sobota, 5 sierpnia 2017

Rozdział XLI — W domu pani Taxos

Nigdy dotąd zimno i gorąc nie zderzyły się w Elsie tak gwałtownie. Myśli prawie całkowicie wyparowały z głowy. Cała twarz piekła, ale nie od chłodu. Kolana nagle zmiękły. Może nawet zachwiałaby się, gdyby Jack, który doprowadził ją do takiego stanu, nie obejmował jej.
Dopiero gdy pocałunek się skończył, naprawdę zdała sobie sprawę, jak blisko byli. Jego ręce oplatały jej talię, podczas gdy ona nie wiedziała, co zrobić z własnymi. Czuła srebrną parę jego oddechu na twarzy, a jeszcze przed chwilą jego zimne usta na swoich. Mogła bez trudu dostrzec żywe iskierki w jego brązowych oczach. Tylko że błyski zaczynały gasnąć. Przyglądał się jej z coraz bardziej niepewną miną.
Odsunęli się od siebie. Teraz Elsa zupełnie nie miała pojęcia, co zrobić. To, co przed chwilą się stało, okropnie ją speszyło, mimo że w jakiś sposób podobało się.
Jack patrzył na nią z lekkim zakłopotaniem. Schował dłonie do kieszeni płaszcza. Niby próbował się uśmiechnąć — często to robił, chcąc rozrzedzić atmosferę — ale teraz zupełnie mu nie wychodziło.
— Elsa... — zaczął.
Wziął głęboki oddech, jakby zamierzał wyrzucić z siebie potok słów. W końcu, widocznie zmieszany, nie powiedział nic. Chyba nie znalazł sposobu, jak ubrać myśli w słowa. To samo czuła Elsa. Nie mogła sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek przedtem widziała u niego podobne zachowanie. Może myślał, że w jakiś sposób ją uraził. Może, że nie powinien jej całować. Mogła tylko domyślać się.
— Wszystko w porządku — powiedziała cicho i spokojnie, chociaż wewnątrz niej emocje wręcz się gotowały.
Nie chciała sprawić, aby Jack miał wrażenie, że zrobił coś źle. W żadnym wypadku nie pragnęła, aby tak myślał. Musiała tylko ochłonąć i poukładać sobie w głowie to, co przed chwilą się stało. Potrzebowała spokojnie przemyśleć, co właściwie czuła.
Dostrzegła trzy postacie wchodzące na boisko. Widząc innych ludzi, poczuła się wręcz nierealnie, bo przez dłuższą chwilę istnieli tylko ona i Jack. Już zaraz przygniotło ją poczucie zakłopotania, bo przez śnieg brnęli ku nim Czkawka, Roszpunka i Merida.
Elsa miała nadzieję, że nie widzieli jej pocałunku z Jackiem. Nie chciała i pewnie nie umiałaby wytłumaczyć się.
— Myślałam, że w końcu nie pójdziecie na boisko — powiedziała Merida.
Nosiła wyposażenie ochronne do gry w quidditcha i ściskała mocno miotłę — Pioruna 101, jak zapamiętała Elsa z dawnej rozmowy z Jackiem — a pod pachą miała kafla. Roszpunka i Czkawka również ściskali sprzęt do latania, opatuleni ciepłymi ubraniami i ochraniaczami.
— Wierzyłaś, że Elsa przepuściłaby okazję do latania pod moim okiem? — zaśmiał się Jack. Żartobliwy ton wyjątkowo nie przypasował się do jego głosu. Wydawał się trochę wymuszony. Może takie było tylko wrażenie Elsy.
— Ja nie wiem, czy cieszyłbym się, mając ciebie za instruktora — wyznał Czkawka.
— Gracie z nami? — zapytała Roszpunka.
Spojrzenie jej zielonych oczu zatrzymało się na Elsie. Sprawiało wrażenie, jakby domyśliła się, że między tym dwojgiem coś się wydarzyło. I to nie jakiś mecz.
— Ja chyba odmówię. Siedzimy tu długo. Trochę zmarzłam — powiedziała Elsa, rzucając Roszpunce, Czkawce i Meridzie uśmiech poszukujący zrozumienia.
Tak naprawdę zimno nieszczególnie jej przeszkadzało. Na dobrą sprawę, to bardziej odczuwała nieznośny pożar na policzkach.
Mimo to ruszyła w stronę zamku. Tuż obok szedł Jack, który stwierdził, że ją odprowadzi. Nie protestowała. Kroczyli we dwoje przez białe od zimy, opustoszałe błonia, oddalając się od stadionu. Dopiero przy murach zamku widać było kilka małych postaci, które rzucały się śnieżkami.
Nie przerywali panującej ciszy. Elsa czasem ostrożnie zerkała na Jacka. Wtulał się jak najbardziej w gruby szalik, zmarznięte od śniegu dłonie trzymał w kieszeniach, a jego oddech parował srebrem.
Gdy odciągała od niego wzrok, wiedziała, że chłopak również na nią spogląda. Nie miała pojęcia, jak się zachować. Podejrzewała, że powinna zakłócić milczenie. Niestety, nie potrafiła znaleźć słów. Nawet gdyby się odnalazły, pewnie nie przeszłyby jej przez gardło.
Na szczęście, Jack ją wyręczył, gdy weszli na dziedziniec.
— Czy to nie jest Claudis? — parsknął śmiechem, wskazując palcem przed siebie.
Czworo drugo- i trzecioklasistów pracowało przy pomocy magii nad budową nietypowego bałwana — dość oryginalnej wizji profesor Claudis. Ciało nauczycielki rozlewało się na śniegu z syrenim ogonem zamiast nóg, ogromnymi muszlami na piersiach i wyrazem twarzy, którym obdarzała spóźnialskich i nieuków. Dziewczyna przypomniała sobie, że kobieta aż zbyt często patrzyła w ten sposób na Jacka, kiedy jeszcze go uczyła.
Autorzy arcydzieła zerknęli na siebie z uśmiechami, gdy zauważyli, że Jack i Elsa mu się przyglądali. Chłopak, który przed chwilą rzeźbił łuski na ogonie, wstał i otrzepał się z białego puchu.
— Jak wam się podoba?! — zawołał.
Elsa zaśmiała się pod nosem, lekko kręcąc głową.
— Hej, koledzy, nie znam się na sztuce, ale zapomnieliście o jej wąsiku — stwierdził Jack. — Poza tym cudo. Nie zapomnijcie pokazać tego arcydzieła naszej cudownej pani profesor!
Rzeźbiarze zaśmiali się, od razu biorąc wskazówkę kolegi do serca. Bo jak tu nie słuchać starszego i bardziej doświadczonego ucznia? Jeden chłopak już zaczął zaznaczać bujny wąs nauczycielki.
Elsa nie dowiedziała się, czy chłopakom udało się wiernie odzwierciedlić wąsatą twarz pani profesor, bo już pokonała schody i wkroczyła do zamku razem z Jackiem. Woźna machała różdżką, czyszcząc zbroje po obu stronach drzwi. Nagle wlepiła ostre, przenikające spojrzenie w dziewczynę i chłopaka, jakby co najmniej zabili jednorożca.
— Bu-ty! — warknęła. — Nanieśliście śniegu. Ile razy trzeba powtarzać tej wspaniałej młodzieży, żeby nie nanosiła śniegu?
— Nawet jeszcze dobrze nie weszliśmy do środka, proszę pani — powiedział Jack miłym głosem. Do woźnej każdy zwracał się grzecznie, używając zwrotu proszę pani.
Musieli wrócić się i wytrzeć dokładnie buty na wycieraczce, aby nie zostawić na posadzce choćby kropelki. Gdy to zrobili i ruszyli w głąb zamku, zdążyli dostrzec, jak woźna upominała o to samo jakąś grupkę znajomych.
Kierowali się ku dormitorium Ravenclawu, rozmawiając wyłącznie o bałwaniej podobiźnie profesor Claudis. Ich rozmowa była nienaturalnie ostrożna i widocznie wymuszona. Kurczowo trzymali się tematu nauczycielki jako śnieżnej syreny, bo zejście z niego oznaczało krępujące milczenie — a ono wydawało się gorsze.
Mimo że Elsa mówiła o tym, że pani profesor może nie spodobać się rzeźba uczniów, myślami ciągle wracała do pocałunku na boisku. To wspomnienie było aż zbyt żywe — znów poczuła ogień płonący na policzkach tak samo jak na ośnieżonej murawie.
Te oraz podobne myśli skumulowały się, gdy wspięli się na szczyt wieży Krukonów, a przed nimi znajdowały się drzwi, z których spoglądała orla kołatka. Elsa znów stała tuż naprzeciwko Jacka. Mięła w dłoni granatowo-brązowy szalik Ravenclawu, w tym samym czasie ukrywając wystające kosmyki za ucho. Z włosów chłopaka stopniały wszystkie płatki śniegu, a jego palce zaczynały odzyskiwać zwyczajną barwę — w przeciwieństwie do twarzy.
— Elsa, widzimy się jutro, co nie? — zapytał. Usłyszała w jego głosie lekką niepewność i nadzieję.
— Oczywiście — powiedziała. — Przecież mamy razem lekcje, prawda?
Miała pewność, że Jackowi nie chodziło o przebywanie razem w jednej klasie, gdy profesorowie będą próbowali nauczyć cokolwiek uczniów, w których głowach już od listopada panowało Boże Narodzenie.
— Muszę tylko nieco się zastanowić... nad tym wszystkim — wyznała, rozkładając delikatnie ręce.
Pokiwał głową.
— To... do jutra. — Uśmiechnął się lekko. Widocznie oczekiwał, że odwzajemni ten gest.
— Do jutra — odpowiedziała, również przywołując uśmiech.
Nie przytuliła go na pożegnanie, tak jak zazwyczaj robiła. Zaczął schodzić po schodach. Gdy w końcu zniknął jej z oczu, głęboko westchnęła. Dopiero po chwili odwróciła się w stronę kołatki. Wydawało się jej, że coś przeżuło jej umysł, bo zupełnie nie potrafiła odpowiedzieć na zagadkę strażnika wieży. Brązowy orzeł był cierpliwy, ale nie mógł zrobić dla niej wyjątku.
Musiała czekać na innych Krukonów.
Może kiedyś znalazłaby rozwiązanie, ale wcześniej pojawili się bracia Tenebrisowie, jej wybawcy.
— Co tym razem ten głupi orzeł wymyślił, że nie można wejść? — zapytał starszy z nich, patrząc na Elsę.
— Może ty zgadniesz. — Dziewczyna w odpowiedzi wzruszyła obojętnie ramionami, pozwalając orłowi samodzielnie ogłosić treść zagadki.
Młodszy Tenebris w mgnieniu oka znalazł rozwiązanie. Bracia, jak prawdziwi dżentelmeni, przepuścili Elsę w drzwiach. Przestali być dżentelmenami, gdy okazało się, że jest wolny tylko jeden fotel. Gdy dziewczyna szła do schodów prowadzących do sypialni dziewczyn, widziała, jak spychali się z siedzenia i rzucali jednocześnie obfite wiązanki przekleństw. Oprócz niej, chyba niewiele osób zwracało na nich uwagę. Jak zwykle odrabiano lekcje przy stolikach i na dywanach, obok kominka grupka znajomych grała w karty, kilka osób czytało, a inne, które wolały ciepło dormitorium niż mróz na zewnątrz, po prostu spędzały czas w towarzystwie przyjaciół.
Elsa dostrzegła część współlokatorek, więc przypuszczała, że w sypialni nikogo nie ma. Gdy weszła na górę i zajrzała do swojego pokoju, okazało się, że jej przeczucia się sprawdziły. Pomieszczenie było ciche i całkowicie puściusieńkie, nie licząc znudzonego Pascala i kota Olivii śpiącego na łóżku właścicielki.
Zamykając za sobą drzwi, poczuła się, jakby znalazła się pod wodą. Zewsząd otaczała ją spokojna cisza, w której nie potrafiła się odnaleźć. Podeszła do pokrytego szronem okna. Przyłożyła dłoń do szyby i patrzyła bez cienia niepokoju, jak kryształki lodu odchodzą od jej palców i rozkwitają jak kwiaty. Nie wiedziała, jak długo tak tkwiła, tworząc lśniące zawijasy. Nie przejmowała się nimi ani niczym innym. Dokładnie to samo poczuła, może przez ułamek sekundy, podczas pocałunku z Jackiem.
Przestała tworzyć szron, gdy dopełzł do ramy okna. Nie zabierając dłoni, podniosła lekko wzrok. Dostrzegła postać idącą przez ośnieżone błonia ku stadionowi. Mogła tylko przypuszczać, kto to był. Od razu pomyślała o Jacku.
Im dłużej myślała o ich pocałunku, tym trudniej było jej dojść do jakiegokolwiek wniosku.
Gdyby tylko lubiła Jacka, może szybko uporałaby się z myślami. Jednak od dłuższego czasu nie okłamywała przynajmniej siebie — nie tylko go lubiła. Odważyła się nazwać rzecz po imieniu.
Zakochała się w nim.
Nie wiedziała, kiedy to się stało. Mogłaby godzinami zastanawiać się nad tym — a to nawet się zdarzało — a pewnie nie wybrałaby jednej sytuacji. Może wtedy, gdy zeszłej zimy spacerowali po błoniach i przypadkiem odkryli, jak dostać się na statek Durmstrangu. Wspominała również moment, kiedy się pogodzili po tym, jak wyznała chłopakowi całą prawdę o swojej mocy. Rozważała też spotkanie Jacka rannego, ale żywego po okropnym finale turnieju. Może wizyta Zefira w wakacje i list od chłopaka. A może po trochu podczas niezliczonych spacerów i rozmów, których treści już nie pamiętała. Nie potrafiła wskazać jednego wydarzenia.
Dużo osób — Anna, Roszpunka, koledzy Jacka z drużyny — już dawno sugerowało, że czuła coś do niego. Te sugestie zawsze wprawiały ją w lekkie zakłopotanie; niejednokrotnie miała wrażenie, że jej twarz staje się bordowa i zdradza przy tym calusieńką prawdę. Elsa najczęściej odpowiadała milczeniem albo że tylko lubi chłopaka. Nie miała odwagi, aby przyznać im rację. Tym bardziej nie umiała wyznać mu, jakie uczucia naprawdę żywi względem niego. Nie powiedziała, jak irytowało ją to, że Jane się w nim podkochuje i jak ucieszyło, że odtrącił adoratorkę z Hufflepuffu. Nie mówiła, że lubi włóczyć się z nim po zamku, rozmawiać, słuchać jego mniej lub bardziej zabawnych historii i wywodów o miotłach, widzieć go uśmiechniętego. Podobało jej się to, gdy chciał ją rozweselić; kiedy czasem, pomiędzy lekkimi docinkami, odnajdywała ukryty komplement. Naprawdę doceniała jego wsparcie i próby w rozwiązaniu jej problemów. Nieśmiało przypuszczała, że Jack czuje wobec niej to samo. Mimo to bała się robić sobie nadzieję.
Dźwięk otwieranych drzwi i pojawienie się Roszpunki gwałtownie wyrwało Elsę z rozmyśleń.
— I właśnie dlatego nie latam na miotle — powiedziała usprawiedliwiającym tonem Roszpunka.
Dopiero po tych słowach Elsa zwróciła większą uwagę na stan Roszpunki. Wcześniej dostrzegła tylko, że całą oblepiał ją śnieg, jakby nurkowała w zaspie. Teraz zauważyła, że ściskała w dłoniach zimowe buty, a na stopach miała tylko przemoczone, grubaśne, własnoręcznie wydziergane skarpety w uśmiechnięte słoneczka.
— Co się stało? — zapytała Elsa.
— Z moimi włosami nie powinnam latać na miotle... — jęknęła Roszpunka, wdreptując do pokoju. — Zaplątałam się w nie, kiedy zderzyłam się z Jackiem.
Odzież wierzchnią, szalik i czapkę rzuciła na krzesło, a buty wypuściła z rąk, pozwalając im głośno walnąć na środku podłogi. Sama rzuciła się na łóżko obok Elsy, której niezbyt to przeszkadzało.
— Dałam się namówić tym... tym... — szukała słowa, ściągając mokre skarpety ze stóp. Pascal, słysząc jej głos, podniósł głowę zainteresowany. — Tym... Ech. Wpadłam na Jacka i jeszcze wleciałam w zaspę, i cała przemokłam, i później woźna na mnie krzyczała, i prawie walnęła mnie miotłą, i kazała iść tutaj w skarpetach, bo mam mokre buty!
Brzmiała jak małe dziecko, któremu przytrafił się wyjątkowo perfidny dzień. Z głośnym westchnięciem położyła się w poprzek łóżka Elsy.
— Współczuję ci. Wiadomo, gdy idzie się z nimi latać, to nigdy nie kończy się bez żadnych rewelacji — stwierdziła Elsa.
— Masz rację — przyznała Roszpunka. Podniosła się i spojrzała nieco zawstydzona na śnieg topniejący z jej butów na podłogę. — Merlinie, ale bałaganu narobiłam.
Roszpunka, która nie posprzątałaby po sobie, to nie Roszpunka. Wstała z łóżka Elsy, zabrała różdżkę pilnowaną przez Pascala i kilkoma machnięciami dłoni zrobiła porządek. Buty osuszyła zaklęciem, a potem same powędrowały w kąt pokoju. Płaszcz zawiesiła w szafie, a skarpetki lewitowała w powietrzu i kierowała na nie strumień ciepłego, wyczarowanego powietrza.
— Jack i reszta dalej są na boisku? — przerwała milczenie Elsa.
— Merida i Czkawka zostali — odpowiedziała Roszpunka, przyglądając się uśmiechniętemu słoneczku ze skarpetki. — Jack poszedł razem ze mną i woźna znowu go okrzyczała — zaśmiała się, a Elsa cicho parsknęła śmiechem. — Zdzieliła go jego miotłą po głowie.
— Mówił coś? — Ciekawiło ją to, jak zachowywał się Jack po odprowadzeniu jej.
Roszpunka zmarszczyła brwi, przyglądając się Elsie, która dopiero teraz zrozumiała, że to pytanie mogło zabrzmieć podejrzanie. Znów poczuła żar na policzkach.
— Nie mówił za wiele, głównie graliśmy. Później, gdy wracaliśmy, też nie za bardzo się odzywał. — Dodała tonem zdradzającym, że zaczęła coś przypuszczać: — A miał coś mówić?
Elsa zaplotła ręce na piersiach.
— Elso... wy na pewno tylko graliście? — Roszpunka nagle się ożywiła, gubiąc złość na to, że wylądowała w zaspie i podpadła woźnej. — Wiesz, ja widziałam, jak staliście obok siebie... i wiesz, miałam o tym pogadać z Jackiem, ale zajęłam się grą, a potem wylądowałam w zaspie i jakoś mi to z głowy wyleciało... Czy wy wtedy, gdy staliście tak blisko siebie... czy między wami było coś więcej?
Elsa po chwili ledwo co kiwnęła głową. Długowłosej ten nieśmiały, prawie niezauważalny gest wystarczył. Zaskoczona zakryła usta dłońmi. Oczy miała błyszczące jak dwa złote galeony.
— Naprawdę?! — Nachyliła się bliżej.
— Pocałował mnie — wyznała Elsa nie za głośno.
Roszpunka miała minę, jakby ktoś jej powiedział, że od tej pory będzie codziennie obchodziła urodziny — połączenie zaskoczenia z ogromną radością.
— Jack zupełnie nic nie mówił — poskarżyła się. — Czekaj, może właśnie dlatego nic nie mówił... Ale chwila... od początku. Opowiadaj!
Roszpunka zaczęła nalegać, a Elsa nie czuła oporów przed zaufaniem jej. Opowiedziała o pocałunku z Jackiem, musząc przerywać czasami, bo przyjaciółkę niespodziewanie napadały ataki entuzjazmu.
— Tyle na to czekaliśmy! — zaśmiała się Roszpunka, przeskakując z krzesła na łóżko współlokatorki. Widząc jej zdumioną twarz, speszyła się. — Znaczy... ja czekałam... znaczy... — bełkotała pod nosem jakieś słowa usprawiedliwienia.
— Czekaliście? — powtórzyła Elsa.
— Wszyscy wam kibicowaliśmy — wyznała z niepewnym chichotem. — Kumpluję się z Jackiem już kilka dobrych lat i widzę, kiedy się w kimś podkochuje... Wiem, że sama swatałam go z wieloma dziewczynami, ale to zanim się do siebie przekonaliście. Naprawdę, nigdy nie widziałam, aby aż tak zakochał się w kimś.
Słowa Roszpunki sprawiały, że Elsa czuła przyjemne ciepło na sercu.
— Co prawda on się do tego nie przyznawał, ale to widać przecież gołym okiem — kontynuowała. — Ja tylko zastanawiałam się, kiedy weźmie się w garść i coś z tym faktem zrobi... albo kiedy ty weźmiesz sprawy w swoje ręce — dodała.
— Nie byłam przekonana, czy to byłby dobry pomysł — powiedziała Elsa.
Roszpunka spojrzała na nią z delikatną niepewnością.
— Dlaczego? Nie powiesz mi chyba, że nic do niego nie czujesz?
— Nie. To nie jest tak, że nic nie czuję do Jacka — zaprotestowała Elsa szybko. Uzmysłowiła sobie, że jej słowa były całkowicie szczere. — Boję się… bałam się, że jeśli powiem mu, że jestem w nim zakochana, to okaże się, że on we mnie nie. Myślałam, że go stracę — westchnęła.
— Jak mogłaś w ogóle tak myśleć? — oburzyła się. — Jack nie odtrąciłby cię. Ja już bym na to nie pozwoliła!
Elsa w odpowiedzi wzruszyła ramionami. Teraz sama uznała swoje wcześniejsze niepewności za zupełnie niepotrzebne.
— Poza tym ja nigdy w nikim nie byłam zakochana. Nigdy z nikim nie byłam — dodała Elsa.
— Gdyby to było trudne, to nie byłoby tylu par całujących się w zamkniętych salach — zauważyła Roszpunka, śmiejąc się. Najwidoczniej uznała, że ten argument potrzebuje wsparcia. — Słuchaj, ja sama chodziłam tylko z takim jednym w pierwszej klasie i to tylko dlatego, że dałam mu opakowanie Fasolek Wszystkich Smaków. Zerwaliśmy po tygodniu, więc jak widzisz — ekspertką nie jestem. Ale... wydaje mi się, że wszystko pójdzie samo. Musisz po prostu... nie wiem, być sobą?
Chyba obie miały wrażenie, że zabrzmiało to kiczowato. Elsa uznała mimo to, że spostrzeżenie Roszpunki może być trafne. Jak do tej pory najlepiej układało jej się z Jackiem, gdy przestawała przed nim ukrywać, jaka jest naprawdę.


~*~*~*~


Jack nie miał ochoty opuszczać pubu Pod Miotłą. Lekkie światło, przyjemne ciepło, wypite piwo kremowe i to, że tuż obok była Elsa, sprawiały, że mógłby zostać tam na zawsze i nie tęskniłby za niczym. Do wyjścia na zewnątrz stanowczo nie zachęcały go huk wiatru uderzającego w ściany i mróz.
Nawet nie spostrzegł się, jak szybko minął mu ten dzień. Kiedy był z Elsą, miał wrażenie, że czas pędził szybciej niż Saliet po ciasto marchewkowe do Wielkiej Sali. Wydawało mu się, że dopiero co wyszli do Hogsmeade, a już się ściemniło i musieli wracać.
Gdy wydostali się na zaatakowaną przez zimę ulicę, Jack spojrzał tęsknie w pomarańczowe okna lokalu.
— Naprawdę tak bardzo zależy ci na niespóźnieniu się? — Znalazł argument, który mógłby ją przekonać: — Możemy jeszcze wstąpić do tej księgarni na rogu...
— Już dwa razy w tym tygodniu się spóźniłam — odpowiedziała Elsa. Wielbicielka książek, niestety, przegrała ze Strażniczką Regulaminu. — Nie wolno wracać z Hogsmeade po godzinie...
— Czekaj, ile razy mi o tym mówiłaś? Cztery razy? — zaśmiał się.
Chyba zastanawiała się, czy opłaca się stworzyć śnieżkę, aby walnąć go nią prosto w twarz. Zrezygnowała z tego pomysłu. On również odpuścił:
— To chodźmy, inaczej gorzko pożałujemy tego niegodnego czynu, jakim jest spóźnianie się.
Teraz wiedział, że miała ogromną ochotę rzucić w niego śnieżką. Ostatecznie tylko pokręciła głową z lekkim, zrezygnowanym uśmiechem. Spletli ze sobą dłonie i ruszyli przez Hogsmeade spowite śniegiem. Zaglądali w oszronione witryny sklepów, śmiali ze świeczników w kształcie trolli górskich — co gorsza, ubranych w różowe sukienki — i ślizgali po bruku otoczonym wysokimi zaspami brązowo-białego śniegu.
Po jakimś czasie zostawili za sobą ciepłą poświatę wioski, wkraczając w ciemność Zakazanego Lasu. Wokół ścieżki prowadzącej do Hogwartu lewitowały w odstępach kule światła. Ich blask jednak nie rozpraszał do końca otaczającego ich mroku. Jack czuł, że uścisk Elsy stał się mocniejszy, jakby bała się wypuścić jego dłoń. Starał się odciągać jej uwagę rozmową od mrożącej krew w żyłach okolicy. Rozmawiali, dopóki nie odprowadził dziewczyny pod same drzwi dormitorium.
Przeciągał pożegnanie — jak zwykle — mimo że wiedział, że powinien już iść w stronę wieży Gryffindoru, aby nie spóźnić się na ciszę nocną. Oczywiście nie myślał o tym, gdy składał na ustach Elsy długi pocałunek. Nie wyobrażał sobie, że kiedyś, całkiem niedawno zresztą, on i dziewczyna nie byli razem. Nie wiedział, w jaki sposób udawało mu się, na przykład, niecałowanie jej.
Patrzył później, jak odgaduje strasznie pokręconą zagadkę kołatki, a drzwi się przed nią otwierają.
— Dobranoc — powiedziała, obdarzając uśmiechem, który tak bardzo mu się podobał.
— Dobranoc — odparł również uśmiechnięty.
Powoli zamknęła za sobą drzwi, a on już zaczął schodzić po schodach. Żałował, że nie byli w tym samym domu. Miał, niestety, wrażenie, że Elsa niekoniecznie odnalazłaby się w Gryffindorze. Poza tym, jak kiedyś stwierdziła Merida — z czym absolutnie się nie zgadzał — był za głupi na Ravenclaw. Jednak gdy o tym myślał, doszedł do wniosku, że niekoniecznie chciałby, aby jego dormitorium pilnowała sypiąca zagadkami kołatka. Musiałby chyba załatwić sobie łóżko na korytarzu, skoro cena za wejście do środka to odgadnięcie zagadki.
Zeskoczył z ostatniego stopnia i skręcił w korytarz, którym mógł najszybciej dojść do celu. Szkolne szlaki już prawie opustoszały, pewnie dlatego, że większość osób już siedziała w swoich domach. Z wyjątkiem Jacka i Jamiego Bennetta, który szedł od strony starej sali mugoloznawstwa. Frost spodziewał się, że będzie miał kompana w drodze do portretu Grubej Damy. Nie pomylił się, bo jedenastolatek już go zagadywał, zrównawszy z nim chód:
— Cześć, Jack. Jak myślisz, jest już po ciszy nocnej?
— Chyba nie. — Starszy Gryfon wzruszył ramionami. — Poza tym, nic nam nie zrobią, jak się nieco spóźnimy.
— Jesteś pewien? Słyszałem, że wysyłają sowy rodzicom, jak nie ma cię w dormitorium w trakcie ciszy nocnej.
Jack parsknął śmiechem w odpowiedzi. Od razu pomyślał, że pewnie tak samo uważała Elsa.
Szli we dwóch w milczeniu przez chwilę.
— Słuchaj... Jack, mam pytanie — odezwał się niepewnie Jamie, a jednocześnie nieco niecierpliwym głosem.
— Co takiego?
— Czy... no... — Przeczesał włosy palcami. — Emma mówiła coś o mnie?
Jack lekko zmarszczył brwi.
— Nie przypominam sobie. A co?
Jamie zmieszał się.
— Nic... nie, nie nic... Ona... Jak myślisz, ona mnie lubi?
Widział w oczach Jamiego wielką nadzieję na jakąś satysfakcjonującą — na pewno twierdzącą — odpowiedź.
— Właściwie, to czemu sam jej nie zapytasz? — zaciekawił się Jack.
— Jakoś tak... — kaszlnął.
Gdyby akurat nie stanęli przed portretem Grubej Damy, Jamie pewnie zapadłby się pod ziemię.
— Spóźnialscy! — Kobieta pokiwała na nich grubym paluchem.
— Daj spokój, Damo — rzucił Jack z uśmiechem. — Podpalona choinka.
Słysząc hasło, od razu odpuściła. Otworzyła przed nimi dziurę, którą można było dostać się do salonu. Najpierw przeszedł przez nią Jack, a później Jamie.
— Słuchaj, Jack, mam prośbę. Może mógłbyś ją jednak zapytać... no, o mnie? — poprosił cicho Jamie.
Ta prośba brzmiała naprawdę poważnie i tak, jakby od niej zależało życie chłopca. Jack nie mógł odmówić.
— Nie ma sprawy.
Jamie rozpogodził się nieco. Przemknął w stronę sypialni, zerkając na jeden z foteli. Właśnie na nim siedziała Emma, która jakby bardziej wtuliła się w obicie. Jack nie zamierzał jej odpuścić.
— No, no, no — zbliżył się do siostry nonszalanckim krokiem.
— O co ci chodzi? — zirytowała się lekko, czerwieniąc się na twarzy.
Doskonale wiedziała, co miał na myśli. Wsparł się o oparcie fotela.
— Nie wiedziałem, że mam siostrę uwodzicielkę — kontynuował zaczepnie.
— O co ci chodzi, Jack? — powtórzyła zdenerwowana.
— Ten... jak mu tam... — udawał, że się zastanawia — Jamie! Tak, Jamie wspominał o tobie — mówił jakby mimochodem.
Spojrzała na niego zawstydzona, oczekując choć odrobiny litości. Jack nie miał zamiaru jej okazywać.
— Wiesz... wydaje mi się, że coś ciągnie go do ciebie. — Rzucił się na siedzenie obok niej, wgniatając ją w bok fotela. — Emma i Jamie, zakochana para!
— Jack, przestań, proszę — wymamrotała Emma.
— … EMMA I JAMIE SIEDZĄ NA DRZEWIE... — kontynuował głośniej.
— JACK! — rzuciła się na niego z rękami.
Najwidoczniej wolała, żeby jej koleżanki widziały, jak bezlitośnie okłada go poduszką, niż słyszały jego przyśpiewki. Po zaledwie dwóch ciosach udało mu się wyrwać miękką broń z dłoni siostry.
— Przestań się śmiać — warknęła. — To nie jest zabawne.
Nic nie mógł poradzić, że zawsze gdy mówiła To nie jest zabawne, to śmiał się jeszcze bardziej.
— Jack, naprawdę! — jęknęła.
— Co ty... taka poważna — powiedział przez śmiech — przyszła żono Jamiego?
— Nie nazywaj mnie tak! Wiesz co? Jesteś okropny! — Trzepnęła go w ramię. — On mi się wcale nie podoba!
— Jasne, jasne...
Ręce jej opadły.
— Jack, naprawdę. Jest miły i w ogóle, ale jest młodszy i nie podoba mi się.
— To macie problem, bo jemu ewidentnie się podobasz... — opanował śmiech, chociaż na jego ustach pozostawał lekki uśmiech.
— Myślisz, że nie wiem? — przyznała zrezygnowana. — Już wszyscy się ze mnie śmieją, że on się we mnie kocha... ale głupio mi powiedzieć mu, że mi się nie podoba...
Słysząc jej głos, zrozumiał, że Emma naprawdę nie wiedziała, jak postąpić z Jamiem i że powinien jej doradzić.
— Serio ci się nie podoba? — dopytał.
— Lubię go... ale no, nie podoba mi się — odpowiedziała po chwili Emma.
— To mu to powiedz.
Emma pokręciła głową.
— Nie, nie mogę...
Opadły mu ręce.
— To jak zamierzasz to zrobić? Chcesz czekać, aż mu przejdzie?
— Nie, ale... sama nie wiem... co jeśli on będzie zły, jak mu powiem?
— Może się źle czuć, ale powinien zrozumieć. Wyjdzie mu to na zdrowie, jeśli dasz mu kosza teraz.

~*~*~*~

Elsa zauważyła, że Emma nie postąpiła według rady brata. Po kilku dniach razem z Jackiem zorientowali się, jaką taktykę obrała. Chowała się przed Jamiem, wymawiała zajęciami, a czasami nawet pomagała sobie czarami. Jak wtedy, gdy sprawiła, że wylało się na nią wiadro z brudną wodą należące do woźnej. Jej brat uważał, że albo była zbyt uparta, aby go posłuchać, albo naprawdę nie chciała sprawić przykrości Jamiemu.
Podczas gdy Emma uciekała przed adoratorem, Elsa spędzała jak najwięcej czasu ze swoim chłopakiem. Po lekcjach i dodatkowych zajęciach wychodzili na spacery, ale pogoda częściej zmuszała ich do pozostania w zamku. Tam prawie zawsze towarzyszył im ktoś znajomy. Przy przyjaciołach raczej nie afiszowali się z tym, że są parą. Elsa nie chciała robić na siłę tajemnicy, ale uważała, że jak na razie za krótko ze sobą są, aby mówić innym o ich związku. Wiedziała tylko Roszpunka — która, jak obiecała, zatrzymała wszystko dla siebie.
Dni powoli przybliżały ich do ferii zimowych, a Elsa z każdym czuła się coraz wspanialej. Ilekroć była z Jackiem, uśmiech cisnął jej się na usta częściej niż kiedykolwiek wcześniej. Dlatego nieco niechętnie myślała o tym, że na Święta będą musieli się rozstać.
Kiedy jednak siedziała naprzeciw niego i Czkawki w dzień wyjazdu, raczej nie przywoływała do siebie tej myśli.
— Czyli zostajesz w Hogwarcie? — dopytywał Jack.
Czkawka upił łyk soku.
— Zostaję — potwierdził. Ojciec dostał zlecenie od jakiegoś czarodzieja z północnej Azji. Chce pozbyć się smoczych piskląt z dworu. Odsmoczanie.
Elsę zdziwiło to, że pan Haddock wziął zlecenie w Święta. Odstawiła na bok pokryty szronem kubek z gorącą czekoladą.
— Pracuje w Boże Narodzenie?
— To nie byle jaki czarodziej. Ponoć nieźle mu zapłaci — wyjaśnił Czkawka.
Dziewczynie ciągle wydawało się to oderwane od rzeczywistości. Jej rodzice unikali pracy w Święta. Zazwyczaj im się to udawało, nie licząc jednego Bożego Narodzenia sprzed pięciu lat, gdy pewien worek kosztowności w jednym ze skarbców sprawiał ogromne problemy i tata musiał teleportować się do banku. Chociaż, gdy Elsa pomyślała o dotychczasowych Świętach, uznała, że jej rodzina nie jest lepsza od Czkawki i pana Haddocka. Była razem w jednym domu, ale nie spędzali razem czasu. Dziewczyna otwierała prezenty sama w swoim pokoju, później uczestniczyła w krótkim, uroczystym posiłku z rodzicami i Anną, po którym znów zamykała się samotnie tylko ze swoją mocą.
Pamiętała, jak zawsze w Wigilię wypatrywała pierwszej gwiazdki. Gdy już ją ujrzała, życzyła sobie, aby kolejne Boże Narodzenie wyglądało inaczej. Ono jednak się nie zmieniało, więc w pewnym momencie przestawała czekać na gwiazdkę. Jeśli już spoglądała przez okno, to tylko patrzyła na srebrny księżyc.
Tym razem będzie inaczej — przyrzekła sobie Elsa. Jej zdolności wyszły na jaw, wszystko się wyjaśniło, dlatego nie miała zamiaru zmarnować kolejnych Świąt w samotności.
Zastanawiała się, czy Czkawce jest przykro, że nie spędzi Bożego Narodzenia z najbliższymi, tak jak jej było przykro przez wiele lat.
— Naprawdę tak bardzo mu zależy na tym zleceniu? — zapytała Elsa.
— Właśnie — dodał Jack.
Miała wrażenie, że jego również to dziwiło. Mimo że nie było tego widać na pierwszy rzut oka, to Elsa przypuszczała, że brakuje mu ojca — zwłaszcza w takie dni Święta. Wywnioskowała to, podczas sporadycznych rozmów, w których jednak wyraźniej przewijała się postać Anthony'ego Frosta.
Czkawka wyglądał na niezbyt wzruszonego.
— Najwidoczniej tak. Poza tym to nawet lepiej. Pokłóciliśmy się ostatnio. Przecież od ponad miesiąca do siebie nawet nie piszemy — powiedział tak, jakby naprawdę uważał pozostanie w Hogwarcie za lepszą opcję.
Elsie ciągle nie była przekonana. Ciekawiło ją to, dlaczego Haddockowie się pokłócili, ale nie wypytywała o to. Później, gdy szła razem z Jackiem, Meridą i Roszpunką w stronę powozów, temat powrócił i okazało się, że żadne z nich nie wiedziało, o co poszło Czkawce i jego ojcu.
Dopiero wyruszyli do Hogsmeade, a już byli na miejscu. Przynajmniej tak wydawało się Elsie. Wyszła z pojazdu jako pierwsza i czekała na Jacka, który na zewnątrz pojawił się jako ostatni — za Potterem i Arcadym.
Żegnała się ze znajomymi, tak samo jak on. Jakoś samo wyszło, że ze sobą nawzajem postanowili rozstać się najpóźniej.
— Jeśli będziecie na Pokątnej, to możecie do mnie wpaść — zaoferowała Roszpunka. — Jakby sklep był zamknięty, to musicie zapukać w boczne drzwi.
— Dziękuję za zaproszenie, ale ja raczej nie będę na Pokątnej — powiedziała Elsa.
— Ja raczej też — uznał Jack.
— Ale jak jednak jakimś cudem będziecie, to koniecznie wpadnijcie — zażądała długowłosa.
Nie mogli się nie zgodzić. Uścisnęła ich oboje, złożyli sobie życzenia Wesołych Świąt i pomknęła przez ulicę. Jej złote włosy ciągnęły się za nią slalomem między innymi uczniami Hogwartu i ich rodzinami.
Elsa przytuliła się do Jacka. Para jego oddechu wplątywała się w jej włosy. Gdy uniosła głowę, pocałował ją delikatnie.
— Do zobaczenia — powiedziała. — Będę tęskniła.
— To tylko kilka dni. — Uśmiechnął się. — Nawet nie zauważysz, jak szybko zlecą.
Lekko uniosła kąciki ust. I znów miała to samo poczucie, jak wtedy, gdy wyjeżdżała na wakacje — na pewno będzie tęskniła.
— Masz czekać na prezent ode mnie — dodał Jack.
— Już nie mogę się doczekać — powiedziała Elsa.
— Co sądzisz o świeczniku w kształcie trolla górskiego? — zaśmiał się.
Także parsknęła śmiechem.
Z uścisku wyrwał ich huk. Zobaczyli słup dymu.
— Emma... — jęknął Jack, przeciskając się między tłumem.


~*~*~*~


Mimo tego, co powiedział wcześniej Roszpunce, Jack wybrał się na ulicę Pokątną. To dlatego, że jakiś mały dureń chciał uciec z objęć niechcianego adoratora i przypadkiem podpalił torbę z książkami.
— To nie moja wina — tłumaczyła się po raz kolejny Emma, gdy szli ciemną ulicą. — Gdyby nie zadali nam pracy domowej na Święta, nie miałabym tych książek w torbie i by się nie podpaliły!
Jack musiał przyznać, że to była wymówka na jego miarę. Jaki starszy brat, taka młodsza siostra.
Się podpaliły? — powtórzył nieco zgryźliwie. Dosłyszał, że jego słowa za bardzo przypominały rodzicielskie gadanie; czuł się z nimi nieswojo. Jednak nie miał zamiaru odpuścić Emmie. — Serio, Emma, wydaje mi się, że są inne sposoby na przekazanie chłopakowi, że ci się nie podoba. Pomyślmy... Wiem! Może warto mu to po prostu po-wie-dzieć? Tylko geniusz mógłby na to wpaść!
— Chciałam tylko, aby, nie wiem, coś się tam przewróciło, a nie podpaliło — odburknęła dziewczyna. — Poza tym nie pouczaj mnie, Jack, bo sam robiłeś gorsze rzeczy!
— Ja? Nie przypominam sobie — parsknął śmiechem, widząc, że siostra ma ochotę go trzasnąć.
Przerzucił torbę wypełnioną nowymi podręcznikami dla dziewczyny na drugie ramię. Wiedza zawarta w książkach sporo ważyła, a przy okazji była naprawdę cenna — w obu znaczeniach tego słowa. Jack dogadał się z Emmą, że nie będą wspominali mamie o nowym, sporym wydatku. Bardzo by się zmartwiła i na pewno nie pozwoliła zapłacić mu swoimi pieniędzmi — nagrodą z Turnieju Trójmagicznego. Nie czuł się więc źle, gdy skłamał, że na Pokątną wybrali się po nowe części do jego miotły — która ciągle jeszcze nieco odchorowywała upadek podczas meczu ze Ślizgonami.
Emma wypominała mu wszystkie tarapaty i dziwne sytuacje, w które się kiedykolwiek wpakował, gdy szli przed siebie.
Większość sklepów była już pozamykana. Latarnie rzucały lekki, pomarańczowy blask na lśniącą szronem ulicę, po której mało kto się włóczył. Jack dostrzegł jakąś starą czarownicę zamykającą kwiaciarnię. Odeszła od budynku, dźwigając skrzynkę z zimowymi kwiatami, które rozchylały płatki, łapiąc mroźne powietrze. Później po drugiej stronie ulicy przeszedł pośpiesznie jakiś mężczyzna, ciągnąc za sobą ogromny kufer. Być może wracał od rodziny po Świętach.
Jack nie śpieszył się tak jak on. Do zamknięcia lokalu, z którego można było skorzystać z sieci Fiuu, zostało jeszcze sporo czasu. Gdy o tym pomyślał, od razu przypomniały mu się słowa Roszpunki. Sklep z magicznymi kosmetykami pani Taxos znajdował się niedaleko stąd. Chłopak obiecał przyjaciółce, że jeśli pojawi się na Pokątnej, to na pewno wpadnie. Pomyślał, że może podziękować jej za prezent — wyjątkowo ładny — który mu przesłała na Święta. Nawet teraz miał go na sobie. Wydziergany przez Roszpunkę granatowy sweter w białe śnieżynki przyjemnie grzał go pod brązowym płaszczem.
— Wpadniemy na chwilę do Roszpunki, dobra? — zwrócił się do Emmy.
W odpowiedzi wzruszyła obojętnie ramionami.
Powoli szli przed siebie; zacząć padać śnieg. W deszczu białych płatków dotarli przed sklep pani Taxos. Obserwowali go z drugiej strony ulicy. Budynek był wyższy i węższy niż inne, przypominał wieżę. Miał trzy piętra — na parterze i pierwszych dwóch okiennice były pozamykane, tak samo jak drzwi do lokalu. Jack pomyślałby, że jego przyjaciółki nie ma w domu, gdyby nie to, że w jednym oknie na najwyższym piętrze świeciło się światło.
Przypomniał sobie, jak Roszpunka mówiła, żeby zapukał do bocznych drzwi. Ruszył przez ulicę, a za nim Emma ślizgała się.
W zaułku między sklepem pani Taxos a sąsiednią cukiernią coś pyknęło. Jack znieruchomiał, gdy trzy postacie aportowały się w ciemnej uliczce. Chyba go nie dostrzegły. Może dłużej by im się przyglądał, gdyby nie to, że skierowały się ku bocznym drzwiom domu, w którym mieszkała Roszpunka. Nie zapukały do nich. W cichej okolicy chłopakowi udało się dokładnie usłyszeć dźwięk otwieranego zamka — musieli użyć czarów. Jak cienie wślizgnęli się do budynku, a za jaśniejącym oknem zapanowało poruszenie. Jakaś postać w nim nerwowo zerwała się i zniknęła za ramą.
— Co to za ludzie? — zapytała Emma.
— Nie wiem — odparł Jack.
Przeszedł do końca ulicy żwawym krokiem, a siostra potruchtała za nim. Wtopili się oboje w ciemny, wąski zaułek, gdzie znajdowało się drugie wejście do domu Roszpunki. Musieli uważać, aby nie wpaść na porozrzucane wokół śmieci — jakieś stare, duże opakowania po magicznych specyfikach dla poprawienia urody czy dziurawy, zardzewiały kocioł.
Światło latarń osłabło między dwoma budynkami. Gdyby nie to, że do siedemnastych urodzin brakowało mu kilka dni, Jack od razu rozjaśniłby mrok czarami. Ograniczył się tylko do sprawdzenia, czy ma różdżkę w kieszeni, aby móc ją w razie czego szybko wyciągnąć.
Nie wiedział, co myśleć o tych ciemnych postaciach. Nie chciał panikować. Może to jakaś rodzina Roszpunki, która nieco spóźniona przyjechała na Święta? Chyba nie pukali, aby nie niepokoić domowników.
Wolał jednak sprawdzić.
Poza tym obiecał Roszpunce, że ją odwiedzi.
Ściągnął rękawiczki i zastukał w zimne, drewniane drzwi. Stukot wydawał się hukiem we wszechobecnej ciszy.
— Roszpunko? — zawołał.
Wtedy usłyszał niepokojące, przytłumione głosy dochodzące z domu.
— Emma, trzymaj to. — Podał jej torbę z podręcznikami. Ciężar zgiął dziewczynę wpół.
— Jack? — westchnęła cicho, wpatrując się w niego dużymi oczami.
Lekko nacisnął klamkę. Pchnął drzwi do przodu. Zrobił krok na próg ciemnego przedpokoju. O mało co nie wpadł na wieszak. W ciemności rozpoznał kontury schodów i części mebli. Emma za nim delikatnie zajrzała do środka.
— Dobry wieczór? — rzucił Jack. — Roszpunko, jesteś?
Coś łupnęło na podłogę na piętrze. Ruszył ku schodom, zostawiając Emmę tuż przed drzwiami. Sięgnął po różdżkę. Dokładnie wyczuwał jej chłodne drewno w dłoni.
— Nie! — Przytłumiony wrzask dobiegł z góry.
Trzask zaklęć zatrząsł drewnianą balustradą schodów. Jakieś rzeczy z wyższych pięter musiały posypać się na podłogę.
— Roszpunka! — zawołał głośno Jack, wbiegając po schodach.
Ledwo słyszał, jak Emma woła go po imieniu.
Wbiegał po kilka stopni naraz, słysząc kolejne trzaski zaklęć. Wskoczył na trzecie piętro, oślepił go blask czaru i ogłuszył trzask pękającego szkła. Jego umysł nie zdążył nawet ogarnąć tego, co ujrzał.
— Jack! — krzyknęła zaskoczona Roszpunka. Wypadła z pokoju na korytarz.
Zaklęcie pierwszej ciemniej postaci runęło na nich. Pani Taxos machnęła różdżką. Siła czaru pchnęła ją boleśnie na ścianę, a Roszpunkę i Jacka powaliła na podłogę. Kobieta jęczała z bólu.
Druga i trzecia ciemna postać wychodziły z pokoju. Zamachnęły się na nich. Jack w ostatniej chwili machnął różdżką. Tarcza ledwo odbiła zaklęcia. Blask roztrzaskał się jak szkło. Chłopaka boleśnie wymiotło na schody. Ból rozlał się po jego żebrach. Obrazy pospadały ze ścian. Roszpunka rzuciła jakiś czar, chowając się za ścianą przestraszona. Oczywiście za słaby jak dla trojga napastników.
— Nie weźmiecie mojego skarbu! — ryknęła pani Taxos wściekle, podnosząc się z ziemi.
Unosiła dłoń do czarowania. Atakujący od razu zainterweniowali. Czarne, błyszczące kształty runęły na nią. Koszmary, grad wściekłych owadów, otoczyły czarownicę.
Ból kipiał w klatce piersiowej Jacka, a nerwy w umyśle. Roszpunka wychylała się zza ściany, miotając zaklęcia, niesamowicie przerażona. Przeczołgała się na schody. Odpowiedziała na zaklęcie pierwszego napastnika. Zaraz za Pierwszym, do czarowania rzucili się pozostali. Stoczyła się na niższe stopnie w ostatniej chwili. Czary Drugiego i Trzeciego nie dosięgnęły jej.
— Jack, jesteś cały?!
W ścianę łupnęło kolejne zaklęcie. Grad gruzów zrzucił ją i Jacka na niższe piętro. Nie było czasu na rozmowy.
Chłopak wstał z bólem. On i Roszpunka nie mieli nawet czasu na ucieczkę. Czarne koszmary spłynęły po schodach. Za nimi wypadli napastnicy. Ich zaklęcia i złe sny runęły na Jacka i Roszpunkę.
Drętwota! — ryknął Gryfon na Pierwszego.
Pierwszy odbił zaklęcie. Ognista wstęga runęła ku Jackowi. Odskoczył, a część pokoju za nim zajęła się ogniem. Roszpunka ledwo co uciekła od płomieni.
— Uważajcie na dziewczynę — powiedział Drugi do pozostałych.
Świadomość, że zna ten głos, przeszyła Jacka na wskroś.
Napastnicy nie pozwolili mu nadziwić się nią. Runęły na niego ciemne, widmowe stworzenia z koszmarów. Mroczne wilki, szczerzyły ostre zęby   rzucały się na niego z pazurami.
Miotał zaklęcia wszędzie, bo koszmary otaczały go ze wszystkich stron. Roszpunka broniła ich przed atakującymi, coraz mniej skutecznie.
Musieli uciekać.
— Roszpunko, uciekaj! — Zaklęcie rozbiło czarny piach, który wsypał mu się do oczu. Czując pieczenie w nich, uciekł od zaklęcia Trzeciego
Widmowy wilk przyszpilił go do ziemi. Złoty blask jego oczu i szczęki znajdowały się stanowczo za blisko twarzy Jacka. Roszpunka eksplodowała stworzenie.
— Nie, Jack! Ma-mama, ona jest na górze! — Usłyszał jej rozpaczliwe słowa przez trzaski zaklęć.
Przeturlał się, a zielony promień zaklęcia minął go o włos. Pchnął Roszpunkę na schody prowadzące na dół.
— IM CHODZI O CIEBIE, UCIEKAJ!
Napastnicy atakowali go gradem zaklęć. Blokował je ostatkiem sił. Słali czary, aby dorwać Roszpunkę.
Musiał je zablokować.
Dziewczyną nagle szarpnęło. W tym samym momencie koszmary powaliły Jacka. Ból w żebrach przytwierdził go do ziemi. Czuł, jak łzy same skapują mu z oczu.
Pierwszy stał na złocistych włosach dziewczyny, które nie zdążyły zsypać się ze schodów. Od razu z Trzecim rzucił zaklęcie, które ją unieruchomiło.
— Mamy ją! — wydyszał.
Jack nie mógł już ich powstrzymać. Dorwali dziewczynę i deportowali się z nią. Jednak zdążył rzucić czar na Drugiego.
— Ty żałosny... — odpowiedział zaklęciem Drugi.
Jack uciekał przed Drugim. Zaklęcia obracały dom w ruinę. Napastnik kierował wszystkie na chłopaka. Walka przeniosła się na parter.
Szkło sypało się z regałów, które obracały się w drzazgi.
— Jack, zaraz ktoś przyjdzie z pomocą! — krzyknęła Emma, stojąc na progu.
Dlaczego ona tu jeszcze jest?!
Drugi zauważył ją. Od razu cisnął w jej stronę zaklęcie.
Expulso! — krzyknął Jack.
Emmę odepchnęło na środek pomieszczenia. Zielony blask rozlał się po ramie drzwi, czerniejąc. Jack zgarnął siostrę z ziemi. Wypchnął ją na zewnątrz, na ciemny zaułek. Różdżka wypadła z jej dłoni. Drugi rzucił się na nich.
Jack nie miał czasu na przemyślenia. Złapał mocno Emmę.
Był tylko nieprzyjemny skurcz teleportacji i ramię Emmy, które kurczowo ściskał dłonią. Nagle coś zderzyło się z nim. Ognisty ból rozlał się po ręce.
Drugi był z nimi.
Jacka wcisnęło w zimne podłoże. Pod gołymi dłońmi wyczuwał chłód lodu. Dyszał ciężko. Przed oczami miał mgłę. Ból rozrywał mu głowę, żebra i ramię. Nie przemyślał dobrze tej teleportacji. Nie skupił się wystarczająco. Nie wrócił dokładnie do paskudnego miejsca ze wspomnienia.
Cienki lód na środku jeziora trzeszczał.
Jack w blasku księżyca widział niewyraźnie Emmę obok siebie. Wstała na nogi, rozglądając się przerażona. Kilka metrów dalej ciemna postać podnosiła się z zimnej tafli.
Widział, jak Drugi celuje w Emmę. Jack podniósł się, drżąc. Odbił zaklęcie, a po jego ciele rozlała się fala wyjątkowo nieprzyjemnego bólu. Poczuł, jak energia wylatuje z niego z każdym parującym obłoczkiem wypuszczonym z ust, z każdym uderzeniem serca.
— Uciekaj! — rozkazał Emmie.
Patrzyła na niego zszokowana. Blask księżyca wydobywał strach z jej twarzy.
Drugi nie czekał, aż dziewczyna się zdecyduje.
— NIE ROZUMIESZ, UCIEKAJ! — powtórzył Jack.
Zupełnie ją zamurowało. Odbił czar resztkami sił.
Kolejny okazał się już za mocny.
Gdy niebieski blask leciał ku Emmie, Jack nawet się nie zastanawiał. Rzucił się na nią i natychmiast odepchnął. Gruchnęła na lód z piskiem. Prześlizgnęła się aż do brzegu. W tafli pojawiło się pęknięcie przypominające piorun.
— Jack!
Niebieski dym zasnuł niebo.
Coś w Jacku opustoszało. Wyparło mu dech z płuc. W głowie słyszał trzaski niczym pękający lód. Zimno spłynęło do środka klatki piersiowej. Serce biło szybko, porażone nagłym mrozem. Chłopaka zgięło w pół. Dopiero teraz zauważył czerwień cieknącą z ramienia, pomiędzy jaskrawymi plamami przed oczami.
— U-uciekaj — wycharczał do siostry. Tracił kontrolę nad swoim ciałem.
Posłuchała. Rzuciła się biegiem. Już zeskakiwała na brzeg, ku ciemnemu lasowi. Drugi nie zdążył posłać za nią kolejnego czaru. Wydawało się, że ostatnie zaklęcie go wyczerpało.
— Trzeba było nie przeszkadzać Księciowi Koszmarów — powiedział Nixon, opanowując dyszenie.
Jack zamachnął się dłonią. Różdżka posłała słabe zaklęcie.
Nixon odbił je jakby od niechcenia. Różdżka chłopaka odleciała daleko, pozostawiając go bezbronnego. Mężczyzna wycelował w lód.
Tafla trzasnęła, a Jack runął w czerń.
To zimno... on go nie zniesie, niech ono odejdzie, niech ono odejdzie...
Nie mógł zmusić się do żadnego ruchu. Księżyc gasł. Pochłaniała go czerń i nieludzkie zimno.
Ostatnim, co Jack słyszał, był odgłos, jak Nixon deportuje się z jeziora, w którym zginął Anthony Frost. Pomyślał, że zaraz on również w nim zginie.

~*~*~*~

Pod tym rozdziałem miałam nie dodawać „słów od siebie”, ale jest sprawa, o której warto wspomnieć. Pewna azjatycka strona, na którą pod żadnym pozorem nie wchodźcie, bo jest zawirusowana, kopiuje teksty z Wattpada. Mowa tu o truyenfun. Pojawiło się na niej sporo polskich opowieści, w tym również mój „Hogwart skuty lodem”. Chcę poinformować, że tę historię udostępniam tylko na Wattpadzie pod nickiem oLiczi oraz na Bloggerze pod tym adresem: https://hogwart-skuty-lodem-jelsa-fanfiction.blogspot.com/. To tak dla jasności — nie wchodźcie na truyenfuna ani inne portale, jeśli chcecie ją poczytać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz