zaczął naśladować przesłodzony głos Jane: — O, to pójdziemy w jakieś ustronne miejsce i pokażesz mi, jak to się robi! Powiedziałem, że może pogram z Meridą w quidditcha. Wiesz, co odpowiedziała? To Merida nam posędziuje. A ty mnie nieco podszkolisz. Słyszałam, że najlepiej latać we dwoje na jednej miotle.
Nawet jak to wspominał, prawie się wzdrygnął. Roszpunka zrobiła zbolałą minę.
— Czekaj... skoro nawet to nie pomogło... co ty jej naopowiadałeś, że prawie się popłakała? — zapytała. Spojrzała na niego krzywo. — Nie mów, że palnąłeś jej coś chamskiego...
— Oczywiście, że nie — odparł nieco urażony. — Powiedziałem tylko, że umówiłem się z Elsą.
Roszpunka zamrugała szybko.
— A umówiłeś się z nią? — Nagle wydała się szczególnie ożywiona.
— Oczywiście, że nie. Chciałem tylko jakoś spławić Jane...
Ukrył na chwilę zażenowany twarz w dłoniach. Chyba nigdy nie był w podobnej sytuacji. Do tej pory nie musiał odmawiać żadnej dziewczynie. Głównie dlatego, że żadna nie zapraszała go na randkę. Jak już to on proponował spotkania. Jednak od początku szkoły i tak zapytał o to ze trzy dziewczyny, a jedną z nich z powodu zakładu. Tylko z Mary Cleveland chodził dłużej — przez pół roku.
— Czekaj, a ty nie byłeś wtedy z Elsą, jak Jane cię zaczepiła? — zapytała Roszpunka.
— Byłem... znaczy, ona sobie poszła — odpowiedział. — Nagle coś ją ugryzło i wyparowała gdzieś, a mieliśmy pójść do Clevesa i dowiedzieć się o wypracowanie...
Roszpunka lekko zmarszczyła brwi. Zaraz wybuchnęła szczerym śmiechem. Spojrzał na nią lekko skołowany.
— Z czego się śmiejesz?
— Merlinie, Jack, jaki ty jesteś niedomyślny! — jęknęła Roszpunka. — Wiem, że czasami jesteś ślepy, ale że aż tak? Wytłumaczę to tobie jak dziecku. Kiedy ktoś ma lepszą zabawkę, to ty co wtedy...
— Zabieram mu ją? Powiedz mi wprost, jak masz coś mówić
Ukryła na moment twarz w dłoniach, mrucząc coś pod nosem. Złote włosy opadły jej na ramiona. Podniosła głowę i spojrzała na Jacka.
— Dobra, to była złe porównanie. Miało być nie co wtedy robisz, a co wtedy czujesz... zresztą, nieważne — uznała. — Elsa jest o ciebie zazdrosna.
— Zazdrosna? — parsknął śmiechem.
— Zastanawiam się, czy ty serio udajesz, że nic nie widzisz, nic nie słyszysz, nic nie czujesz, nie myślisz — powiedziała z dezaprobatą Roszpunka, jakby był uczniem, który nie potrafi wykonać prostego zadania. — Słuchaj, Jack. Może ty nie dopuszczasz do siebie tego typu myśli. Może ona też. Jednak i ja, i Czkawka, i Anna, i twoja siostra, i połowa szkoły — włącznie z nauczycielami — a nawet Merida dostrzegamy, że coś się między wami święci. Coś poważnego. Gołym okiem widać, że ciągnie was do siebie. To teraz wyobraź sobie, jak musiała poczuć się Elsa, kiedy przy niej Jane zaprosiła cię na randkę.
Coś się między nimi święci...
Słowa Roszpunki wydawały się dla niego oderwane od rzeczywistości. Poczuł dziwny gorąc na twarzy, kiedy to mówiła.
— Ciągnie nas do siebie? — parsknął. — Coś wam się przywidziało.
Lekko pokręciła głową.
— Jack, jesteś naprawdę dziwny — powiedziała. — Ja już dawno przestałabym się tego wypierać przynajmniej przed samą sobą.
Znowu parsknął pod nosem. Roszpunka już nie naciskała.
— Jak wolisz. Ja odpuszczam. — Zaczęła grzebać w torbie. — Na razie odpuszczam. — Wyciągnęła swoją pracę domową. — Co masz w jedenastym?
 Odpuściła temat, więc Jack bardzo chciałby zapomnieć o tej rozmowie. Ona jednak, jak na ironię, rozsiadła się w wygodnym fotelu, zrobiła sobie herbaty i rozgościła się w jego głowie.

~*~*~*~

Anna wypadła z biblioteki skocznym krokiem. Po zrobieniu kilku susów odwróciła się twarzą do idącej tuż za nią Elsy.
— Teraz to wymiotę wszystkich na egzaminach z eliksirów — powiedziała zadowolona z siebie Anna.
— Dopiero zrobiłyśmy pierwszą część powtórzenia — zauważyła Elsa. Nie chcąc przygasić jej dziecinnego entuzjazmu, dodała: — Jednak jak tak dalej pójdzie, to nie ma co się martwić. Szkoda tylko, że nie możemy nigdzie poćwiczyć warzenia eliksirów. Część praktyczna jest tak samo ważna jak teoretyczna, a może nawet bardziej.
Anna zaczęła dopytywać o to, jak wyglądają dokładnie SUM-y z eliksirów, kiedy szły przez zamek. Interesowały ją najmniejsze szczegóły, co nie dziwiło Elsy. Ona zdawała te egzaminy przed wakacjami i pamiętała, ile stresu jej przyniosły. Przed przystąpieniem do nich również chciała wiedzieć wszystko na ich temat.
— Zresztą, co ja się martwię? — powiedziała Anna. — Przecież ty wymiotłaś na SUM-ach, więc ja też na pewno wymiotę. Przecież jesteśmy rodziną. Talent mamy we krwi.
— Skromność już niekoniecznie — parsknęła śmiechem Elsa.
Szły we dwie w stronę wyjścia z zamku. Musiała dotrzymać obietnicy złożonej Annie, czyli odprowadzić ją na trening. Wyszły na zewnątrz. Elsa zaczęła żałować, że nie wzięła płaszcza czy chociażby ciepłego swetra. Wieczory były już chłodne. Już po chwili spaceru miała na ramionach gęsią skórkę.
Przed nimi szła kilkuosobowa grupa — reszta gryfońskiej drużyny quidditcha. Powoli ją doganiały. Merida i Edward o coś się spierali, sądząc po tym, jak żywo gestykulowali. Gdy Elsa i Anna już się zbliżyły, dało się dosłyszeć, że rozprawiali o strategii — oboje mieli na nią zupełnie różne wizje.
— Hej! — zawołała Anna.
Grupka przystanęła. Z wyjątkiem Pottera i Meridy, którym zajęło kilka kroków, zanim do ich zajętych dyskusją umysłów dotarło to, że ktoś ich wołał. Jack uśmiechnął się w stronę idących dziewcząt.
— Już myślałam, że nie przyjdziesz. — Clover cmoknęła Annę w policzek na przywitanie. Spojrzała niepewnie na Elsę, po czym rzuciła, nie patrząc na nią: — Cześć.
— Cześć. Jak coś to umówimy się jutro, Anno — powiedziała Elsa.
Miała już wrócić do zamku. Nie chciała dłużej zatrzymywać siostry i całej drużyny, przed którą czekał trening — jeden z ostatnich przed meczem Gryffindoru z Hufflepuffem.
— Elsa. — Usłyszała głos Jacka. — Jeśli chcesz, to możesz posiedzieć na widowni czy coś... — Uśmiechnął się niepewnie.
— Chyba podziękuję — odparła.
Nie dodając już nic, ruszyła do zamku, a Gryfoni — już w kompletnym składzie — w stronę boiska. Po kilku krokach spojrzała w stronę drużyny. Jack zerknął na dziewczynę przez ramię. Szybko odwróciła głowę, nieco przyspieszając kroku. Przypomniała sobie ich rozmowę z rana, kiedy chciała dowiedzieć się, w jaki sposób wymigał się od randki z Jane. Powiedział, parskając śmiechem:
— Skłamałem, że umówiliśmy się na randkę. A ona w to uwierzyła, że chcielibyśmy się ze sobą spotykać. Zabawne, co nie?
To powinno być zabawne. Nawet się uśmiechnęła. Nie dała po sobie poznać, że słowa Jacka rozbawiły ją tak, jak niespodziewana kartkówka.
Zaczęły napadać ją dziwne wątpliwości. Nie potrafiła patrzeć na niego w ten sam sposób jak przedtem.
W sobotni wieczór mało kto włóczył się po korytarzach, ale przy wejściu do Wielkiej Sali prawie zawsze się ktoś znajdował — tak było i tym razem. Jakaś grupka znajomych widocznie na kogoś czekała. Kilka osób wychodziło lub wchodziło do szkolnej jadalni.
Elsa dostrzegła Bena i Artura. Kryli się za wysuniętą ścianą. Ślizgon wymachiwał w dłoni jakimś przedmiotem.
— Artur, daj spokój — powiedział Ben. — Było fajnie, ale teraz będą problemy...
— Strach cię obleciał? — odparował Artur; w jego głosie brzmiało wyzwanie.
— Nie obleciał mnie strach! — ściszył głos; słychać było w nim urazę. — Tylko że to już przesada...
Ich spojrzenia oraz Elsy spotkały się. Po ostatnim kawale — glutach w torbie — zagroziła im na którejś lekcji, zanim przyszedł nauczyciel, że albo zaprzestaną tych nieprzyjemnych dowcipów, albo następnym razem bez wahania zgłosi ich zachowanie dyrekcji. Zeszłego wieczora przemyślała kilka rzeczy. Przestało ją obchodzić, jakie skutki przyniesie jej donos. Miała już dość tego, że musiała ciągle mieć się na baczności oraz tego, że jej rzeczy regularnie niszczono.
Zwróciła uwagę na to, czym wymachiwał Artur.
Poznała ten przedmiot. Wybuchajka krwotoczna. Początkowo stworzona dla dowcipów, ostatecznie sprawca niezbyt przyjemnych urazów, które musiały być długo leczone w skrzydle szpitalnym. Rzecz zajmująca pierwsze miejsce na hogwarckiej liście Przedmiotów zakazanych od dobrych kilkunastu lat.
Nie zdążyła nawet zastanowić się nad reakcją. Wybuchajka umyślnie wyskoczyła z dłoni Artura.
Wszystko stało się w sekundzie, może dwóch. Artur czmychnął z pola rażenia Wybuchajki. Ktoś pisnął zaskoczony. Bena zamurowało. Elsa mocno zacisnęła powieki. Wyciągnęła przed siebie dłonie, aby się ochronić. Poczuła zimno przeskakujące między palcami.
Coś trzasnęło.
Nie poczuła zupełnie nic.
Niepewnie otworzyła oczy, bojąc się, co ujrzy.
Wybuchajka zamarła w locie. Utkwiła w lodowym słupie, który wyrósł z podłogi.
Znieruchomiała, podobnie jak część osób zebranych wokół. Patrzyły na tych troje — Bena, Artura i Elsę — oraz Wybuchajkę skutą lodem między nimi. Kolejne wychodziły z Wielkiej Sali, aby zobaczyć, co się stało.
Ben niemrawo spojrzał na zamrożony przedmiot. Głośno odetchnął. Elsa otrząsnęła się z przerażenia. Spojrzała na Artura, którego twarz zmieniała się — z pewnej siebie na zdziwioną.
Poczuła, jak wszystko się w niej gotuje i zamarza jednocześnie.
— Czy... — wydusiła. Z trudem umiała pozbierać myśli. — Czy... czy ty jesteś normalny?! Do końca was... — Z trudem powstrzymała wszystkie brzydkie słowa cisnące jej się na usta. Nie umiała znaleźć grzeczniejszego, ale równie mocnego odpowiednika tego na to, co zrobili Ben i Artur.
Całe szczęście, że się powstrzymała. Jakiś trzecioklasista już prowadził profesor Ambler. Chyba opowiedział jej, co się dzieje — wyglądała na szczerze wystraszoną.
— Nikomu nic się nie stało? Wszystko w porządku? — zaczęła nauczycielka.
Rozejrzała się po wszystkich wokół. Kilka osób lekko pokręciło głowami. Spojrzała na zamrożoną Wybuchajkę. Nieco się uspokoiła.
— Kto z was wpadł na pomysł, aby kupić Wybuchajkę? — Zazwyczaj nie umiała posługiwać się surowym tonem, ale teraz wyjątkowo dobrze jej to szło. — Ben? Artur?
— Przecież to nie my — skłamał Artur bez mrugnięcia powieki.
— Jak to nie wy? — powiedziała Elsa, zaplatając ręce na piersiach. — Sama się rzuciłam Wybuchajką, tak?
— No nie wiem, co chodzi po twojej przemrożonej głowie. — Ślizgon wzruszył ramionami.
Elsa miała ogromną ochotę sprawić, aby Artur na własnej skórze przekonał się, jakie myśli chodzą po przemrożonej głowie.
— Dobrze — powiedziała profesor Ambler, rozkładając ręce. — Nie będziemy robili sensacji na cały korytarz. Pójdziemy od razu do dyrektora.
Mina Artura nieco zrzedła.
— Tylko że to nie my...
— Daj spokój, idioto — rzucił Ben zmęczonym głosem. Spojrzał niepewnie na profesor Ambler, która przewiercała go na wylot spojrzeniem fioletowych oczu.
— Zamknij się... — syknął Artur.
— To my — wyznał Puchon.
Artur parsknął coś pod nosem pod adresem Bena.
— Ja tam nie mam z tym nic wspólnego — rzucił Ślizgon — ja nie brałem w tym udziału. To on musiał skombinować Wybuchajkę...
— Ja? — oburzył się Ben. — Przecież po ostatnim powiedziałeś, że zrobimy ją tak, że nawet nie pomyśli o kablowaniu!
Nauczycielka zapobiegła dalszej wymianie zdań.
— Pójdziemy do opiekunów waszych domów — powiedziała. Mruknęła do siebie pod nosem: — Nasz Zajączek wkurzy się, że przerwiemy mu pracę w ogrodzie...
Elsa nie wiedziała, kogo nazwała Zajączkiem i szczerze mówiąc, nieszczególnie ją to interesowało. Bena i Artura najwidoczniej również niezbyt — mordowali się spojrzeniami.
Nauczycielka zaczęła ostrożnie wydobywać Wybuchajkę z lodowego więzienia. Gdy już to zrobiła, ostrożnie lewitowała ją przed sobą.
— Chodźcie — zwróciła się do Elsy, Bena i Artura — wszystko wyjaśnimy.

~*~*~*~

Wtedy dzieci spojrzały po sobie niepewnie. Zabłądziły w lesie i były przerażone, to fakt. Jednak poczuły, jak wewnątrz ich serduszek coś ożywa. Przypomnieli sobie słońce, którego nie widzieli, odkąd weszli do głuszy. Wróciło do nich wspomnienie dzisiejszego poranka — zabawa nad rzeką. Pamiętali przyjemny żar lejący się z nieba i jeszcze przyjemniejszy chłód wody. Magią zmuszały krople, aby zastygały w powietrzu. Cieszyli się.
Na twarzach Arii i Oriona pojawiły się uśmiechy. Wspomnienie było silniejsze i radośniejsze, niż mogłoby się wydawać.
Pomarszczone łapska dementorów zamarły. Zjawy z bolesnym piskiem wyparowały, bezradne wobec tak bardzo radosnego wspomnienia. Przez korony drzew znów wyjrzało słońce, a dzieci, w jego towarzystwie, odnalazły drogę do domu.

Ktoś zawołał ją stanowczo zbyt głośno po imieniu. Od razu domyśliła się, kto nie miał poszanowania dla bibliotecznej ciszy. Tak naprawdę już powinna się zbierać, więc włożyła Baśnie i legendy do torby i wyszła naprzeciw siostrze.
— Czy ja zawsze muszę dowiadywać się wszystkiego od innych? — poskarżyła się Anna z wyrzutem.
— Można pół tonu ciszej? — wtrąciła bibliotekarka.
Anna parsknęła coś pod nosem cicho.
— O co ci chodzi, Anno? — zapytała Elsa.
Ruszyła w stronę wyjścia z biblioteki, a Anna razem z nią, ramię w ramię.
— Nie udawaj, że nie wiesz — odezwała się już swoim normalnym głosem Gryfonka.
Elsa domyśliła się, o co chodziło siostrze. Pewnie miała na myśli jej problemy z Benem i Arturem, które osiągnęły punkt kulminacyjny wczorajszego wieczora. Wiadomość o Wybuchajce rzuconej przed Wielką Salą zdążyła dotrzeć do Anny.
— Chodzi ci o Wybuchajkę — powiedziała Elsa.
— A jak myślisz? — Anna machnęła dłońmi. — Dlaczego mi nie powiedziałaś o tych pajacach? Mówiłaś, że dali ci spokój po żarcie z atramentowymi kulami!
Przystanęły w miejscu, gdzie jeden z korytarzy znacznie się rozszerzał — pod ścianami poustawiano tutaj ławki do siedzenia, a w kącie, przy starej zbroi, stał nawet mały stolik.
— Anno — powiedziała Elsa — ty masz swoje problemy, ja mam swoje...
Anna już miała przerwać.
— …to po pierwsze — dodała Krukonka. — Masz problemy z Adrianem, sama mówiłaś, że daliście sobie nieco przerwy, bo może wam to pomoże...
— No tak... — bąknęła Anna — tylko że to dalej nie powód. Każdy ma swoje problemy, a ja chcę ci pomóc z twoimi...
— Po drugie: myślałam, że im to przejdzie, jeśli nie będę wciągała w to nauczycieli — wyjaśniła Elsa.
— Dobra, nauczycieli. A mnie? Siostrę rodzoną? Siostra rodzona to co? Patyk od kiszki?
Elsa westchnęła.
— Myślałam, że dadzą mi spokój, jeśli nie zareaguję — przyznała. — Myślałam, że się znudzą...
— Za dużo myślisz, siostra — powiedziała Anna.
Może miała rację. Może gdyby Elsa tyle nie myślała, tylko postanowiła poszukać u kogoś pomocy, to sprawa rozwiązałaby się znacznie wcześniej.
— Wydawało mi się, że to będzie jak z Jackiem. Bo kiedy ja na niego donosiłam, on mścił się jeszcze bardziej. A kiedy odpuszczałam, on również nie zaczepiał mnie tak często.
— Tylko że oni zaczepiali cię bez powodu — powiedziała Anna. — Znaczy... nie obraź się, bo Jack faktycznie też czasem przesadzał... ale ty...
Elsa wzruszyła ramionami w odpowiedzi.
— Myślałam, że się znudzą — powtórzyła.
Wiedziała, że była dość ciekawym celem żartów. Miała przecież problemy ze względu na swoją moc, więc jej możliwości obrony wydawały się dość ograniczone. Sama słyszała, jak wielokrotnie umyślnie powtarzali zaczepki w stylu: Uważaj, bo zaraz cię zamrozi i będą problemy!
— To nie zmienia sytuacji. Jestem na ciebie zła — pożaliła się Anna. — Mnie powinnaś powiedzieć. O! Powinnaś mnie teraz przeprosić.
— Przepraszam? — rzuciła niepewnie Elsa.
— Hm... nie ma za co. — Anna uśmiechnęła się promiennie, a jej siostra pokręciła głową ze śmiechem. — Ale naprawdę... mogłaś powiedzieć komukolwiek. Jeśli nie nauczycielom, to mnie, Roszpunce, Jackowi...
— Jackowi też wolałam nie mówić.
Anna namyśliła się.
— Jestem pewna, że zrobiłby z Arturem i Benem jakąś wojnę na Wybuchajki. Pewnie huczałoby od niej w całej szkole. Dołączyłabym do niego! — Coś sobie przypomniała. — Właśnie. Szukaliśmy cię razem wczoraj, gdy wracaliśmy z treningu i dowiedzieliśmy się o Wybuchajce. Nie wiem, czy bardziej był wystraszony, czy zdenerwowany. Gdyby dzisiaj nie była niedziela, pewnie dorwałby cię na lekcjach.
Elsa mimowolnie się uśmiechnęła.
— Tak właściwie, to co teraz będziesz robiła? — zapytała Anna, patrząc, jak siostra poprawia odznakę prefekta.
— Och. Mam pójść do Clevesa po nowe ogłoszenia, przytwierdzić je na tablicy u nas w dormitorium, a później przejść się po szkole i zobaczyć, czy członkowie kółka eliksirów nie wysadzili niczego w powietrze — wyjaśniła.
— Strasznie tego dużo — zauważyła Anna. — Jeszcze to pilnowanie listy obecności do później nocy...
— Może lepiej chodźmy już do Clevesa — zaoferowała Elsa. Coś przeczuwała, że Anna chce iść razem z nią. — Nie, nie zajmuję się w tym tygodniu listą obecności. Zamieniłam się z Czkawką i przejęłam jego obowiązki — te ogłoszenia i patrol. Stwierdził, że i tak nie może w nocy spać, to przynajmniej coś porobi, a w dzień będzie miał lżej.
— Serio on ma na to ochotę? — zdziwiła się Anna. — Clover uważa, że to najgorsza robota. Zanim wszyscy się wpiszą, w najlepszym wypadku jest po północy, a potem trzeba wstać rano.
— Najwidoczniej jemu to pasuje — stwierdziła Elsa.
Przez chwilę milczały.
— Nie dowiedziałam się w końcu — powiedziała nagle Anna — jak w końcu wyszło z Benem i Arturem.
Elsa opowiedziała siostrze, jak rozwiązała się sytuacja z chłopcami, którzy uprzykrzali jej życie.
Profesor Ambler zaprowadziła troje uczniów do swojego gabinetu i wysłała jakąś dziewczynę po profesora Salieta i Bulstrode'a — opiekunów Hufflepuffu i Slytherinu. Mieli chyba inne plany na spędzenie tej niedzieli. Bulstrode był ubrany, jakby miał gdzieś wychodzić. Saliet natomiast wparował do pomieszczenia upaprany ziemią, z doniczką w dłoniach, w której rosły przepiękne, lśniące jak księżyc kwiaty. Obaj byli szczerze zaskoczeni, gdy usłyszeli, że ich podopieczni rzucali przed Wielką Salą Wybuchajką — która nie bez przyczyny wylądowała na liście przedmiotów zakazanych. Żądali natychmiastowych wyjaśnień. Ben opowiedział swoją wersję pokrywającą się z Elsy — dodał tylko, że Artur zamówił Wybuchajkę bez jego wiedzy oraz że nie chciał brać udziału w tym kawale. Ku zdziwieniu dziewczyny wspomniał również o wszystkich nieprzyjemnych żartach dokonanych na niej. Zastanawiała się, dlaczego to zrobił. Być może dlatego, że ruszyło go sumienie. Może uznał, że wypieranie się już nie ma sensu i przynajmniej złagodzi sobie karę. Podobne przemyślenia nie pojawiły się u Artura. On do końca nie przyznawał się, że ma cokolwiek wspólnego z żadnym żartem dokonanym na Elsie.
— No i co w końcu z nimi zrobili? — ciekawiła się Anna, gdy szły w stronę gabinetu nauczyciela.
— Od razu napisali do ich rodziców. Dostali szlaban na cały kwartał i zakaz wyjścia do Hogsmeade w tym czasie — odparła Elsa. — Oprócz tego zawieszono ich w drużynach quidditcha.
Anna parsknęła niedowierzającym śmiechem:
— Nie gadaj! Przecież za niedługo gramy z Hufflepuffem... a oni stracili gracza! — Klasnęła radośnie w dłonie. — Jestem ciekawa, jak się teraz z tego wykaraskają! Ciekawe czy ich kapitan w ogóle coś na to poradzi!
Zachowywała się tak, jakby wygrała na loterii, a przynajmniej jakby wynik najbliższego meczu był już osądzony.
Dotarły we dwie do gabinetu profesora Clevesa. Elsa zapukała w drzwi, a po usłyszeniu przygłuszonego proszę!, weszła do środka, zostawiając Annę na zewnątrz. Dostała od nauczyciela kilka ogłoszeń do przytwierdzenia, po czym szybko wyszła.
— Pokaż, co tutaj masz! — Anna porwała jeden ze zrolowanych pergaminów.
Gdy go rozłożyła, okazał się dość spory. Raził czerwienią tak bardzo, że nie dałoby się go przeoczyć.
— Zacznie się kurs na teleportację! — wykrzyknęła radośnie, przeczytawszy treść na plakacie. — Idziesz chyba, co nie?
— Jak można nie zrobić kursu na teleportację? — odparła Elsa, próbując jakoś sensownie nieść resztę pozwijanych ogłoszeń.
— Zapraszają wszystkich szóstoklasistów i te osoby, które oblały w zeszłym roku... kurczę, ja bym zrobiła ten kurs już teraz!
Anna nie mogła pogodzić się przez całą drogę, że dzieli ją jeszcze rok do nauki teleportacji.

~*~*~*~

Kolejne dni mijały dość zwyczajnie. Na lekcjach zaczęto omawiać coraz bardziej wymagający materiał. Elsa zaczynała odczuwać, jak trudne jest kontynuowanie nauki z tylu przedmiotów.
Kilka razy w tygodniu odbywały się zarządzone przez Ministerstwo Magii dodatkowe zajęcia z obrony przed czarną magią. Profesor Dreamchild sprawił jednak, że były znacznie ciekawsze niż normalne lekcje. Gdy omawiali konkretne zagadnienia, nie ograniczali się tylko do teorii. Ćwiczyli w parach — zazwyczaj, bo niektóre czary wymagały osób asekurujących — różnorakie zaklęcia, głównie obronne. Elsa zazwyczaj pracowała z Anną, często też z Jackiem, kilka razy z Roszpunką i Czkawką. Żałowała, że nie mieli okazji ćwiczyć w ten sposób rok temu, gdy brali udział w Turnieju Trójmagicznym — nauka pod okiem profesora w przestronnej Wielkiej Sali była znacznie przyjemniejsza niż rzucanie wyszukanych w podręcznikach zaklęć w zatęchłej, nieużywanej klasie. Pod koniec każdego spotkania odbywały się ze dwa, trzy pojedynki — ulubiona część uczniów. Elsa musiała przyznać, mimo nieprzyjemnych doświadczeń, to ich wyczekiwała. Dość przyjemnie się je oglądało.
Oprócz zajęć z obrony przed czarną magią rozpoczął się kurs teleportacji, na który zgłosili się dosłownie wszyscy szóstoklasiści oraz kilkoro siódmoklasistów, którzy nie zdali za pierwszym razem. Odbywał się w Wielkiej Sali pod okiem instruktora z Ministerstwa, gdzie na czas zajęć ściągano zaklęcia uniemożliwiające teleportację.
Powoli rozpoczynano pierwsze próby przenoszenia się. Elsie niezbyt to wychodziło. Raz część jej włosów została, podczas gdy ona się deportowała — przypadkowo pozbawiła się kilku centymetrów warkocza. Innym razem zgubiła buta. Oczywiście te porażki ją frustrowały, ale pocieszał ją fakt, że zdarzały się praktycznie każdemu.
Większość w ogóle nie przenosiła się, choćby o milimetr, a tym szczęściarzom, którym to się udawało, przytrafiały się dość nieprzyjemne sytuacje. Asterion z Hufflepuffu teleportował się — tylko że jego ubrania już nie. Julianowi Fitzherbertowi po lądowaniu zapaliły się szaty. Roszpunka za każdym razem, kiedy się obracała, zaplątywała się we własne włosy i lądowała na podłodze. Jackowi nawet odpadły dwa palce za którąś próbą. Wszyscy wystraszyli się nie na żarty. On tylko okropnie zdumiał się, widząc je na podłodze, kilka metrów dalej. Instruktor, przyzwyczajony do takich wypadków, przytwierdził je, zanim chłopak zdążył się przestraszyć. Oczywiście później ten wypadek — z którego Jack wyszedł cało — stał się głównym tematem żartów wśród jego znajomych.
— Następnym razem uważaj, żeby nie odpadła ci głowa — powiedziała Elsa do niego. — To chyba byłaby większa strata, nie uważasz?
— Spokojnie. Następnym razem będę miał głowę na karku — śmiał się.
Tak jak się spodziewała, podobnie jak Anna zirytował się, że nie powiedziała mu o Benie i Arturze. Czasami zastanawiała się, czy wyznanie któremuś z nich prawdy — jemu lub siostrze — nie byłoby lepszym rozwiązaniem. Starała się za dużo o tym nie myśleć, przecież sprawa się rozwiązała. Ci dwaj już nie wycinali jej kawałów. Czasami widywała, jak w ramach kary czyścili najbardziej zapuszczone zbroje pod czujnym okiem woźnej.
Z czasem wszystko zaczęło skupiać się na jednej rzeczy. Nauka jakby pozostawała nieco z tyłu — oczywiście nie dla Elsy. Rozmowy schodziły na jeden, konkretny temat.
Pierwszy szkolny mecz quidditcha w tym roku szkolnym, pierwszy po ponad rocznej przerwie, zbliżał się wielkimi krokami.
Większość osób już nie mogła usiedzieć w miejscu, myśląc o nadchodzącym starciu drużyn Gryffindoru i Hufflepuffu.
To pierwszy mecz, który Elsa miała oglądać, a jeszcze zagra w nim jej siostra oraz Jack — nic dziwnego, że nie umiała schronić się przed panującą atmosferą. Mimo że była z Ravenclawu, dostała wyposażenie kibica Gryffindoru — Anna pożyczyła jej szkarłatno-złoty szalik z herbem jej domu oraz kilka tandetnych chorągiewek, elementów niezbędnych do wspierania drużyny. Oprócz tego siostra kazała jej podkreślić swoje wsparcie poprzez wymalowanie się w barwy Gryfonów.
Dlatego Elsa w dzień meczu szła w stronę stadionu wymalowana na całej twarzy w szkarłat i złoto, opatulona ciepłym, siostrzanym szalikiem i z chorągiewkami pochowanymi w kieszeniach płaszcza. W dłoniach trzymała najnowszy numer „Proroka”, którego nie zdążyła przeczytać przy śniadaniu. Zaciekawił ją szczególnie jeden artykuł.
Dwa dni temu napisano w gazecie o zaginięciu dwojga dzieci w okolicy Czarnoksięskiej Głuszy. Tak szybkie opublikowanie artykułu zawdzięczane jest temu, że to pociechy jednego z głównych redaktorów zniknęły. W numerze, który Elsa akurat czytała, okazało się, że odnalazły się całe i zdrowe, może tylko nieco przestraszone.
Cała ta sytuacja wydawała się Elsie dziwnie znajoma. Dzieci najpierw bawiły się na dworze w okolicach jakiejś rzeki, później poszły do Czarnoksięskiej Głuszy, niebezpiecznego lasu, w którym roi się od dementorów i innych potworów, a mimo to wyszły z niej nietknięte. Miała wrażenie, jakby już czytała podobną historię i to dość niedawno. Artykuły w gazecie aż za bardzo kojarzyły jej się z baśnią z Baśni i legend.
Elsa chętnie podzieliłaby się na świeżo swoimi podejrzeniami z kimś.
Złożyła gazetę i rozejrzała się. Szła sama. Roszpunka odłączyła się od niej jakiś czas temu, bo chciała porozmawiać z Julianem. Jak widać ucieczka z domu również może sprawić, że dwoje ludzi zacznie ze sobą rozmawiać — podobnie jak Turniej Trójmagiczny, którego skutki to poprawienie stosunków z Jackiem. Elsa doznała na własnej skórze. Czkawki nie widziała od śniadania. Jack i Anna byli już na stadionie.
Zrozumiała, że na razie pozostanie sama ze swoimi przemyśleniami na temat historii o zaginionych dzieciach. Wcisnęła gazetę do kieszeni płaszcza. Może to zbieg okoliczności.
Powoli przestawała nad tym myśleć, kiedy zbliżała się do stadionu. Nie zastanawiała się, dokąd iść. Wmieszała się w tłum Krukonów, który sam popchnął ją w stronę wejścia na trybuny. Wszystkie lepsze miejsca były już pozajmowane — musiała zadowolić się tym, co zostało.
Bywała już na szkolnym stadionie. Obserwowała eliminacje do drużyny Gryfonów. Jednak teraz, kiedy zaraz miał odbyć się mecz, sprawiał zupełnie inne wrażenie.
Hałas otaczał ją ze wszystkich stron. Gdziekolwiek spojrzała, widziała ludzi albo wystrojonych na żółto-czarno, albo na szkarłatno-złoto.
— FASOLKI WSZYSTKICH SMAKÓW! — wydzierał się jakiś chłopak przechadzający między rzędami widowni. Niósł ogromną tacę pełną smakołyków. — ŚWISZCZĄCE CUKIERKI!
— Hej, Wilson! — Ktoś niżej machnął do niego dłonią.
Jakaś dziewczyna kupiła od niego łakocie; on skrupulatnie chował pieniądze do sakiewki.
— CZEKOLADOWE ŻABY... — szukał kolejnych klientów.
Jakaś grupka proponowała zakłady.
Elsa dostrzegła, jak dziewczyna z Hufflepuffu przechodząca po ich sektorze w stroju ogromnego borsuka, rozdaje plakietki z herbem jej domu.
Wszystko to było hałaśliwe, chaotyczne i radosne. Na swój dziwaczny sposób bardzo podobało się Elsie. Nie wiedziała, jak się zachować. Na razie tylko siedziała i obserwowała wszystko z ciekawością. Gdy już myślała, że nie znajdzie ciekawiej ubranej osoby, to już ktoś ją zaskakiwał. Nauczyciele wydawali się niemniej podnieceni niż uczniowie. Dostrzegła stanowisko, przy którym siedział Harry Brown, jak wyjaśnił jej kiedyś Jack, komentator każdego meczu.
Komentator przystawił różdżkę do swojej szyi opatulonej szalikiem Slytherinu.
— WITAM WSZYSTKICH NA PIERWSZYM MECZU — odezwał się magicznie wzmocnionym głosem. Jego żywe, pełne energii słowa potoczyły się po całym stadionie, docierając nawet do najbardziej skrytych zakamarków. — DZISIAJ ZMIERZĄ SIĘ GRYFFINDOR I HUFFLEPUFF. GRYFFINDOR PODCZAS OSTATNICH ROZGRYWEK ZAJĄŁ PIERWSZE MIEJSCE, W FINALE POKONUJĄC SLYTHERIN DWIEŚCIE PIĘĆDZIESIĄT DO DZIEWIĘĆDZIESIĘCIU. NATOMIAST HUFFLEPUFF UPLASOWAŁ SIĘ NA OSTATNIM MIEJSCU PO PRZEGRANEJ Z RAVENCLAWEM. W TYM ROKU OBIE DRUŻYNY OSTRO WZIĘŁY SIĘ DO PRACY, DLATEGO MOŻEMY NA PEWNO LICZYĆ NA WYRÓWNANE...
Na środek boiska wkroczyła profesor Ambler. Nosiła szatę do quidditcha — gdyby ten strój był w barwach którejś ze szkolnych drużyn, można by wziąć ją za gracza. Jakiś chłopak wniósł piłki — kafla oraz tłuczek (odpowiednio zabezpieczony).
Elsę ogłuszył ryk widowni. Musiała wstać, aby widzieć boisko.
— DRUŻYNA HUFFLEPUFFU — komentował Harry, podczas gdy puchońscy zawodnicy wychodzili na murawę. — KAPITANEM I JEDNOCZEŚNIE OBROŃCĄ JEST KRISTOFF ANDERSON, W DRUŻYNIE OD CZTERECH LAT. CHYBA JUŻ WYLIZAŁ SIĘ PO ZESZŁOROCZNYM URAZIE... — zaśmiał się. — KRISTOFF, TYLKO NIE POŁAM SIĘ TYM RAZEM NA POCZĄTKU MECZU, NIE CHCEMY STĄD WYJŚĆ PO PIĘCIU MINUTACH! NA STANOWISKU PAŁKARZA NOWICJUSZ — ASTERION CHALKEJE...
Wszyscy z drużyny pojawili się przy profesor Ambler, kiedy Harry opowiadał co nieco o każdym z nich. Jack mówił, że w tym roku Puchoni chyba wzięli się do kupy. Bardzo zmienił się skład — ponoć oprócz Kristoffa została tylko jedna osoba, która brała udział w ostatnich rozgrywkach.
— PORA NA RYWALI, DRUŻYNĘ GRYFFINDORU — zapowiedział Harry.
W szkarłatnym sektorze zapanowało jeszcze większe poruszenie, kiedy na boisko wkroczyli ich faworyci.
Wyglądali inaczej niż zazwyczaj, co rzuciło się Elsie w oczy. Nie chodziło oczywiście o szaty, sprzęt ochronny ani miotły w dłoniach.
Merida zdawała się poważniejsza niż zazwyczaj; dumnie unosiła głowę. Zachowywała się, jakby miała zaraz stoczyć ważny czarodziejski pojedynek.
Anna początkowo szła skocznym krokiem. Po chwili widocznie się uspokoiła. Trzymała nerwy na wodzy, chociaż Elsa przeczuwała, że w głębi duszy nie może się doczekać, aż mecz się zacznie.
Szata od quidditcha leżała na Jacku jak mundur. Pewnym chwytem trzymał miotłę, która lśniła srebrem w słońcu, jakby była oszroniona. Błądził spokojnie wzrokiem po trybunach, po boisku i po niebie — jakby już chciał przewidzieć, gdzie może fruwać złoty znicz.
Harry przedstawił wszystkich zawodników Gryffindoru. Nieco zażartował z Edwarda Pottera, z którego starszym bratem, będącym kiedyś w Slytherinie, przyjaźnił się. Wspomniał pierwszy mecz Anny, podczas którego wbiła samobójczą bramkę — ale w ramach rekompensaty zdobyła później drużynie aż czterdzieści punktów.
Zaczął rozgadywać się na temat szans poszczególnych drużyn, podczas gdy one otoczyły profesor Ambler. Wyjaśniono wszystko. Kapitanowie wymienili ze sobą uścisk dłoni — sporawy Kristoff Anderson i znacznie mniejsza Merida.
Gracze i sędzia dosiedli mioteł. Wzbili się w powietrze. Każdy udał się na swoją pozycję. Merida czekała na środku boiska tuż przy profesor Ambler — podobnie jak Kristoff. Po jej prawej stronie znajdowała się Anna. Najwidoczniej nie wytrzymała tak długiej chwili skupienia, bo rozglądała się po trybunach, poprawiając gogle. Po lewej stronie pani kapitan wisiał Edward Potter, przeczesując czarne włosy. Bliżej bramek znajdowali się dwaj pałkarze wybrani na ostatnich eliminacjach. Przy pętlach kręciła się Clover Anblue, mocno zaciskając ukryte w rękawiczkach dłonie na drążku miotły. Elsa dostrzegła Jacka, który latał powoli między swoimi kolegami.
Wyciągnęła schowane w kieszeniach chorągiewki. Czuła, jakby zjadła za dużo Świszczących Cukierków — wszechobecne podniecenie udzielało się również i jej.
— I... — zaczął Harry. Nauczycielka wypuściła znicz. Zabłysnął złotem i już — nie było go. Tłuczek poszedł w ruch. Kafel został wyrzucony. — RUSZYLI!
Nie zdążył nawet tego powiedzieć, a zawodnicy już rozproszyli się. Kafel zniknął. Elsa nie wiedziała, na czym skupić wzrok.
— POTTER PRZEJMUJE KAFLA, JAKA GŁUPIA STRATA PUCHONÓW! — ryczał Harry, aż w uszach piszczało. — PĘDZI W STRONĘ PĘTLI. CHAPMAN ODBIJA TŁUCZEK. KAFEL DO MERIDY... I... O NIE, JAKA STRATA!
Dopiero teraz Elsa dostrzegła, kafel złapany przez Kristoffa. Piłka już przeleciała aż do rąk Asteriona. Anna próbowała ją przechwycić. Udało się! Nie! Wylądowała u kolejnego ścigającego Hufflepuffu. Clover gibała się na miotle. RZUT!
— KAPITALNA OBRONA! — ryknął Harry. — Chociaż wyglądała na nieco nieplanowaną, zważywszy na... OCH! REDES PRAWIE TRAFIONY TŁUCZKIEM. A KAFEL JUŻ W RĘKACH GRYFONÓW! ZUPEŁNIE JAK... BRAMKA! PIERWSZA BRAMKA! DZIESIĘĆ PUNKTÓW DLA GRYFONÓW!
Pierwsza bramka!
Gryfoni ryknęli tak, że zatrzęsła się ziemia. Anna uśmiechnęła się szeroko. Merida dała jej znać samym spojrzeniem, że jeszcze nie pora na radosne uśmiechy. Zaledwie sekunda — i gra wznowiona.
Elsa już nie bała się, że nie wie, jak się zachować. Obserwowała z ciekawością mecz. Od energicznego klaskania przy każdej bramce bolały ją dłonie.
Co chwilę coś się działo. Nie było chwili wytchnienia. Dopiero widziała jakiegoś zawodnika — a już był na drugim krańcu boiska. Ponad rozgrywającą się batalią o punkty, Jack i szukający Hufflepuffu przeszukiwali okolicę, wypatrując złotego znicza. Frost co jakiś czas zniżał się. Przystawał w miejscu. Czasami robił koło wokół boiska. Nie rozpraszało go to, co robili inni członkowie drużyny — on miał swoje zadanie. Był wręcz nierealnie jak na niego skupiony.
— PIĘĆDZIESIĄT DO PIĘĆDZIESIĘCIU, KOLEJNA BRAMKA DLA GRYFONÓW — ogłosił Harry. — ZNICZA DALEJ NIE MA, FROST I GARDNER KRĄŻĄ, A PIŁKĘ PRZEJMUJĄ PUCHONI! OCH!
Zaraz za nim cała widownia westchnęła.
Co się dzieje? — myślała Elsa.
Zawodnicy przystawali, przerywając trans gry. Profesor Ambler pojawiła się na boisku.
Gdzie Anna?
— AŁĆ — jęknął Harry. — MAMY ZDERZENIE! ANDERSON I VINTERSEN!
Kristoff trzymał się za głowę, chwiał się na miotle zamroczony. Anna zsuwała się z miotły...
Elsa krzyknęła.
Ktoś złapał Annę, zanim na dobre spadła. Potter był już przy niej i próbował utrzymać ją na jej Nimbusie.
Poturbowani zawodnicy i część ich drużyn już zlecieli na dół w towarzystwie profesor Ambler.
— CHYBA NIE OBĘDZIE SIĘ BEZ SKRZYDŁA SZPITALNEGO... — zauważył komentator. — TAKIE URAZY NIE KOŃCZĄ SIĘ DOBRZE...
Gdy to mówił, Elsa już próbowała dopchnąć się w stronę zejścia na murawę.

~*~*~*~

Cześć!
Jak mija Wam ten słoneczny czwartek?
Mnie minął na poprawianiu rozdziału. Dałam sobie na publikację czas do przyszłej środy, ale okazało się, że odwołano mi sprawdzian, więc mogłam zająć się tym dzisiaj.
Co sądzicie o tym rozdziale?

Życzę dużo słońca i ciepło pozdrawiam!

4 komentarze:

  1. Świetny rozdział :) Naprawdę warto było czekać! Nareszcie zaczyna coś się dziać pomiędzy Jackem i Elsą <3 Z niecierpliwością czekam na więcej :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Zazdrosna Elsa jest taka urocza,a Jack niedomyślny... może niedługo wszystko zrozumie :) Cieszę się, że Anna i Elsa się dogadują, mam nadzieję, że nie będzie bardzo poturbowana :(
    Czekam na next i życzę weny
    Pozdrawiam
    Arcanum Felis
    zapraszam na nowości do mnie

    OdpowiedzUsuń
  3. Na tego bloga trafiłam niedawno. Szczerze mówiąc to... jest naprawdę ŚWIETNY! Jeju masz naprawdę wielki talent.
    Życzę dużo weny i czekoladowych żab!
    ~Lusia

    OdpowiedzUsuń